Skip to main content

Full text of "Zbiór pamietników do historyi powstania polskiego z roku 1830-1831: cały dochód przeznaczony na ..."

See other formats


This is a digital copy of a book that was preserved for generations on library shelves before it was carefully scanned by Google as part of a project 
to make the world's books discoverable online. 

It has survived long enough for the copyright to expire and the book to enter the public domain. A pubHc domain book is one that was never subject 
to copyright or whose legał copyright term has expired. Whether a book is in the public domain may vary country to country. Public domain books 
are our gateways to the past, representing a wealth of history, culture and knowledge that's often difficult to disco ver. 

Marks, notations and other marginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journey from the 
publisher to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial parties, including placing technical restrictions on automated ąuerying. 

We also ask that you: 

+ Make non-commercial use of the file s We designed Google Book Search for use by individuals, and we reąuest that you use these files for 
personal, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automated ąueries of any sort to Google's system: If you are conducting research on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attribution The Google "watermark" you see on each file is essential for informing people about this project and helping them find 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał Whatever your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assume that just 
because we believe a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we can't offer guidance on whether any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
any where in the world. Copyright infringement liability can be ąuite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's Information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps readers 
discover the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli text of this book on the web 



at |http : //books . google . com/ 




Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznych pólkach, zanim została troskliwie zeska- 
nowana przez Google w ramach projektu światowej biblioteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 
dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 
dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 
dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 
długą podróż tej książki od wydawcy do biblioteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady użytkowania 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prace takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostarczać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 

Prosimy również o: 

• Wykorzystywanie tych plików jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w niekomercyjnych 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysyłanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tłumaczeniami maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości tekstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny "Google w każdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowych 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 

• Przestrzeganie prawa 

W każdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana książka została uznana za część powszechnego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób traktowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych krajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej używać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 



tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem http : //books . google . com/ 




-^-r- 







ti 







ZRIDR 



PAMIC^KIiCÓllir 



HISTORYI POWi>IANiA POLSKILGO 



s rok 



('(iłv 'li.n.'lii)fl |ii ■ ' ii;i wsii;uTii' wpluriniitw 



1 




r 



ZBIÓR 






DO 




HISTORYI POWSTANIA POLSKIEGO 



z roku 1830 — 1831. 



Cały docyd przezoaczony oa wsparcie weteraDów z roko M. 



.-^^^ 



^^^^r^^ 



i 



NAKł-APPM DBA TOMASZA RAYSKIBOa 

z 1. ZwląikowiJ Drakami we Lwowie. 



N^ 



'ł^ 




roku 1880 zawiąż^ się we Lwowie komitet pod przewodni- 
^ ctwem ś. p. Alfreda Młockiego, celem uroczystego obchodu pięć- 
> dziesiątej rocznicy powstania listopadowego. 

Komitet ten uchwalił wydać zbiór pamiętników do historyi po- 
wstania i ogłosił dnia 15 czerwca 1880 odezwę do uczestników tej 
wiekopomnej walki — z prośbą, aby zechcieli nadesłać komitetowi 
bądź to pamiętniki swoje, bądź też opisy ważniejszych wypadków, 
których byli świadkami. 

Dalszą czynność w sprawie tego wydawnictwa poruczył ko- 
mitet osobnej komisyi wydawniczej, pod przewodnictwem Dra Toma- 
sza Rayskiego. 

Zamiarem komitetu było wydać rzeczone pamiętniki własnym 
nakładem, z funduszów składkowych, przeznaczając dochód na wspar- 
cie weteranów z r. 1 83 1 . Gdy jednak , po wydaniu pierwszego 
zeszytu, w obec znacznych wydatków na inne cele, programem komi- 
tetu zakreślone, a przedewszystkiem na wsparcie weteranów, odezwały 
się w komitecie głosy przeciw dalszemu użyciu funduszów składko- 
wych na rzeczone wydawnictwo — przewodniczący komisyi wydawni- 
czej Dr. Rayski objął na siebie nakład na kontynuacyą i ukończenie 
wydawnictwa, a zarazem zwrócił komitetowi pieniądze na ten cel już 
wyłożone. — Dochód jednak z wydawnictwa pozostał i nadal prze- 
znaczony na wsparcie weteranów. — Zarząd tym funduszem objął 
komitet złożony z pp. Alfreda Młockiego, Dra Tomasza Rayskiego, 



II 

Dra A. Hirschberga i Dra T. Skałkowskiego , a po śmierci ś. p. Al- 
freda Młockiego powołano w miejsce jego p. Albina Rayskiego. 

Komisya wydawnicza uchwaliła — obok zbioru pamiętników — 
wydać także wiadomości bibliograficzne do dziejów powstania i okresu 
od 1815 — 1830. 

Uporządkowaniem nadesłanego materyału do zbioru pamiętników, 
jakoteź korektą zajął się członek komisyi wydawniczej Dr. Aleksan- 
der Hirschberg, docent historyi polskiej w uniwersytecie lwowskim 
i kustosz Zakładu naród. im. Ossolińskich. 



^-SiiDi^ 



ZE WSPOMNIEŃ 

JANA BARTKOWSKIEGO I 



I. 

Ostatnie chwile przed wybuchem powstania. — Noc 29 listopada. — Organizacya wojska. 

Gdy wróciłem pod koniec wakacyi 1830. r. do Warszawy, zdawała 
mi się zrazu pustej, ponieważ młodzież uniwersytecka po większej 
części była jeszcze na prowincyi. Spotkałem wszelakoż kilku znajomych 
kolegów, którzy mi udzielili wielkiej nowiny, o której gazetom jeszcze 
nie wolno było pisać. Była to pierwsza wieść o rewolucyi we Francy i. 
Im bliższe docliodziły nas szczegóły o walce lipcowej, tem większe 
wzbudzały w nas nadzieje. Wkrótce uczniowie uniwersytetu zaczęli 
wracać do stolicy, a że i wojsko zabierało się do opuszczenia obozu 
pod Powązkami, akademicy i podchorążowie, oraz oficerowie młodsi 
piechoty, garnęli się skwapliwie w małe kółka i cichaczem rozprawiali 
już nie tyle o wypadkach w l^aryżu, jak więcej, o prawdopodobień- 
stwie . powstania własnego kraju i o pomocy, jakiej można było się 
spodziewać w takim razie ze strony Francyi. Wiara w bliskie poru- 
szenie upowszechniała się coraz więcej między mieszkańcami Warszawy 
i zagrzewała coraz bardziej ich doświadczoną gotowość do czynu. 
Tymczasem zapał młodzieży objawiał się w nieroztropnych ale dość na- 



*) P. Jan Bartkowski, obecnie profesor liceum w Nancy, od dawna juł rozpoczął pracę 
nad skreśleniem swoich pamiętników. Niektóre ich części są jui spisane; do innych, jak opisu 
wyprawy na Litwie pod dowództwem Samuela Różyckiego, powrotu / jenerałem Dembińskim, wę- 
drówki emigracyjnej do Francyi i wyprawy z Mazzinim do Sabaudyi w lutym r. 1834 — posiada 
Szan. Autor tylko notaty, dotąd nieuporządkowane. Z ustępów zupełnie jui wykończonych po- 
dajemy poniżej dwa, wchodzące w zakres naszego wydawnictwa, t. j. wspomnienia z ostatnich 
tygodni praed dniem 29 listopada i pierwszych chwil po wybuchu rewolucyi, jakoteż opis bitew 
pod Stoczkiem i Nowąwsią, stoczonych w lutym r. 1831. — Szczegóły biograficzne według wia- 
domości, udzielonych prze/, samego Autora, w dziełku Hier. Kunaszowskiego „Życiorysy ucze- 
stników powstania listopad." (Lwów, 1880). — Prsyp, Red. 

1 



turalnych wybuchach nienawiści narodowej przeciw Moskalom, a nawet 
i Niemcom przebywającym w Warszawie, których czubiono, kiedykol- 
wiek okazya się nastręczyła. 

Usposobienie to okazało się jawnie po nabożeństwie źałobneiri, 
którem uczniowie uniwersytetu postanowili uczcić pamięć męczenników 
poległych na Pradze 1794 r. Zamówiono nabożeństwo u 00. Kapu- 
cynów. Katafalk był ozdobiony licznym zbiorem staroświeckiej broni 
polskiej i tureckiej. Kościół zapełnił się akademikami i ksiądz już 
był gotów w^yjść ze mszą , kiedy wiceprezydent miasta Warszawy, 
czyli raczej naczelnik policyi, Lubowidzki, wpadł do zakrystyi i księdzu 
zakazał odprawić nabożeństwo. 

Nie daliśmy się wszelako odwieść od powziętego zamiaru. Po- 
słano w deputacyi dwóch uczniów do księdza proboszcza na Pradze 
i zamówiono na dzień następny nabożeństwo za dusze „zmarłych 
braci". Nie wiem, czy ksiądz się domyślił intencyi prawdziwej lub 
nie. Nabożeństwo jednak zostało odprawionem w asystencyi niemal 
wszystkich uczniów uniwersytetu. 

Wychodząc z kościółka, który nawet nie mógł pomieścić nas 
wszystkich, ujrzeliśmy przy drzwiach wieśniaka w podeszłym wieku 
z kilkoma pękami sękatych kijów dębowych, które z lasu niósł do Warsza- 
wy na sprzedaż. Tknięci myślą, że ten staruszek może był towarzyszem 
broni Kościuszki, równocześnie kilku ofiarowało mu wsparcie. Wtem 
któryś z kolegów wyciąga jeden z tych kijów i pyta: „Pd czemu to 
ojcze sprzedajecie te kije?" — „Po dwa grosze paniczu." — „Jakto, po 
dwa grosze.^ — wszakże to są wojdówki, i każda warta przynajmniej 
z dziesięć groszy." Biorąc zarazem dębniak jeden, zapłacił zań dziesią- 
taka. Za tym przykładem dziesięciogroszówki posypały się jak grad 
do kapelusza biednego starca i w mgnieniu oka wszystkie kije zostały 
rozebrane. 'i'ak uzbrojeni w wojdówki wracaliśmy gromadnie do War- 
szawy, aż tu na środku mostu spotykamy znanego szpiega Jurgaszkę, 
kapitana żandarmeryi, który z brzydkiej kalmuckiej twarzy już nieco 
podobny do w. księcia Konstantego, przez służalstwo jeszcze bardziej 
usiłował naśladować go w postawie i w noszeniu kapelusza. „Zapóźno 
idziesz nas szpiegować" — zawołali pierwsi,'którzy go spotkali. Niecny 
wyrodek^ oplwany przez młodzież przechodzącą, przycisnął się do po- 
ręczy mostu i — jakby pies obity, z wciśniętym między nogi ogonem — 
spiesznie i milczkiem dążył na Pragę. Sądziliśmy, że nastąpią poszu- 



kiwania ze strony władz; ale widać przez wzgląd na zbyt znaczną 
liczbę winowajców zaniechano dalszej iiikwizycyi i cala sprawa zakoń- 
czyła się zwołaniem wszystkich wydziałów uniwersytetu do wielkiej 
sali posiedzeń, gdzie ks. rektor Szwejkowski musiał nam dać upomnie 
nie za postępek, który z rozkazu w. księcia nazwał burdą. 

Wkrótce po rozpoczęciu kurstiw Szyni?inski (Napoleon), uczeń 
wydziału lekarskiegOj uwiadomił mnie o egzystencyi spisku, mającego na 
celu oswobodzenie ojczyzny, zapewniając zarazem, źe nie tylko większa 
część oficerów młodszych załogi polskiej w Warszawie, oraz po pułkach na 
prowincyi i szkoła podchorążych piechoty należą do tego związku, ale 
nawet osoby wyższe, otoczone po wszechnem poważaniem narodu Jak n, p. 
Chłopicki, Niemcewicz, Lelewel i inni; *) że, dla zasłonienia związku 
od zdrady, podzielono go na małe kółka, które miały komunikować 
się jedno z drugiem tylko za pośrednictwem jednego z członków swoich 
silnego charakteru i doświadczonego patryolyzmu. jedno z tych kółek 
już egzystowało w uniwersytecie^ a że posiadałem zaufanie niemałej 
liczby kolegów, Szymański zachęcił mnie do utworzenia drugiego kółka, 
zalecając wszelakoż jak największą ostrożność w wyborze członków. 

Niebawem plan podany mi przez Szymańskiego został doprowadzo- 
nym do skutku i — pod pozorem zabawy koleżeńskiej — zbierała się od 
czasu do czasu, w mieszl\aniu mojem pod „złotym orłem" (naprzeciwko 
kościoła św. Krzyża) garstka podo(icer(łW i akademik(»w, między innymi : 
Gancz (Wincenty) i Polański z i. p, piechoty liniowej, Mazowiecki 
(Anastazy) z 3, p. strzelców pieszych. Piwowarski (Adam), Mazowiecki 
(Onufry), Kobyliński (Wincentyj, Rzewuski, Rychłowski, Giewartowski, 
Bacewicz, Slabowski, Kossowski, Wąsowicz i Kruszelnicki. Wszystkie 
komunikacye i rozkazy wyższej a nieznanej nam władzy spiskowej 
dochodziły nas za (»ośredniciwem Szymańskiego, a dopiero w miesiącu 
pa^ćdzierniku poznaliśmy się z członkami niektórymi pierwszego kółka, 
zbierającego się w mieszkaniu Szwejtera '*) (Michała) w pałacu Za- 
łuskich. 



*} Cale postępowanie Chłopic kkgo w pierwneych dniach pow^tiima i jego niech«;c; ku re- 
wo) ucy i d<ily nam p6/ntej rluwótl, ic to był tylko sposób wibud^ema laufjinia w nnwozici^inych 
spisko wyciu P, A, 

') Pu sllumeniu kumuny, w nocy z 25 tu 20 maja 187 1 r, Stwejcer wra/. ł swym 
starym lowarzy^jeni Rru wadowskim, pomimo le^. i /arą;c»eu od/wicrncgo domu pod nr. 52 
boul«vard Picpus, że tu ludlic .^pnkojrn, tostałi wywlcczt-ni z swe] i/debki i roistrztUni firzci 
rozhestwioRe itoldactwo. i'. A, 



Podług danego zlecenia zaopatrzyliśmy się, jak kto mógł, w broń 
palną lub sieczną i czekaliśmy dnia ruchu. Naznaczono nareszcie noc 
z 13 na 14 października; tego wieczora kółko nasze zebrało się 
w mojem mieszkaniu i tam czekaliśn^y na ostateczny rozkaz, który 
nam Szymański miał przynieść. Wśród spokojniejszej niż zwykle ga- 
wędy wyglądaliśmy niecierpliwie powrotu naszego pośrednika. Już się 
zbliżało ku północy, kiedy nadszedł i oznajmił nam, że dla ważnycłi, 
choć jemu nieznanych powodów — naczelnicy spisku odroczyli wybuch 
powstania do dalszego czasu. — „Szaleni! głowy potracili^; zawołał 
Anastazy Mazowiecki, „już i tak szpiegi śledzą nas na każdym kroku, 
„a przez te zwłoki bezustanne sprawa cała niechybnie się wyda, i wy- 
„łapią nas jak myszy. Co do mnie — nie myślę zginąć bezowocnie; to też 
„wracam natychmiast do koszar po moją dubeltówkę i z pod filarów 
„Towarzystwa przyjaciół nauk jeszcze tej nocy księciu w łeb strzelę" ^). 

„Tem właśnie," zawołałem, „mógłbyś zwichnąć całą sprawę; za- 
„klinam cię przeto, mój drogi Anastazy, *) abyś ani myślał o podo- 
„bnym zamiarze. Wszakże dotąd nie masz jeszcze nic straconego; 
„uspokój się i pamiętaj że nie wolno żadnemu z nas działać samo- 
„pas". — Uwaga moja, silnie poparta przez obecnych, uspokoiła Ma- 
zowieckiego i w kilka chwil potem wszyscy rozeszli się z postano- 
wieniem czekania dalszych rozporządzeń. 

Schadzki w mojem mieszkaniu zwróciły na siebie uwagę jednego 
z inspektorów uniwersytetu i skłoniły mnie do przeprowadzenia się do 
ciasnej ciemnej ciupy na Tamce, gdzie, wraz z kilku kolegami, zająłem 
się laniem kul. 



*) w przewidzeniu rozruchu w. książę Konstanty nakazał największą czujność wojsku. 
Załodze warszawskiej rozdano ostre ładunki ; Moskalom po 60, Polakom po 12. W każdym pułku 
było w nocy po dwie kompanie gotowycli do broni, a na pierwszy alarm każdy oddz.ał wojska 
miał zająć przeznaczone dla siebie strategiczne stanowisko. Dla dopilnowania zaś ścisłego wyko- 
nania wszystkich rozporządzeń powyższych, w. książę, co noc niemal, około godziny 12. sam 
dojeżdżał raz do tych, drugi do innych koszar. P, A. 

*) Kiedy w maju 1831 r. przybyłem z korpusu jenerała Dwernickiego do Warszawy, do- 
wiedziałem się, że Anastazy Mazowiecki dnia poprzedniego został przywiezionym do ambulansu 
w szkole aplikacyjnej. Pospieszyłem bezzwłocznie do niego i znalazłem go w tej samej sali, 
w której leżał Zenon Niemojewski, okryty ranami w bitwie pod Nowąwsią 19 lutego. Mazowiecki 
choć miał dwie rany : jedną powyżej kostki, a drugą w górnej cięści uda, był bardzo wesołym. 
Nazajutrz był bladym jak śmieć i strasznie osłabionym, w skutek obfitego krwiotoku z ostatniej 
rany. Kula przerwała arteryę , a lekarze, nie mogąc jej zawiązać, zdecydowali, ie tylko ampu- 
tacya przy samym kadłubie może uratować rannego od śmierci. Nie wierząc w pomyślny sku- 
tek tej operacyi, Mazowiecki, pomimo przcdłożeń i próśb z mej strony, nie zezwolił na nią. 
w kilka dni potem odprowadzono zwłoki jego na Powązki. P. A. 



Tymczasem spostrzegliśmy z żalem, że jeden z związkowych na- 
szego kółka» Kniszelnicki, ') uczeń drugoletni na wydziale medycyny, 
oddawał się z coraz większą zapamiętałością szulerstwu i rozpuście* 
Nie brakowało przestróg i rad z naszej strony, ale zostały bezowocne. 
Uważałem nawet, że pomimo pozornej wesołością dręczyła go jakaś 
niespokojność. Nagle, 7. listopada, znikł nam zupełnie z oczu • ale bez 
poszukiwania powodów tej nieobecności — przypisaliśmy ją konieczności 
szukania u rodziców w Modlinie pieniędzy na zaspokojenie długów. 

Dnia 1 1 listopada doszła mnie wieść o aresztowaniu podchorążych 
Gancza i Polańskiego z up. piech. 1. i kilku podoficerów z 3, p* strzelców p. 
Ostrzegłem o tem bezzwłocznie najbliższych kolegów, a przeczuwając, 
że policya pochwyciła jakąś nić spisku, zacząłem przemyślać o ucieczce 
do Prus; a!e niepewność co do prawdziwych powodów aresztu na- 
szych przyjaciół wojskowych, a z drugiej strony obawa utwierdzenia 
[irzez moją ucieczkę władzy w domysłach jej — jeżeli tylko na takich 
odprowadzono braci naszych do więzienia — zatrzymały mnie na miejscu. 

Nazajutrz w piątek 12 listopada, około 10* rano wezwano mnie 
do inspektora jeneralnego uniwersytetu, Adryana Krzyżanowskiego. Za- 
pytania jego o częstych schadzkach młodzieży akademickiej w mujem 
mieszkaniu, o ich celu, rozmowach toczonych i t. p. przekonały mnie, 
że rząd domyślał się egzystencyi jakiegoś spisku; ale bynajmniej nie 
przypuszczałem jeszcze, jak dalece szczegóły jego były mu znane. Po 
krótkim protokole inspektor oznajmił mi» że muszę tymczasem pozo- 
stać pod aresztem uniwersyteckim i kazał bedelowi zaprowadzić mnie 
do pokoju blisko kancelaryi, zkąd dosłyszałem znane głosy kilku ko- 
legów. Przyniesiono mi objad ze stołu rektorskiego, czy też z trak- 
tyerni, a wieczorem koło 6. przywołano mnie do protokółu do sali 
obrad senatu uniwersyteckiego, gdzie ujrzałem naokoło stołu zacnego 
rektora ks, Szwcjkowskiego, powszechnie kochanego sekretarza uni- 
wersytetu Kazimierza lirodzińskiego, Adryana Krzyżanowskiego i kilku 
innych profesorów; prezydował zaś kurator uniwersytetu Maksymilian 
tVedro. 

Po ogólnych kwestyach, jakie mi już tegoż samego rana zadał 
inspektor: czy słyszałem o mającym wybuchnąć rozruchu, *J o przy- 



^) Zdaje mt si«;, ta był rodtm t Zamarcia i odbył nauki sikolnc w Szczębr/estytiie, Uj- 
ciym jego był lekarzem głównym w Modlinie. P. A. 

*) Z widocznem sUraniem unikano wyrazów „powstanie*' i „rewolucya**. F, A, 



6 



gotowaniach do niego, o celu częstych schadzek w mojem mieszkań i u 
i t p. zapytano mnie nagle: dla czego zaprosiłem do siebie kilkunastu 
kolegów i znajomych na wieczór dnia 13 października? Odrzekłem, 
że nie pamiętam, czy miałem kogo u siebie tego wieczora; a jeżeli tak 
było, to pewno zebraliśmy się dla wesołej pogadanki. — „Napróino 
^się pan taisz**, zawołał kurator, ^wiadomo nam bowiem, źe zebra- 
„Iłście się w nadziei jakiegoś zaburzenia, które miało nastąpić tej nocy; 
„a pan dla zachęcenia kolegów do udziału, kazałeś przynieść kosz 
^piwa i częstowałeś ich następnie ponczem, Kiedy wam zaś donie- 
„siono, źe rozruch został odroczonym, unteroficer (sic) z 3, pułku 
„strzelców pieszych. Anastazy Mazowiecki, uniesiony gniewem i prze- 
„powiadając* że zwłoka podobna naraża spiskowych na zgubę ^ od- 
^grażał się^ że tej samej nocy zaczai się z dubeltówką pod filarami! 
„domu Towarzystwa przyjaciół nauk i zabije Jego Cesarskij Mość W, 
„Księcia Konstantego, w chwili kiedj o północy będzie tamtędy prze- 
„jeźdźał. Pan zaś, zamiast odradzać mu od przedsięwzięcia tak zbro- 
„dniczego, utwierdzałeś go w tak niegodziwym zamiarze*^. — „Być 
„może'', odpowiedziałem, „źe w ciągu rozmów^ rozmaitych któryś z ko- 
„lęgów moich wspomniał, źe podług ostatnich nowin krążących poi 
„Warszawie ruch jakiś nastąpi; ale nie zwróciłem na to uwagi, zwłaszcza 
„źe podobne wieści głuche dawały się słyszeć codziennie po kawiar- 
„niach Nieraz poczęstowałem kolegów piwem i pączem, ponieważ nie 
„miałem zwyczaju przyjmow^ać gości na sucho; ale jest fałszem, abym 
„tym sposobem miał ich zagrzewać do udziału w jakiemś urojonem 
„powstaniu. Równie szkaradnym wymysłem jest, aby się Mazowiecki 
„kiedykolwiek odgrażał na życie w księcia lub kogokolwiek w mej 
„obecności. Nie przypuszczam, aby myśl podobna mogła powstać 
pW jego szlachetnym umyśle, (idyby się zaś objawiła, lo — zamiast 
„go zachęcać do takiej zbrodni niesłychanej ■ byłbym sobie uważał za 
„święty obowiązek użyć sił wszelkich, aby go odwieść od niej, albo 
^mu przeszkodzić w dokonaniu takowej". 

Zadzwonił kurator na bedela i zawołał donośnym głosem: „F^rzy- 
„wołaj p. Kruszelnickiego**. — Dreszcz mnie [>rzeiąl na to nazwisko; albo- 
wiem wskazało mi zdrajcę i całą przepaść w jaką nas pojłchnął. 
Szczęściem, źe kaptur lampy cieniem swoim zasłonił wrażenie nader 
przykre, które myśl ta zrobiła na mtiie, W mgnieniu oka wszelakoż 
samo uczucie niebezpieczeństwa przywrf)cilo mi całą przytomność. Kiedy 



więc wszedi Kruszelnicki, wymokły ł blady jakby trup i kazano mu 
usiąść naprzeciwko mnie, wlepiłem w niego wzrok tak surowy, że 
znieść go nie mógł „Czy pan byłeś wieczór 13 października u pana 
Bartkowskiego?'* — „Byłem**. — „Czy Bartkowski był przytomny, 
^ kiedy podoficer Mazowiecki odgrażał się, źe przyczai się tej samej 
„•nocy pod filarami gmachu lowarzystwa Przyjaciół nauk w celu za- 
„bicia Jego Ces. Mości W, Księcia Konstantego?" — Tu Kruszelnicki 
zwrócił drgającą twarz ku mnie, a spotkawszy wzrok pełen obu- 
rzenia i pogardy, drżącym głosem jęknął: ;,Nie-e e — nie wiem, czy 
był wtenczas obecnym; ale zdaje mi się". — „Cóż to się znaczy F** — 
zawołał gniewnie ks. Szwejkowski — „w raporcie swoim utrzymujesz 
„pan, że Bartkowski utwierdzał podoficera Mazowieckiego w zbrodni- 
„czym zamiarze; a teraz nie pamiętasz nawet, czy był przytomnym tej 
„pogróżce. Któż tu może wierzyć panu? Idź pan na ustęp" '). Pod 
tym gniewnym wykrzyknikiem zacnego rektora poznałem ukontento- 
wanie nad zacłiwianą wi^arogodnością delatora. a odblask tegoż samego 
uczucia przeleciał także po twarzy Brodzińskiego, który pogrążony 
w smutku i milczeniu i»rzesłuchiwal się powyższej indagacyi. 

Po kilku innycli mniej ważnych zapytaniach kurator poprosił mnie 
do pobocznego pokoju i tam — wziąwszy za rękę, z czułością ojcow- 
ską zaklinał mnie, abym mu zeznał całą prćtwdę, szczególnie co do 
osób, z któremi miewaliśmy komunikacye ; że on sam uważa całą tę 
sprawę jako dzieciństwo i że — jeżeli zeznaniem otwartem odpowiem 
na jego zaufanie — otrzyma niezawodnie na audyencyi, na którą miał 
się udać tegoż wieczora do w. księcia, upoważnienie do wypuszczenia 
nas natychmiast na wolność Odpowiedziałem, że nieraz zdarzyło mi 
się słyszeć, nie tylko między kolegami, ale nawet po kawiarniach, przy- 
puszczenia o możebności rozruchu jakiegoś w Warszawie, ponieważ 
rozdanie ładun' ów ostrych między załogę i inne środki ostrożności władzy 
wojskowej naprowadzały na domysł, że rząd musi mieć ważne do tego 
powody; zresztą, że nie miałem w Warszawie ani znajomości ani ko- 
munikacyi z żadnemi osobami, prócz kilku kolegów uniwersyteckich, 



') CoU postać zdrajcy, jego glos driący i wahanie się w ctasie tej konfronUcyi, prze- 
konały mnie, ic Krusiclnicki n e byl jcs/c^c wprawnym ratwardKinJym szpiegiem. Nie pojmuję 
wsidakoi, dla c^eRo idraduajiic kolegów, oskarAył nmie nadto kłamliwie, jakobym »achccaj Ma- 
zowjeckifgo do zabicia w, księcia, Moie być, łe zachował do mnie ial osobisty, i powodu wy- 
rzutów, które mu /robiłem nad /apam clałoicią, z jaką się oddawał szulerstwu. P. A. 



8 



i ich braci lub krewnych będących w wojsku; źe schadiki nasze ogra- 
niczały się na obojętnej rozmowie albo na wesołej zabawie^ a nie miały 
bynajmniej celu politycznego, jaki mi fałszywie podrzucano* 

Opuścił mnie kurator nie bardzo zadowolony, a w kilka chwil 
potem turkot odjeżdżającego powozu kazał rai się domyślać, że udał 
się do Belwederu, inni zaś członkowie komisyi czekali jego powrotu , 
niektórzy może w nadziei, że przywiezie rozkaz uwolnienia dla oskar- 
żonej młodzieży. Co do mnie, nie spodziewałem się, aby nas wy- 
puszczono; tak się też i stało. Może około lo, nadjechał powóz; ale, 
zamiast mnie uwolnić, bedel Głowacki z zasmuconą twarzą wezwał 
mnie, abym mu towarzyszył do jednej z sal prelekcyjnych i tam mnie 
zamknął na noc. Znużony wrażeniami tego dnia, a po części też 
w zaufaniu, że koledzy wraz ze mną przyaresztowani ograniczą się 
przy indagacyi na naturalnem wytłomaczeniu naszych schadzek i odeprą 
wszystkie inne do nich powody jako zmyślone, zasnąłem spokojnie. 

Nazajutrz wezwany powtórnie do sali obrad zastałem tam proc 
kuratora, rektora, sekretarza i inspektora, trzech jenerałów: l^ożnie- 
ckiego, Rautenstraucha i Potockiego (Stanisława). Powtórzono mi też 
same pytania, co dnia poprzedniego, a ja dałem też same odpowiedzi. 
Nie przywołano wszelakoż Kruszelnickiego na konfrontacyą. 

Wieczorem przeprowadzono mnie do sali, gdzie profesor Bętkc 
wski wykładał historyą i tam znalazłem własny materac, poduszkę 
i kołdrę. Tam mnie zostawiono przez cały dzień następny, a ie to 
była niedziela — nie miałem nawet rozrywki widzieć przechodzących aka- 
demików. Miałem więc czas zastanowić się nad najwłaściwszym planem 
odparcia wszelkich oskarżeń i w konkluzyi uznałem za najlepszy ten, 
który mi prosty rozum nastręczył od pierwszej chwili aresztowania, 
t j. odpierać stanowczo wszelkie oskarżenia o należenie do jakiego- 
kolwiek spisku i obstawać zarazem przy tern, że pogadanki nasze 
o prawdopodobnym rozruchu były tytko echem powszechnie knjżących 
domysłów, wywołanych przez środki ostrożności władz wojskowych. 

Dnia 15 listopada, w poniedziałek wieczór, przeprowadzono mnie 
z gmachu uniwersyteckiego do klasztoru św. Krzyża i tam mnie w jednej 
z cel zamknięto. Po stąpaniu na korytarzach i skrzypieniu kluczy do- 
myślałem się, że przeprowadzono zarazem i innych kolegów moich. 
Przekonałem się później, że domysł mój był prawdziwym. Byliśmy 
wszelako tak porozdzielani, że nie mogliśmy się komunikować między 



sobą, ani tez s/.ukałem sposobności do tego, z obawy zdradzenia 
się. Usługiwała nam jeszcze służba uniwersytecka, tylko, ile razy zda- 
rzyło mi się — przy wejściu bedela — okiem rzucić na kurytarz, 
S[)oslrzegłem jakiegoś draba, z odraźającem piętnem policyjnego siepa- 
cza. Podobnegoź psubrata upatrzyłem czatującego w bramie, albo też 
przy drzwiach klasztoru. 

Tak mnie zostawiono przez tydzień, bez wezwania do pro- 
tokółu. Nie cierpiałem nudów, ponieważ dostarczono mi, zdaje się 
z księgozbioru rektora, kilku książek. W poniedziałek 2 2 listopada 
wieczrtr, właśnie kiedy po zgaszeniu świecy rozmyślałem nad prze- 
czytanym co tylko wierszem Krasickiego: ^Święta miłości ukochanej 

"Ojczyzny**, zaskrzypiał klucz we drzwiach i wszedł do celi komisarz 
policyi z latarką j a za nim olbrzymi drab policyjny. Wezwał mnie, 

^abym mu towarzyszył » a na zapytanie: ^dokąd**? odrzekł, że tego nie 
może powiedzieć. Nim się ubrałem, policyant zwinął pościel i poniósł 
ją na dób Przed bramą klasztorną stała zamknięta dorożka, do której 
wysiadł zemną komisarz z policyantem, a drugi z pościelą usiadł obok 
woźnicy. Powietrze było mgliste , ulice zdawały mi się puste i nad- 
zwyczaj ponure. Zrazu nie wiedziałem, dokąd mię wiozą, ale skoro 
dorożka zwróciła przez plac bankowy na Leszno, wątpliwość wszelka 
ustała. Zatrzymaliśmy się przed Kartnelitami, gdzie na znak dany otwo- 
rzyła się furtka i wprowadzono mnie do obszernej sieni, służącej za 
odwach, Tu mnie komisarz przedstawił komendantowi więzienia, kapi- 

rtanowi z kwatermistrzostwa Niewodowskiemu, a sam z grzecznością ^ — 
zdawało się — urągliwą, pożegnał się ze mną. Kapitan Niewodowski 
przyjął mnie bardzo uprzejmie, kazał pościel zanieść na drugie piętro pod 
nr. 25 *) i sam mnie tam w asystencyi odźwiernego odprow^adził '*}, 
Ządal, abym złożył na jego ręce pieniądze oraz, nóż łub scyzoryk, jeżeli 



*) w lej samej celi siedział w 1825 r, oficer od saperów Sabiński. Podług powszech- 
nej wieści został tam struty i w ostatniej chwili konaniA przestrzegł innych więiniów o przy- 
czynie .śmierci. P, A, 

*) Priy samem wej^iu do wi<:zieiiia byl w sieni otiszerny odwach^ a dalej rozmaite pół- 
ciemnc I wilgotne dziury, gd/Je po rewolucyi 29 listopada znaleziono w jednej z nich powrozy 
przedzierzgnięte pr/ez belkę. Ponieważ to nic była stajnia ani suszarnia^ domyślano się, ie to 
było miejsce tortur tajnych a moic nawet egzekucyi. Prawda co do łych domysłów nie zostnla 
nigdy wyiwiecon^, o ile mi wiadomo, ponieważ komisya, wyznaczona do przejrzenia papierów 
policyi tajnej, idąc za przykładem, a raoże nawet z natchnienia tbyt łagodnyth wladt rządu tym- 
czasowego, mitręłyJa długo, zamiast oddać wszystkich szpieg<!>w t siepaczy moskiewskiego ucisku 
pod sąd doraźny — a nawet nic pociągnt^ła kaptlan.i Niewodowskiego i jego pomocników do 



11) 



jaki mam przy sobie i opuścił mnie, poleciwszy dozorcy, aby wrócił 
po świecę, skoro się rozbiorę. 

Położyłem się też niebawem i zostawiony w ciemności rozmy- 
ślałem nad położeniem mojem. Przesunęły mi się przed wyobraźnią 
znane mi tylko z opowiadania postacie ks. Dębka i innych wMernych 
synów^ Polski, którzy w tych murach męczeństwem stwierdzili swą 
miłość ojczyzny. Ich przykład dodał mi odwagi do zniesienia cierpień, 
jakiekolwiekby mnie czekały. Lecz kiedy myślą zwróciłem pod strze- 
chę ojczystą , łzy mi się z oczu puściły na samo wyobrażenie żalu 
i rozpaczy drogiej matki, skoro ją dojdzie wiadomość o uwięzie- 
niu mojem. 

Wśród rozmyślania tego usłyszałem kilkakrotnie stąpanie po ko- 
rytarzu. Zw^ożono widocznie innych więźniów, ale żadnego nicosa- 
dzono w celi pobocznej. Później się przekonałem , że istotnie^ dła za- 
pobieżenia wszelkiej komunikacyi, poprzedzielano nas — o ile to było 
możebnem — pustemi celami. 

Nazajutrz, zaledwie wstałem, odwiedził mnie oficer od warty, za- 
pytał mnie o zdrowie i rzuciwszy okiem na około, zostaw^ił mnie z po- 
sługaczem, który mi przyniósł kaw^ę i zaczął napalać w^ piecu; ale 
dym tak gęstymi kłębami wkrótce przepehiił celę, ż': pobiegł do kapi- 
tana Niew^odowskiego i za jego pozwoleniem wypuścił mnie na 
korytarz, gdzie musiałem stać na jednem miejscu, dopóki przeciąg nic 
rozpędził owego dymu. Dla bezpieczeństwa wszelakoż stawiono obok 
mnie dodatkow^ego szyldwacha (choć już było po jednym na każdym 
korytarzu). Widać w ostatniej celi była także jakaś niedogodność, po- 
nieważ z korytarza ujrzałem stojącego na i>rogu drzwń otwartycłi kolegę 
mego Michała Szwejcera ^). Natychmiast wszelakoż kazano mu się cofnąć. 



zeinanta falctów, które dokonafte zostdly w więzieniu Karmelickiem od roku I825 do 1830* — Na 
pierws/cm piętrze gmachu korytarz jeden byl zajęty prtei cele więzienne, a drug«» twor/^ey 
kąt prosty z pierwszym, prowadnł do sali indagacyjncj i uiicsikania komendanta. Drugie las pię- 
tro liylo całkiem przeinaczone dla wię/niów. Warta, składająca się z plutonu piechoty, 3tmie- 
niala się co wieczór, ale komendę nad nią mieli na przemian dwaj oficerowie z poniżonego policyj* 
n ej shit by batalionu weteranów czynnych, z których jeden z twarzą trędowatą i do^ otyłą musiał 
byc pijakiem, drugi nieco wyts/y i wejrzenia oraz obyczaju przyjemniejszego^ widocznie dopiero 
co zoNtal pry.enicfiionym do weteranów, albowiem nosił jeszcze mundur pułku hlrzeleckicji^o* P, A, 
*) Szwejccr zajmował celę, w którt-j — jak nam powiedziano pó/niej — więziono 1825 r. 
ks Dębka, Karmelitę i gdzie go inoże zamordowano, chce policya rozpuściła wjcm;, sŁc ks, Dę- 
bt'k , w chwili kredy go goluno, wyrwał j;*^dar/.owi lirzytwę z ręki i w mgnieniu oka pr/cmoąl 
vf>b,e eirdbn /', A, 



11 

Zostawiono mnie w tej celi przez dwa dni; źc zaś, w czasie 
zapalania w dyniićicym się piecu, musiano mnie wypuszczać przynaj- 
mniej na godzinę, przeprowadzono mnie w czwartek {25) rano do 
celi pobocznej. W piętek zaś około i Uej kapitan Niewodowski zapro- 
wadził mnie do sali indagacyjnej na pierwszem piętrze, gdzie mi ka- 
zano si^iśc przy końcu dRigiego stołu, przy którym siedzieli jenerało- 
w^ie: Roźniccki, liautenstrauch i Potocki (Stanisław), kurator uniwer- 
sytetu Maksymilian Fredro i inspektor jeneralny Adryan Krzyżanowski, 
inkwirent śledczy i jego pisarz. 

Snąć dla formalnego zadosyćuczynienia przywilejowi uniwersyte- 
ckiemu — w rozpoznaniu zarzutów czynionych akademikom — przyzwano 
i tu jeszcze, jako świadków legalnej procedury, dwócłi wyżej wymie- 
nionych dygnitarzy wszechnicy warszawskiej, szanowanych jako ludzi 
zdatnych a nawet dobrych Polaków, Ani jeden ani drugi nie bral 
udziału w tej indagacyi, lecz tylko przysłuchiwał jej się w milczeniu 
i — jak mi się zdawało — pognjźony w smutnych myślach. 

Wezwany przez prezydującego w tej komisyi Rożnicckiego, 
abym dyktował pisarzowi inkwirenta, cokolwiek mi wiadomo o spisku, 
mającym na celu zaburzenie publicznej spokojności, odrzekłem, że nie 
majijc żadnej wiadomości o podobnym spisku, nie mogę zadosyć 
uczynić podobnemu żądaniu, lecz gotów jestem odpowiedzieć na wszel- 
kie pytania, któreby mi chciano położyć. Zgodzono się na to i rozpo- 
częto indagacyą, mniej więcej w ten sam sposób, jak dnia 13 listo- 
pada, tylko z większymi szczegółami i przeskakując nagle do pytań, 
na pozór obojętnych o rozmowach potocznych akademików, w celu 
widocznym zamącenia mi głowy. Odpowiedzi moje były też same, co 
na dwóch {)oprzednich indagacyach. 

Z pomiędzy członków komisyi jeden tylko Rautenstrauch czynny 
brał udział w tern śledztwie i uważnie podsuwał inkwirentowi coraz 
nowe pytania. Rożniecki zaś bawił się przez cały czas sztabą laku, 
którą rozgrzewając w ręku, przeginał w różne kształty. Zresztą siedział 
z zmrużonemi oczyma, jak stary kot i tylko dwa czy trzy razy przc- 
bąknął kilka wyrazów. Między inncmi zapytano mnie, co mcAYiuno 
między młodzieżą o usposobieniu Litwy i Wołynia na przypadek jakiego 
rozruchu. — ^Nie słyszałem żadnych rozmów o Zabranym kraju"*. — 
„Crtź to pan rozumiesz przez Zabrany kraj?"* — zawołał pół gniewnie, 
[jół z zadziwieniem gorłiwy slużałec Rautenstrauch, — „Zapewne 



12 

odpadłe i>rowincyc**j odpowiedział za nuiiu Rożiiiecki i z tcj [>o- 
prawką kazał protokoliście zapisać moją odpowiedź. — Przeczytano 
mi w końcu protokół i kazano mi go podpisać. — W dobrej wierze 
podpisałem; dopiero później przyszło mi na myil , że ów pisarz pe- 
wno był członkiem policyi i z polecenia wyższego może przeczytał 
wcale co innego, od te^^o, co napisał. 

Na odgłos dzwonka prezesowego wszedł kapitan Niewodowski 
i odprowadził mnie, grzecznie wziąwszy pod rękę (pewno z obawy, 
abym mu z pierwszego piętra nie wyskoczył na ulicę) do mej celi, — 
Nim mnie opuścił, przypomniałem mu daną mi poprzednio obietnicę, 
i prosiłem o jakąkolwiek książkę do czytania. Zapewnił mnie, że nie 
zapomni o tern ; przecież skłamał , ponieważ w sam dzień rewolucyi, 
zrana, kiedy posługacz, proszony przczemnie o przypomnienie kapita- 
nowi danego przyrzeczenia, mówił mu o tem na korytarzu, blisko mej 
celi, dosłyszałem przez drzwi: „Mniejsza o to, że żąda książek, nie 
„zważaj na to; a jeżeli się będzie napierał, to mu daj starą książkę 
„do nabożeństwa, która jest w moim pokoju". — Nie ujrzałem też 
żadnej książki, ~ Dopiero wieczorem tegoż dnia, kiedy ów porucznik 
w mundurze strzeleckim, zdając służbę drugiemu oficerowi od wetera- 
nów, wstąpił z nim do mej celi, spostrzegłem w ręku jego broszurkę 
cienką i prosiłem, aby- mi ją zostawił na ten wieczór. Zrazu się wa- 
Iiał, lecz kiedy go zapewniłem, że kapitan Niewodowski przyrzekł do- 
staiTzyć mi co do czytania, dał mi ow^ą broszurkę. Była to rozprawka 
(może i6 stronnic) przez Biernackiego, o sposobie stawiania mieszkań 
włościańskicli, z dachem wewnętrznie i zewnętrznie zabezpieczonym 
od pożaru* Zaiste nigdy nie czytałem dzieła z większem zajęciem, 
jak ową rozjjrawkę o architekturze wiejskiej. Przeczytałem ją w prze- 
ciągu godziny trzy razy i byłbym ją może jeszcze kilka razy więcej 
przeczytał, gdyby się nie dopaliła nędzna smarkatka groszowa, którą 
mi co wieczór na oświetlenie mej celi przynoszono. 

Pogrążony w ciemności dumałem nad sposobami |)olepszenia l^ytu 
poczciwego ludu wiejskiego i nad szlachetnemi w tym celu usiłowa- 
niami Staszyca i kilku innych — niestety, zbyt mało licznych obywa- 
teli, — które tak mało znalazły naśladowców, kiedy nagle uderzony 
zostałem nadzwyczajnym turkotem dorożek czy pojazdów, pędzących 
przez Leszno i spostrzegłem zarazem jasne światło na niebie. Zerwa- 
łem się i ubrawszy się co tchu, wlazłem na stoljk przygwożdżony pod 



itfta 



13 



oknem, aby odkryć powód tej łuny. Na próżno się siliłem: w prze- 
klętej drewnianej zasłonie za oknem nie było najmniejszej szpary. 
„Boże wiflki!** westcbnćilem , «gdyby to było hasło do powsta- 
nia!** — W tej nadziei postałem jeszcze kilka chwil na stole, z wie- 
pionenii w niebo oczyma; ale że łuna *) zdawała mi się nieco zmniej- 
szać — choć jeszcze dochodził mnie z oddalenia odgłos jakiegoś 
huku — j)omyślałem, że to pewno tylko pożar przypadkowy i z ża- 
lem wróciłem do łóżka. Zaledwie atoli poleżałem jaki kwandrans, aż 
tu nagle huk nierównie silniejszy daje się słyszeć z przeciwnej strony 
więzienia. liyly to strzały padające ze strony warty więziennej i ze 
strony ludu dobijającego się do Karmelitów; ale w zakrętach zabu- 
dowań klasztornych tak dziwnie się odbijały, jak gdyby taranem 
w mury bito. W mgnieniu oka stanąłem^ znów ubrany na nogach, 
a serce mi biło Jak obuchem. -Pewno pożar wybuchnął w samym kla- 
sztorze**, pomyślałem sobie, „i kto wie, czy nas nie chcą zagrzebać w gru- 
zach tego pogorzeliska''. — Szarpnąłem więc na dzwonek, a kiedy nad- 
biegł posługacz, zażądałem , aby mi natychmiast drzwi otworzył. „Niewol- 
no panie". — „Zkądże ten straszny huk?'* — „To pożar w mieście*** To 
odrzekłszy, pobiegł do innych drzwi, ponieważ równocześnie ze wszy- 
stkich cel odzywały się dzwonki. Nie odstępując już od drzwi , przyło- 
żyłem ucho do nich i dosłyszałem , że ściągnięto szyldwachów z dru- 
giego piętra. Niezawodnie, pomyślałem sobie, albo pożar straszny już 
ogarnia więzienie, albo też jest powstanie i zacząłem bić pięścią 
w mur pobocznej celi, pytając się dośnym głosem sąsiada, co to się 
wszystko znaczy. „Nie wiem** — odezwał się znany mi glos Juliana 
Łabęckiego, a w tej samej chwili z hukiem, jakby wystrzału arma- 
tniego, usłyszałem grzmiący okrzyk: „Niech żyje Polska! liracia Polacy! — 
wolni jesteście!**.... i masa ludu, jak powódź, z szybkością błyskawicy 
rozlała się po obszernem więzieniu. Na odgłos „niech żyje Polska!** 
wyciąłem pięścią na odlew tak silnie w drzwi , że wierzchnia szyba 
drewniana, w której była kratka zasuwana z blachy przedziurawionej, 
prysnęła jak szkło. Odwróciłem się na krok, aby i dolną część nogą 
wybić , ale w tejże samej chwili ktoś kolbą czy drągiem całe drzwi 

wywalił,. Pióro nie zdolne opisać uasuć moich w owej błogiej 

chwili. W tych kilku sekundach, kiedy nas biednych więźniów z unie- 

*) Byl to poiar domu , który w pierws/ej chwili powstania usiłowano podpalić na 
Nalewkach, P* A. 



1 1 




siriiifin ściskali koledzy i zacni rzrnuchlmc) warszaw sty, więcej dozna- 
łem szczęścia, aniżeli w całym ciągu życia mojetjo. 

Więckowski, uczeń wydziału prawnego, wcisnął mi pałasz w rękę, 
i tak wraz z wybawcami naszymi spiesznie schodziliśmy na dół. Na 
pierwszem piętrze spotkaliśmy zbladłego i chwiejącego się na nogach 
kapitana Niewodowskiego , któremu przy szturmie kuła lewe ramię 
przeszyła. Widać w^ięcej ze strachu, aniżch z miłości ojczyzny zawołał 
słabym głosem ^niech źyjc I^olska!"* — O kilka kroków od niego 
jakiś rzemieślnik trzymał owego oficera od weteranów z trędowatą 
twarzą za gardło i — przyparłszy go do muru — wqłal, aby mu 
który z nas w łeb palnął* „Dajcie mu pokój, to pijaczyna, który Bogu 
duszę winien" — zawołał któryś z więźniów i uratow ał go od śmierci. 

Zapewniono mnie, źe kiedy lud, prowadzony przez kilku akade- 
mików i innych młodych ludzi , zaczął się dobijać do więzienia Kar- 
melickiego, wdarta nie okazała wielkiej skłonności do strzelania; ale] 
kapitan Niewodowski, zagroziwszy żołnierzom srogą odpowiedzialnością, 1 
jeżeli nie odeprą — jak się wyraził — pijanego motlochu, sam przez 
okienka dał ognia z pistoletów, a tern samem hasło do krótkiego alei 
zaciętego boju, który się zakończył wyłamaniem bramy w^ięziennej, — 
W tym ataku odznaczył się Konstanty Woronicz , synowiec autora 
Sy billi. Porwaw^szy siekierę z bliskiego domu, już był wyrąbał spory 
otwór w bramie, kiedy właśnie przez ten wyłom żołnierz od warty 
wysunął broń i w odległości kilku cali ugodził go w bok. Szczęściem, 
że kula, nie mając jeszcze właściwego impetu, ośliznęła się po żebrze 
i zatrzymała się na samej kości pacierzowej. 

Załączam tu opis ataku na więzienie Karmelickie, nadesłany mi 
w 1874 r. przez rodaka F» Eisenberga, zmarłego w Nantes W' 1877 n 

„Unia 29 listopada 1830 r kapitan Wozdyński, dowódca kom- 
„panii 1. grenadierskiej pułku 4. |)iechot)^ wyznaczył ze swej kompanii 
^mnie i dwóch innych podoficerów Boryckiego i Kaczmarka z dwu- 
„dziestu kilku żołnierzami na wartę, do więzienia u Karmelitów na, 
„I^esznie. Przybywszy na przeznaczone miejsce, znaleźliśmy tam kapitana 
„ze sztabu^ komendanta więzienia, (a którego nazwiska nie przypomi- 
„nam sobie), który sam był obecny przy rozprowadzeniu poczt. Przy 
„każdej celi ') był postawiony szyldwach; mieliśmy każdy po 12 

*) Widoczna omyłka; zamiast przy ,|kaidej celi* autor t>pbu chciał pewno powiedricc : 
pa kaidyra koryUrtu. P. A, 



ładunków, które zresztą już od kilku miesięcy posiadaliśmy. Około 
„godziny 5 przybył oficer od weteranów, którego nam podpułkownik 
„nasz Czajkowski kazał uważać ta komendanta 

„Po godzinie 7 szyldwach stojc^cy przy ogrodzie woła do nas, 
^ż^ słychać jakiś huk w mieście i ie się pali. Kapitan komendant 
„więzienia wyseła na zwiady do miasta żandarma konnego; ten wkrótce 
^oznajmia, że jest pożar i bunt w mieście kolo arsenału. Wtedy kapi- 
„tan ten sam komenderuje „do broni*^, a potem, ;,nabij broń*". 
„W kilka minut przybywa kilkunastu cywilnych z siekierami, oskar- 
„dami, a niektórzy z fuzyami, krzyczcjc j, wypuśćcie •w^ięźniow'*^ potem 
„wzięli się do muru i do wyrąbania dziury w wielkich wrotach. Ja 
„zacząłem rewidować (zapewne obchodzić czyli ront odbywać), a idćjc 
„powoli i zamyślony na pierwsze piętro, spotykam na dól schodzći* 
„cego kapitana. W tej chwili ktoś strzelił z domu z drugiej strony 
„ulicy, kula przechodzi przez okno i trafia go w lewe ramię; uchwy- 
„cił się za takowe, mówiąc „ranny jestem''; odpasuje pałasz i rzuca 
„na ziemię. — Po obejrzeniu poczt schodzę na dół. Dziura była już 
„w bramie wyrąbana i zaczęto strzelać do siebie; żołnierz Majch- 
„szyk śmiertelnie ranny umiera (umarł w* kilka godzin). Nadaremnie 
„szukamy oficera od weteranów i odźwiernego. Wtedy zbieram poczty 
„i sprowadzam wszystkich na małe podwórko przy ogrodzie; kilku 
„żołnierzom, co się wdrapali przez |>ompę na mur, kazałem zejść, 
„aby się nie osłabić, słysząc , źe brama już wybita. Cywilni wpadajł^ 
„hurmem na korytarz a później na nasze podwórko, krzyczyąc „gdzie 
„są więźnie?" — My odpowiadamy, że na górze. LIwalniają ich, my 
tymczasem opuszczamy wszystko i oddalamy się". 

(l)od pisano) 3/ J^ilCflbcł'^, 

Zdaje mi się, że w pięć minut po wywaleniu bramy, więzienie 
całe było pustem *). Więźniowie, lud i kilku żołnierzy pozostałych 
z wMrty ruszyli razem ku arsenałowi. Ninieśmy doszli do Tłomackiego, 
spotkaliśmy patrol z gwardyi strzelców konnych; ale nas nie zaczepił. 
Zdawało nam się też, że pułk len popierał pow^stanic ~ tymcza- 
sem było wcale inaczej. 



^) Kie Kupclnic*, poniewa;^, kiedy dwa <tnt pófniej, stojąc obos^m na Lesinic, wsiccdlem tlo 
dawnego wiciienui, aby je nhcjrzeć , zaslakm Utm jestcic knpitana Nic wodo wskkgo i prty nim 
Ickarjta, MtTry opatryw.il ranę jego* Nic chciic , *iby pRedłułona rozmown rdAw^ila mu sic c^h<;- 
cią fuiigrawnnia się t jł^fio m>siie«chei« , eofnalem siq w kilku eKw\l. P. A, 



h 



Ifi 

wpadliśmy do arsenału, już zajętego przez czwarty pułk piechoty 
i uzbroiliśmy się w karabiny i bagnety. Wiarusy dali nam po kilka 
ładunków i nie tracąc czasu, ruszyliśmy do więzienia Marcinka- 
nek, pod przewodnictwem jakiegoś akademika, jadącego przed nami 
na małej szkapinie kozackiej. Jeżeli tam była poprzednio warta, to widać 
już została ściągniętą, Znaleźliśmy tylko l)ramc wewnętrzną podwórza 
zatarasowaną, a na wezwanie, aby ją otworzono, nikt nie odpo- 
wiedział Tymczasem Rychlowski (akademik) wpadł do stajni obok 
bramy^ wdrapał się do wysokiego małego okienka i ujr7,a[ jakiegoś 
draba podpierającego wewnątrz bramę drągiem. Wystrzałem z pisto- 
letu takiego straclru mu napędził, że natychmiast drapnął i gdzieś się 
zanurzył Wysadziliśmy bramę i przetrzęśliśmy cale więzienie; ale zna- 
leźliśmy w nim tylko Wincentego Kobylińskiego (akademika) i jakie- 
goś — zdaje się — żyda niemieckiego. Pierwszy tak osłupiał ♦ że zrazu 
wahał się opuścić więzienie. 

Wróciliśmy przez plac zamkowy i Senatorską ulicę do arsenału, 
gdzie — że tak powiem — był punkt centralny ruchu rew^olucyjnego. 
Tam ujrzałem mego kolegę Chałgasiewicza w stosowanym kapeluszu 
jen. Trębickiego, który przełożył pozostać wiernym sługą cara, ani-. 
żeli dobrym synem ojczyzny. Ciało jego leżało w rynsztoku naprze- 
ciwko arsenału Tu się zarazem dowiedziałem o zdradzieckich zabie^^ach 
jen. Stanisława Potockiego i o zamachu jego na życie mego przyja- 
ciela Napoleona Szymańskiego, 

Kiedyśmy spieszyli od Karmelitów do arsenału, Szymański, zatrzy- 
many przez jakiegoś znajomego przy skręcie z Leszna na Tlomackie, 
pozostał tam przez kilka chwil obok komjjanii piechoty, zajmującej to 
stanowisko. Nagle nadjeżdża jenerał Potocki z żandarmem i kozakiem, 
zapewne w celu oszołomienia wojska naszego przy arsenale^ jak mu 
się to, dzięki jego reputacyi dobrego patryoty, już było udało z kom- 
paniami wyborczemi strzelców, które — przeznaczone na pomoc szkołę 
podchorążych — zostały przez niego powiedzione w matnią do Bel- 
wederu i tam otoczone przez jazdę moskiewską. — Zaledwie do- 
strzegł Szymańskiego, poznał w nim jednego z więźniów klasztoru 
Karmelickiego i krzyknął do żandarma: ^łap^mitego łajdaka!''. Szy- 
mański osłupiał na taką bezczelność i zamiast się schronić między 
żołnierzy, chciał przeskoczyć przez sztachety żelazne, otaczające ogrtydek 
przed hotelem wileńskim. Nim tu zdtłlał uczynić ^ żandarm wpadł na 



iri^BSAa 



17 



niego i tak głęboką zadał mu ranę pałaszam w prawe ramię, że blisko 
przez dwa miesićjce z trudnościcj mógł wpadać ręką, choć go ten szwank 
nie wstrzymał od walki za ojczyznę 

Potocki, widząc zdziwienie żołnierzy i przewidując skutki ich obu- 
rzenia, zwrócił natychmiast konia pędem ku Bankowi i tam, chcąc 
złudzić kompanię wyborczą piątego pułku piechoty 1. znalazł zasłużoną 
śmierć zdrajcy z rąk własnycli rodaków. 

Około północy gwardya artyleryi naszej z armatami i zapalonymi 
lontami przeszła pod arsenałem ku placowi Krasińskich i rozstawiła 
swe działa na przyjęcie Moskali, gdyby się kwapili posunąć w śro- 
dek miasta. Okazanie się artyleryi dodało nam wiele otuchy, to tei 
przywitaliśmy ją radosnymi okrzykami. 

Tymczasem liczba młodzieży i osób różnego stanu wzrastała coraz 
bardziej, Poformowano liczne oddziały i wysłano je jako patrole prze- 
ciw gwardyi szaserów, która, uwiedziona przez swych dowódców 
pulkow^nika Zielonkę i jen. Kurnatowskiego, posuwała swe śmiałe pod- 
jazdy aż na Krakowskie przedmieście i plac Saski, — Idąc z jednym z tych 
patrolów przez Marywil ku Zygmuntowi, spotkaliśmy kompanie wybór- 
cze 8. pułku piechoty 1. które szły z Wierzbowej ulicy w tym samym 
kierunku. Zaledwieśmy się wysunęH na wskroś Miodowrj ulicy, wraz 
z hukiem działa jeden z trzech żołnierzy, idących przcdemną na szpicy, 
padł jakby wpół przecięty kulą armatnią. Wystrzał ten był skutkiem 
pomyłki; jak mi mówiono później, na zawołanie kogoś na placu Kra- 
sińskich, że kirysyery zbliżają się Miodową ulicą, porucznik Łabanowski 
kazał dać ognia. 

Noc przeszła na patrolowaniu, szczególnie w stronę Nowego 
Świata i Dzieciątka Jezus, gdzie gwardya szaserów zaciekle chwytała 
mieszkańców, którzy się ważyli wyjść na ulicę i odprowadzała jeń- 
ców do w. ks. Konstantego. Wysyłano zarazem deputacye do szuka- 
nia jen, Chtopickiego, aby objął naczelne dowództwo nad powstaniem ; 
ale szukano go nadaremnie, 'lak więc powstanie, zostające przez pier- 
wszą noc bez naczelnego kierunku, nie wsparte jeszcze przez lud war- 
szawski, ale tylko po większej części przez młodzież, kupiło się instyn- 
ktowo głównie około arscnahi, dokąd też sprowadzono przyaresztowa- 
nych oficerów moskiewskich. 

Dziwna rzecz, że pomiędzy oficerami znakomitymi poświęceniem, 
jak Wysocki, Szlegel, Antonini, Iłubrowolski, Stolzman, Nowosielski 

3 



18 

(Feliks) i tylu innych, nie znalazł się ani jeden, któryby podał m) 
wzniesienia bezzwłocznego barykad na głównych ulicach, kt(>remi Mo- 
skale, id^c 2a przykłatleni Zielonki i jego szaserów, mogli lada chwila 
wkroczyć w głąb miasta *} Sity ich były nierównie znaczniejsze od na- 
szych, a lud warszawski — jakkolwiek patryotyczny — nie będąc 
uprzedzonym o ruchu j nie wziął w nim w pierwszych chwilach* 
takiego udziału, jak 1 794 r. za przew^odniclwem Kilińskiego. Kto wie, 
jakiby obrót rzeczy wzięty^ gdyby w ks. Konstanty był poszedł za 
radą owego nikczemnika Rożnteckiego i uderzył bezzwłocznie kilkoma 
ulicami na Warszawę. Szczęściem, źe tyran belwederski pod wpływem 
przerażenia tak dalece stracił głowę, ze nie potrafił korzystać 2 pier- 
wszego błędu pow^stańców. 

Z brzaskiem dnia 30 listopada lud warszaw^ski zaczął pomna- 
żać szeregi powstania, które odtąd z każdą godziną silniejsze przybie- 
rało rozmiary. Jak to zwykle bywa w podobnych okolicznościach , 
między mieszkańcami, ochoczymi do poświęcenia się dla oswobodzenia 
ojczyzny, znalazła się garstka szubrawców, którym więcej chodziło o 
zakropienie robaka, jak o wytępienie robactwa, toczącego wnętrzności 
kraju. Czereda tych opilców, nie mogąc się uraczyć u szynkarzy, któ- 
rzy dobroW'olnie i bezpłatnie częstowali wtidką i miodem znużonych 
żołnierzy, wyłamała drzwi w kilku szynkowniach. Nadużycia te, choć 
się odnowiły następnej nocy |)rzy ulicach mniej uczęszczanych, nic 
uchodziły bezkarnie: gdziekolwiek bow^icm nadszedł palrol i pochwycił 
podobnych gości, trzeźwi! ich kolbami i płazami. Słowem, śmiało 
można powiedzieć, że w żadnem powstaniu nie było tak mało j)odo- 
bnych wybrykf)W^y jak w nocach 29 i 30 listopada. Pomimo to, śmierć 
zasłużona kilku szjuegów, jak Makrot i Sass (którego cielsko leżało 
przez kilka godzin przy Żabiej ulicy), oraz kilku zaślepioiłych służal- 
ców władzy carskiej, jak jenerałowie lilumer, lYclłicki, l*olocki i ]uil- 
kownik Meciszewski '^). jalv nUrnie rozbicie kilku szynków% flało tlzien- 



*) Dopiero we wtorek, po flpęłlzuniu siascrów^ t Nowego Świata, snpery wani^sli (lwic 
barykafly, na ulicy Ksiąięcej i Brackkj, P. A* 

*) Z jego winy igiinił i jcncml ILmke, Powslariic MskoczyJu ich priy stoliku whislowym. 
Ru.s?.yli otwi raiem wo Krnkow^kie prxcdmieirte i Urn się •ipotkflli i srkolą pod chorą ł/ch. Zamiast 
sUnąć na ich ciele, ostrymi wyrzutami chcieli wslr7.yma<? ich pochód, W swem wiernopołliJau- 
Ctcin uniesieniu Mecis/ewskt posunął si*; miwet l;ik dalekn^ le slr/.elil do nich t pisttilctu i tyra 
wyslruilem wywołał odpowiedź, która i jego « jencrahi Ilaukc pnto>yh^ trupem. P. A. 



19 



nikorn pruskim pochoi) do bezczelnie kłamliwych baśni o wypadkach 
w Warszawie, w których usiłowano wystawić nas jako zgraję rabusiów. 

Równie z dniem 30 listopada zjawiła się po rogach ulic owa 
tchórzliwa — że nie powiem — nikczemna, odezwa Rady administra- 
cyjnej» zaczynająca się od wyrazów: „Równie smutne jak nieprzewi- 
dziane wypadki wczorajszego wieczora i t, d/ Wśród uniesień nad 
zdobyta wolnościćj i objawów rozczulających braterstwa, zapytywano 
się z zdumieniem: „Któż tu chce w bratniej krwi broczyć dłoń swoją ?^ — 
czy^ kara, wymierzona na kilku zdrajcach, jest oznaką wojny domowej?** 
Oburzenie [irzeciw autorom tej odezwy było powszechnem i tak wiel- 
kiem, że odnawiało się nawet przez długi czas w zażartych utarczkach 
politycznych emigracyi. 

Pierwszy, który się czynem poniekąd zaparł tego grzechu pier- 
worothiego przeciw powstającemu narodowi, był jenerał Pac, W wtorek 
30 listopada, około 9* rano, ujrzałem go w konfederatce, na czele od- 
działu powstańców jezdnych, nad którym powiewał sztandar dawnej 
jazdy polskiej, zbliżającego się z ulicy Senatorskiej ku Komisyi skarbu. 
Obok Paca był szef sztabu jego, Wąsowicz. Przed Bankiem zsiedli 
z koni. Ciekawością zdjęty podbiegłem i ja do wejścia i tam ze zgrozą 
ujrzałem, w poczcie wchodzących do Banku członków Rady administra- 
cyjnej, zwiędły brzydki pysk jenerała Rautenstraucha* Nędznik ten, 
drżący ze strachu, trzymał się literalnie poły jenerała Paca i pod 
jego opieką wsunął się czemj)rędzej do gmachu. Od owej chwili nie 
wiem, co się z nim stało, bom go juz nigdy nie zoczył Dotąd jeszcze 
żałuję, że w pierwszem osłupieniu nie przedarłem się przez ciżbę i 
nie przebiłem tego nikczemnego przeniewiercę. 

Tymczasem bój się toczył na Nowym Świecie. Sapery i kompanie 
grenadyerskie 8. pułku wyparowały szaserów po za kościół i. Ale- 
ksandra. Przed południem walka już ustała; gdzie niegdzie tylko po 
ulicach, prowadzących ku aleom, padały jeszcze pojedyncze wystrzały. 
Korzystając z tej ciszy, poszedłem z kolegami Kossowskim i Wąsowi- 
czem do gmachu uniwersyteckiego, aby czcigodnemu rektorowi Szwej- 
kowskiemu wynurzyć wdzięczność, za okazane nam współczucie w chwili 
aresztowania naszego i jirzy pierwszych indagacyach. Zastaliśmy u niego 
powszechnie kochanego Brodzińskiego. Przyjęli nas oba z rozrzewnie- 
niem, choć w wejrzeniu ich i życzeniach lepszej przyszłości przebijała 
się obawa, co do ostatecznego powodzenia rozpoczętego ruchu. 



20 



Wracając do arsenału i widząc sklepy ciągle pozamykane, wpa- 
dłem do domu znajomych i wyprosiwszy bulkę chleba, zaniosłem ją 
rodzinie, mieszkającej przy ulicy Elektoralnej, gdzie dar mój — w innym 
czasie niedorzeczny — został przyjętym z wielkiem ukontentowaniem. 
Następnie połączyłem się z kopką akademików i podchorążych, obo- 
zujących wraz z kompanią piechoty pod kościołem Karmelitów na 
Lesznie* 

W godzinę później ujrzeliśmy maszerującą ku nam kolumnę zbroj- 
nych powstańców z wielkim sztandarem. Był to sztandar uniwersytecki, 
a na czele tego batalionu, złożonego z tysiąca akademików i studen- 
tów, jechał jako dowódca profesor filozofii Lach Szyrma, Przyłączy- 
liśmy się do tego zastępu. Podzielono nas na dziesięć kompanij, przy- 
dano do każdej instruktorów z szkoły podchorążych i natychmiast 
rozpoczęła się musztra na ulicy i na podwórzu Karmelickiem. Zbyte- 
cznie dodać, że instruktorowie nasi ograniczyli się na nauce obrotów 
niezbędnie potrzebnych, robienia bronią, tworzenia tak zwanego jeża i t p. 

Wieczorem wiadomość, że Chłopicki objął naczelne dowództwo, 
powszechną wywołała radość Bałwochwalstwo patryotyczne młodzieży 
i ludu warszawskiego dla starego^ wsławionego żołnierza napoleoń- 
skiego, który raz śmiał czoło stawić szalonym wybrykom w. księcia 
Konstantego, upatryw^alo w nim jakby archanioła, pod którego prze- 
wodem naród niechybnie wywalczy swą niepodległość, 

Ty^^zasem tchtirzostwo Rady administracyjnej, podejrzany nawet 
charakter niektórych jej członków i brak zupełny postanowień pra- 
wdziwie rewolucyjnych, oraz kroków energicznych wdadzy dla szyb- 
kiego zabezpieczenia stolicy, wzbudzały jakieś uczucie niepewności, a 
nawet obawy. Umysły jaśniejsze między spiskowymi , pojmując do- 
niosłość grożącego niebezpieczeństwa, usiłowały zaradzić złemu i utwo- 
rzyły na ten cel klub patryotyczny. Młodzież zaś akademicka, pełna 
zaufania w wodzu siły zbrojnej i w własnym patryotyzmie^ uczyła sicj 
musztry od rana do wieczora, a w^ nocy wraz z w^ojskiem odbywała 
służbę obozową i straży bezpieczeństwa. 

Tak przeszedł dzień l grudnia. Dnia 2 po południu, nie wiem dla 
czego i z czyjego rozkazu, stanęliśmy wszyscy pod bronią i pomasze- 
rowaliśmy na ulicę Miodową, Zaledwieśmy tam stanęli, jakiś cywilny 
zjawił się przed frontem i w wyrazach gorączkowych zaczął nam 
przedstawiać niebezpieczeństwo, na jakie duch wsteczny Rady admini- 



21 

stracyjnej i bezczynność Chło|>ickiego narażają, a nawet zdradzajc^ po- 
wstanie, gdy tymczasem śmiałem uderzeniem na oh&i w. księcia 
zdobylibyśmy nie tylko znaczny zapas broni, ale nawet zakładników i 
pewną liczbę chętnych żołnierzy. ^Kto to ten mówca?*' j)ytani mego 
pobocznika^ porwany ogniem tych dobitnych wyrazów; ale zamiast 
odpowiedzi usłyszałem tylko wśród wrzawy: „zdrajca! na latarnię!" — 
i mówca, zagłuszony krzykiem burzliwej młodzieży, znikł mi z oczu. 
Dopiero w kilka chwil póiniej dowiedziałem się, że to był Maurycy 
Mochnacki, dawniej wnęzień polityczny, ale następnie sprzeniewierzony 
spraw ie» za którij cierpiał, ostatecznie zajęty w kancelaryi w, księcia 
Konstantego i że podniecaniem nieufności ku Chlopickiemu pewno 
zamierzał zaszczepić niezgodę między nami. 

Nie wiedziano wtenczas, w jaki sposób Mochnacki został zmu- 
szonym wejść do służby naszego ciemięzcy, ani też w jakiej łntencyi, 
napisał rozprawkę o wychow^aniu, którą sobie otworzył drzwi wię- 
zienia. Służba jego przymuszona w kancelaryi książęcej była w oczach 
młodzieży dostatecznym powodem do podejrzywania jego patryotyzmu. 
Zresztą tyle nasłuchaliśmy się poprzednio, że „Polska upadła niezgodą**, 
że sama chęć szczera dźwignienia jej z niedoli popchnęła całą myślącą 
część narodu — starych i młodych — w drugą ostateczność, t. j. 
w ślepe bałwochwalstw^o dla Clilopickiego , którego dawna odwaga 
w Hi^^zpanii, a pcjźniej niełaska rysia belw^ederskiego, wyniosła w oczach 
znękanego narodu na bohatera , kiedy w samej rzeczy — jak to do- 
wiódł swą dyktaturą — ^ był tylko walecznym, dumnym i upartym 
żołdakiem, bez szlachetnego zapału i wyższych pomysłów. 

Do tego tłumu bałwochw^alców należał i Piotr Wysocki. Bez 
jego nieszczęsnego oporu szkoła podchorążych, porw^ana zapałem Mu^ 
chnackiego i jego bliższych^ przyjaciół, byłaby stanowczym krokiem 
nadała inny kierunek ruchowi rewolucyjnemu. 

„^func ctiam falis aperit ^asmndra faturu 
^i^ra, ^ci fussiL non imgiLam credita %eucru**. 

Proroczym głosem Moclinacki objawiał swe jasnowidzenie, ale 
był prorokiem na puszczy. Niejeden z aktorów owego dramalu po- 
wiedział później; „Takie było nasze przeznaczenie"*. 

J^mim inclcmcntia ^iyum 
Mas ct^crtit opa^ stcrnit^ac a culminc ^ro/am*^. 



22 

Kichy to sposób oizyszc^ania się, zwalać s\^e winy na inne l)arki. 
Szczęściem dla takich niedołęgów f^an Bóg , zamiast gromić ich 
bezczelność, znosi cierpliwie ich głupstwa. Jemu tylko wiadomem, o ile 
błędy, w owej chwili popełnione, były skutkiem przeznaczenia, Tyle 
wszelakoź jest pewnem, że ślepota, nieśmiałość i nieudolność tych, 
których patryotyzm doświadczony, cnoty obywatelskie i stanowisko 
socyalne powoływały na sterniktm^ narodu, przyłożyły się znacznie do 
owego przeznaczenia: rzucając nas bowaem pod nogi niechętnemu 
bałwanowi, sparaliżowały siły powstającego narodu i — od samej 
chwiłi obudzenia się — gotow^ały mu jego smutny upadek. 

Po owej militarnej przechadzce na Miodową ulicę, wróciliśmy do 
ognisk naszych na Lesznie* Wśród wieści o układach, toczących się 
między w. ^ sięciem i deputacyą, wysłaną do główmej k^^ atery jego 
w Wierzbnie, przeszedł dzień 2 grudnia. Wojsko, młodzież i lud 
warszawski były gotowe do dalszego boju, ale zapał ten nie znalazł 
najmniejszego poparcia ze strony nowej Rady administracyjnej, ani 
Chłopickiego. Nie dziw, że jakaś głucha niepewność co do ostate- 
cznego obrotu rewolucyi zaczęła ogarniać niektóre umysły, kiedy nagle, 
z brzaskiem dnia 3 grudnia, przybycie jenerała Szembeka z połową 
brygady dało nam przewagę i powiększyło postrach w obozie pod 
Mokotowem. Marsz l. pułku strzelców pieszych przez ulice Warszawy, 
z muzyką pułkową na czele, grającą „Jeszcze Polska nie zginęła", wy- 
wołał entuzyazm nie do opisania *)* 

W kilka godzin później rozbiegła się wiadomość, że w. książę 
odstępuje od Warszawy i z przyzwoleniem Rządu tymczasow^ego ma 
się cofać za Bug ; część zaś w^ojska polskiego, przy nim pozostająca 
albo zatrzymana, oraz więźniowie wojskowi i cywilni, przytrzymani 
w jego obozie, wTacają do Warszawy, 

Byłem świadkiem tego powrotu. Witano się z rozczuleniem ; ałe 
tłumy ludu patrzały w ponurem milczeniu na przechodzący pułk 



*) CEyn jenerała Szembeka, klóry — pomimo pros^h i ł;ro/b w. księcia — prieniósl obo- 
wi<txek w/gkdem ojczyiny nad względy i laski cesarskie, był nad wsrclkie pochwały. Jemu tu 
raczej trzeba było oddać naCifelne dowódilwo w owej chwili stano wczcj^ a nie owemu nic- 
chclnemu bołyazcsiowi, któremu powierzono losy narodu, Ale patryoty/m Żywy Szeniheka i ji-gn 
charakter prawy i energiciny obudwl postrach w ówczesnych ur/^dowyeh niedokinycb 1 tchórz- 
liwych kierownikach sprawy publicznej. Dla t* go {fi trzymano go w cieniu i dano później 
picrwsEcństwo nad nim Skr^tyncckiemu, który — zamiast wesprzeć powstanie •— byl gotów 
ignieić je w pierwszej chwili, gdyby był miał siły po temu. P. A* 



23 



gwardyi szaserów. Na czele powracającej kolumny postępowało kilku 
jenerałów. Między nimi Wincenty Krasiński spoglądał na widzów 
z przymilającym uśmiechem, jakby im chciał dać uczuć, źe dawny 
wsławiony żołnierz napoleoński jest szczęśliwym, widzieć się zntjw 
w szeregach narodowych. Na twarzy jenerała Kurnatowskiego zdawało 
mi się uważać wyraz rzetelnego smutku. Widocznie żałował, że 
pchnięty Uczuciem honoru wojskowego, za|>omniał o dawniejszym 
i świętszym obowiązku względem ojczyzny i ściągnął na siebie tem 
samem podejrzenie slużalstwa. 

W ciągu tegoż dnia ujrzałem z wielką radością Wincentego 
Gancza, Anastazego Mazowieckiego, Polańskiego ') i kilku innych 
towarzyszów, którzy z więzienia zostali 29 uprowadzeni przez szaserów 
do obozu moskiewskiego. 

Ku wieczorowi wezwano z legii akademickiej kilkudziesięciu ocho- 
tników, którzyby chcieli towarzyszyć batalionowi piechoty, przezna- 
czonemu na zajęcie Modlinn, gdzie stały zakłady moskiewskie arty- 
łeryi, kirysyerów, Konnopolców i huzarów. Władysław Zamojski, 
były adjutant w. księcia, miał wprawdzie rozkaz od niego, aby le 
oddziały ustąjiiły z fortecy i połączyły się z nim w odwrocie ku 
granicy; ale nie dowierzając, aby ten rozkaz został wypełnionym, 
przeznaczono na pomoc nader szczupłej załodze polskiej w Modlinie 
dwie kompanie saperów i dwie kompanie wyborcze 7. pułku piechoty I. 
oraz kompanią ochotników z legii ufiiwersyteckiej. Do tej ostatniej 
zapisało się nas natychmiast trzech, byłych w^ięźniów karmelickich: 
Kossowski (Maciejj, Wąsowicz i ja, w nadziei, że zdołamy uchwycić 
zdrajcę Kruszelnickiego ') i sprowadzić go do Warszawy, dla wymie- 
rzenia mu zasłużonej kary. 



*) Ganc£ był jeden t pierwszych, W)Tty się w eniigmcyi naciągnęli do legii cudjEiJiieni- 
skiej w Algeryi i dosliiiył się stopnia sjcfa batalionu, Choć od niejakiego ctasu cierpiący, od- 
płynął pod kcniec 1854 r. s %wym batalionem do TurcyL Cłioroba jego tak się pogorszyła 
w ciasic icglugi, ie go wylądowano w Messynle i odesłano do Paryła, gdiie lakoncstyl iycie 
w s/pilalu wojskowym Val de Grice. Polariskiego, który był w 4, batalionie 1, pułku piechoty 
linirtwej, w korpusie Dwernickiego, widywałem bardio często w obo/ict od bitwy pod S loczkiem 
ai do bitwy pod Borcmlpm, Tam 18 kwietnia, w gorącej rozprawie z masą piechoty rosyjjikifj, 
550stał dętko rannym i — jak sądzono — dobitym pr/.ez roijątrf.one ioldactwo nieprzyjacielskie, 
Pó/nlei we Francy i wie^ mnie doszła, ie Polasiski pr/eżyl amputacyc nogi i wyleczony z ran 
wrskiit do taiuilii na Podolu P. A. 

*) Jak nas zapewniono, Kru.izelnlcki mieszkał, od chwili sprzeniewierzenia «c swego, w ra- 
tuszu, czy teil gdzieś ukryty p>od opieka policyi, z obawy» aby go akademicy nie sprtntnęli — 
i ir w nocy 29 listopada umknril do Modlina, gdzie ojczym jego był aztabslekarzom P, A* 



24 



Wyruszyliśmy z zmierzchem i stanęliśmy około lo, w Jabłonnej. 
Fo kilkugodzinnym odpoczynku, pomaszerowaliśmy, pod dowództwem 
podpułkownika Chrzanowskiego, ku Zegrzowi i stanęliśmy nad ranem 
nad Narwicj. Przy przeprawie rozdano nam po pólkwaterku wódki 
i [ło kawałku razowego chleba. Od tej chwili szliśmy zgolą bez od- 
poczynku cały dzień Nie przyzwyczajeni do karabina, okrutnie byliśmy 
strudzeni i odciśnione mieliśmy ramiona; ale żaden źal nie dał się 
słyszeć, a choć silnie zbudowani żołnierze zaczęli ku wieczorowi po- 
kładać się przy drodze, ani jeden akademik nie został się w tyle, 
i cała kompania weszła do Modlina około 7. wieczorem. Moskale 
krótko przedtem ustąpili z fortecy. W koszaracli ich artyleryi, które 
kompanii naszej przeznaczono na nocleg, było jeszcze bardzo ciepło 
i smrodno, a w kącie każdej izby stała beczka z kw^asem. Byliśmy 
bardzo wygłodzeni. Zaledwieśmy też broń złożyli, zgoła wszyscy ruszyli 
hurmem do pobliskiej traktyerni. Chciano i mnie tam zapro wsadzić, ale 
tak byłem znużony, że zaledwiem się rzucił na jeden z sienników*, rozło- 
żonych po pryczach, zasnąłem w mgnieniu oka i spałem jak zarżnięty. 

Następnego dnia poszedłem z I\ossowvskim i Wąsownczem do 
szpitala wojskowego, aby się widzieć z ojcem Is^ruszelnickiego. Wpro- 
wadzono nas do pokoju bawialnego, do którego weszła drugiemi 
drzwiami blada kobieta i zapytała, czego sobie życzymy od jej męża. 
„Chcielibyśmy się dowiedzieć, czy syn pani jest w domu**. — wNie, nic, 
niema go** — wyjęknęla — „panowie, zlitujcie się! mężu! mężu!"*... — 
i w tem pada, mdlejąc, na kanapę. Przybył natychmiast mąż i skoro żona 
zaczęła przychodzić do siebie, polecił ją staraniu służących, nas zaś 
zaprosił z sobą do swego bióra . gdzie nam otwarcie oświadczył , że 
domyśla się powodu naszej wnzyty. Prosił zarazem^ abyśmy mieli 
wzgląd na stan jego żony, która dopiero od kilku tygodni była po 
połogu, „Pasierb mój** — dodał zarazem, — „zjawił się u nas nad ranem 
„30 listf)pada jako akademik, podejrzany o udział w rew^ohicyi i o za- 
„miar wyw^olania podobriego ruchu w Modlinie, został z rozkazu ko- 
„mendanta bezzw^łocznie osadzonym w kazamacie, a z wyjściem załogi 
„moskiewskiej znikł zupełnie** *). W tcm weszła matka Kruszelnickiego 

*) Przcraienic matki wzbudziło w nas podejrzenie, ie syn jej był jeszcze w Modlinie i ie 
koniendnnt nałogi polskiej, priez wigl.id dla nieszczł;^Uwej rodziny, ka^iil i^o mr>ic n^ jc] prosiły 
schować tymczasowo w kazani.icic. Nie wiadomo, gdzie się ten łotr ohrócil ; mówiorio mi tylko 
w kWkffi hi później, łe i^ntin] piiradować po ulicach Warszawy, w mundurze rosyjskim lekarza 
łł*o>kciwego, P, A, 



25 



chwiejącym się krokiem i całując ręce męża, wśród łez i żałosnych 
jęków, błagała, aby ratował jej syna. Widok tej biednej kobiety był 
istotnie tak rozdzierającym, że bez dalszych próśb usiłowaliśmy uspo- 
koić jej trwogę, zap^niając ją, że nie tylko zaniechamy wszelkich 
poszukiwań , ale nawet przyłożymy się do uratowania jej syna, w razie 
gdyby został przyaresztowanyni przez innych. Z tem zapewnieniem 
opuściliśmy tę stroskaną rodzinę. 

Po południu tegoż dnia (5 grudnia) owa kompania akademików, 
nie pod jedną komendą, ale małemi kupkami, wróciła do Warszawy. 

Zastaliśmy nasz legion już nie na Lesznie, ale na placu uniwer- 
syteckim, gdzie każdy z nas wrócił do swej kompanii i w niej od- 
bywał dalsze ćwiczenia wojskowe. Pewna zaś liczba kolegów moich 
rozjechała się po prowincyi, w celu ożywienia ducha patryotyczncgo 
po rodzinnych powiatach i przyspieszenia powszechnego uzbrojenia 
całej ludności. 

Uderzyło mnie od razu, że byłoby z większym użytkiem dla 
sprawy, gdyby i nas wszystkich rozsypano po różnych pułkach sta- 
rych , gdziebyśmy się prędzej w*yksztatcili w wojskowości, aniżeli 
w musztrach na placu Kazimierzowskim, albo zaciągając na wartę 
przy dyktatorze. Ofiarowano mi stopień oficerski w jednym z nowo- 
Formujących się pułków; ale przekonanie o braku potrzebnych wiado- 
mości do komenderowania innymi, nakazywało mi służyć od najniż- 
szego szczebla. Udałem się więc do Góry, gdzie się formowały trzecie 
dywizyony pierwszej brygady ułanów i wstąpiłem jako prosty żołnierz 
do 5. szwadronu i, pułku ułanów. Dwaj koledzy moi, Wyżewski 
i Jakubowski (Podołanie) , podzielając zdanie moje co do bezużyte- 
czności dalszego istnienia gwardyi honorowej, zaciągnęli się w trzy dni 
po mnie do tegoż szwadronu i razem walczyliśmy pod Dwernickim 
aż do wejścia jego korpusu do Galicyi , poczem przedarliśmy się do 
Warszawy, aby wziąść udział w dalszej walce* 

Mnie wcielono do 4. plutonu 5, szwadronu. W kilka dni po 
wstąpieniu do wojska przyprowadzono mi, z polecenia mego stryja, 
dziarskiego konia gniadego ; ale nie długo się nim cieszyłem* Przyszedł 
bowiem rozkaz, aby odprowadzono do pułku, już stojącego nad liu- 
giem, 50 najlepszych koni, dla zastąpienia wyranżerowanych. Między 
innymi zabrano i mojego rumaka, na miejsce jego dano mi z pierwszej 
remoiUy, przyprowatlzuncj do zakładu, innego tejże samej maści. Hyl 



2fi 

twardy w pysku i nosił bardzo ciężko, ale był siltiy w nogach i ta zaleta 
oclironiła mnie później od zagłady w bitwie pod Nowiiwsią 19 lutego* 

Piąte i szóste szwadrony egzystujących już pułków jazdy skła- 
dały się zgoła wyłącznie z starycli, wysłużonycli żołnierzy (nawet nie- 
których napoleońskich), powołanych na nowo pod bron. Dowódcą 
naszego dywizyonu był major Russyan, Piątym szwadronem dowodził 
kapitan Lisiecki, odznaczający się słodyczą charakteru i ludzkieni po- 
stępowaniem z żołnierzami; sz(')Stym dowodził kapitan Sumorok. Między 
innymi oficerami przypominam sobie mego bezpośredniego dowódcę 
plutonu, Umienieckiego, Krzyżanowskiego, Okęckiego, Skawińskiego, 
Strzemiecznego (Rajmunda) *), Szemiota, Ceiznera, Borzęckiego i najwa- 
leczniejszego ze wszystkich Mazarakiego, 

Nie będąc obeznanym z wszystkimi obowiązkami żołnierza ^ przy- 
jąłem sobie zaraz po wstąpieniu do pułku, jako nauczyciela starego 
wiarusa Brzezińskiego. Sandomierzanina (zdaje mi się z dóbr p. Swi- 
dzińskiego). Poczciwiec ten za 6 złp, miesięcznego wynagrodzenia po- 
magał mi nie tylko w opatrywaniu konia, w przypasowaniu rynsztunku 
i wszystkich przyborów, ale miał o mnie później, w czasie wojny, 
czule staranie. Zresztą pełniłem ochoczo wszystkie obowiązki źolnier- 
skie* Wprawdzie zaszedłem czasami z jakim towarzyszem na bigos 
smaczny i porter do winiarni (Grabowskiego, ale jadłem regularnie ka- 
puśniak i krupnik z żołnierzami, żytem z nimi jak dobry brat i uni- 
kałem starannie wszystkiego, culiy mogło obudzić w nich j»odcjrzenie, 
jakobym chciał grać między nimi rolę panicza. Szacunek i przywią- 
zanie, które sobie tem zjednałem u mych towarzyszów broni, posłu- 
żyły mi fjóżniej na dobre. 

Na codzienn^ij musztrze pieszej i konnej, oraz robieniu pałaszem 
i lancą, upłynęły miesiące grudzień i styczeń. Wieczory schodziły nam 
na gawędzie w salach koszarowych fpo|>rzctlnio artyłeryi moskiewskiej 
poil dowództwem jenerała Korfa), I^rzysłuchiwalcm się w owych rhwi- 
hicli odpoczynku z wielktem zajęciem, choć czasami z pewnem niedo- 
wiarstwem, wachmistrzowi naszego plutonu (przed rewolucyą dozorcy 
więzienia dłużników na Grzybowie), kttiry nam opowiadał swą wojaczkę 
za Napoleona i z iskrzącemi się oczyma i najeżonym wąsem zakoń- 
czał zwykle swe opowiadanie ślubem uroczystym, że na ziemi polskiej 



') Według ^Rodnika woj^. KmL i>ttls," z r. l8:iO Slrjicmieciny Tcmiasr. hyl |Joru€znl- 
kiem w 1. pułku uh nów, Stanisław [mkI porucznikiem (sir. 123—124). Przyp, UfAh 



27 

żadnemu Moskalowi nie da [jardonu. Jeszcze więcej zajmowały mnie 
dziwne przygody Majewskiego, mego pobocznika i zarazem karabiniera 
na lewem skrzydle szwadronu. Wzięto go w Hiszpanii do niewoli i 
zawieziono do Anglii; tak mu źle było na pontonach, że wraz 
z innym Polakiem przyjął służbę, kturą im ofiarowano w wojsku 
angielskiem. Wcielono icli obu do lo, pułku huzarów, konsystującego 
naówczas w Irlandyi. Niebawem przewieziono cały pułk do Hiszpanii. 
Skoro atoli stanął na linii bojowej, dwaj Polacy drapnęli i po trzech 
dobach nieustannej obawy, aby nie wpaść w ręce okrutnych gerylasów 
hiszpańskich — nieraz czołgając się wśród zarośli i cierni — dotarli 
w końcu do forpoczt francuskich. Podzielając powszechne poważanie, 
jakiem wówczas otaczano starych legionistów i Napoleończyków, po- 
wziąłem dla Majewskiego wielki szacunek* Pó/niej dopiero przekonałem 
się, że — choć nie był tchórzem — nie odzn^zal się tyle waleczno- 
ścią, jak raczej nadzwyczajną biegłością w łapaniu kur i sprytem w wy- 
szukiwaniu żywności. ,,^rycns tclum ncccssitas'' — kiedy głód zawierci w żo- 
łądku starego wojaka, gotów się porwać na starego dyabła, cóż do- 
piero zwędzić babie gęś albo prosię. 

Na święta Bożego Narodzenia otrzymałem kilkodniowy urlop i 
ruszyłem do Warszawy, aby odwiedzić znajomych* Widziałem wielu 
z moich kolegów uniwersyteckich w mundurach gwardyi honorowej, 
zaciągających na wartę przy kwaterze dyktatora i uważałem z pewnem 
politowaniem, że byli nader dumni strzegąc owego bożka, który — 
choć tak urągliwie w poniewierkę puszczał patryotyczny zapał narodu — 
był jeszcze otoczony czcią i powszechnem zaufaniem, aż wkrótce sam 
brutalską ręką zerwał bielmo z zaślepionych oczu. 

Między kolegami, którzy, pyszni z nadanych im stopni oficerskich 
w gwardyi honorowej i upojeni wygórowaną wyobraźnią o swym — 
jak mniemali — zaszczytnym obowiązku strzeżenia ubóstwianego na- 
czelnika, odznaczał się — jak uważałem — swą slużbistą szorstką gor- 
liwością Józefowicz, W emigracyi zaciągnął się do legii cudzoziemskiej 
w Algierze i odszczególntl się tam odwagą; lecz — jak mi legionista pewien 
opowiadał — obchodził się z żołnierzami tak nieznośnie ostro, że ścią- 
gnął na siebie ich powszechną nienawiść^ W jednej z licznych potyczek 
Francuzów zmuszono do odwrotu, Józefowicz został rannym i nie mógł 
iść dalej. Zamiast go unieść z sobą, żołnierze zostawili go na pastwę 
Arabom, którzy zwyczajem swoim urżnęli mu głowę. 



n. 

Bitwy pod Stoczkiem i Mowąwsią. 

Nie jest bynajmniej zamiarem moim oijisać cahij walkę naszą 
1831 r. j>rzeciw Moskwie; rzecz ta należy do historyka. Ograniczę 
się na opowiadaniu tego, czego sam bytem św^iadkiem naocznym i to 
tylko w obrębie nader scie:>nionego widnokręgu prostego żołnierza. 

Dnia 7 lutego doszła do Góry wieść, ze Moskale 6 zaczęli przecho- 
dzić Bug. Następnego dnia nadszedł rozkaz od jenerała Dwernickiego, 
aby w^szystko było gotowem do wymarszu. Przez całą noc byliśmy zajęci 
szyciem sakw, lamowaniem der, które nam rozdano zamiast czapraków, 
i ostrzeniem pałaszy. Nazajutrz, około godziny ósmej, tak z 3. jak z K 
pułku ułanów, było po d^^ieście koni (t, j. 5. szwadron i pierwszy 
pluton 6) gotowych do marszu, konie były osiodłane, a żołnierze 
gwarzyli wesoło w kupkach, przed stajniami na placu musztry, albo 
też zachodzili na zalanie robaka do bliskich szynkowni, 

'J ak przeszedł niemal cały dzień , aż nareszcie około 4. godziny 
po południu zatn^biono „na koń!" i pomaszerow^iliśmy drogą ku Ko- 
zienicom. Niema! wszyscy żołnierze byli podchmieleni, a mój poprze- 
dnik w marszu był tak pijanym, że się kiwał na wszystkie strony. 
Raz się tak przechylił w tył, że lanca jego o włos tylko, co mi nie 
wyłupila oka prawego. Pomimo to doszedłszy, już w zmroku, do 
karczmy cóniewskiej *), major Russyan zatrzymał dywizyon na gościńcu, 
kazał karczmarzowi przynieść kilka cebrów \vódki i rozdać między 
żołnierzy, ile kto chciał pić. Poczem poszliśmy w dalszy pochód ku 
Warce i tam nas rozłożono po kwaterach, 

W marszu tym, kiedyśmy się zbliżali do Potyczy, własności pani 
Wulfers (która dwa lata później poszła za mego stryja), z wytężonym 
wzrokiem usiłowałem nadaremnie ujrzeć, może raz ostatni, oddalony 
od gościńca dwór, w którym w poprzednich dwóch latach przepę- 



*J Con^ew, wi^s połoioaa pod Cierskitm w gub, warsKawskiej, Pfzyp, lUd. 



29 



dzilem kilka tygodni bardzo miłych. Uojr;talem tylko miŁ^^ajtiCe się 
światełko. W kilka chwil potem, przechodząc pod katczmą, usłyszałem 
głos pytający o mnie. Był to komisarz z Potyczy, p. Wecki* z pisarzem 
prowentowyni, którzy, dowiedziawszy się o zbliżających się szwadro- 
nach z zakładu w Górze, przybiegli tam z butelką węgrzyna, aby się 
pożegnać ze mną. W mgnieniu oka wychyliliśmy i'0 szklance wina* 
Wśród serdecznych życzeń pomyślności dla oręża naszego, uścisnąłem 
dłonie tych poczciwych ludzi i ruszyłem dalej. 

Następnego dnia po południu, kiedyśmy byli gotowi do dalszego 
marszu, major Russyan stanął przed frontem i przemówił do nas w na- 
stęjiujący sposób: ,, Wczorajszy dzień był dla nas dniem weselnym, 
„ponieważ wyruszyliśmy do walki za ojczyznę. Dla tego też pozwo- 
„lilem wam pić, ile się każdemu podobało. Dziś idziemy na linią bo- 
^jową; przestrzegam was zatem, abyście się trzymali na baczności. 
„Nie zabraniam nikomu pić; ale uprzedzam was, że za najmniejszą 
„oznaką pijaństwa będę karał przestępców jak najsurowiej". 

Przestroga ta była nadzwyczaj skuteczną, zwłaszcza, że tegoż 
samego dnia dowódca stwierdził ją czynem. Jeden z żołnierzy już 
byt pijanym od rana, a że miał konia bardzo czułego, co chwila 
rozbijał nim kolumnę marszową. Wachmistrzowi zaś, na rozkaz, aby 
postępował spokojnie, odpowiedział hardo i niemal z pogróżką. Wach- 
mistrz zdał natychmiast raport. Winovvajca może myślał, że mu to 
ujdzie na sucho; ale przy pierwszym folwarku zatrzymano dywizyon, 
major kazał rozciągnąć żołnierza przed frontem na pęku słomy i wy- 
sypać mu trzydzieści podogoni, poczem zaw^olał groźnym głosem : 
„Won niegodziwcy pijaku! p(jjdziesz pieszo za szwadronem i dziś 
„jeszcze każę cię odstawić nazad do zakładu, bo nie jesteś godzien 
„honoru w^alczyć za ojczyznę", W samej rzeczy rozkaz ten wykonano 
jeszcze tegoż samego dnia, a choć l8 lutego przybyły nam z zakładu 
trzy plutony, dopełniające szóstego szw^adronu, nie było w nich tego 
żołnierza. Przykład ten wywarł bardzo zbawienny wypływ; od tej 
chwili bowiem raz tylko jeden (pod Boremlem) widziałem żołnierza 
z naszego plutonu podchmielonego. 

Pud MniszewTm spotkaliśmy dywizyony innych pułków starej 
jazdy, oraz i, pułk krakusów, z sześciu szwadronów ludu pięknego 
i dziarskiej postawy. Pułk ten należał do dywizyi jenerała Sierawskiego 
i pozostał na lew^ym brzegu Wisły, my zaś przeszliśmy ją j>o lodzie 



30 



jeszcze tegoż dnia i tej samej nocy zaczęliśmy pełnić służbę obozową, 
O północy przyszła na mnie kolej stanąć na wedecie. Stosownie do 
zaleconej mi czujności wytrzeszczałem oczy w wskazaną mi stronę, 
ale nadaremnie, wzrok bowiem miałem krótki, a było ciemno jak 
w worku. Wprawdzie w takiej ciemności i nieprzyjaciel nie mógł 
mnie dostrzedz, ale mógł mnie podejść niepostrzeżony, ponieważ 
rżenie bezustanne mego konia za swymi pobocznikami mogło mu 
służyć za wskazuw^kę, gdzie stoję. 

Cały korpus jen. Dwernickiego składał się z czterech batalionów 
nowozaciężnych K, 5., 6. i 2. *) pułku piechoty^ trzecich dywizyonów 
(jeszcze niekompletnych i liczących mniej więcej po 200 koni) czterech 
pułków ułańskich i pięciu szaserskich (również uzbrojonych w lance), 
małego szwadronu krakusów Kościuszki (po największej części War- 
szawiaków i ocliotników poznańskich) i sześciu małych dział polowych, 
razem około 4500 ludzi. 

Dnia 14 lutego cały korpus ruszył około godziny 2. z rana 
w marsz z obozu pod Filipówką ku Stoczkowi Z dniem usłyszeliśmy 
nagłe strzały karabinowe i w kilka chwil później ujrzeliśmy pierwszych 
rannych niewolników moskiewskich, prowadzonych przez szaserów,! 
którzy znieśli placówkę nieprzyjacielską. 

Niebawem zajęliśmy Stoczek i tam stanęliśmy w ściśniętej kolu- 
mnie na rynku. Byliśmy strasznie głodni, to też, zaledwie zsiedliśmy 
z koni, każdy się rzucił ku pierwszej lepszej chałupie, aby coś jeść 
dostać. Dostrzegłszy w tej wrzawie piechura, z maleńkim garczkiem 
karto flij drobnych jak orzechy włoskie, ofiarowałem mu za nie zło- 
tówkę, „Daj mi święty pokój", — wrzasn^^l gniewnie — „z iwą ztotc)wką, 
kiedy ja sam głodny jak pies" — i znikł mi z oczu. Obracam się ku 
ciżbie, cisnącej się do jednego szynku, w którym Moskale nie wypili 
całego zapasu wódki, kiedy zatrąbiono: „Na koń!" 

Szwadron nasz ruszył pierwszy kłusem i rozwin^^ł się tuż za 
miastem, na pagórku przy drodze do Seroczyna, ijdy równocześnie 
inne dywizyony rozwijały się dalej na prawem skrzydle Przed nami 
byty rozwinięte dwa łańcuchy flankierów, a dalej, na pagórkach pod 
lasem, czerniły się masy wojska. „To nasi^ — rzekł do mnie półgłosem 
mój pobocznik, stary Hiszpan Majewski ^ — „tylko w mgle nie poznali się 
jeszcze"* Zaledwie domówił, ryknęło działo i pierwsza kula zasy- 

') Batalion 2. pułku piechoty liniowej połączył sk i nami dopiero póitiięj, P, 4* 



81 

czała nam nad głowami. Jak na komendę skłoniliśmy się wszyscy, 
i zarazem dosłyszałem około siebie: ,,swicly jakóbie, święty Antoni, 
święty Stanisławie,,, miej nas w swojej pieczy!*^ jako heretyk nie 
mając żadnego świętego patrona, westchnąłem wszelakuż w duszy do 
Boga, aby mi tylko kula głowy nie urwała, 

W tej samej chwili jenerał Dwernicki, otulony w płaszcz, z spo- 
kojnem wejrzeniem, przejechał stępo przed frontem. Zaszumiała druga 
i trzecia kula, ale juz im żadna głowa nic oddała ukłonu. Jenerał, rzekłszy 
kilka wyrazów do naszego dowódcy, wskazał mu prawe skrzydło 
nieprzyjaciela, zkąd padły pierwsze strzały i sam pojechał dalej. Major 
Kussyan zaś zawołał donośnym głosem: „Naprzód, stępo marsz !** — 
i zaczęliśmy schodzić z pagórka, na którym zastąpił nas sformowany 
w czworobok miody batalion l, pułku piechoty^). „Dzięki Bogu!** 
pomyślałem sobie, głowa jeszcze na karku ; teraz na ręczną broń, nie 
dam się przecież zarżnąć jak baran. Po przejściu małego padołu zwró- 
ciliśmy prawe skrzydło naprzód i zaczęliśmy wstępować na w^zgórek, 
na którym stali Moskale. W tym obrocie front pokrzywił się nieco, 
kiedy nagle major, obróciwszy się ku nam krzyknął groźno: „Sio par 
„dyaliłtłw ! wolno! wolno! pysk przetnę temu, który się będzie rwał!*' 
Kierunek się naprawił i teraz ujrzeliśmy trzy szwadrony dragonów* 
ktiire się zbli/aly ku nam kłusem, łecz nagle^ — -wśród hucznego hurrah! — 
zatrzymali się przy schyłku wzgórza. Dowódca ich pewno mniemał, 
ie rzuciwszy się z tego miejsca na nas, idących pod górę, łacno 
nas rozbije, „Do flanku broń!'' zakomenderował major Russyan i w tejże 
cliwiłi dragoni dali do nas ognia z karabinków. Nie zmieszani bynaj- 
mniej tym wystrzałem, szliśmy dalej stępo jak dotąd. Dopiero na jakie 
dwadzieścia krok('jw, na komendę: „do ataku broń! marsz! marsz!" 



*) P.erws^y graoal , kt<^iry wpadł w czworobok tego batalionu, wyrwał trty roty z koni- 
pjinii kapitana (.^będskiego i mi<:iliy innymi zabił lekarza batalionowego. Pobncznicy zabitych, 
prieraicni tym wiilokiem, p«clli na kolana, wzywając pomocy N. Panny, „Milton dyahłów zje* 
illisfk '.* — /.awolał kapitan gniewnie ^ „na nogi! szlusiij !*, Poaługaci infirmer, wiiliac swego 
przetoionego zabitym, zrzucił z siebie torbę l przyborami lekarskimi, porwał ia ładownicę t 
karabin jednciyfo % zabitych i staiicil do s/cregu w wyłomie, zrobionym przez granat Hla dodania 
iolrierzom ducha, dowijdca ł)atalionu , podpułkownik Rychlowski, zaintonował w lej »aiiii*j 
chwili silnym gloaem : ^Jcs7,cze Polska nie /gim;la", Zach«;ccni tyra pr/y kładem iolnier/e zaczęli 
śpifwać — z razu głosem niepewnynj — ale coraz silniejszym, w miari; jak ochłonęli ze strachu, 

Scenc tę opisał mi obecny jej podporucznik Polański w obecnoj^ci kapitana I:.abQdzkiegO; 
a póinii^j (w emi<^racyi) powtórzył mi j>'i i p. Konstanty Piliiiski, który — będąc naówczait 
pod^tficerem w IcjAe samej kompanii — miał twarz lak zbry/gan:\ krwią i mózgiem, ze kapitan 
Łałiędzki sądził i razu , ic i f«n śmiertelnie jest rannym, P. A 




ruszyliśmy z kopyta jak piorun i w dwtkh skokach starliśmy się 
i Moskalami. Ani major, ani żaden z oficerów, nie opuścił swego sta- 
nowiska przed frantem — jakby na rewii — i pierwsi wpadli na nie- 
przyjaciela. Moskale, mając front niemal trzy razy szerszy od naszego, 
chcieli nas oskrzydlić w tej szarży; ale starzy żołnierze nasi w drugim 
szercf?u» bez komendy niczyjej, zwrócili się trzema na lewo w^ tył 
i nadstawili im ostrza lanc. Przez kilka sekund nic nie było słychać, 
jak tylko chrzęst drzewców i szczęk pałaszy, ale skoro po przeła- 
maniu frontu Moskale pierzchnęli , dopiero wiarusy zaczęli wołać: 
„a bijźe — a tnijże go szelmę!*' i tak pędząc, co tylko konie mogły 
wyskoczyć, ścigaliśmy Moskali ku młynówki, który stał przy drodze 
i po za młyn przez las. 

Więcej ran — choć tylko lekkich — zadali nam ci, którzy cłicieli 
nas okrążyć, aniżeli ci, co przed nami trzymali lance kozackie, w które 
ich uzbrojono, wysunięte o łokieć przed łbami końskimi. Nie maji}c 
innej drogi do ucieczki, jak tę, którą zmykali ich towarzysze przeła- 
mani, dragoni, okrążajćjcy nas, [)orzucali po największej części swe lance, 
i przejeżdżając między nami jeszcze nie jednemu z nas pałaszami na 
odlew zadali ranę. Chciał i mnie jeden z tych drabów zamalować, ale 
w skutek odległości przeciął mi tylko płaszcz na lewem ramieniu. 
Wyskoczywszy naprzód na długość konia, chciał jednemu z naszych 
z tylu rozplatać głowę, ale w tej samej chwili ugodziłem go tak 
silnie — ^i prawdę mówiąc — tak niezgrabnie w krzyż, że złamałem 
w nim lancę i grot mu został w ciele. Opadło mu ramię i sam zwalił 
się na ziemię. Ja zaś, dobywszy pałasza i pędząc dalej, rąbnąłem w kark 
drugiego dragona, który się nieco chylił z konia. 

Pod młynem był ścisk chwilowy. Moskale ratowali się konno 
i pieszo na zamarzła sadzawkę, lecz i tam niejednego z nicli śmierć 
spotkała. Tak ścigaliśmy ich przez pół mili, a kiedy, wracając przez 
|»olc bitwy, ujrzałem co kilka kroków rannego lub tru|ja, ścisnęło mi 
się serce na myśl, że ów^ Moskal, którego ciąłem w kark, kiedy się 
chylił z konia, może już był rannym, a ja go niepotrzebnie dobiłem. 
To też ujrzawszy na boku służącego oficerskiego^ który z dobytym 
pałaszem cłicial się rzucić na Moskala, proszącego na klęczkach o par- 
don, odpędziłem go od tego biedaka* 

Kiedyśmy wrócili pod Stoczek, cala rozprawa była skinuzcłną Nie 
trwała nawet i^od/iny. Zalrdwiriniy się zaczęli furnitłw^ać, kiedy /Avawy 



33 



ogieil dał się znów sły^zc^ od batalionu piechoty naszej, który się byl 
posunął naprzód, między pierwotną pozycyćj naszą i Moskali. Snąć 
przykro byto naszym towarzyszom, ze nie dano im wziąć ocynnego 
udziały w bitwie i |»od wpływem tej niechęci, na widok zająca, ktt'łry 
się nagle wysunął z za miedzy, ulżyli sercu, sypiąc nań rzęsisty ogień 
rótowy. W innym czasie [łodobny żart nie byłby uszedł płazem, ale 
w [)ierwszej chwili, pu tak swietiiem zwycięstwie, wybryk ten wywoła! 
tylko śmiech powszechny i był uważanym jako ogień wiwatowy. 

S(>rowadzono do 450 niewolników, a poległych Moskali było blisko 
200 Na naszem skrzydle ]jorucznik Krzyżanowski na czele l. plutonu 
(6. szwadronu u jnilku ułanów) zabrał kilka dział. W ogóle zabrane* 
Moskalom je lenaście dział (z których tylko jedno zdołali zagwoidzić), 
z całym zaprzęgiem i jaszczykami, oraz kilka furgonów z bagażami 
sztabu. Jenerał Geismar sam uszedł dzięki szybkości swego konia. 

Z naszej strony poległo tylko dwudziestu kilku, choć lekko ran- 
nych była spora liczba. Major l^ussyan odebrał trzy ra ly, z których 
jedną w przegub u lewej ręki i dla tego wraz z wachmistrzem na- 
szego plutonu, rów^nież rannym, został odesłanym do Warszawy, Do- 
wództwo nad dywizyonem objął kapitan Lisiecki '), posunięty na majora. 

Korpus niejjrzyjacielski składał się z około 5000 doborowej jazdy, 
którn — jak mówiono — najświetniej odznaczyła się w wojnie tureckiej, 
jenerał Geismar takie miał zaufanie w męstwie swych żołnierzy, że 
w |>rzemowie swej [)rzed bitwą ubolewał, że mu wypadało prcjwadzić 
swą waleczną „rabiatę" na „hołotę", która pierzchnie na sam widok 
zal)ałkańskich boh^^terciw. Nie wiem, czy w godzinę później zmienił swe 
zdanie o nas. Mniejsza o to» Dwa tysiące owej pogardzonej ;, hołoty** 
przetrzel>iło jujrządnic jego dragonów, a wino, kontUury i inne przy* 
smaki, które wiózł ze sobą, dla siebie i swego sztabu, pojechały dr» 
Warszawy. Doskonały zaś „wagstafP, zapakowany w kilku dużych 
pudłach, jak herbata, kilku podulkeniw z 4. pułku ułanów przewoziło 
^ z rozkazu jenerała Dwernickiego między szeregami, aby każdy wiarus 
mógł go wziąć garść i uraczyć się dobrym tytoniem moskiewskim. 

Iku wieczorowi cały nasz korpus [>omaszcrowal do Parysewa^), gdzie 
pozostaliśmy obozem przez cały nastc|>ny dzień. Przechodząc tam przed 
kolumną niewolników, gotową do marszu , ujrzałem na jej czele dra- 

*) zapewne r.Uicki R.jfiian. Por. „Kocm, wajsk. z r. 1830**, s»r. 123. P* ^«'i 
*) Parysie w, miasteczko w pow, garwólii'vskiin. P, Red, 



u 

gona, który mnie pozdrowił wdzięcznym uśmiechem Z zadziwieniem 

przypatrzyłem mu się lepiej i poznałem, ze to l>yi len sam, którego 
obroniłem od śmiertelnego może ciusii, ktfjry mu sluJ'acy oHcerski chciał 
zadać. 'I^ak mnie to ucieszyło, ^e gdyby nie stali juz gotowi do po- 
chodu, byłbym go zaprowadził do szynku i poczęstował wódką. 

Dnia 17 bitego ]>rzesz)isniy Wisłę |>ud Górą i legoź dnia rozło- 
żono nas po wsiach okolicznych. Dywizyon nasz, skompletowany jak 
również i inne, został wysłany do Czerska Nast(;*]vnegu dnia utrzymałem 
pozwolenie udać się di* Potyczy. Znalazłem cały dwór, za|łebiiony ofice- 
rami l. pułku szaserów. Komisarz p, Wecki » rlioć zaambarasowany, 
jak tyłu gościom niespodzianym dogodzić * I>rzyjdł mnie z serdeczną 
radością, zatrzymał przez cały łlzień i ku wieczorov\i odesłał 
saniami napowrót do Czerska. Nie zapomniał zarażeni włożyć do sani 
sporej pieczeni wołowej i bańki garncowej okuwity. Uradował się na 
widok tych specyałów mój wierny mentor Brzeziński i na moje po- 
lecenie po*izedł do drugiej izby, aby ku|)ić zapas chleba u gospodarza 
naszego, 2yda, który był piekarzem. Wrócił natychmiast i w otwartych 
drzwiach zawołał: ^Nie ma ani kizty chleba, ]>anie Bartkowski", „Ny, 
„(Janie Bartkowski! czy to pan krewny |*ana Bartkowskiego, co U\ był 
,,dawniej w Potyczy?"— ^To stryj mój/' — „Siore!*' — krzyknął zyd — 
„bring die obwarzanl^is;/* — i natychmiast zona jego przyniosła spory 
kosz obwarzanków. „Zkąd^.e się wzięły te obwarzanki?" — zajiytałem 
zdziwiony — „kiedy przed cli wiła [>owiedziałeś, ze nie masz ani kęsa 
„chleba" — „Aj waj! żołnierze rozdrapali całe pieczywo, schowałem 
„tylko ten kosz obwarzanków dla moich ł)achonVw, ale dla pana wszystko 
„iłddam. Kiedy się ożeniłem, wielmożny slryi pana wyjuiścił mi karczmę 
„pod Cóniewem. Ach! jaki on był dobry pan fila nas." 

(Jbjaw tak niewyniuszony trwałej wdzięczności tlla zacne^tJ stryja 
mego rozczulił mnie do żywego. l*omimo nalegań > przez wzgląd dta 
dzieci poczciwego żyda, przyjąłem tylko sześć obwarzanków i z wielką 
trudnością zniewoliłem go do przyjęcia jednej zIot(>wki. 

Nazajutrz 19 lutego o 4, z rana byliśmy już gotowi do marszu^ 
i około (k zatrzymaliśmy się [)ud Mniszewem, między wsią a bliskim 
laskiem i tam czekaliśmy, aż nadciągnęły inne szwadrony. Choć mie- 
liśmy strzemiona pookręcane krajką, mróz nam dokuczał okrutnie w nogi. 
Kazano zsiąść z koni, alr tak byliśmy przeziębli, że nie |ioiTiogło i 
dreptanie. Nagle— jakby rozpaaą pchnięci — wiarusy rzucili się do 



35 

kuźni na kuncu wsi, zdarli część dachu słomianego, wynieśli koła stare 
i nowe i co tylko byki w niej drzewa. W mgnieniu oka buchnęły 
ognie |»rzed frontent i kto tylko nióył asmil się do nich. rymczaseni 
nadcitj^n^^y inne oddziały i cały korjłus, poprzedzony dywizyc^ jeneraki 
Sierawskicgo, ruszył w dalszy pochód ku Kozienicom. 

Nie doszedłszy do Ryczywuła spostrzegłem, ze koń mój utykał 
na praw^ nogę przednia, ponieważ rozkuła mu się w marszu i podbił 
lą na grudzie* Choć stćjpal ostrożnie, i>oślizniił się nieco dalej na 
zamarzłej kaluźy i zbił sobie prawij zadnia nogę. Żal mi było biednej 
szkapy, ale nic było rady, trzeba było dak^ maszerować i nawet nie 
oglądać się za kuźnic}, zwłaszcza, ^,e naprawiony naprędce mostek mię- 
dzy Magnuszewem ') a Ryczywołem świadczył , źe go zebrał patrol ko- 
zacki i źe Moskałę byli niedaleko. 

Około 2. po południu cala kawalerya dwóch dywizyj rozwinęła 
się niedałeko gościńca do Kozienic, w trzy linie, W ostatniej szwadron 
5. pułku szaserów (byłej gwardyi) zajijł prawe skrzydło, obok niego 
stanęły dwa szwadrony krakusów^), następnie dywizyon 3. pułku uła- 
nów, a nalewem skrzydle dywizyon l* pułku ulajiów. Kilka batalionów 
kosynierów ^J, z dywizyi jenerała Sierawskiego, posunęło się nai>rzód 
w las. Za nimi postijpila l. i 2, linia jazdy; a niezwłocznie, na rozkaz 
przywieziony przez Zenona Niemojewskiego *), adjutanta jenerała Dwer- 
nickiego i nasza linia ruszyła kłosem szóstkami od lewego. W kilka 
chwil dopadliśmy do chałup, gdzie za opłotkami stał mężczyzna w sza- 
rej bełdeszy, na pozór ekonom. Na zapytanie majora Lisieckiego: 
^W którym kierunku są Moskale!** — wskazał nam w lewo ku Nadwiślu; 
łecz zaledwie posunęliśmy się o sto kroków dalej, kiedy kobieta wy- 
padła z cliaty i z krzykiem ostrzegła majora, że w kierunku tym są 
parowy *), w których niechybnie zagrzęźniemy i źe Moskale nie są 
w tej stronie, ale przeciwnie za łasem, od któregośmy się oddalili. 



*) Mag n uszów, iniaslec/ko w pow* ko3ticnickim. P. Med, 

*) Citery inne srwadrony lego pickneyo i d/.iarskiego pułku, pod dowództwem pułko- 
wnika Źuchowskiego, były w pierwszej linii. P» A, 

') Hyli jesiCjte w sukmanach j czapkacii baranich j jest to zresztą ubranie wygodniejsze, 
SEwlitó/.cza tlla kosyniera, aniżeli obcisły mundur, P. A, 

*) Nie wiem, c^y miał jakie przeczucie losu , jaki go spotkał tego dnia, ale w chwilt, 
kiedy nam przywiózł ten rozkaz, zdawało mi si^, ie miał głowę zajętą snrutnemi myślami^ P* A* 

*) Słysząc tę przestrogi:, udt^reyła mnie myił, ie ów mniemany ekonom musiał być 
»d rajcą, przekupionym przez Moskali* Przejetdiając koło tycb samych opłotków, nuciłem okiem 
w stronę y gdzieiiny go spotkali, ale jui go lam nie było, P, A. 



36 

Natychmiast zmieniono aolo kolumny w wsticinyrn kierunku. Za- 
ledwie ruch ten wykonano, usłyszeliśmy huk armat i btzzwłocznie 
ujrzeliśmy chmarę krakusów, iicłekajćjcych przez choinę w strasznym 
j»o|>lochu. Jedni krwił^ zbroczeni, drugim się siodła pojirzckręcały* ,,Stój! 
„formuj się! — Wstyd, hańba"*! — wolałi oficerowie nasi; lecz ani te 
krzyki, ani jilazy, którymi usiłowano zatrzymać uciekajijcych, nie zdo- 
łały ])rzerwać popłochu '). 

Tymczasem kolumna nasza szła dalej kłusem w las, kiedy nagle 
uslyssfcliśmy komendę: „Na lewo! formuj szwadron!'* fnitopem zaczę- 
łiśmy rozwijać się na jłolu, między lasem a równoległymi oplolkami 
Nowejwsi. Aby stanc}.ć, jak poprzednio, na lewem skrzydle, wypadało 
naszemu dywizyonowi wprzód f)rzejechać wszerz całe jłole, ale zaledwie 
zaczęliśmy wysuwać się z lasu, Moskale przywitali nas oyniem tak 
żywym, źc kartacze przctnjcały nam lance. I o leż, nie mogijc już 
dotnteć do przeznaczonego nam stanowiska, (jiuty szwadron naszego 
pułku zmieszał się po c7,ęści z 6, szwadronem 3. pułku ułatiów, aby 
tylku du frontu stanąć i tak na komenda: ^Do ataku broń! marsz! 
marsz!" siedm szwadronów ruszyło, co tylko konie mogły wyskoci^yć, 
na nieprzyjaciela. 

Szar/a pud ogniem tak rzęsistym przeraziła Muskali do takic*;o 
stopnia, że cała icli konnica, slojijca tuż przy działach, jłierzchla nim 
w[*ad!iśmy ną niiji i pędem uciekała drożyncji, ciijign^cą się w prawo 
między lasem a kępiastem trzęsawiskiem, ku głównemu gościńcowi do 
Kozienic, Krakusy wraz z innymi szwadruiiami, «kladaJHcymi nasze 
prawe skrzydło^ pędzili tak ślejm za uchodzącym nieprzyjacielem, że 
kietly dywizyon nasz także dopędzał du owej drużyny, ujrzeliśmy nagłe 
sześć dział moskiewskich zaprzodkowanych i gotowych dt) odwrotu. 
W mgnieniu uka rzuciliśmy się na nie. Artylerzyści moskiewscy bronili 
się dzielnie to wyszorami, tu pałaszami , a działa ruszyły ku guścińcowi; 
ale droga byki tak zapchana, że nie zdołały ujechać i kilkudziesięciu 
krok<;w. W tym udwrocie Hergiel, siary żołnierz z naszego plutonu, 



*) Granaty i knrtnczc Mo^kjilt strasznie p]rzcr.iiiły It; |>ierws/e cztery szwadrony kraku- 
sów. Jeden z łych il/iar^ikich ehlispaków priy/nal mi się tydiie t p^j^lk'j w KarictncacU , ic 
w tym pr/rslr.łchu i;:it.stka icli oparhi się dopiero akolo Mnistcwa. Była to gorzka nauka 
dU ciciuodnej^o patryulycjtuego jenerała Sicrawskie);o, który w swym zapnie i w zaulaniu w bi- 
tnotie Krakowiaków zapomniał, ic mkidy iolner*, cUućl»y n;ijśttii«lsiy, iiie powinien być pra- 
wad/onyni picrwsty ra« na cięiŁki ogień saci» jeden , lec« w aayslcncyi :*Urcgo i ł ogniem ulrja- 
skanego wojska. P. A. 




m 



37 



pchnrjl podimlkownika artyleryi moskiewskiej Butowicza, lancą w krzył 
i zwalił go na ziemię. 

W tej [)uyunł spostrzegłem oficera moskiewskiego na dzielnym 
łjialym koniu, zmykającego przez zamarzłc trzęsawisko. Pchnięty dziwną 
pokusi^ na tego rumaka, puszczam się za nim, a źe obszerny [ilaszcz, 
rozpuszczony na ramionach oficera, jakby żagiel, utrudniał mu ruch, 
dognalem go tak blisko, źe w dwóch skokach byłbym go niechybnie 
ugodził — kiedy nagle głośne „hurrah!'* zwróciło mć^ uwagę na prawo. 
Widzę, że Moskale odparli i ścigają naszych. Zwracam więc konia, 
i w obawie, aby się nie [>rzewalił między kępami, i>cdzc ku traktowi 
na grobli, wznoszć^cej się u kilka stó|) ponad trzęsawiskiem. Tam do- 
pędziłem ]>odchorąźego z 3. pułku ułanów, a na przedzie wachmistrza ') 
6, szwadronu naszego pułku, Tenm ostatniemu zwinij^ł się koń i |>adl 
w rów; podchorąży wpadł na niego i powalił się także, jakim cudem 
uniknąłem podobnego losu, trudno mi dotąd j)ojąć Tyle tylko .^fceni, 
że w owej chwili koń n\(\\ miał więcej przytomności umysłu, aniżeli 
ja. Rzuciwszy się sum w prawo, wskoczył na groblę i puścił się jak 
strzała po równym gościńcu ku lasowi, a tuż za mną dragon moskiew- 
ski z wzniesionym pałaszem wrzeszciiąc: ^kryczy pardon, miależnik!*' 
Za całą od]JOwiedź zwróciłem grot w tył i patrząc się tylko na niego 
a nie [»rzed siebie, dałem koniowi ostrogę i puściłem mu cugle. 

W szarży tej dwa szwadrony krakusów, tworzące prawe skrzydło 
linii bojowej, dopadły pierwsze do drożyny, którą Moskale uciekali 
i pędzili za nimi jakby na wyścigach. Przebiegli groblę jak zawierucha 
i wpadli na mostek, gdzie z drugiej strony rzeczułki rezerwa księcia 
Wirtemberskiego, dla wstrzymania pogoni, raziła ogniem karabinowym 
bez różnicy ścigających i ściganych. 

W tym ścisku okropnym, w kttjrym nie walczono już bronią, 
ale — że tak powiem — jjięściami, Abramowicz^}, kapitan od krakusów, miał 



') WachmistrŁa zabrali Moskale do niewoli; podchorąży laś z % putku ułanów, któ- 
rego w r. 1828 znalem j.iko kleryka u Pijarów na Zoliborzvi , usfedł Moskalom prtez bagno. 

^) Abramowie* był pned powstaniem — jak mi mówiono — adjutantetii jenerała 
Haukego i grał u n ego w wista wieczrem 29 listopada, ale w pierwszym alarmie nie znalazł 
konia, aby towarzyszyć ministrowi i jego szefowi sztabu Meciszcwskiemu, na Krakowskie Przed- 
mieście i tym sposobem uniknął Miiierci , którą tamci zginali. Zapewniano mme, że po bitwie 
pod Nowriwsią /ostał wykreślonym z kontroli. W tipcu 1831 r. widzieliśmy często ochotnika 
w mundurze ^wardyi narodowej i w tn^rmycy sapera francuskiegoj wr^drującego samopas przy 
oddziale, prowadzonym naówczas na Litw^, prłez pułkownika Samuela K^^Jitycklego i mówionoj 
ie to był ten sam Abramowicz, który po bitwie pod Nową wsią musiał opu^cit^ pułk krakusów. 
Nic mogliśmy p^^ją^:, kio go upowainił do ochotniczenia naszej wyprawie. Ile razy w emigracyi 



38 

zawołać: „Utickaj, co możesz". Hasło zdrajcy c/y tchórza tak przestra- 
szyło młodych iolnierzy, ^e krakusy zwróciU konie i w zapędzie prze- 
rażenia rozbijali iJr^cych za nimi szaserów i ułanów. Pu^t>n MoskaH 
nie trwała atołi długtł, zalrzymała się fmwiem <> kilkaset kroków. Ze- 
brawszy na prędce le/.jcych na grobli rannych albo zwak>nych z koni 
do niewoli '), szybkim pochiMlem dazyłi ku Kozienici)m, gdzie reszta 
korj>usu jenerała Kreutza, |>rzestraszona wiadunioscitj o nas/em zwy- 
cicslwici l>yla gotowt^ do odwrotu na prawy brzeg Wisły. 

Tak niespodzianie odparci, dfjżyiiśmy kupkami na pole naszego 
zwycięstwa, gdzie mnie mój puczciwy Brzeziński radosnym przywitał 
wykrzykiem. Wydobył zar^izem jedn.;i z dwóch |)utcżnych manierek 
i puścił ja w obieg między towarzyszów [dulonu. Doliczyliśmy się 
niemal wszyscy i skoro się cały dy wizy on sformował, dano nam roz- 
kaz cofnąć się [mó Ryczywół i tam już ze zmrokiem rozłożyliśmy się 
obozem. 

Pozapalano ogniska i wyprawiono oddziały po furaż i żywność, 
ałe nie c/ekajćjc, nim nam ją rozdadza, zażc^idalem od lirzezińskiegcj^ 
aby \\'y dobył 0W4 |>i'TZcii wołowłj. której mu w Czersku jk* wierzy lem. 
Bizeziiiski, równie głodny, szuka skwapliwie w torbie, w której ja byl 
schowa!, ałcnapróżno; ani śladu pieczeni. ,^(j dzież się u dyalda podzia- 
ła?*' — „To niezawodnie len szelma Praźuch^J ml ją. wykradł*^, — uWięc 

(kłcbodnly nns wieści o bruUiUkitn policmaj.slric Abraniowic/u , pistwhicym ^'n^ nrul więźniami 
poliiycmytnij a iiawcl nnd spokojnym* mieszkiiiicami Warszawy, nasuwało nam arę podejrzenie, f.c 
UW tchórz i H; lulcpo i83ł r., następnie cygaiiski ochotnik w bcriuycy, a w końcu poltcmajsler 
w randie jcnenib, były jeduą i tąi samą osobistością. P, A. 

') Zabrali icb tylko kilkunastu; między innymi i me^o kolega uniwersyleckieĘ^ł, Zenona 
Niemojewskięgo, Rrlwcdrrczyka. kt>ry w lej rozprawie odebrał kilkanaście ran i później, 
wymieniony pod innem nazwiskiem, został przewiezioDyni do ambulansu w Sitkolc aplikacyj* 
nej w Warszawie, Widziałem go po raz ostatni w miesiącu maju, kiedy po powTocie z korpusu 
jenerała r>wcrnickicgo, pos/.cdłetn tam odwiedzić mego rannego przyjaciela Anastazego Mazo- 
wieckiego, Przy lótku Niemujewskieg'* sed^iał ioakoraily cb rur^; z czas j w Napoleona, Dr. 
Antomarchi, który tak ciule miał stii ranie około rannei^o, ie byłby '^o może wkrótce przy- 
wrócił do /:dr*iwia , gdyby go — jak mi pó/niej mówiono — gwałtowny żal z powodu kapitu- 
lacyi me dobił w sam dtwA wejścia Moskali do Warsiawy, P. A. 

*) Praiuchj dawny owciarz a z wcjrzenta istny kalmuk, byl wysłużonym a odważnym 
iulnicrzern. Obskoczony tegoż samego <lnia pud Nowąwsią pr/ez kilku dragonów, z których 
jeden, snad na bardio wysokim komu, przeciął nm na samem wicrzclui głowy podwójnym 
wojłokiem podszytą furażerki; (takie albowiem dano trzecim dywizyonom zamiast c/apek ulań- 
ftkicb), lak diieln^c młynkował lancą, ie icb rozp^dail i sam wyszedł bez szwanku. Gdtic cbo- 
dzilo o zdobycie żywności, nic było sprytniejszego zlod/jeja (nawel mój pobocznik Majewski 
nie wyrównał mu) i w takiej potrzebie nm byłby sobie robił skrupułu wykra^o ją samemu 
jenerałowi. Daleki wsiclakoż od sobkostwa dzielił się zdobyczą z mniej przemyiilnymi towarzy- 
stami broni. Nie dsiw przfto, ie go wszyscy lubili. P. A, 



39 

nnpijmy się choć wótlki'^. — .,Acli! pinie, i manierek nie nid. Bodajby 
ta wódka złodziejowi wnętrzności wypaliła!" — ^ Rozjcitrzony głodem stu- 
kam Prażucha, ale ^o nie ma. Kiedy się zjawił w kuńcn, Brzeziński 
wpaHa na niego i wręcz oskarża u kradzież. ^Głupiś ty I** — ^ odpowiada 
z uśmiecliem niby ^apiowatym — „ani mi się śniło o pieczeni albo 
^ wódce; ale nie tiirlmjcie się o żywność, zaraz wam jej dostarczę*. 
W samej rzeczy nie długo putem ]vrzyniósl nam niemal ćwierć barana, 
którego j^dzieś zarznćj;ł i z skijry udarł. Brzeziński, udobruchany tą 
szczodrością, rozjaśnił cztjK>, pokrajał jeszcze ciepłą baraninę i ubfiią 
przyrządził nam wieczerzę. 

Następnego dnia, zamiai^t ataku wać Kreutza w Kozienicach, jenerał 
Dwernicki, uv^iadomiony, że Moskale r4>bi<j przygotowania do przejścia 
Wisły niedaleko |e/ierny, naka/ał ruch wsteczny ku Górze, 

Dywizyijn nasz, idący w aryergardzie, rozłu/ono na noc \hhI 
laskiem niniszewskim, od strony Magnuszewa, na roli rozwilżonej, na 
której nic można było bez zmoczenia się ani siąś/, ani się puiożyć^ 
Wysłano furyerów po żywność, a tymczasem wiarusy, zniecierpliwieni 
znużeniem i zimnem, rzucili się w miody łasek i wycięli nie mah) 
choiny na ogniska i na pokkid. Ztąd znaczna szki)da dla właścicieła '), 
a nam nie wielki użytek, legowisko bowiem z gałęzi nie było bynaj- 
mniej wygodnem, a choina, zamiast się palić, dusiła nas długi czas 
kłębami gęstego dymu. 

Awangarda naszego kor[msii [>r/epcdziła oddziały kozaków*^ które 
przeszły Wisłę między Piaskami a Jezierną, na j»rawy brzeg i tem 
samem zmusiła Moskali do zaniechania zamiaru odcięcia nas od War- 
szawy. Zaspukojuny [Jod tym względem jenerał Dwernicki, zwrócił się 
znów na Kreutza, lecz już nic na Magnuszew i ł^yczywół> ale na 
Warkę i przez łasy głowaczewskie na Brzozę, sptłdziewając się [»ewnie 
tym sposoljcm zamaskować swój marsz i zaatakowai: nieprzyjaciela od 
Radomia, Ostrzeżony wszela!<oż przez swe patrole o zbliżaniu się na- 
szem, jena rai Kreutz zwinął swe siły i |)rzeszedł na jirawy brzeg 
Wisły. 

ł>nia 24 wieczorem doszliśmy do Kozienic, ale nic zastaliśmy tam już 
ani nogi moskiewskiej, Dywizyon nasz rozłożono w mieście. Nad ranem 
następnego dnia zjawił się wachmistrz r». szwadronu naszego pułku, 



') Byłby jej unjkn.it P; HerynR, R<lyl>y Hył mniej obojęlnym ria cierpienia iolnier^a 
Kpicsznie |>r?^ysbi kńkn fui sloiny i rir/ewa. P, A, 



40 



który się byl powalił z koniem w oczach moich pud Nowąwsią 
i został wziętym do niewoli, Pol>yt jego pięciodniowy w obozie nie- 
przyjacielskim i sposób, w jaki się wydobył z rąk moskiewskich, jest 
nader ciekawy, 

Kiedy go przyprowadzono dn Kozienic, jenerał Kreutz [>uznal 
w nim dawnego, doskonałego instruktora, który mu byl kilka lal |)o* 
przednio przysłanym przez w. księcia Konstantego do jego dywizył, 
konstytującej na('»wczas na Ukrainie zadnieprskiej. Przyjijł go bardzo 
uprzejmie i po kilku uwagach nad nieochybiiem stłumieniem powstania 
polskiego^ namawiał go do wstąpienia do wojska rosyjskiego, w sto- 
pniu tificerskim Tymczasem zostawił go wolnym na kwaterze w Ko- 
zienicach. Nadzieja łatwiejszego odzyskania wolności skłoniła więźnia 
do pozornego przyjęcia tej propozycyi. Kiedy 23 lutego nadeszły 
wieści o marszu jenerała Dwernickiego na czele znacznych (!?) sil, 
a Moskale gotowali się posjiiesznie do cofnięcia się, nasz podolicer 
sądząc, ze nie nadarzy mu się sposobniejsza pora do ucieczki, skrył 
się u jakiegoś ^yda. Niebawem wszelakoź nadeszły rajiorta mniej 
zatrważające, które spowodowały jenerała Kreutza colnąć rozkaz 
do rejterady. Skoro się wszystko uspokoiło, żyd jakiś zdradził 
kryjówkę wachmistrza. Przyprowadzono go do kwatery głównej , 
gdzie mu jenerał wyrzucał, że ucieczką swoją skompromituwalliy go 
w opinii marszałka Dy bicza, któremu go j)rzedslawił do rangi oHcer- 
skiej. Pomimo to wyraził nadzieję, że wachmistrz zastanowi się lepiej 
nad swem położeniem i zostawił go nadal na wolnej sto]łie. Widocznie 
chciał mu dać drugą sposobność do ucieczki, a więzień z swej strony 
postanowił korzystać z niej jak najprędzej. Otóż nazajutrz, na wiado- 
mość o zbliżaniu się Dwernickiego, Moskale jak najspieszniej zaczęli 
przechodzić na prawy brzeg Wisły, a nasz wachmistrz, wśród tego 
alarmu, skrył się powtórnie. Gdy się wszystko uciszyło, wyszedł z swej 
kryjówki, wsiadł na pierwszą szka[»ę, którą mu traf nastręcz) ł i ruszył 
galopem gościńcem ku Górze. Dopiero pod Magnuszewem dowiedział 
się, że korpus nas pomaszerował na Brzozę, zwrócił więc konia i zjawił 
się między nami nad ranein 25. 

Wieść o jego przygodach rozbiegła się po całym obo/ie i wy- 
wołała tak wielkie oburzenie na żydów, że kiedy liwerant, który 
byl dostarczał furażu Moskalom, z hardą miną odmówił owsa kra- 
kusom, wykułakowali go strasznie, zawlekli na rynek niedaleko 



41 



pałacu , sijuicili latarnię i juź zabierali się zawiesić zdrajcę na jej 
miejscu, kiedy kilku oficerów wybieylo % głównej kwatery. Ro/pęd/ili 
rozji^trzunycii źolnier/y i ochronili zakrwawionego żyda od niechybnej 
śmierci. 

Wszalakoz nie skończyło się na teni. W pul godziny póiniej kra- 
kusy, rozjcjtrzeni nie tylko zlą woUi liweranta, ale bard/Jej jeszcze zdrada, 
[jojłelniona na naszym wachmistrzu, rzucili się jednocześnie na domy 
żydów, nic dla rabunku, ale tylko dla zrzi^dzenia im szkody i ukarania 
ich przeniewierstwa, Potłukli im naczynia, |>ołamali spizęly, porozcinali 
piernaty, a nawet wytoczyh na ziemię kilka btczek miodu. Na prze- 
raźliwy krzyk i plącz, który się wzniósł ze wszystkich stron, oficerowie 
i podoficerowie rozbiegli się zydostwu na ratunek, ale mało co któ- 
remu z krakusów oł>erwalo się |io karku. Jakiły na dany znak znikli 
i wrócili do obozu, nie unosząc z sobcj niczego, prócz tytoniu, któ- 
rego nie zostało w trzech składach, w mieście będ^icych, ani jednej 
paczki. Zwinność krakusów rozweseliła cały obóz i iHłbudziła w pie- 
churach chc^lkę do naśladownictwa. 

Zaledwie ów rwetes się uciszył, spotykam na rynku mego przy- 
jaciela Polańskiego, podporucznika z l. pułku piechoty liniowej i ka- 
pitana jego kompanii. „Cliodz z nami do mej kw^atery na śniadanie" — 
powiada ostatni, Cl^Hnie przyjciłem tak uprzejme zaproszenie. Żale- 
dwieśmy uszli kilka kroków, kiedy żydówka wybiega z kwatery 
kapitańskiej i załamujcjc ręce, woła: „Aj waj! gwałt! gwałt! ral>iisie 
w piw^nicy!" — Kapitan, zostaw^iwszy Polańskiego przy drzwiach, sam 
pospieszył do piwnicy i plażami wypędził z niej maroderów*. Byli to 
młodzi rekruci z piechoty, którzy, znużeni długim marszem poprzednich 
dni, chcieli pokrzepić się miodkiem i winem* jeden tylko był między 
nimi ułan, Ziółkowski, żołnierz z tegoż samego plutonu co i ja. Wy- 
suwali się czemprędzej z spuszczonemi uszami i każdemu na pożegna- 
nie dostało się kułakiem w kark od Polańskiego, który był zbyt 
łagodnego charakteru, aby mógł użyć broni, na skarcenie tak natu- 
ralnego przestępstwa. 

Wśród śmiechu z tej tragikomicznej sceny zasiedliśmy do śnia- 
dania, przygotowanego przez ordynansa kapitana i wypiliśmy kilka 
butelek owego wina, które bez naszej pomocy byłoby powędrowało 
do obozu, albo też zalało |)iwnirc. 



42 



Pod wieczór wysłano nasz dywizyon na grangardę do Nowejwsi 
"i tam pozostaliśmy przez 24 godzin. Włościanie opowiadali nam, że 
po wstecznym marszu naszym ku (j<'»rze lm> lutego, wieś ich została 
7A\()\\ zajętą przez dragonów moskiewskicht którzy tam pozostali przez 
kilka dni w wielkiej niespokojności. Rozmawiając o rozprawie 19 
lutego i nie pojmując innego bodźca do odwagi, nad wódkę, powta- 
rz.ili, źe żołnierze Dwernickiego idą do szarży pijani i dla tego żaden 
ogień nic może wstrzymać icli ślepego zapadu. „Wsie sałdaty Dwer- 
^nickago pjanicy; strielaj, strielaj, oni wsie liezut napicrod". Prze- 
strach między dragonami hyf tak wielki, że pr«'łrz wedet, jeden z nich 
liągle siedział na najwyższym szczeblu drabiny, prowadzącej do komina 
chaty, którą zajmował dowódca oddziału i wytrzeszczał ślrj>ie ku Ry- 
czywołowi » zkąd się spodziewali nowego ataku z naszej strony. 



WSPOMNIENIA 

HENRYKA JANKI ') 

L KUKU 1831. 



SposobUeiij siy wIciMiie do egzaminu siidowego^ gdy wieść o zwy- 
cięskicm j)owstaiłiy, dokunanem w Warszawie 29 listopada l830> 
wstrzijsła calyni krajem, przejęła uniesieniem wszystkie serca dla ojczy- 
zny bijijce, a w^yczytawszy w jedynej wówczas wychodzącej w^e 
Lwowie gazecie wiadomość, o przeznaczeniu dywizyi jenerała S/eni- 
heka na przednia straż armii narodowej, jłostanowilem zaraz wslijpić 
do i. pułku strzelc(hv pieszycti, zaliczonego do tej dywizyi. 

Wiilzialem ijic już wkraczającym z naszymi orłami do ziem Za- 
branych, a zastępy nasze, j)ołączone z korpusem litewskim, roztrącajćice 
szyki Moskwy i oswobodzające Litwę, Wołyń, Podole z jarzma caratu. 

Świetne owe nadzieje, żywnone powszechnie, tłumiła zimna dłoń 
naszycli dy{>Ioniatów, tłumił je im powolny dyktator Chlopicki; ale 
gorącycli uczuć narodu zgasić nie zdołano, rzucono lylko w jego łono 
ziarno nieufności i rozdwojenia, co niepomyślnie oddziałało na losy 
powstania. 

Minąwszy nie bez trudności patrole i straże austryackie, rozsta- 
wione po drogach i wzdłuż granicy — bo polityka rakuska była wówczas 
w obec nas i Rosyi prawie ta sama, jak w 1863 i 1864 r, — prze- 
byłem z towarzyszami kordon, dzielący nas od braci dnia 12 stycznia 
1831, wśród tęgich mrozów, konno i zbrojno, a spiesząc przez Za- 
mość i Lublin, zdążyłem wkrótce do Warszaw-. W Zamościu pozna- 



*) czcigodny Aulor, ulegajcie pror^bom Komitetu, zajmującego się obchodem 50-lctniej 
rocznicy powstania listopadowego, w roku bieżącym skreśliJ tiiniejsJty ustęp t swych wspo- 
mliicu, dotyczący wypadków r, 1H3L l\ Med, 



44 

lem późniejszego jenerała Prąd^ynskie^o, wzrostu miernego, łagodnych 
rysc'»w, iijmuJ4cej uprzejmości. Spotykałem też tworzące się pitjte i 
szóste szwadrony naszych jezdnych pułków, a w ich składzie witałem 
znanych mi dziehiych ochotników z Galicyi, wyglądających z upra- 
gnieniem rozkazu do walki. 

W Warszawie zastałem umysły, zaniei>okojone przeciwnem celom 
powstania działaniem dyktatora. I*opularnosć jego nagle gasła wobec 
wieści o celu i skutkach deputacyi, wysłanej do Petersburga, jakoteż 
o leniwym postępie organizacyi siły zbrojnej, podej mywanej jakby dla 
zamaskowania przed narodem tajonych układów, które wśród ówczesnych 
stosunków nie mogły odpowiedniego osiągnąć skutku. 

Po złożeniu dyktatury przez Chłopickiego, odbywał sejm codzienne 
posiedzenia, pod laską marszałka Władysława Ostrowskiego, sympa- 
tycznego wszystkim męża, od wszystkich poważanego, okazalej postaci, 
ujmujących rysów, uposażonego rzadkim darem wymowy i spokojem 
w prowadzeniu obrad. Na te posiedzenia uczęszczałem , ile razy czas 
mi dozwolił, przysłuchując się tokowi ol>rad i wymownym głosom 
Wołowskich, Krysińskich, Ledóchowskich , Swidzińskich i innych, 
różniących się nieraz w środkach, ale nie w celach. Miał i ten sejm 
grono posłów, niezadowolonych z powstania ; odznaczali się oni mil- 
czeniem i głosowaniem z najwięcej konserwatywnem stronnictwem, 
czem powstaniu szkodzili, szerząc nieufność w siły własne, nie dopu- 
szczając użycia środków stanowczych , mogących połączyć cały naród 
w jeden zastęp niezwyciężony. 

Obok sejmu odbywało publiczne posiedzenia Towarzystwo pa- 
tryotyczne, któremu przewodniczył niekiedy Lelewel, odznaczający się 
potoczystą wymową, nauką i cnotą. Zbierały się i prywatne kółka, 
zawsze w celu obmyślania środków do kłamania Moskwy, lub do for- 
mowania nowych zbrojnych zastępów. Z tych najwięcej zajmujące, 
choć nieliczne, bywały w redakcyi ]>isma czasowego „Nowa Polska", 
wydawanego przez pisarza znakomitych zdolności Żukowskiego. Tu po* 
znal^Mii Seweryna Ooszczyńskiego, Maurycego Mochnackiego, zdolnego 
publicystę Ostrowskiego, Kozłowskiego i wielu innych, głośnych z pa- 
tryolyzmu. 

Ze wszystkich pism podawała „Nowa Polska** najskuteczniejsze 
rady, najpraktyczniejsze myśli do ocalenia ojczyzny. Między współ- 
pracownikami górow^ał talentem, energią, wytwarzaniem coraz nowych 



trafnych pomysluw Maurycy Mochnacki, niestrudzony pisarz i myśli- 
ciel, wskazujący środki ratunku, nie upadający na duchu do ostatnich 
dni powstania , pomimo szyderstwa jakiemi konserwatyści obrzucali 
pracujących pinreni , aby w^ ten sposób ubez\^'!adnić ich usiłowania. 
Mochnacki przekonał swych przeciwników, ze nie tylko piórem chce 
służyć ojczyźnie, chwycił za broń i stanął jako ochotnik w szeregach 
naszego pułku, gdzie go widywałem w przerwach marszowych, lub 
po spotkaniach z wrogiem, mimo trudów i poniewierki, dyktującego 
artykuły do „Nowej Polski". 

Przyznać trzeba, ze niektórzy posłowie dzielili energiczne pomysły 
„Nowej Polski", upatrując zbawienie narodu w^ rozwinięciu wszystkich 
sił jego, w przeniesieniu wojny na Litwę i do ziem Zabranych^ w uwła- 
szczeniu włościan, a tern samem w^ zjednaniu całej masy narodu dla 
powstania. Większość wszakże ówczesnego sejmu składała się z ży- 
wiołów zachowawczych, wątpiących lub wcałe nie wierzących w możność 
zwycięstwa, a ztąd wahających się, przeciwnych użyciu środków^ stano- 
wczych, by nie ściągnąć na siebie zemsty w^roga, laka to reprezen- 
tacya przystąpiła do wyboru Rządu narodowego w połączonych Izbach 
postów i senatu* Byłem obecny tej pamiętnej sesyi, nadającej powsta- 
niu stalą władzę, stały Rząd narodowy, pod prezydencyą księcia Adama 
Czartoryskiego, zacnego męża, ale za mało energicznego do przepro- 
w^adzenia tak olbrzymiej wałki , ztąd więcej polegającego na akcyi 
dyplomatycznej niż orężnej. Przemówienie też księcia po dokonanym 
wyborze znamionow^iło ow^j dwoistość i brak energii, porywającej 
naród do poświęceń, a z niemi do pew^nego zwycięstwa. 

Nie chcę tym sądem, który był zresztą także sądem znanej z wy- 
sokich cnót i patryotyzmu matki księcia *), nie chcę nim ubliżać cie- 



') Źe ks, Adam Czartoryalci nie sproitał wielkiemu znrl.iniu, to jui dzieje oceniły, S^d 
zni matkt księcia przezemnic przytociony, doszedł do wiadoni^śei moj«j w sposób następujący: 

Zacna ta matrona prtetrwaia w Puławach pierwsze zapędy Moskwy, pod jej oczyma 
wpadł Juliusz. Małachowski na stajnie w Puławacti, zajęte przez dragonów moskiewskie ti, idoliy) 
je po iwawcj utarczce^ a co z Moskali pozostało ływycłi, zabrał dn niewori Z ko-Zind i umon- 
Inwanieni. Nie był księinej nieznany cały przebieg Walki — ^cdz-la ja 2 okien swoich 1 jak 
mówiono, bliskie jej otoczenie w^ipieralo naszych, przyczyniając się od owej klęski dragonów* Ztad 
znana zemsti ks. Wirtemberskiego, który póiniej kazał 5trzelat5 z diial d'> puławskiego pałacu. 
Pamiątki, w tym pałacu pr^^echowywane, przewożono zaraz po wybuchu powstania do Sieniawy 
w Galicyi, dok^d lei i księtna wyjechała, gdy okazało się, Ze wojna dłułsry czas trwać będzie* 

Olói podczas pobytu księżnej w Puławach byl u ntcj 5. p. Władysław Sierakowski, w spra- 
wach odno^iz.icych się do powstania i przed nim wyr/ekla księiaa następujące słowa: »Mój 



46 

niom męża wielce zasłużonego, nie tyle w czasie powstania, jak na 
wygnaniu heroicznie znoBzoneni, z calem poświęceniem mienia i sło- 
dyczy iycłaj dla własnej i narodu godności, dla dobra na tułactwie 
cierpiących ziomków. Jeżeli panujące w owym czasie stronnictwo nie- 
stosowny wybór zrobiło, jest to jego raczej, niż wybranych winą. 

Uniesiony żalem nad zgubnem działaniem partyi , co kierownictwo 
powstania, nie przez siebie wywołanego, w swe niedołężne czy wy- 
stępne ręce ujęła, zboczyłem od przedmiotu, do którego mnie nawraca 
dzień 6 lutego, dzień wieści o wkroczeniu armii rosyjskiej w granice 
Królestwa, 'lak doradzała ówczesna dyplomacya, aby nie iść naprzód 
po za slupy graniczne Korony, dzielące braci od braci, lecz czekać 
na wroga, nibyto nie zaczepiać, lecz być zaczepionym. O nędzo ludzkich 
działań!... Tego samego dnia wyruszył jiulk l* strzelców pieszych, 
do kt()rego szeregów jako ocliotnik byłem juz wpisany, na spotkanie 
nieprzyjaciela. Zostawiwszy w Warszawie wszystkie żale i wąlpliwo- 
ści, jakie wzniecać musiało w sercach naszych tak dwuznaczne postę- 
wanie władz kierujących, jedtlą już tyłku myślą żyjąc, nadzieją poko- 
nania nieprzyjaciela, kroczyliśmy wesoło, choć bardzo znużeni Irzy- 
milowym pierwszym marszem, z całym pakunkiem i uzbrojeniem. Po 
r(Vżnych, często forsownych, czasem nocnycli marszach, to na wscliód 
i |iółnoc, to naprzód i znowu wstecz, słysząc niekiedy ognie działowe 
i ręcznej broni, zdążał nasz pułk 17 lutego na głos kanonady pod 
Dobre, a 18 widziałem i»o raz pierwszy czarne, zbite kolumny pie- 
choty moskiewskiej, wysuwające się z lasu na równinę Okóniewa. 
Ścieśnione te i głębokie masy, [irute krzyżowym ogniem naszych 
bateryj, rozstawionych |>o jirawej i lewej naszego szyku, a z czoła 



„Atlam, poczciwy cilowick , calem sercem oddany ojczy/.Die, ale tadanie, jakie n.i iiici^o wto- 
piono, jesl nad jego siJy — on lemu nie sprosta, przy braku pulridinej lu energii." 

Sierakowski opowiadril mi szcŁcgólowo o swej bytności w Pula wat: li^ mówlin i wielk,; 
ctcfa o ksi<;7.n»"j i pnytoc/.yl takie to ulanie jej, wcale nte ujmujące synowi, a prawd/i we. 
Jestem pewny, ie Sierjikowskij n je mijający się nigdy x prawdą, opowiedsial mi z całą otwir- 
loicią lc koDferencyc w Pulawacli. Znałem k p. Władysława Sierakowskiego pr/ez dluge lala, 
jakti pokrewnei^o; skoczył on studya prawmcjte we Lw^t>A*ie, a oicniwsiy b;c z panną Bobda- 
nównąj osad! w O/ydowic, obwodiie słoc^ow^kim, gd/ie /.ajmował się gaspodarslwcm. Córka 
Sierakowskicb wy5/la za Karola Uubkkicgo. 

Gdy powstanie listopad jwe wybuchło, ś, p. Sierakowski pospiesiył, chociaż jui ionaty, do 
Wara/awy i wstąpił do sieregnw wrai t dwoma roduinymi bmćmij Jótefcm i Wiktorem* Zna- 
nym byl pows/echnie ś p, Władysław i zacnoi^ci cłiaraklcru, patryotyimu i prawdomówności; 
nie ulega więc żadnej wątpliwości, ic całkiem wiernie opowiadał szc/ególy owej rozmowy 
z księłrifi. P. A, 



47 



przywitane ogniem tyralierów, mimo całej szybkości w rozwijaniu 
się i ochrony swej artyleryi, oslrzeliwająccj nasze szeregi, nie zdołały 
dkigo wytrwać, Icrz przy odwrotnym werblu bcbn('»w cofnęły się, 
wciąi^ ra:^-one gęstymi pociskami naszych dział, w ciemnię lasów, które 
już zmrok nocy osłonił. Przed samem tern spotkaniem widziałem po 
raz jłierwszy już osiwiałego, ale rześkiej, słusznej i>ostaci jenerała 
Cliłcłpickiego. Pojawił się nagle, pędzćjc na koniu na czełe sztabu, w* gra- 
natowym zwykłym surducie i takimże kaszkiecie z amarantowy opaska, 
jakby chciał tern cywiłnem ubraniem okazać, że nie jest komenderują- 
cym, lecz tylko ochotnikiem, wspierajc^cym radą przez życzliwość właści- 
wego wodza, księcia Radziwiłła. Przypędził w chwiłi, gdyśmy właśnie 
rozłożyh nasze ogniska wieczorne, nie gotując nic przez ostatnich dw^a 
dni. On to sam w mgnieniu oka wydal stosowane rozporzcidzcnia i 
przysposobił Moskalom godne ich przyjęcie. Krótkie to, ale krwawe 
dla nich zwarcie wiele icli kosztowało, o czem świadczyły liczne mo- 
giłki i krzyże nagrobne, widziane w lem miejscu przy późniejszych 
naszych przemarszach* 

Zaufanie żołnierzy do wodza potęguje ich odwagę. Cliłopicki 
nie posiadał go w armii, straciwszy z początku żywione, jak już 
wiadomo, przez opieszałą organizacyę wojska i objawioną chęć zakon 
czenia [>o wstania tajeni niczym^ prawdopodobnie poniżającym, układem 
z carem. Nie mógł żołnierz także ufać księciu Radziwiłłowi, wiedząc, 
że się wypraszał oil dowództwa, gdyż nie czuł się usposobionym do 
kierowania ruchami armii, a w końcu ulegając woli sejmu i rządu 
położył za warunek, aby jenerał Chłopicki wspierał go radą i czynem. 
Mimo j»rzecież całej nieufności ku jenerałowi Chłopickiemu, cenił w nim 
żołnierz zdolność, waleczność, bystre oko i przytomność na polu 
bitwy, ztąd go rad widział w zgiełku walk, bo nie znał w^ówczas 
innego, coby mu donlwnał w rzadkich przymiotach wodza. 

Owa nieznajomość rzeczy, a więcej jeszcze stronniczość, ukazane 
przez Sejm i Rząd przy wyborze pierwszym, drugim i trzecim na- 
czelnego wodza, były jedną z głównych i najł>oleśniejszych przyczyn 
upadku powstania. 

Z pod (Jkóniewa ruszyliśmy nocnym marszem ku Pradze, a spę- 
dziwszy noc zimną i wietrzną w czystem polu. udałiśmy się dnia 19 
ze świtem znowu naprzód, by zająć stanowiska Miłosny i Wawru, 
wczoraj samochcąc na rozkaz wodzów opuszczone. Wystąpienie na 



48 



konia przed frontem kapelana pułkowego w komży i stule, z krz\ zer 
lśniącym na piersi, z biretem na głowie, jego słowa patryotyczne i 
udzielenie ui^ólnego rozgrzeszenia, zapowiadało dzień gorący. Istotnie 
tek po kilkudziesięciu krokach naprzód, odezwały się strzały tyralierów 
moskiewskicti i szum kul działowych. Wkraczaliśmy w położenie 
lesiste, przerywane przegolinami i łączkami. Zaraz u wstępu [)rzepcdzilo 
koło nas kilkanaście koni rozhukanych, z całem umonto^^anie!^, lecz 
bez jeźdźców; były to konie szwadronu szaserów, kttiry, wprowadzony 
w niekorzystne położenie, rozbił przecież zastęp kawalcryi rosyjskiej, 
a wpadłszy na działa tymże maskowane, stracił w kartaczowym ogniu 
kilkunastu ludii. Tu poległ z żalem ziomków i towarzyszy mężny 
ochotnik z (Jalicyi, Benjamin Niezabitowski; marzył i on o wolności 
naszej ziemi, legł też w kwiecie wieku u jej łona, pięknym zgonem 
bohatera. 

W miarę posuwania się naprzód wrzały coraz więcej ognie 
ręcznej broni i dział pozycyjnych^ a dwunastolunlowe ich kule i pu- 
dow^e granaty — to przelatywały w j^oskokach nasze szyki, to niekiedy, 
głucho w nie uderzając, chrzęstem upadającej lub strzaskanej broni 
świadczyły o wyrwanej luce, W tym coraz gęstszym ogniu pojawia 
się znowu jenerał Chłopicki, pędząc na dzielnym koniu, ale sam jeden. 
Zatrzymał się chwilę, nadaje batalionom inny kierunek jiosunięciem 
naprzód, a sam rozpoznaje z małego wzgórka, kulami rytego, ruchy 
nieprzyjaciela; ztąd popędziwszy dalej, zniknął nam z oczu w dymach 
coraz gęstszych. Naszemu to pułkowi przypadł w tym dniu zaszczyt 
złamania piechoty moskiewskiej, a sztandar jednego [uiłku moskiew- 
skiego, co dotrwał do zupełnego wytępienia go bagnetem i ogniem, 
wyrwany chorążemu przez mężnego kapitana Bobińskiego, powiewał 
na drugi dzień w szponach białego orła, zdobiącego ratusz warszaw- 
ski. Naparci przez rezerwy moskiewskie pod wodzą Rozena, wstrzy- 
mywaliśmy ich nacisk to ogniem batalionowym, to rozsypani w tyra- 
liery ; spędzaliśmy działa przeciwnika, rażące nas kartaczami, a po ich 
odwrocie zwracaliśmy nasz ogień znowu przeciw piechocie, Btjj ten 
uparty, jak go zwał Dybicz w raportach swoich, trwał aż [łod w-ic- 
czór. Nieustanny szum, gwizd kul karabinowych, łoskot naszej ręcznej 
broni, rdzenne i rykoszetujące kule działowe i z hukiem pękające 
granaty, krzyżujące się w całym pędzie konia ordynanse, zmiatane 
niekiedy kulą ciężkich dział, wszystko podnosiło uroczystość cliwili, 



40 



a zwolna posuwała się coraz gęstsza tłuszcza moskiewska^ odzywając' 
się, jakby po rozkazie, znanem u niej ponurem hura! hura! 

Wśród nieustającego zyielku przepędził znowu Clilopicki koło 
naszych ogni, pod zasłoną kilkunastu ułanów, z uśmiechem na twarzy, 
jakby się nosił z jakąś myślą, czy też pędził wykonać sam rozkazy, 
pierwej już może wydane, lecz nie zawsze, lub nie dość szybko speł- 
niane. W niedługim też czasie ustawał nacisk mas moskiewskich » po- 
wstrzymany, obok danego im przez nas zaciętego odporu, także rzu- 
ceniem kilku batalionów, z dy wizyi jenerała Krukowieckiego, na prawy 
bok korpusu Rozena, który parł nasze szyki, przyszedłszy w pomoc 
zastępom l^alena, łamanym przez dywizye Szembeka i Zymirskiego, 

Ze zmrokiem przycichł obustronny ogień, poczem zajęliśmy prze- 
znaczone stanowisko w otwartem polu, a rozłożeni przy gorejących 
ogniskach, szukaliśmy ochrony przed pogwizdem mroźnego wiatru, 
zamyśleni o przygodach dnia minionego, o tym wspaniałym widoku 
bitwy, jaki niekiedy dostrzegałem, patrząc na owe rozległe, dymami 
zarysowane półkole. '1 u padł obok mnie kartaczem rażony mężny 
Wasylewski, tu walczył Ignacy Kikiewicz, tłómacz ód Horacego i 
poeta hryczny, co później pod Tykocinem, ranami okryty, dług ojczy- 
źnie spłacił; i ciebie niech tu wspomnę dzielny Misiński, natarczywy 
i przytomny w boju. Wszyscy trzej ochotnicy z Galicyi, wszyscy 
trzej Kusini, a jak gorąco kochaU tą wspólną ziemię naszą, jak ochoczo 
dla niej życie swe oddali! Cześć, wdzięczność i sława im wieczna, 
jak wszystkim, co za wolność ojczyzny polegli. 

Rano 20 lutego zajęliśmy lasek sosnowy, w pośród pól Grochowa. 
Dzieliła go przestrzeń obszerna od zarośli niżej nieco Icżącychi które 
roiły się zastępami Moskwy. Pułki nasze wysłały tyralierów, lecz nie- 
przyjaciel nie zbliżył się ku nam; tylko wolni strzelcy raziH wychy- 
lających się 2 gęstwiny kozaków, a batcrye zamieniały strzały, lut> 
wzajemne [lozycye kulami obrzucały. Tem żywszy bój trwał na lewem 
naszem skrzydle, l\i widziałem po raz pierwszy użycie rac kongre- 
wskich; ten ryk przy wylocie z koziołka, szelest głośny i dym gęsty 
w całym dtdszym ich locie, może trwożyć i łamać konnicę przeci- 
wnika. Wystąpiła też batcrya rakielnicza z dobrym skutkiem pod 
koniec bitwy grochowskiej. Race miały być wyrobu jenerała Bema, 
Ł»(ly jeszcze służył pofi w. ks. Konstantym jako kapitnn artyleryi; nic 
ł>ylo ich nad ^no projektylicjw. 

7 



60 

Dni następne spędziliśmy na tych samych stanowiskach, juź to 
w skutek rozejmu dla pogrzebu poległych w ostatnicli dwu dniach, 
juz też że owej zwłoki i spokoju potrzebował Dybicz, dla uzupełnienia 
swych potarganycli pułków i bateryj, to znowu do ściągnienia wszyst- 
kich sił na dzień wahiej bilw^y. Myśmy spędzili cztery dni na sypaniu 
gdzieniegdzie szańców polowych, a noce na utrzymaniu łańcucha 
wzdłuż obozu. Jedną noc przestaliśmy w^ całym batalionie przy łań- 
cuchu piechoty, spodziewając się nocnego napadu. Tu widziałem znowu 
Chłopickiego; przetrwał z nami kilka godzin, to chodząc, to leząc na 
płaszczu, wśród pogodnej, lecz zawsze zimnej nocy lutowej. Nasze 
patrole fjosuwaly się naprzód dla pow^zięcia słuchu, lecz zwykły tylko 
pomruk głuchy docliodził nas z obozu nieprzyjaciela, a łuny jego 
ognisk czerwieniły niebo. Z 24 na 25 lutego spędziłem całą noc, 
bądź to stanowiąc rezerwę łańcucha, bądź w samym ruchomym łań- 
cuchu strażniczym, nie dostrzegłszy żadnej zmiany w obozie przeciwnym. 

Z pierwszym brzaskiem rannym wrciciłiśmy do naszych stanowisk, 
spragnieni s|)oczynku, kiedy ]>rawie rciwnocześnie zawitały do nas 
kule moskiewskie, mówiąc nam dzień dobry druzgotanicm drzew i 
roztrącaniem biwaków, z gałęzi na prędce ustawionych. Był to dzień 
Grochowa, przez tylu we wszystkich szczeg(')larli opisywany. Minął 
on nam [prędko w^śród różnych kolei, wypailków i w^zruszeń, z jego 
pamiętną Olszyną dzielnie bronioną, po trzykroć braną i znów od- 
bieraną, z tym pięknym, malowniczym szykiem naszej piechoty 
w czworoboki sformowanej, o które się rozbijały i rozbiły szwadrony 
dwunasty pułków konnicy rosyjskiej, prowadzonej przez szefa sztabu 
Dy bicza, jenerała 'lolla. Żadnemu z tych mnogich szwadronów, roz- 
wijających się pod ogniem naszych dział, nie powiodło się złamać 
choćby jednego z naszych batalionów; przeciwnie, sama owa jazda 
z wielką stratą w zabitych, rannych, jeńcach i koniacli odparta, nadto 
kłuta, cięta i tratowana nieśmiertelnym drugim i [jiątym pułkiem 
ułanów, pierzchła w nieładzie, a decymowal ją jeszcze w odwrocie 
ogień naszej artyleryi, oczyszczająr pole bitwy, na którym ostatecznie 
armia nasza zapanowała. Zaległ też i zmrok krwawe pobojowisko '). 



*) Pułki stritlców tt swymi czarnymi pr/yl>orami (ciyli lederwerkamij jak niektórzy nn- 
zywari), z cieiuoyułi wyłogami i rabaLimi, j?<loUiie jjru/nie wyglMiały; ust«^puwala ioi Moskwft 
przcłl naszym isiyni pułkiem w diiiu ly lutr^o, mimn pr/ewaincj swej s ly, a ydzie dolrwata , 
imkonnną, /nisze zona zo^tałn. 



51 

ifoc spędziliśmy w pobliżu Pragi, gdzie koło dziesiątej wieczorem 
nadciągał z pod Białołęki korpus jenerała Krukowieckiego. Dniem 
pierwej odpierał on ataki księcia Szachowskiego, posiłkowany przez 
jazdę jenerała Jankowskiego, Szacliowski chciał z korpusem grena- 
dyerów obejść lub złamać nasze lewe skrzydło i odciąć nas od Wisły 
i Pragi. Gdy tego rozkazu, minio ponawianycli usiłowań, wykonać nie 
mógł, połączył się z główną armią w nocy z 24 na 25 lutego. Tym 
to sposobem liczyła armia rosyjska w tej walnej bitwie 120 tysięcy 
ludzi z 300 działami; kiedy nasza wzorowa artylerya zaledwie 90 ich 
miała, armię zaś czynną \s boju składało niespełna 30.000 żołnierzy, 
bo kor|)Us Krukowieckiego z jazdą Jankowskiego nie brał udziału 
w bitwie, zajmując pozycyę Białołęki, Pomimo tej nierówności sit i 
zawziętego boju, nie były siły nasze zupełnie wyczerpane, a stanowczemu 
zwycięstwu traf jedynie przeszkodził, jeden wystrzał nieszczęśliwy dla 
nas, który pozbawił armię wodza w chwili rozstrzygającej. Niechże 
nikt nie wątpi o zwycięstwie, mimo przeważnych numerycznie sił WTOga, 
bo zdolność wodza 1 bitność, zręczność, zapał żołnierzy, wszystko 
pokona. Pełni dobrej myśli spodziewaliśmy się ponowienia na drugi 
dzień bitwy, przy wzmocnieniu zwłaszcza naszych zastępów dzielnym 
korpusem jenerała Krukowieckiego i jazdą fankowskiego. l^ada wo- 
jenna postanowiła wszakże^ z powodu pękających lodów na WiŚle, 
przejść na jej lewy brzeg, z pozostawieniem stosownej siły do obrony 
Pragi i jej przedmostowego szańca na prawym brzegu. 

W skutek tych roz|jorządzeń wróciliśmy 26 lutego z rana do 
tych samych aleksandryjskich koszar, które opuściłem przed trzema 
tygodniami. Ale jakże odmienna ich dzisiaj postać. Wszystkie sale^ 
kurytarze, schody nawet i sień wstępna, były [przepełnione rannymi; 
niektórzy z nich konający, inni już martwi. Moskale równo z naszymi 
umieszczeni i opatrywani. Zakwaterowano więc nas na Solcu, Zano- 
siło się na dłuższą ciszę, a nasz pułk był przeznaczony na załogę 



w bitwie pod Grochowem pułk nasz nic był w Olszynie; st»ł on w odwodzie na prawem 
jej skr/ydk. Gdyby nic fatalne stranienie Chtopickiego, byUjy nasi pułk pcw^nie uiyly do pono- 
wnego 2nowu wydarcia Moskwie Olszyny, tego kłucia pozycyi. 

Po wystąpieniu jazdy moskiewskiej przedstawiało pole bitwy szc/egAJnie ożywiony i wspa- 
niały obraz. Zprzed na^jzego batalionu cofały s c bet skutku moskiewskie szwadrony, a pamię- 
tam, jak jeden z nich piertcłm^ł , zanim jeszcze dnłiŚmy ognia \ wcałc Die pr«^bował szczęścia 
w natarciu j tak mu zaimponował naj»z czarny czworobok, wyczrkujiicy spokojnie, w połysku 
najeżonych bagnetów, zblienia się wroga, P« A. 



62 



Warszawy, co mi oznajmił sam jenerał Knikowiecki, w owym czasie 
gubernator Warszawy. 

Ze wszystkich oddziałów regularnej armii jeden jenerała Dwer- 
nickiego był jeszcze czynny, jako pozostały na prawym brzegu Wisły. 
Opatrzony przeto w listy przedarłem się do niego, dopadłem obozu 
ze świtem pięknego dnia pod Tyszowcami, w pochodzie ku Bugowi, 
któryśmy przeszli pod Kryłowem. Pod Poryckiem rozgromi! Dwer- 
nicki pułk jazdy moskiewskiej tam obozujący, a l8 kwietnia stanf^ 
pod Boremłem w sam czas, aby powstrzymać przejście korpusu Ro- 
digiera przez Styn Przeznaczony do bateryi majora Puzyny, pełniłem 
przy niej służbę do dnia wkroczenia korpusu do Galicyi. 

Jenerał Dwernicki był wielbiony przez żołnierzy ; kto go nie widział 
w boju, nie mógłby odgadnąć powodu tego zaufania. Znosił on wszystkie 
trudy z żołnierzem ; zawsze na koniu , mimo podeszłego już wieku i 
mocnej tuszy ; małomówny, często zasępiony, nie mógł na razie wzbu- 
dzić tej wiary, tego przywicjzania, jakie żywił cały zastęp ku niemu, a 
powód tych uczuć odsłonił mi się dopiero ly kwietnia, gdy l^udigier, 
nie mogąc, mimo silnej kanonady i zapędów piechoty, dniem pierwej 
sforsować przejścia przez Styr pod samym Buremlem, obszedł nasze 
lewe skrzydło i na wysokości Nowosiółki przeszedłszy tę rzekę, roz- 
winął swój piętnastoly sieczny korpus o 36 działach. Zaledwie doniosły 
podjazdy o ruchu przez Styr nieprzyjaciela, pospieszył nasz jenerał 
naocznie rzecz rozpoznać, poczem wraca |)elen otuchy, wzywa sam do 
broni, wydaje bez wahania stosowne rozkazy, sam rozwija i szykuje 
swój 3500 ludzi wynoszący korpusik o 12 działach małego i średniego 
kalibru i już stoi rozwinięty w szyku bojowym, Jakby odżył z pod 
pędzla malarzy, rówrnxh naszym dzisiejszym Brandtom i Kossakom. 
Naprzeciw niezwyciężonym szwadronom naszej nielicznej lecz wzorowej, 
przeważnie z wprawnych, dymisyonowanych szaserów i ułanów złożo- 
nej jazdy i garstki piechoty, roztoczyły się w szerokim pułkręicu za- 
stępy Moskali, jakby chciały w śmiertelny objąć nas uścisk. Niei>rzy- 
jaciel obsypywał nas ogniem dział, na który nasze raźno odpowiadały. 
Działa nieprzyjaciela rozstawione wzdłuż szyków jego, nakreśliły wy- 
raźnie cale półkole wstęgą dymów przerywaną błyskiem strzałiiw. 
Nagle od prawego gasną ognie i dymy znikają i tak gasną i nikną 
wraz z grzmotem dział do potowy szyku przeciwnika; zarazem do- 
chodzi nas głośne wtulanie o konie pod zdobyte działa. Przed niedługą 



53 

chwilą widziałem jenerała Dwernickiego uwijającego się na bulanku i 
spieszącego kłusem ku lewemu naszemu; tam porwawszy kilka szwa- 
dronf'łW dzielnej jazdy, gromem uderzył z prawego boku na działa 
moskiewskie, a biorąc jedno po drugiem i rąbiąc broniącą je kawa- 
leryę i kanonierów, zgasił ich ogień. Nieprzyjaciel, wyszedłszy z osłu- 
pier^a, kusił się przeważną siłą powetować stratę; wszakże ośm 
dział lśniących, na świeżo odmalowanych lawetach, jakby z arsenału 
wyszły, już było uprowadzonych jako wymowne trofea zw^ycięstwa; 
reszty wziętych dział nie zdołano ocalić dla braku koni. W spo- 
tkaniu z [jrzemagającą odsieczą padł kon pod jenerałem i tylko przy- 
tomność żołnierza, podającego mu konia, ocaliła zwycięzcę w tylu 
bitwach, co więcej dział dostarczył narodowi zdobyciem ich na nie- 
przyjacielu, jak rząd jego przy całej swobodzie działania i środkach 
odlać zdołał *). Wspomnę jeszcze o kilkunastu strzałach kartaczowych, 



*} Wzięcie d/ial moskiewskich pnei krakusów i atak konnicy moskiewskiej na nnsta 
artyltTyt; tak opisuje ks. Józef Nowakowski, obecnie op!*t infuło wany i proboaicz żałkicwski, 
w r. 1831 podoBcer artyleryi (z bateryi Ptiz)ny, plutonu Lipskiego), w liście swym do Komitetu^ 
pisanym z Żółkwi 25 lipca 1880. 

„Bitwa pod Boremlcm opisaną została kilkakrotnie, epizodu jednak, który opowiedzieć 
,,Łaniicr/am» decydującego prawic o losie bitwy, dokładnie przedstawionego nigdzie nsc znalaztrm. 

,j Drugiego dnia bitwy kolumny ruoskiewskie, po przejściu Styru ro;. winietę, /.ij<;ly stano* 
^wisko naprzeciw garstki naszych wiarusów; z naszej strony było czynnych zaledwie 1 JjOt» 
^kawaleryi i 6 dzial pozycyjnej bateryi kapitana Puzyny, 2,ooO zaś piechoty i 6 diial lekkich 
„bateryi kapitana Frr»blicha, zasłaniało nasze tyły od Bcrestcczka, 

„Zaj^r/niialy działa na prawem skrzydle Moskali, lecz zaledwie dwa razy zduUli d«(? do 
„nas ognia, gdy wpadli krakusy i zabrali 12 dział ustawionych; Moskale jtdnak zdobłi un^kniid 
,,£ pr/.odkarami, zostawiając działa z trupami poległych kanonierów. 

„Nie wiedząc, co zrobić^ z tcmi działami, pt;dii olker od krakusów do naszych armat, a ie 
^p!ac bitwy był niewielki, bo nie więcej » jak pół ćwierci mili kwadratowej wynusiący, przebył 
„przestrień, dzielącą nas od nieprzyjaciela^ w momencie i zażądał, by pr/odkary od naszych dział 
„udały sią po zdobyte armaty, by cłioć część jakąi zabrać do naszego obozu. 

^W jednej chwili porucznik nasz. Antom Lipski, zabiera rozstawionych w rzędzie pi<:ć 
„pr/odkarów, konienderujc kilku kanonterów i czwałują razem po zdobyte działa. Uprowadzają 
„5 dzJAl, a 7 zagwaidiają^ nie mogąc ich Babrać ze sobą 

„W tym -parnym czasie zagrzmiały działa ze środka koluu^n nieprzyjacielskich, wymierzone 
„na naszą bateryc, od której porucznik Lipski zabrał 5 przodkarów. Lecą kule na nas, pękają 
„granaty; pada koń pod kapitanem Puzyną, pęka granat w^^iód koni kanonierskich, tr/ymanych 
„przez konnowodnego . . . - . Rozp erzchają się konie, kanonierzy pędzą za nimi; — klnie osiwiały 
„podoficer Zduńczyk, nawołuje kanonierów do powrotu, krjtyc/ąc ; „Posiekać się dać, a nic 
„„opuszczać działa!* — Zostaję tylko ja pr/y nim i we dwóch, l)ez koni, bez przodkar, bez 
„asckuracyi, wid/imy zblitające się do ims dwa pułki kawaleryi moskiewskiej, czerwonych 
„huzarów Ulgi i kargopolskich dragonów. Rachujemy sit; 2 sumieniem, widząc śmierć niechybną — 
„w tcm zatrzymują się obydwa pułki w pochodzie, z obawy, jak się potem okazało, ukrytej 
„zasadzki. Pozycya bowiem dział naszych była na małym pagórku^ a za nami przegięcina, gdzie 



54 

ktijrymi rozbiliśmy piechotę moskiewską, co przeszedłszy Styr, zd<j- 
źała długą groblą prosto do Borcmla, aby nam obejść prawe skrzydło. 
Nasze dwa działa, przybiegłszy tu, szybko się sformowały pod ogniem 
karabinowym i kilku strzałami rozsadziły batalion przodowy i prze- 
rzuciły resztę Moskwy za groblę. Parę bataliootjw i dział więcej, a 
Rodigier l)ylby nie tylko na razie wstrzymany, ale zniesiony. Z jego 
klęską stanęłyby Zabrane kraje, Wołyń i Podole, przed nami otworem, 
a korpus Dwernickiego, niosąc im wolność, rósłby w potęgę, działałby 
zwycięsko na komunikacyach nieprzyjaciela i przecinał mu odwnit. 



„łatwo ykrylą być mogła nas» piechota, której na całej linii widić nie było — zaslaniata bo- 
„wiem,jak wspomniaiem, tyły nastc od Bcrcstecika — i to, idaje się, było powodem, 4e Mo- 
^skale nie uderzył od ra^u na nas. 

,,Nadjeidia sam jenerał Dwernicki, widzi nas tylko dwóch priy armatach, pyta się, gdzie 
„nas więcej, czy nie polegli,..; objaśniamy mu całe położenie...,. Kulki stojącycli naprzeciw 
j^nas dwóch pułków moskiewskich świszczy koto uszu ^- sam jenerał uznaje wielkość niebez* 
,pieczeiistwa| zagrzewa do pozostania na miejs^^u, mówiąc, że zaraz przyszłe posiłki, a poleciwszy 
„nas Bogu, z szybkością młodzieńca pomyka sic i po krótkiej chwili nadsyła dwa szwadrony 
„Igo pułku ułanów. 

„Nadjeżdża i porucznik Lipski z pr/odkarami « wracają kanonierzy nasi ł połapanymi 
„końmi, borą działa na prolonte... Widząc zamieszanie takie i krzątanie si^ nasze, stojące na- 
pprzeciw dwa pułki kawaleryi moskiewskiej ruszają na nas z kopyta..,* Dzielny porucznik 
„Lipski celuje sam dr.iuło na^ize, wzit^te na prolon>.c i kartaczami rzuca między cz wałujący eh 
„Moskali dwa celne strzały, co sprawia międ/y nimi największe lamicszame. 

„Przy^^łane przez jenerała dwa s/.wadrony Igo pułku ułanAw, nic zwalając na małą swą { 
„siłę, uderzają na zmieszane szeregi nieprzyjacielskie. Nadbtegaią jeszcze dwa szwadrony 4go 
„pułku ułanów i razem klując i siekąc strwożonych huzanW i dragonów, imus^ayi do ucieczki 
, trzykroć liczniejszego nieprzyjaciela, a wzięci w n ewolę major Zubow, kilku oficerów i dc 
„100 rzeregowców są łupem zwycięstwa. 

^Plac boju został przy nas. Wieczorem jenerał Dwernicki objeżdżał diielną garstkę swoich 
^wojowników, witany wszędde z największem uniesieniem, a zbliżając się do naszych dział 
„odkrył swą siwą głowę i zawoła) donośnym głosem: 

jijjBrawo! brawo arlylerya! wytrzymaliście ogicń^ jakiego pod Lipskiem nie było, bo na 
„„małej półćwiercioni iłowej przestrzeni wałczyliśmy w 1.500 ludzi z sześcioma d/ialami pntfciw 
„„13000 nieprzyjaciela z 36 d/iałami.**" 

„Taki był koniec drug ego dnia bitwy pod Boremlem.'* 

P. Henryk Janko, odczytawszy powyższe wspomnienie ks, prałata Nowakowskiego, lEauwa* 
4yl, co następuje, w libcic swym t Ilos/an 18 października 188O: 

„Pis/.ąc wspomnienia moje be/ żadnych dzieł pomocniczych, mogłem się łatwo pomylić co 
„do iloici wziętych Moskałom armat, lecz w tym ra^ie nie pomyliłem się i jakbym patrzał 
^jeszcze na tych 8 dział lśniących, jakby dopiero wyszły z lud wisami , na Ic lawety, bwieio 
„pomalowane w prt^gi białe i zielone* Dopiero odczytawszy list ks, opata Nowakowskiego, por^>- 
„wnałcm treść jego z dotyczącym ustępem pamiętników jenerała Dwernickiego (str, 9tj) i prze* 
„konałem s:ę, ic rzeczywiście balerya moskiewska q 8 działach została przez nas wzięta i uprn- 
„wadzoira, a 5 dział, zdemontowanych przez naszą artyleryę, pozostało na placu. 

„Nasza artyłerya składała się z sześciu działek 3-funlowych, pięciu fi-funtowyeh i jednego 
„12-funlowegn. Ba tery a 3- funtowa Fr5licł»a stała na nasteni lewem, a balerya Puzyny, większego 
„wagomiaru, na prawem skrzydle.** 



56 

Kto widział Dwernickiego w jego bitwach od Stoczka po Bore- 
niel, mógł się zgodzić ze zdaniem jenerała Pnjdzyńskiego, ie w armii 
naszej, gdzie nie było człowieka, łćicz^cego potrzebnej naukę z wprawą 
i posiadającego rzadkie przymioty wodza, powołanego do kierowania 
rucliami większej armii, można było temu brakowi jedynie w ten spo- 
sób zaradzić, jak zapobieżono wr. 1813 i 1814 w armii pruskiej, 
mianując szefem sztabu Gneisenaua , a wodzem BlOctiera; pierwszy był 
dobrym strategikicm, drugi miał dar wykonywać pomysły szefa w obec 
nieprzyjaciela. Otóż w naszem położeniu, byłby zdaniem Prądzyńskiego, 
jedynie możliwym w owych stosunkach wodzem naczelnym jenerał 
Dwernicki, a w Prądzyńskim lub Chrzanowskim — co już zapewne 
pierwszy przez skromność dodawał — byłaby armia narodowa znalazła 
zdolnego szefa sztabu. Dwernicki, jako gorący patryota, daleki od na- 
miętności stronnictw i celtów osobistych, nie przeceniający sił nieprzy- 
jaciela, byłby dobrze obmyślane plany Prądzyńskiego chętnie^ ze zna- 
jomością dowiedzioną taktyki, z całą energią i zwycięsko wykonywał, 
Ale w takim razie spełznąćby musiały na niczem ujmujące formy i 
gładka swada Skrzyneckiego, musiałaby ustąpić niedorzeczna dyplo- 
macya i kunktatorstwo nieszczęsne, przed zdolnym i pełnym w^iary 
w orężne zwycięstwo wodzem, jakim był Dwernicki. Wysianie go do 
ziem Zabranych, jakby na umyślną zatratę z tak szczupłą siłą, było 
więcej jak błędem ówczesnego kierownictwa. Mimo mężnego odporu 
danego Rtidigierowi, nie mógł Dwernicki przebić się przez dalsze 
chmury wTogów do Kamieńca Podolskiego, dokąd zdążał. Obskoczony 
przez korpusy RCidigiera, Kajzarowa i Krassuckiego, z których każdy 
był o wiele silniejszy od naszego, stawił im zrazu czoło, w nadziei 
złamania ich lewego skrzydła i bądź co bądź przedarcia się do Ka- 
mieńca, lecz gdy Rosyanie pierwsi wkroczyli do Galicyi, o której gra- 
nicę Dwxrnicki się opierał, aby tym sposobem prawe jego skrzydło 
otoczyć i dalej wszelki odwrót jego przeciąć, cofnął się Dw^ernicki do 
tego kraju, licząc na wolny przemarsz do Królestwa. Zawód, doznany 
i w^ tej ostatniej myśli ocalenia korpusu j pozbawił ojczyznę zdolnego, 
wielce zasłużonego jenerała i choć nielicznej, ale dzielnej siły, jaką się 
odznaczał korpus Dwernickiego, 

Po lej katastrofie udałem się wprost do Warszawy, a przepły- 
nąwszy w części konno, w części czcUnem Wisłę poil Sandomierzenij 



m 

byłem już 14 maja zapisany do czwartej baleryi konnej, zostającej 1 
pod wodz<ł późniejszego jenerała Bema. 

Przy znanej chwiejności w działaniu Skrzyneckiego, pochodzącej 
widocznie z nieznajomości sztuki wojennej, a przytem z zarozumia-j 
łosci i niechęci przyjmowania rady zdohiiejszych od siebie, takie przy 
braku wiary w zw ycięstw^o, która go owladła z objęciem dowództwa, 
musiało rosnąć w armii niezadowolenie. Jego źle obliczone, a ztąd bez- 
skuteczne ruchy, nużyły żołnierzy i niszczyły konie, zachwiały zaufanie 
armii do wodza. Uznał w końcu i Rząd narodowy potrzebę zmiany 
wodza, przy całej słabości, jaką miał dla Skrzyneckiego, mimo jego 
kolosalnych błędów militarnych, które zniszczyły wszelkie wysilenia 
narodu i wojska. Wszakże wybór ten trzeci naczelnika siły zbrojnej, 
by I równie nieszczęśliwy, jak pierw^szy i drugi. Mianowany jenerał 
Dembiński w^cale nie sprostał zadaniu* Odbierał on dowództwo pod 
Bolimowem, wobec batalionów, szw^adronów i bateryj, w czworoboki 
wielkie ustawionych ; przemówienie jego raczej mogło osłabić więcej 
jeszcze, jak w^zmocnić zaufanie wojska. Sztab liczny i świetny, ol>e- 
cność Rządu narodowego, wszystko to zmicrzchło w obec fatalnych 
słów nowego wodza, obiecującego iść w ślady poprzednika i przy- 
puszczającego możność zajęcia Warszaw^y przez Moskali. Nierównie 
zręczniejsze było odezwanie się w potoczystych słowach Skrzyneckiego. 
Vo odbytej ceremonii smutek ogarnął armię, nic sobie dobrego 
nie wróżono po now^ym wodzu, słysząc jego słowa. I^epiej już było 
|)ozostawić dowództwo Skrzyneckiemu, jak mniej jeszcze zdolnemu 
takow^e powierzać. Rząd narodowcy, kiedy dozwolił Skrzy neckii^mu 
bez wystrzału przepuścić nieprzyjaciela na lewy brzeg Wisły i cierpli- 
wie znosić,. jak się po wszystkich województwach rozgaszczał, kiedy 
mu dozwolił bezkarnie coraz więcej rażące popehiiać błędy strategi- 
czne możeby lepiej był postąpi! — skoro nie UKigl odszukać zdatniej- 
szego wodza — gdyby po doprowadzeniu si)rawy publicznej na krawędź 
upadku, już owej nieszczęśliwej zamiany nie robi!, Niechljy Skrzynecki 
swotni zw^yczajem, wśród potyczek nic nic decydujących, ale krwawych 
dla nieprzyjaciela, ustępował jiod Warszawkę, a tu Jini przysposol^ił 
klęskę, lub soliie zgon rozgrzeszający, ową męczeńską koronę, o której 
mawiał w odezwach swoich; — byłby może choć w ostatniej chwili 
zdołał stawić najazdowi energiczny odpt'łr. a zawsze zadał mu większe 
straty, jak jcyo nastę])ra, co na pierwszą wieść o rzuceniu się rozża- 



^ 



lonego ludu na więzienia szpiegów i oskcfrżonych o zdradę kraju, 
ruszył nie przeciw Moskwie, lecz do Warszawy z całą armią^ pozwa- 
lając zająć bez oporu przeciwnym zastępom całą przestrzeń od Boli« 
mowa do warszawskich lunet. Po pierwszych tych krokach, tak szko- 
dliwych dla sprawy publicznej i źle widzianych w Warszawie, widząc, 
że nie wzbudził nimi wcale zaufania ku sobie, owszem tracił ten urok, 
jaki go otaczał po powrocie z Litwy — Dembiński złożył dowództwo, 
którego dla własnej sławy i dobra ojczyzny nie powinien był przyjmować. 

Paszkiewicz, stanąwszy tak łatwym kosztem pod Warszawą, zajął 
się ściąganiem wszystkich sil możliwych, a gdy je miał zebrane, mia- 
nowicie: 120 batalionów piechoty, 130 szwadronów jazdy i 400 dział, 
postanowił stoczyć wahią bitwę* Nasza przeciwnie jeneralicya wcale 
o lem nie myślała, owszem rozprószyła jeszcze już i tak niezbyt mocne 
siły, a do obrony Warszawy pozostało tylko 30.000 żołnierzy i 108 
^ dział, kierowanych przez jenerała artyleryi Bema. 

O świcie 6 września zagrzmiały działa moskieNArskie, a redutę 
Woli i przyległe forty okryły dymy ich wyziewów, z których wy- 
suwał się po niedługim czasie z głuchym hukiem wysoko czarny słup 
dymu, jakby błagalna postać olbrzymia, wzywająca pomocy niebios 
dla nieszczęśliwego narodu, opuszczonego przez Rząd i wodzów. Była 
to chwila wysadzenia 57 lunety przez dzielnego kanoniera '), po zde- 
montowaniu jej dział i zalaniu całego wnętrza fortu przez mrowie 
moskiewskie, mimo rozpaczliwiej oljrony załogi, z tlwócli kom[>anii 
złożonej i już do reszty ginącej. 



*) Mniemano na razie, łe owa luncic wy5adzil w powktric t)rdon; iVn\ powstał intiny 
wiersz Mickiewic/,a. Inni przypisują ten czyn porucznikowi Nowosklskiemu — przytoczona zaś 
przeze mnie wersya o żołnierzu* oparta jest na naslłjpuj.iccj podstawie: 

Ordon byl krótki czas podporucznikiem w naszej bateryi * zt^id l>yl pr/c/.naczony i wiiety 
do lunety Nr, 57, gdy owe forty uzbrajano. Znalem go dobrze; byl to miody, uprzejmy, dzielny 
człowiek. Byłem sam pcwny^ te nasz Ordon iginąl, ic on ten czyn wykonał. Jakiej było moje 
zdziwienie, gdy ten sam Ordon w r. 1833 czy tci 1834 wchodzi do mnie t innymi kolegami, 
wraz 2 nim do Iloszan przybyłymi. Przekonałem się, ic wyszedł iywy t tej katastrofy; jedna 
tylko część twarzy niezatarte nosiła znamię opalcnio pritet wybuch prochów, OUd sam Ordon 
opowiadał mi, jak skoczył kanonier w magazyn amunicyjny, pocicm zarai nastąpił wybucłi 
który i Ordona ranił, 

Relacya, przypisująca ten czyn porucznikowi Ncwosielskicmu, nie jest iadnyni poparta 
dowodem; roiiszę przeto jutyj^ó ta prawdę to, co mi naoczny a zacny, przeto wiarogodny 
i^wiadck mętnego czynu opowiadał, 

Ordon ma iyc jeszcze na Łmigracyi^ a moie gdzie w kraju naszym teraz zamieszkał* P. A* 

8 



m 

Mężny żołnierzu! coś pięknym zgonem ocalił cześć lunely, grze- 
biąc w jej łonie ze sobą tłuszczę wrogów — ^twe imię nie przejdzie do 

potomności, bo nie wyszło ono po za granicę ciasna szańca polowego, 
zasypanego trupem, rannymi, potrzaskaną broniij ręczną, szczątkami 
lawet i działami z nich wyrzuconcmi. Cześć ci i:ołnierzu bohaterze, 
nie szukałeś sławy ani korzyści, tylko wrząca miłość ojczyzny podała 
ci w rękę lont gorejący, a rzuciwszy się w sklep zapasów amuni* 
cyjnych, zażegnąłeś je ku zniszczeniu wrogów i dałeś towarzyszom 
broni wzór, jak zginąć za kraj, jak bronić ich męstwu powierzone 
stanowisko. 

W tym prawie czasie zjawia się na Iconiu jenerał Bem, przy na- 
szych czterech bateryach konnych razem stojących, niepewny gdzie 
rzucić tę siłę, czy na działa grzmiące pod Wolą, czy też ją zatrzymać 
w odwodzie, do odparcia głównego alaku, spodziewanego, zdaniem 
jenerała Krukowieckiego, na lewem skrzydle od Królikarni, 

Dla lepszego przekonania się o punkcie prawdziwego ruchu za- 
czepnego, poskoczył jenerał Bem na kopułę kościoła ewangielickiego; 
z niecierpliwością wyglądaliśmy jego powrotu, zbyt długo przeciąga- 
jącego się; godzinami stawały się nam chwile jego nieobecności, F^rzy- 
jłędza w końcu i porywa jedną tylkg baieryę czwatą o 12 dzial^^ch *). 
Pognaliśmy za nim ku rogatkom wolskim, jłrzedmieściami, gdzie już 
kule nieprzyjacielskie dola! y wały, strącając kominy, załamując dachy, 
rażąc bydłu ryczące i łudzi. Zatętniał wTCszcie gościniec bity pod cwa- 
łem naszych dział i dwudziestu C7.terech jaszczyków, wśnkl coraz 



') Nterat żałowałem, ie widząc jenerała Bema w r. 1848 w Wiedniu, oie zapytałem go, 
co byJo powodem, ie stojącym czterem batcryom konnym, razem 48 działom, tak długo wycze- 
kiwać kanał ; — c/cmu zaraz, na pierwszy grzmot diiał, nie pospieszył na pomoc Wołi dla 
cze^o owo rozpoznanie z kopuły ewangiełickicgo kościoła tak długo trwałoj — a gdy przyleciał 
po raz drugi do nas, dla czego jedną tylko bateryc na5^ą porwał /.a soltą, nie wszystkie cztery, 
i z jedna bateryti rzucił sic w odm^t walki. 

Dopieru póAnicj. t ogłas/.anycłi urywkowycli wspomnień, dowiedziałem sj<; , łe koicicłny 
w przcraieniu 7,amknął kościół, zapomniawszy o jenerale; ie Bem długo miotał się, krzyczał, 
okna tłukł, Zimim mu olworzono; że nie ui6f;l rus/Yc z rcierwa owa cAterccłi buteryi, bo iadno 
dowództwo nie djciuto , czy nie mogło, dać asckuracyi db d/ial ; na los sz;cz(^^cia wiłjc rzucił 
się Bem z Li jedna baterya. 

W ogóle Bem z r. 1831 nie był jeszcze^ Lkitiem t r. J848. i 1849. — Praca , nauką i do- 
świadczeniem rozwinął wyiej %w6\ talent wojskowy. Całkiem co innego prowadzić dobrze jedn.j 
baterya, a co innego dowodzić ralą rezerwową artylerya; cóA dopiero dowodzić korpu>Łami, 
i w^ywolywać je jakby z piul ziemi mI;| swej Uoli i tnlentu » jak w knmpjinii siedmiogrodzkiej. 

P. A. 



59 



gęstszych kul, uderzających to w bity gościniec, to w pryzmy przy- 
drożne kamienia a niekiedy w konie i ludzi. Zbita masa jazdy, w cia- 
snym naiwnym szyku, posuwała się ku nam wolnym stępem; miałem 
jcj z razu za naszą konnicę, aż gdy się więcej zblif.yła i usłyszałem 
komendę formowania się przeciw niej, co się w okamgnieniu stało 
i dalszą: „od prawego działami ognia!** dowiedziałem się, że mamy 
przed sobą nie naszą, lecz moskiewską jazdę. Wzięta z boku ukośnym, 
przyspieszonym ogniem, wilii się wężem pod jego razami, złamana 
w końcu i stłoczona w bezkształtną masę, przecinaną kulami naszej 
bateryi, pierzciiła w nieładzie, przy eksplozyi jaszczyków, towarzyszących 
jej dział, zasławszy końmi i ludźmi pobitymi lub rannymi miejsce po- 
gromu. Po uprzątnieniu tej przeszkody pędziliśmy dalej wesoło i z ro- 
snącą otuchą, sądząc, źe niesiemy odsiecz. Woli, bronionej bohaterskf> 
przez garstkę mężnych, pod wodzą wiekopomnej sławy jenerała So- 
wińskiego, a minąwszy Icarczmę wolską, rozwinęliśmy się na samej 
szosie, wśród szumu kul licznej, ku nam zwrckonej artyleryi, której 
naszych 12 dział szybko odpowiadało, W pierwszych zaraz chwiUich 
padł koń pod jenerałem Bemem; mignął się jenerał Dembiński i także 
konia stracił. Tu zginął waleczny Rudowski, poczciwy podoficer Karczma- 
rek, mężny żołnierz Kruszewski ; dzielnemu wyciorzyście Drabikowi zgru- 
chotala kula wycior przy nabij aniUj którego odłam z impetem odlatujący, 
strzaskał śmiałą rękę Słyszę jeszcze głos twój, niezrównany Klimecki; 
„szkoda moich książeczek", gdy rdzenna kula rozmiotła ci kask na 
głowie z [)ieśniami patryotycznemi. Mimo tej przygody nie opuścił on 
jednego taktu, lecz pracował tem żwawiej. Tu znalazł śmierć lekką 
Adamowski, Kasperski i jeszcze inni waleczni. 

Daję tu przed Bogiem i ludźmi Świadectwo prawdzie, że przedc- 
wszystkiem żołnierze szeregowi i niższych stopni, męstwem zasłużyli 
się ojczyźnie: czy to idąc na wroga podwójnym krokiem, w szyku 
zwartym, z najeżonym bagnetem i pewnością zwycięstwa w ruchu i 
oku — czy rażąc go ogniem rotowym, nie zważając na grad kul karabi- 
nowych, któremi ich Moskal obsypywał — cży uderzając w pełnym roz- 
pędzie koni i łamiąc liczne wrogów szwadrony — czy też nakoJiiec stojąc 
w szumie i ryku pocisków działowych, o których to nasz Adam mówi: 

, Najstraszniejszej nie widać, lecz poznać po dźwięku , 
Po waleniu się trupów i ranionych jęku'*... 



fiO 

Bylii^cie zawsze ci sami« staliście i dziś ochoczo i męłnie wśród kul 
zamieci, pod rdzennym strzałem przemożnej artyleryi, której nasza 
jedna baterya przy waszem wytęJ:eniu, Coraz raźniej odpowiadała. Sam 
tu żołnierz pracował, rosło w nim męstwo z natarczywym ogniem, 
nie widziałem tu jednej twarzy zmienionej, jednej oznaki zwątpienia lub 
trwogi. Praw^dziwi bohaterowie szarży ostrołęckiej, zadziwiającej wroga, 
co wstrzymali jego parcie chłostą kartaczy i wyrzucili Moskwę po za 
Narwi brzegi. 

Ktoś ze starszyzny, widząc tak zuchwałą walkę, wydał rozkaz 
zajęcia innego, mniej na pociski narażonego, po za drogą stanowiska, 
na które, gdy zajeżdżaliśmy, uderzyła kula w jedną z naszych przodkar, 
z dwudziestu pięciu nabojami; te wyleciawszy w powietrze, tylko 
ogony koniom dyszlowym opaliły^ a konie padłszy na razie, wnet się 
zerwały i działo z innemi razem służbę rozpoczęło. Tak walczyliśmy 
przez d\\'a dni, działając zawsze w otwartem polu, to odpierając 
krw^awo po razy kilka zapędy konnicy i piechoty rosyjskiej, to utrzy- 
mując ogień z innemi bateryami przeciw rozwiniętym liniom dzialj 
nieprzyjaciela* Artylerya nasza zużyła, podług relacyi jenerała Bema, 
42.000 nabojów. Wrzał tu i kipiał ogień działowy, podobny rotowemu 
w zw^arciach piechoty, w który to koncert, jakby takt wybijając, wpa- 
dały z rykiem ciężkie działa lunet. 

O zachodzie słońca, wyzierającego 7 września krwawo przez dymy, 
coraz więcej nad polem bitwy zgęszczone, stałem przed rogatkami 
jerozolimskiemi z dwoma działami, ostrzeliwając pchaną naprzód pie- 
chotę, nie oszczędzany także pociskami dział przeciw^nika. W tym po- 
świście kul zjawił się znowu jenerał Bem, a wydawszy rozkaz ze 
zwykłym sobie spokojem, znikł mi w kurzawie bojowej linii swej arty- 
leryi, którą wciąż objeżdżał, wspierając radą i czynem. 

Pod temi to rogatkami spędziłem część nocy pełen nadziei, że 
w dniu trzecim boju rozbije się srodze już nadwątlona Moskwa, o 
zaporę trzech linij obronnych, od rogatek aż w głąb Warszawy, na 
jej przyjęcie urządzonych. Prawdopodobnie byłby się nawet nie kusił 
wódz moskiewski, po doznanej stracie i przy wyczerpującej się amunicyi, 
o wzięcie Warszawy ; wszakże brak serca i patryotyzmu i niedołęstwo 
ludzi, stojących u steru nawy ojczystej i kierujących armią, zmarno- 
wało uzasadnioną nadzieję zwycięstwa i wysilenia dzielnych żołnierzy- 
Im cała cześć i sława, a niedola ojczyzny niech cięży na tych» co nie 



BI 

Jej, lecz stronniczym celom lub własnym widokom hołdowali, co nie- 
posiadając potrzebnej wiedzy i hartu duszy, rwali się, pychą wiedzeni, 
do przewodnictwa. Czyż błędy, grzechy, zboczenia, ze zbrodnią grani- 
czące, będą naulcą dla przyszłości? Dotąd nie wiele się zmieniło; mamyż 
dla tego zawołać z wieszczem naszym Goszczyńskim: 

Piekieł za wojną zatrzaśnięto bramę, 
Znów tenże pokój i zbrodnie te same? 

Rozżalone serce widokiem tego, co się działo i jeszcze dzieje, mogłoby 
te słowa powtórzyć; przecież uwłaszczenie włościan, postęp choć zbyt 
powolny oświaty, szerzenie przekonania, te tylko naród politycznie nie- 
zawisły może być szczęśliwy, są jakby zorzą lepszej przyszłości, 
pierwszym brzaskiem słońca, mającego nas pocieszyć po wiekowej 
nocy strat, ofiar, cierpień i rozpaczy. Droga młodzieży, co dalrj pro- 
wsadzić masz pracę pokoleń, wierz mi, źe z sicdmdziesięciu dwóch lat, 
przeżytych wśród różnych kolei, najmilszym mi jest wspomnieniem rok 
1831, mimo doznanych trudów, cierpień i zawodów, bo mi glos we- 
wnętrzny mówi, żem go spędził w najważniejszych usługach narodu, 
a tyle nam |)rawdziwego szczęścia, ile nie sobie, lecz ojczyźnie służymy. 
Obym był poległ raczej w bitew zawierusze, niż dziś u schyłku życia 
patrzał na tę samą, sroższą jeszcze dolę ojczyzny naszej, bo więzy 
zawsze więzami, C7.y one są wite jakby na szyderstwo z cierni po- 
krytych znikomym kwieciem, czy kute z żelaza. 

Wierz mi zacna, wśród innych, trudniejszych stosunków, zrodzona 
mlodzieiy, iż tyle doznasz prawdziw^ego szczęścia w życiu, ile się za- 
służysz ojczyźnie twej, czy na polu nauk i sztuk pięknych, czy rozbu- 
dzeniem w calem społeczeństwie miłości i poświęcenia dla niej, czy 
też chlubnymi czyny, lub niosąc jej życie i mienie w ofierze. Dla tego 
wszelka praca w tym kierunku jest chwalebna, a dzieje ostatniego 
stulecia świadczą, źe tą drogą kroczył wytrwale nasz naród i ty nią 
zdążaj ku szczęściu własnemu i wdzięcznej ojczyzny. 



-♦•♦^♦- 



WSPOMNIENIA 

UCZNIA UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO 

z ROKU 1830 *). 



Jeszcze w miesiącu wrześniu 1 830 roku, zaraz po powrocie z wa- 
kacyj, wielu uczniów uniwersytetu, obudzonych i wstrząśnionych wy- 
|»adkami Zachodu, groniaJzić się i ścisłej wiązać z sobą poczęło. Nie 
tylko rewolucya lipcowa, ale świeży sąd sejmowy, pogrzeb ś. p, senatora 
Bielińskiego, a szczególniej silny i wytrwały duch Henryka Dąbro* 
wskiego, do ostatniego tcliu iiycia zupełnie oddanego Polsce, niewymo- 
wnie działał na umysły młodzieńcze. Dwa szczególniej utworzyły się 
kolka, nieliczne co do osób, ale energiczne i wywierające niemały 
w^pływ^ na wspólkoleguw. Jedno z tych kółek zbierało się w mieszkaniu 
Jana Fiartkowskiego, rodem z Działdowa z Zachodnich Prus; tam 
uczęszczali Aleksander Liedtkie, Napoleon Szymański, Leopold Gewar- 
towskł, Stanisław i*'aliński, l^zewuski Hipolit, A, P. ') i Kruszelnicki, 
ze szkoły podchorążych zaś Wincenty Gancz, Mazow^iecki , Dutkiewicz, 
Czernik, Drugie kółko zbierało się przy ulicy Danielewiczow^skiej, w da- 
wnym gmachu biblioteki Załuskich, gdzie byia rządowa drukarnia* na 
drugim dziedzińcu; tam mieszkali Niemojewski Zenon, Nasiorowski Wa- 
lenty, Szwejcer Michał, Nowacki Ksawery, Łabęcki Julian i kilku 



') Arlykul tiinicjsjty otnymaliśmy od jednego / ucieslników powstania listopadowego, 
klóry odbywsiy kampanit; r, 1831, udał sią na cmigracyc, zkąń naattjpnie powróci! do kraju. Ze 
w^^ędu na obecne stosunki i objawione nans iyczenie Szao, Autora, musimy niestety £«imi]czeć 
jego tiiizwijsko. 

^Wspomnienia^ te w bardzo ścisłym zostają związku z podanym powyiej pierwszym 
ustępem pamiętników Prof. Bartkowskiego, do tych samych odnosząc sic wypadków i nawzajem 
sic uzupełniając. P. Hed, 

") 1. j. Autor niniejszych ^ Wspomnień'^. P, Med. 



63 

innych, W tern ostatniem zjawił się raz tylko Ludwik Wołowski, dla 
dostania języka i raz także Rzewuski z artyleryi^ zdaje mi się, Adam, 
którego młodzież życzyła sobie mieć naczelnym wodzem. 

Dwa te kolka nie mogły pozostać długo w odosobnieniu, do 
jednego dążyły celu, jednymże przejęte duchem. Pewne<^o dnia po 
dwóchj czy po trzech z każdej strony, pod Kopernikiem się zeszli i 
tam, po krótkiej rozmowie, postanowiono, żeby naprzód broń, jalfćj już 
mieli, wypróbow^ać i wprawić się w strzelanie^ co w kilka dni potem 
dopełniono. Zamożniejsi powyjeżdżali za rogatki, Dutkiewicz zaś po- 
prowadził dwóch na Foksal i tam do starego dębu, przyczepiw^szy na 
nim kawałek papieru, kilkakrotnie strzelali, gdy w tern nadszedł książę 
Woroniecki, pułkownik Konopolców, prosząc o zaprzestanie, gdyż w po- 
bliżu, w dolnem mieszkaniu, żona jego chora trwoży się tymi strza- 
łami* Zaprzestano natychmiast, 

już też w owym czasie, zdaje mi się, w pierwszych dniach pa- 
ździernika, coraz więcej rozszerzano pogłoski, że nastąpi wkrótce wybuch; 
czujniejszą była policya, ale w naszem wlasnem kółku nie przypuszczał 
nikt, żeby czuwał nad nami, każdego z nas najmniejszy ruch notował 
i zawiadamiał o tcni policyą kolega nasz Kruszelnicki. Dla jakich zaś 
przyczyn chciano rzecz przyspieszyć, nie wiem, dość że dzień 1 8 pa- 
żilzicrnika byl dniem wyznaczonym. Wieczorem dosyć ptiżno, bo na 
dworze już ciemno było, wyszło nas kilku uzbrojonych z mieszkania Bar- 
tkowskiego i niepewni, gdzieśmy się zebrać mieli, ciągnęliśmy od ś. Krzyża 
Krakowskiem przedmieściem aż ku Bernardynom. Czas byl posępny, 
na dworze btotno, a kiedyśmy uszli dosyć daleko, dobiegł do nas 
Nasiorowski Walenty, oznajmując, że jakieś wyższe kółka pras^ną odwlec 
wybuch do wiosny, dla bardzo ważnycli powodów. Zniechęceni już od 
samego wyjścia napotykaniem różnych przeszkód, a jeszcze bardziej, 
że podchorążych z nami nie było, rozeszliśmy się z rozpaczą w sercu, 
że już nam zginąć przyjdzie nic nie zrobiwszy. Jednak po niejakim 
czasie uspokoiliśmy się i uczęszczaliśmy pilnie i regularnie na kursą. 

Okolu tegoż czasu wezwał mnie Wiktor Józefowicz w imieniu 
kolka, gdzie byl Niemojewski Zenon, ażebym obejrzał dokoła Belweder 
i zdał sprawę o rozstawieniu wart. Dosyć późnym wieczorem uda- 
liśmy się tam; dokoła było puslo, ledwo słabo lampy przyświecały; 
na warcie stojących, zdaje mi się, tylko dwóch dojrzeliśmy, ojłartych 
u budki swoje i nikogo więcej nie napotkawszy, powniciliśmy do domu. 



CA 



Ale już wówczas nie tak kolka, jak cala młodzież wrzeć coraz więcej 
poczęła i już nie w skrytości , ale jawnie działać zamierzała. I tak 
w pierwszycli dniach listopada jeden z uczniów uniwersytetu^ nazwiska 
nie pomnę, wezwał mnie w imieniu młodzieży, bym się udał dla zamó- 
wienia mszy ś* w rocznicę w^yrznięcia Pragi. 3 listopada we dwóch 
udaliśmy się aż na koniec tego przedmieścia, do kościółka, blisko roga 
lek będącego, zwanego, jeźli nie mylę, I.oretansklm. Tam prosiliśmy 
ks, wikarego, by nazajutrz 4 raczył odprawić żałobne nabożeństwo 
za poległychj na koszta zaś obchodu żeby zakrystyan z tack^ obszedł 
po kościele, a znajdzie dostateczną ilość na ich pokrycie* Nazajutrz 
pomiędzy 10. a u. kościółek zapełniła młodzież. Zapał jakiś, a 
zarazem spokój na tych twarzach panow^ał; kościelny przeszedł wśród 
młodzieży i zebrał dość znaczną sumę. Nikt nie mógł dać mniej, niż pięć 
złotych; kto nie miał, zapożyczał się od sąsiada ^ a jednak przcmagały 
ró^.owe papierki. 

Po skończeniu nabożeństwa , wyniosła się młodzież; dw^óch zaś 
zamawiających mszę św, pozostało na Pradze. Na moście skupieni byli 
wszyscy i v/ szeregacli postępowali* Nadbiegł wówczas kapitan Jur- 
gaszko z żandarmeryi, zapózno zawiadomiony. Zelżony i i>odobno po 
turbowany, spiesznie powrócił do w. księcia, z raportem, co mu się 
|irzy trafiło. Nazajutrz 5 zamówiono nabożeństwo u Kapucynów, ale nic 
przez młodzież i mata jej tam liczba była. 

Podobne manifestacye spowodow^ały, że rektor uniwersytetu ks, 
Szw^ejkowski, czy z własnej woli, czy z wyższego rozkazu, powołał do 
wielkiej sali uniwersytetu wszystkich uczniów. Zapełniona była sala. 
Ks. rektor^ którego uczniowie bardzo powiązali dla jego charakteru prawego 
i sprawiedliwości i którego mowę wypowiedzianą za księstwa War- 
szawskiego na poświęcenie orłów, w^ieln umiało na pamięć — przedstawił 
w swem przemówieniu stan królestwa polskiego od roku 1815; wspo- 
mniał o powiększeniu ludności, pobudowanych drogach, kanałach i 
mostach, wzrastającym dobrobycie, o podniesieniu przemysłu i rol- 
nictwa, założeniu uniwersytetu, uwolnieniu młodzieży od rekruta i 
ot\^artej d!a niej karyerze, nie tylko w Królestwie polskiem, ale nadto 
w calem Imperyum rosyjskiem. Sposól), w jaki to było wypowiedziane, 
daw^ał wiele do myślenia. Uczniowie rozeszli się zaniepokojeni. 

Już nazajutrz, 9 listopadaj bedele uniwersytetu wzywali każdego 
z osobna, hardzi} w^c/as i tylko z kółka Bartkowskiego, lub takich, 



ktf')rzy się z nim przypadkiem stykali. Około 9, zrana stawiłem się 
u samego ks. rektora; wprowadzono mnie do jego sypialnego pokoju. 
Tam ks. rektor wskazaJ mi krzesło, wzmiankując, że ma 60 przeszło 
pytań, na które obowiązany jestem odpowiadać, a on odpowiedzi 
spisywać. Protokół ten trwał długo. Pozwolono mi nareszcie wyjść do 
kancelaryi uniwersyteckiej. Przechodząc przez pokoje, widziałem Ale- 
ksandra Liedtkie» indagowanego przez L. Osińskiego; innych kolegów 
dziekani uniwersytetu indagowali. Sekretarz uniwersytetu, K. Brodziński, 
zmęczonym i zgłodniałym postarał się o obiad* Razem go wszyscy 
spożyli i wspólną rozmową pokrzepili się nieco na duchu* Już nas 
stamtąd nie puszaono. 

Wieczorem, w dużym j>okoju obok kancelaryi, zebrali się ks. re- 
ktor, wszyscy dziekani i cala kuratorya. Tam każdego z osobna inda- 
gowano, a Kruszelnicki w oczy nam wypowiadał, co który mówił, co 
robił, gdzie i po co wychodził. Potem rozkaz z góry nadszedł, żeby 
nas pozamykano, każdego z osobna. Poumieszczano wszystkich kolegów 
w salach uniwersyteckich. A. P. pozostał w pokoju ks. rektora, który 
mu przysłać raczył dla przykrycia się własny swój płaszcz. 

Nazajutrz przybyli do uniwersytetu jeneralowie Stanisław Potocki, 
Rautenstrauch i Rożniecki. W tymże samym pokoju i przed tym 
samym stołem, zasiedli na pierwszem miejscu, za nimi ks. rektor, dzie- 
kani, sekretarz uniwersytetu i kuratorya. Jenerał Rautenstrauch znowu 
każdego indagował. Po ukończeniu tych indagacyj pozamykano nas 
w gmachu, gdzie był zbiór mineralogiczny, pod dozorem stróża; na 
dziedzińcach zaś czuwali agenci policyjni. 

Jednego z następnych dni, wczas rano, obudzono mnie i we- 
zwano do rektora. Udałem się tam natychmiast. Zaraz na wstępie 
powiedział mi, że tu chodzi o ocalenie uniwersytetu, że będzie zniesiony, 
jeżeli rząd przekonania nabędzie, że uczniowie sami, bez żadnego innego 
wjłływu, działali, że będący w związku są zgubieni; upraszał 
więc, żeby wskazać, ktoby na nas wpływ wywierał, podawał nawet 
imiona, które głos publiczny przedstawiał jako będących sprężyną 
niepokojów. Na to nie mogłem nic odpowiedzieć, bo wymienionych 
osób przedtem nie znałem, ani nie słyszałem nigdy, żeby do mło- 
dzieży się zbliżali, lub nią kierowali. Odszedłem więc i resztę tego 
tygodnia przepędziłem wraz z kolegami w uniwersytecie. 



66 



Ztamtąd przeniesiono nas, ale w mniejszej liczbie do św. Krzyża. 
W tern więzieniu znów tydzień przepędziliśmy. Odwiedził nas raz 
tylko kurator uniwersytetu hr; Fredro, powtarzając każdemu, że się 
wielkie nieszczęście stało. 

Ostatniego dnia tego tygodnia czytałem przy świeczce jakieś 
dziełko, wypożyczone mi przez ks. rektora; gdy zbliżywszy się do 
okna ujrzałem, że światła \y celach moich kolegów pogasły, sądziłem, 
że się spać pokładli i sam się też położyłem. W tem drzwi się 
otwarły i wszedł urzędnik policyjny i kilku z nim pachołków, 
mówiąc, że mamy pójść do uniw^ersytetu. Ubierając się widzę» że 
pościel i wszystko, co miałem, zabierają, a przeszedłszy dziedziniec i 
bramę, tuż przed nią spostrzegłem dorożkę. Zauważyłem, że jeżli do 
uniwersytetu się udajemy, jest tak blisko, iż dorożka była niepotrzebną. 
„Taki nakaz" — odpowiedziano i wsadzono mnie do powozu. Ale 
zamiast do uniwersytetu, wieziono mnie w kolo aż na Leszno. Na tej 
ułicy raz tylko byłem po przybyciu do Warszawy, w sierpniu czy 
wrześniu 1829 n, a gdym przechodził przez nią, taki mnie jakiś niepokój 
opanował, że ani razu w tę strorię już się więcej nie zapuszczałem. 
Poznałem ją po jej samotności. Dorożka stanęła przed bramą. Otwo- 
rzono. Zaledwo krok za nią stanąłem , drzwi się zatrzasły. Gdzie się 
obrócić — nie wiedziałem, poszedłem jednak kilka kroków naprzód, gdy 
z jednej i drugiej strony odezwały się głosy: „kto idzie?" Odpowie- 
działem, że idę, ale nie wiem gdzie; dopiero ktoś ze schodów zbiega 
i mówi: „A to numer 18 — prosimy"". Dowiedziałem się więc, ze się 
nazywam nr. 18 i zaprowadzono mnie pod ten numer. Nadszedł kapitan 
Niewodowski, komendant więzienia, kazał mi pooddawać wszystko, co 
miałem, zapisał to i życzył dobrej nocy. Większa była znacznie izba 
od lej, w której siedziałem u św. Krzyża, ale okna zakratowane, a na 
zewnątrz koszem pokryte, tak że tyłko z góry światło dochodziło. 

Zaraz po zamknięciu usłyszałem głosy i otwieranie do sąsiedniej 
izby, ale kogoby tam wprowadzono, dla wrzawy nie poznałem. Dopiero 
w nocy, bardzo późno, słyszę pukanie, gdzie łóżko stało; pukałem i ja, 
ale nie znając alfabetu więziennego, zaprzestałem i zawołałem półgłosem : 
jjkto ty jesteś?*' i nazwisko moje wymówiłem, a sąsiad swoje; był to 
Ksawery Nowicki, a więc i kółko drugie już było szarpnięte, z prze- 
ciwnej bowiem strony siedział Ludwik Wołowski, za Nowickim Rze- 
wuski Hipolit, a dalej Kaliński, 



67 

W ośni dni i>r2edtem, gdym siedział w sali mineralogicznej, Leon 
Górzeński zawiadomił mnie, że koledzy jego pragną, żebym uciekł, 
że mi ułatwią wyjście z Warszawy, a na drogę mają zebrać 2000 zip., 
ale już go potem nie zobaczyłem; musiał być uwięziony- 

Ostatni tydzień pobytu w więzieniu przeszedł dosyć spokojnie; 
raz tylko odwiedził nas naczelny lekarz w towarzystwie kilku wojsko- 
wych i po wybadaniu stanu zdrowia, pożegnał. 

Dzień to był pamiętny ale i straszny, ten dzień 29 listopada. 
Wieczorem na dworze była cisza wielka, zdała słychać było najlżejsze 
kroki zabłąkanego w te strony przechodnia, gdy nagle usłyszałem 
trzask w niewielkiem bardzo oddaleniu; coby to znaczyło, odgadnąć 
nie mogłem. Naraz ze wszystkich cel koledzy dzwonić poczęli, sądzili 
bowiem, że to pożar i że klasztor się pali. Jam stanął blisko drzwi 
i słyszałem żołnierzy, mówiących dosyć cichym głosem^ że kapitan kazał 
strzelać, gdyby się więźniowie dobijali. Wkrótce potem już bardzo z bli- 
ska ozwaly się krzyki : „Do broni koledzy! do broni!" ido bramy szturm 
przypuszczono. Gdy już coraz gęstsze strzały z ulicy padały, a żoł- 
nierze z więzienia odpowiadali, rozpacz mnie opanowała i bez namysłu 
skoczyłem pędem od okna do drzwi, a potrzaskawszy je, na korytarz 
wybiegłem. Porwałem lupkę drzewa , przed piecem leżącą i wybiłem 
drzwi Wołowskiemu, Nowickiemu i Rzewuskiemu; ale już i brama wię- 
zienia otwartą była, wpadali na korytarze ludzie, wybijając drzwi innym 
kolegom. Wyszliśmy, Kapitan Niowodowski został raniony w ramię. 
Woronicz Janusz, co się dobijał do bramy wraz z rzeżnikami, ranny 
w bok. Kobieta jakaś, naprzeciwko mieszkająca, która jedna tylko 
w Warszawie widziała, jak nas zwożono do więzienia, dostała kulą 
w brzuch i padła przed bramą. Trzask, który w więzieniu słyszeliśmy, 
było to starcie się 4. pułku z Wołyńcami ; tam zginął, na czele rosyj- 
skiego pułku, polski jenerał Blumer. 

Kiedyśmy wychodzili z bramy więzienia, ktoś nam powiedział, że Wo- 
lyńcy przecinają nam drogę do miasta. Dlatego kolega Szymański, zoba- 
czywszy oddział wojska, stojący w poprzek ulicy, chciał go wyminąć 
i począł biec. Jenerał Stanisław Potocki, stojący tam na koniu, za- 
wołał na żandarma: „goń tego pana". Ten, dopadłszy Szymańskiego, 
ciął go pałaszem w kark. Zrobiła się wrzawa. Jam także pędził po- 
mścić się za kolegę, gdy oficer, komenderujący tym oddziałem, zatrzy- 
mał mnie i rzekł: „to nie żandarm winien, lecz jenerał; tak dłużej trwać 



68 



^nie moźc". — Mowił mi zarazem, że wysłał za późno oddział żołnierzy, 
dla uwolnienia nas. Dla tego wiele złego się stało. Ztaintąd pobiegłem 
do arsenału. Ciemno było. Wyniesiono mi karabin i pałasz. Udałem 
się natychmiast na Kral^owskie przedmieście, gdzie zebrało nas siękilkuna- 
stu, pomiędzy innymi kolega Dworzaczek Edward i żołnierz od weteranów. 
Poszliśmy na Saski plac, gdzie, jak nas zapewniano, mieli być wię- 
zieni na odwachu wojskowym koledzy nasi podchorążowie ; uderzy- 
liśmy we drzwi kolbami, otwarły się nagle i pięć czy sześć bagne- 
tów najeżyło się ku nam. Toż samo i my naszymi bagnetami w cie- 
mności uderzaliśmy. Drzwi się zatrzasly, W tej chwili na Saskim placu 
usłyszeliśmy maszerującą piechotę i głos: ^,Kto idzie, hasło?" Powie- 
dzieliśmy nasze hasło, byl to wyraz „ wolność "" i jakiś drugi. Dano 
do nas ognia— wszystko pierzchło. Pozostali Edward Dworzaczek, we- 
teran i ja. Weteran odstrzeliwał się, bo miał ładunki, my nie. Ale już 
w Warszawie wojsko działało, byl pewien kierunek, pewien plan, 
nam się więc należało łączyć z niem i spełniać, co polecono. 

We dwa dni potem cala n^łodzież zebrała się na Lesznie i tam 
obozowała. Razem z nią byli profesorowie Krystyn Lach Szyrma i 
Józef Hubę, a przyłączyło się do niej dosyć literatów i innych osób. 
f^odzielono ją na kompanie, a młodzież wybierała komendantów kom- 
panij. 3 zaś grudnia wezwano loo ochotników do zajęcia Mo- 
dhna; ruszyliśmy 4 grudnia wraz z kilkoma kompaniami piechoty 
pod dowództwem pułkownika kwatermistrzostwa Chrzanowskiego, inną 
stroną zabiegał z kawaleryą jenerał Kicki, W Modlinie znajdował 
się na garnizonie oddział kirasycrów, ten groził zniszczeniem miasta, 
a było tam wielu urzędników i wojskowych polskich. Nim do- 
szliśmy do fortecy, wysłano stamtąd kapitana Szulca, Polaka i jakie- 
goś oficera od huzarów, oświadczając , że bramy są otwarte, a proszą 
o poręczenie własności wojskowych rosyjskich, co nastąpiło. Późno 
dostaliśmy się do twierdzy. Wezwano nas żebyśmy wysłali kilkunastu 
z pośród siebie do zabrania żywności, czem zakłopotani prosiliśmy, 
żeby nas do kompanii piechoty przyłączono, a żywność naszą w ko- 
ciołkach żołnierze ugotowali. „A tu bieda z tymi akademikami'' — rzekł 
kapitan^ — „więc inaczej z wami zrobimy; rozdzielimy własna kwatery i 
tam was pożywią". Dwóch z nas dostało się do jakiegoś urzędnika woj- 
skowego; ten nas przy kolacyi zapytał: „Cobyście panowie zrobili, 
gdybyście Kruszelnickiego znaleźli?" — „Rzecz bardzo prosta** — od- 



powiedziałem — »,jako zdrajca i szpieg musi być ukarany". Zobaczy- 
wszy kwaśne twarze gospodarzy, nie miałem już do jedzenia ochoty. 
Nazajutrz, wczas bardzo, dom ten opuściłem i wyszedłem na rynek, 
lam spotkałem Bartkowskiego i opowiedziałem^ co mi się zdarzyło. 
Ten rzekł mi: „Pewnieś głodny, chodź na moją kwaterę, tam stół za- 
stawiony*'. ^Poszedłem, Gospodarz w mundurze, zdaje mi się, lekarza 
wojskowego, zachęcał do stołu, ale miał twarz bardzo smętną i co 
chwila zaglądał do drugiego pokoju , gdziem spostrzegł kobietę zała- 
mującą ręce i płaczącą. „Co to znaczy**? — spytałem Bartkowskiego. 
— „Nie wiesz, gdzie jesteś, są to rodzice Kruezelnickiego". Wybiegłem 
nie chcąc nic już pożywać i więcej nie pytałem się, gdzieby się ukry- 
wał. Następnie wróciliśmy do Warszawy, gdzie się rozpoczynały rządy 
jenerała Chłopickiego. 



-♦•♦-- 



PAMIĘTNIK 

HENRYKA BOGDAŃSKIEGO '). 



Wpływ powitania oa Gaficyc. 

Smutkiem przejmował widok ówczesnej Galicyij widok obojętno- 
ści, z jaką przyjęła pierwsze wieści o nocy 29 listopada. I nie dziw; 
Austrya pracowała przez przeszło pół wieku nad zagładą wszelkiego 
narodowego uczucia; najmniejszy objaw pamięci o naszej przeszłości 
karciła surowo cenzura, a porównanie jej z naszą teraźniejszością 
było zbrodnią* Zalano nasze urzędy wrogim nam obcym żywio- 
łem, a kraj kolonistami; język nasz wykluczony najzupełniej ze 
szkoły i urzędu stał się zakazanym, przemytniczym towarem, a dła 
odjęcia nam wszelkiej chęci i zasobów do ratowania niknącej narodo- 
wości — ubożono nas systematycznie, to ciągiem podwyższaniem poda- 
tków pod rozmaitą nazwą, to zabraniem naszych krajowych bogactw 
i funduszów i utworzeniem takiego stosunku szlachty do chłopa, aby 
ich w wiecznem utrzymać nienawistnem rozdrażnieniu między sobą. 
To gnębienie, zwykle z ułudną wykonywane łagodnością, doprowa- 



'} P» Henryk Bogdaiijki| poczuwając się do obowiązku spisania wtlniejsiych wspomnieli 
z czasów powstania listopadowego, przed laty kilkunastu zaj^^l się skreśleniem niniejszego pamrętnika^ 
jak sam powiada w pnedmowiej pracę swą ukoMctyl dnia 15 stycznia 1870 r. Za podstawę slulyly 
mu w znacznej części liiity współczesne , pisane z obozu do rodziny, a dla utrzymywania porządku 
chroDologtcznego, znane dzidko Samuela Róiyckiego: i^Zdanie sprawy narodowi z csynności w r. 
1831". Opisał wypadki, których sam byl świadkiem naocznym, „^^^o o których powszechnie 
mówiono^* Oczywiście^ ie przede wszystkicm ustępy pierwszego rodzaju mają większą wartość 
historyczną 1 dla tego tci pamiętnik ten dajemy w skróceniu. — Wainiejsic daty biografic/tie, 
dotyczące Szan. Autora, podaje w swych ^Życiorysach* Hicr, Kunaszowskr (str. loo)^ 

P, Eed. 



71 



dziło do tego, łe Polak zapomniał juz, że jest Polakiem, tylko przyj* 
mowal chętnie nazwę auslryackiego Galicyanina; że się szczycił znajo- 
mościtj niemieckiego języka i występował z nim przy każdej sposobności, 
z poniżeniem i lekceważeniem własnego; ie nawet na powstanie war- 
szawskie spoglądał nie jak na wielki krok narodu, jego własnej istoty 
najźywotniej dotycz*icy, ale jak na rozruchy, gdzieś tam za granicami 
jego prowincyi wybuchłe, które jako gazeciarskie nowiny obudzają 
ciekawość 

Nie mówię tego o wszystkich mieszkańcach Galicyi; byli i inni, 
ale ich była mała tylko liczba. 

Lud poniżony od wieków, pozbawiony przeświadczenia własnej 
godności i miasta przepełnione obcym, wrogim żywiołem, nie miały 
poczucia narodowości. Została tylko inteligencya, u której się wyższych 
pojęć spodziewać w^ypadalo. Ale jakaż to była inteligencya? Albo 
niedouki, którzy się właśnie dla tego najmędrszymi być sądzą; albo 
uczeni systemem ogłupienia, a nie rozwijający z własnego popędu sił 
swoich umysłowych; albo tacy, którzy się wyrzekli własnej narodowości; 
lub wreszcie, którzy się sami przed sobą bali przyznać do niewyga- 
słego jeszcze narodowego uczucia. Wśród tej ińteligencyi byli przecież 
ludzie z sercem i z narodową myŚlą, którzy obudzali zapał do współ- 
działania i zachęcali do uczestnictwa w walce. Im to Galicya winna 
ocalenie swej czci narodowej wzięciem czynnego udziału w rewolucyj- 
nych zapasach o wolność narodu. 

Pierwsza wiadomość o rewolucyi sprawiła w Galicyi powszechne 
zadziwienie ; nie umiano sobie wy tłómaczyć , jak takie mnóstwo szpie- 
gów, jakie bjlo w Warszawie, mogło nie spostrzec przygotowań i aż 
do wybuchu powstania dopuścić. Z początku nie wierzono wieściom, 
a następnie widziano w tem tylko chwilowy wybryk niecierpliwej mło- 
dzieży, której nierozwagę ganiono i żałowano ją jako straconą. 

Gdy zaś prawdziwość tych wieści potwierdziły pisma publiczne, 
uwierzono im — a gdy się dowiedziano, że w wypadkach nocy 29 
listopada nie tylko młodzież, ale i miasto i ludzie poważni czynny 
mieh udział, więcej im przypisano i^agi. Gorętsi widzieli już urzeczy- 
wistnione nadzieje przyszłości. Lecz zawsze ogół Galicyi tem się od 
innych polskich prowincyi odróżniał, że nie czuł tyle, tylko więcej 
rozumow^ał i rachował, a zawsze się znalazł zarzut, że się porwał 
karzeł na olbrzyma. 



72 

Lea w Warszawie wrzało wszystko; tam nie myślano o możności 
niepowodzenia; pewność zwycięstwa była na ustach każdego* Wojsko, 
jak stolica patryotyczne, czekało niecier|>liwie rozkazów wyruszenia 
na wroga. Cały kraj now^ przybrał postać, niezwykły ruch miał cza- 
rodziejski urok , wszystkie czynności były zwrócone na potrzeby wo- 
jenne, A gdy do Galicyi doszła wiadomość, ^e sejm przystąpił do 
rcwolucyi i uznał ją za narodową — gdy się rozszedt manifest sejmowy, 
zaczęły się uciszać rozumowania i rachuby, a zapał z kongresowego 
Królestwa przeniósł się i do nas. 

Gdy nareszcie sejm, na wniosek Romana Sołtyka, zdetronizował 
cara jako króla, a Jan Ledóchowski zawołał : jjNie ma Mikołaja!" i teni 
przeciął wszelką możność odwrotu, juz zapał w Galicyi przygłuszył zimncT, 
rozwagę i powszechne hasło łączenia się z braćmi uderzyło rozgłosem 
piorunu w cały kraj. Ochotnicy zaczęli najpierw pojedynczo, później 
mniejszemi i większemi gromadami, przekradać się przez granicę do 
wojska. 

Teraz to przyszła kolej na młodzież odegrania głównej roli — i 
odegrała ją należycie, jak na młodzież przystało. Powstał niezwykły 
ruch, powszechne dążenie ku granicy było widoczne; nie rozmyślano, 
ustąpiło wahanie i roztrząsanie położenia, spieszyli wszyscy, nawet i 
starsi, wziąć udział w walce. Ojciec wyprawiał synów i ułatwiał 
im przejście, a często i sam przechodził z nimi; bracia ciągnęli mię- 
dzy sobą losy i albo jeden wychodził, albo jeden zostawał w domu; 
gimnazya i szkoły wyższe w całej prowincyi opróżniły się tak, że 
w klasach czasem tylko po kilku zostało; młodzież rzemieślnicza opuszczała 
swoich majstrów; urzędowi aspiranci i zdarzało się, że nawet sami 
urzędnicy rzucali bióra i spieszyli za drugimi ; słudzy dworscy szli 
z ochotą za swoimi panami; widziano także przychodzących wiejskich 
parobków, którzy się bliżej ocierali o dwory; nawet synowie urzędni- 
ków i mieszczan niemieckich , otwartych i głośnych naszych wrogów 
i prześladowców, szli za szałem swoich kolegów ^ — słowem, co było młode 
wszystko się ruszyło. Ale ruch ten udzielał się tylko inteligcncyi, a głó- 
wnie szlachcie i tym, którzy z nią byli w bliższej styczności, bez różnicy 
społecznego stanowiska; reszta mieszkańców była obojętnym widzem 
wzmagającego się zapału. Rząd nawet udawał obojętność i chociaż się 
kr/ątał z przeszkodami, nie wypełniał tego ściśle. 



73 



1 ta młodzież nie próżnowała, która została w domu, ale po swo- 
jemu rozniecała narodowego ducha. Mnóstwo pokazało się wierszy i 
piosnek, obrazujący cłi naszą przeszłość i oczekiwaną przyszłość, rozbu- 
dzającycłi uczucia wolności i niepodległości narodowej i zachęcających 
do jedności z walczącymi braćmi. Urzędnikom, Niemcom i Czechom^ 
profesorom, nienawidzącym narodowości naszej, przysłanym do niem- 
czenia kraju, malowano szubienice, przypominano rok 1809^ przepo- 
wiadając, jak wtenczas, ucieczkę; karykatury, paszkwile^ rozliczne szy- 
derstwa, na których nigdy nie brakuje młodzieży, przedstawiały w śmie- 
sznem świetle położenie naszego kraju pod rządem austryackłnij a 
w^ przeciwieństwie do lego świetną przyszłość naszego narodu. 

jednym z pierwszych, którzy wyruszyli za granicę, był Ludwik 
Pietrusińskie doktor praw i urzędnik w prokuraturze kameralnej, ma- 
jący już 6cio zlr. m. k. pensyi. Wyjście jego zrobiło wrażenie we Lwowie 
i pociągnęło za sobą takich, którzy bez tego przykładu nie byliby 
się ruszyli* Po wyjściu młodego Weebera, syna radcy wyższego sądu, 
wyrzucał mu Reitzenheim, radca gubernialny, jeden z najzaciętszych 
naszych prześladowców, że nie umie wychowywać dzieci, których miał 
kilkoro. Nie długo potem syn Reitzenheima, jedyne jego dziecko, także 
poszedł za drugimi; śmiech powstał w mieście, że Reitzenheim naj- 
lepiej wychow^ał jedynaka. Niemców, a przynajmniej młodzieży z nie- 
mieckiemi nazwiskami, wiele wychodziło około tego czasu i odznaczyli 
się dzielnością, a gdy jeszcze ze Lwowa wyszli Kurzweil, urzędnik 
przy sądzie wyższym i Karol 'I iu, syn radcy magistratualnego, żaden 
już Niemiec nie był pewnym swojego syna. 

Możniejsza szlachta zbierała składki dla zasilenia skarbu w War- 
szawie; skupowała wszelką broń, konie, sukna, obówłe i przedzierała 
się z tern wszystkiem za granicę. Gdzie kto miał jaką broń, dawał ją 
wychodzącym. W handlu jej zabrakło, a gdzie się jeszcze jaka zna- 
lazła, podrożała niezmiernie. Kupcy i rusznikarze otrzymali nakaz py- 
tania się kupujących o nazwiska i donoszenia policyi; donoszono 
wprawdzie, ale podając fałszywe nazwiska. 

Kobiety szyły bieliznę i skubały szarpie; praca ta stała się po- 
wszechną. Zaprzestano w nadchodzące zapusty balów, o modzie nikt 
nie myślał, chyba tylko obojętne i nieprzyjazne nam duchy. Guber- 
nator ks. Lobkowicz, chcąc zrobić wstęp zabawum i zwrócić niyśH 

10 



74 



i mowy młodzieży na zwyczajne uciechy zapust , postanowił częst 
dawać bale w domu swoim. Na pierwszy zaprosi! mnóstwo młodych"^ 
osób. Goście się zebrali, huczna zagrała muzyka, ale gdy do tańców 
zachęcać zaczynano, pokazały się na drzwiach sali przylepione wiersze, 
odstręczające od zabawy w terazniejszem położeniu Polski '). 

Młodzież odczytywała te wiersze i opuszczała salę, a bal zakon* 
czył się bez tańców. Obeszło to niezmiernie gubernatora i więcej tych 
zapust żadnych nie dawał zabaw. 

Wojsko nawet, stojące wówczas w Galicy i, po większej części 
z pułków galicyjskich i węgierskich złożone, nie było obojętne na 
rewolucyę polską. Objawiało się to śpiewaniem rewoUicyjnych piosnek, 
przyniesionych z polskich obozów i pilnem w^ywiadyw^aniem się o wy- 
padkach w Królestwie. Najwyraźniej okazywali to zainteresowanie się 
grenadyerzy w koszarach lwów skich , gdy na }>ierwszą wiadomość^ 
o zaburzeniach w Warszawie, sprowadzili do koszar muzykę i odśpie- 
wawszy -Jeszcze Polska nie zginęła", wykrzykiwali: ,,Nicch żyje 
„Połskal — ^ śmierć Moskalom !" ~ Węgierskie naw^et pułki nie tylko 
nie okazy w^ały żadnej nie[)rzyjaźni przeciw rucliowi w Kongresówce i 
w Galicyi, ale owszem liuzarzy, zawsze ochotni do walki^ to i)OJe- 
dyńczo, to nawet całymi pogranicznymi posterunkami, z komendantem, 
konno i zbrojno, przekraczali granicę i zaciągali się w szeregi polskie. 

Księża łacińscy, którzy zawsze i wszędzie trzymali z narodem, i 
tu go nie odstąpili. Gdy ich główny wypływ ograniczał się na lud 
wiejski i na małe miasta , przeto w tę stronę zwrócili sw^oje starania, 
i w poufnych pogadankach starali się ośw^iecić łud o rzetelnych po- 
wodach i celu obecnego ruchu. Nad ludem wiejskim [jraca była da- 
remna, lecz w miastach usilow^ania te nie były bezowocne i odtąd, 
można powiedzieć, rozpoczęło się rozbudzać zainteresowanie się sprawą 
narodową po miastach. Były i w^ypadki nierozwagi między księ/.ami; 
zdarzało się, że występowali z kazalnic przeciw austryackiemu rzą- 
dowi , jak gdyby się w ojna toczyła z Austryą i przeciw niej przy- 
sposabiano umysły ludu; ale gdy takie niewczesne wycieczki nie ucho- 



') W^iersz ttn był następujący: 

jjCyylii po skrzypce tyrana 
,iMołe*i skjikać potska młodzi? 
jjGdy ojczyzna w kir iił^rana 



^WicrŁnj — skakać' się nie godui!** 

Pr syp, Hieronima KunaszmcaJciego. 



75 



dzily bezkarnie i lad obojętnie im się przysłuchiwał, mało miały 
naśladowców. Tak ks. Kwiatkiewicz, proboszcz u św. Marcina we 
Lwowie, wystąpił namiętnie przeciw nowo zaprowadzonemu poda- 
tkowi akcyzy i używał najczarniejszej barwy do odmalowania rządu, 
Odpoktitował tę nieroztropność; policya ściągnęła go z kazalnicy, uznano 
go za obłąkanego, ogolono mu głowę i oddano do domu obłąkanych. 

Inaczej zachowywali się księża ruscy i za podstawę ówczesnego 
ich postępowania śmiało można przyjąć stosunek każdego z nich do 
swego koUatora; jaki był ich stosunek do szlachty, taki sam był i do 
powstania polskiego. Byli księża^ którzy z łacińskimi szli ręka w rękę, 
którzy nie dopuściwszy różnicy narodowej między Rusinem a Pola- 
kiem, jeden i ten sam u obydwóch widzieli narodowy interes. Ci 
równie z łacińskimi wpływali na otoczenie swoje korzystnie dla po- 
wstania. Ale takich liczba była nieznaczną, bo też mała była liczba 
szlachty, zostającej w bliższej zażyłości z księżami ruskimi. Największa 
i znacznie przeważna liczba księży ruskich była zupełnie obojętnych. 
Powstanie ich nie obchodziło, jako rzecz dla nich obca, w rozmowie 
o niem zimno wynurzali tylko taką krytykę, z jaką się ogół przy 
najpterwszej o niem wieści powszechnie prawie odzywał w Galicyi. 

Przecież u tych obojętnych nie wyrodziła się nienawiść; wko- 
rzenił się tylko żal za ich poniżenie i usunięcie od lepszego towarzy- 
stwa, żal do wszystkich, którzy, mieniąc się Polakami, utrzymywah ich 
ciągle w oddaleniu od siebie, 

Nakoniec byłi księża ruscy, którzy otwarcie wystąpili z nieprzy- 
jaźnią dla sprawy naszej. Ci bez ogródek głosili sprawę moskiewską 
za swoją, to jest za ruską w ogóle ^ wmawiając w swoich współwy- 
znawców narodową tożsamość Rusinów z Moskalami, a l^olaków przedsta- 
w^iając jako obcych najezdców i nieprzyjaciół Rusinów. Byli to ludzie, do 
których znalazła przystęp agitacya moskiewska, w Zabranych krajach 
dla rozdwojenia ówczesnego ruchu narodowego prowadzona. I^ostc- 
powali wedle instrukcyi , udzielonej im ztanitąd, albo bezj>ośrednio, 
albo przez pułkownika Breindla, moskiewskiego rezydenta we Lwo- 
wie ijodczas powstania i ubudzali w ludzie większą jeszcze niena- 
wiść ku panom; zohydzali nazwę Polaków i I^achów, cara przedsta- 
wiali jako wybawiciela clilopów z niewoli szlachty, prawosławie jako 
nieodmienne od unii, a wojnę teraźniejszą polską jako wojnę reli- 
gijną, dążącą do zagłady ruskiej religii, Nie wiele oni zrobili szkody 



76 

powstaniu, bo włościanie w całej Galicyi , bez różnicy w^yznania, nic 
mieli do niego pocićigu, ale agitacya ta dala początek przyszłej naro- 
dowej rozterce. Takich księży ruskich mało jeszcze było w Galicyi, 
ale uporne zaniedbywanie ich ze strony inteligencyi polskiej przygo- 
towało powiększenie z czasem ich liczby. Pomimo takiego stanu rzeczy, 
synowie księży ruskich wszystkich odcieni i synowie włościan, którzy 
byli albo w szkołach, albo jakim innym sposobem 'zbliżyli się do inte- 
ligencyi świeckiej, ogarnięci ogólnym szałem , szli razem z innymi 
do powstania. 

Do nieprzyjaciół sprawy naszej należeli także urzędnicy. Obco- 
krajowcy, z bardzo małymi tylko wyjątkami niższych stopni, skąpo nam 
udzielanych, sami Niemcy i Czesi, nie tylko nie mieli żadnego interesu 
w powodzeniu sprawy naszej i najmniejszej dla niej przychylności, ale 
przeciwnie było ich interesem gnębić ]ą wszelkiemi sitami. I wypeł- 
niali to swoje zadanie z całą sprężystością i ścisłością, tylko im często 
w^strzymujące icli gorliwość rozporządzenia z Wiednia stawały w po- 
przek drogi. Otwarcie sprzyjali Moskalom, dla tego usiłowali niwe- 
czyć i przeszkadzać z własnego popędu wszystkim czynnościom, wspie- 
rającym powstanie, zatrzymywali i konfiskowali wszystkie wojenne 
transporta i przesyłki, które tylko wyśledzić mogli; przeszkadzali ko- 
munikacyi z Kongresówką i Zabranymi krajami, śledzili przybywających 
ztamtąd wysłanników, przejmowali listy, chwytali wychodzącą młodzież, 
a pozostałą trzymali pod surową kontrolą; czynniejszych obywateli 
nękali egzekucyami za podatki więcej niż innych; słowem wszelkich 
dokładali starań do pokrzyżowania zabiegów Galicy i, w niesieniu po- 
mocy walczącym braciom. 

Urzędnicy ci bardzo często ciężkiej doznawali kary sw^ojej nie- 
przychylności dla mieszkarków i to od najbliższego otoczenia, bo od 
własnych dzieci. Synowie ich to w szkołach, to w innej z naszą mło- 
dzieżą styczności, tak przyjmowali nasze obyczaje i wszystkie cechy 
naszego narodu, że ztąd powstawały rodzinne rozdwojenia, nienawiści 
a czasem nawet i urzędowe oskarżenia własnych dzieci. Wiele takiej 
młodzieży razem z naszą wyszło do powstania. 

Tak zwane święte przymierze jednoczyło politykę Austryi, Prus 
i Moskwy; jednak przewaga Moskwy, ogromem swym na tamtycłi 
dwóch państwach ciążącej, utrzymywała je w zawisłości od niej i gro- 
ziła pochłonięciem ich z czasem. Dwór pruski, spokrewniony z mo- 



skiewskiin i słabszy od Austryi, trzymał się Moskwy jak jej satelita 
i wtórował jej polityce względem Polski ; ale dwór austryacki, na 
pozór idący z nią także ręka w rękę, prowadził własną skrytą poli- 
tykę, przewidywał bowiem dążenie Moskwy w danym razie do 
zabrania Galicyi. Do tego Austrya, zlewek niznych narodowości a 
przeważnie slowiańskichj słusznie się obawiała moskiewskiego na nie 
wpływu. Osłabienie więc Moskwy było w interesie Austryi, która też 
dążyła do tego przy każdej sposobności, ale gdy już z tradycyi 
wstrętna stanowczemu działaniu, wierzyła tylko w półśrodki, przeto 
nigdy nie dopięła zamierzonego celu. 

Tą powodowany polityką przysłał rząd austryacki, podczas ru- 
chów w Petersburgu przy wstąpieniu Mikołaja na tron carski i spo- 
dziewając się podobnych ruchów w Warszawie — na gubernatora do 
Lwowa księcia Augusta Longina Lobkowicza, Czecha, znanego z przy- 
chylności dla Polaków. Lobkowicz otrzymał odpowiednie instrukcye, 
w skutek których zbliżył się do szlachty; rozpoczęły się u niego bale 
dla panów połskich; spełniano toasty na cześć Polski, a przy kieli- 
chach zabrzmiała niejedna prześladowana narodowa piosenka '), Łatwo- 
wierni optymiści już różne stąd na naszą korzyść robili kombinacye. 
Ale rząd strzegł się pilnie zaprowadzenia jakiejkolwiek korzystnej 
dla nas zmiany w administracyi kraju , wprowadzenia naszego języka, 
łub założenia jakiej narodowej instytucyi; nie robiono nam nawet 
podobnej nadziei na przyszłość. 

Lobkowicz i przez rok powstania pozostał w Galicyi; widać, że 
dobrze wypełniał otrzymywane polecenia; przez ten rok postępo- 
wanie jego było odpowiednie przeszłemu. Obostrzenia były na papierze, 
a dopiero gdy już tego uniknąć nie można było, wykonywano je 
surowo; gdzie zaś postępowano ostrożnie, nie dosięgła ta surowoŚć. 
l^ząd, widząc w kraju obudzenie życia narodowego i zapał dla sprawy, 
przyjętej za wspólną wszystkich części dawnej Polski , unikał wszy- 
stkiego, coby ruch w^ojenny z Kongresówki i Zabranych krajów do 
Galicyi przenieść mogło, a zarazem rozporządzeniami i częściowem ich 
wykonaniem taką przyjął postawię względem Moskwy, że jej nie dał 



*) Nie t szczególnej sympatyi dla Pt laków, lecz dla ujmowania ich sobie, ka»ł I^bko- 
wicE litografawać swf^ij portret w duiym formacie, w konlusiu, przy karabeli , t podpisem po 
polsku: August DlugossE ksiąłę Lobkowicz. Uiywal takie biletów liiog ratowanych t napisem po 
polsku jjKsiąic gubernator**. Fri%fp, Hicr* Kunassowskiego, 



78 

podstawy do żądania iłómaczeń. Takie postc[>ovvanie rzijidu objawiało 
się głównie przy przeprawach za granicę młodzieży, j>rzy przeprowa- 
dzaniu broni i innych wojennych polrzeb, wreszcie przy składkach. 

Wzdłuż granicy z naszej strony było wiele dworów, ułatwiają- 
cych przejście, które nlbo stały w porozumieniu z granicznymi woj- 
skowymi posterunkami i ujmowały ich sobie, albo przez sługi i 
oficyaHstów swoich wypatrywały bezpieczniejsze miejsca i czas prze- 
prawy, Z drugiej strony granicy były znowu inne, które przyjmowały 
przybyłych. Kobiety przypinały im kokardy, a potrzebujący otrzy- 
mywali zasiłek. Od Krakowa do Bugu nie było miejsca mokrą i suchą 
granicą, które byłoby wolne od łych przepraw. Wzdłuż granicy [lo- 
wslało prawdziwe przemytnictwo ludzi, o klóreni rząd dobrze wie- 
dzinł i dla przeszkodzenia mu rozstawił wojskow^e posterunki, lecz 
w ręce ich wpaiali tylko bardzo nieostrożni, lub powierzający się 
zupełnie nieudolnym przewodnikom. Wyśmiewano wahającą się, lub 
bez ważnych powodów w domu zostającą młodzież; kobiety posyłały 
im kądziele lub zajęcze skórki. Byty nawet wypadki przejścia wpa- 
dające w oczy. Hipolit Chołoniewski, były oficer austryackich huzarów, 
spieniężywszy resztki swojego majątku, uzbroił, umundurował i zao- 
patrzył w konie kilkudziesięciu młodych ludzi i z obwodu żółkie- 
wskiego otwarcie, przygotowany do odparcia napaści, nie zaczepiany, 
chociaż widziany przez wojsko i urzędników, przeszedł śmiało i spo- 
kojnie granicę i wszedł do Zamościa , serdecznie lam powitany. Jedno 
podobne zdarzenie sprawiło wielkie wrażenie we I^wowie, Pewien 
napoleoński podoficer, zgromadziwszy 30 dzielnych kidzi i wystara- 
wszy się dla nich o strzelby z bagnetami, po wyćwiczeniu ich w ro- 
bieniu bronią, obrotach i strzelaniu, prowadził pieszo tę garstkę, także 
wśród dnia, przez Żółkiewskie, którędy najwięcej przechodziło, ku 
granicy. Niedaleko już granicy spostrzegło go kilku huzarów z po- 
sterunku i napadło na naszych, ale ci, w obroty wojenne wprawieni, 
uformowali szybko na rozkaz komendanta c;iworobok. Komendant 
w Środku zagroził każdemu kulą w łeb, któryby się bez jego komendy 
poważył wystrzelić a dopuściwszy huzarów na kilkanaście kroków, pier- 
w^szemu z swych szeregów dal rozkaz do wystrzału. Jeden huzar spadł 
2 konia ciężko ranny, a reszta wykonała odwrót^ Nasze śmiałki, nie roz- 
rywając czworoboku, maszerowali powoli dalej. Lecz cały posterunek gra- 
niczny tego miejsca, z komendantem na czele, zastąpił im drogę. Nasz do- 



79 



wódca, jak poprzednio, dopuścił znowa blisko huzarów i kazał dać ognia. 
Czterech Inizaruw spadło z koni, jeden zabity, a trzej — między ninfii 
komendant — ranni Reszta cofnęła się, a nasi przeszli granicę. Czterech 
rannych huzarów i trupów przywieziono do Lwowa. Rozgłos o tym 
wypadku, z fantastycznymi dodatkami, rozszedł się po mieście i^ po 
kraju. Cala ta historya skończyła się na tern, źe komendant huzarów 
otrzymał naganę za porywcze działanie ^ nieodpowiednie instrukcyi* 

Aresztowano cza«;em ochotników, to pojedynczo, to po kilku, ale 
nie pociągało to za sobą żadnej kary, tylko krótsze lub dłuższe zatrzy- 
manie w policyi, poczem ich wypuszczano bez żadnych następstw. 
Znaczniejsze aresztowanie zaszło na doniesienie Lewandowskiego. 'l'en 
Lewandowski, syn magistratualnego radcy, szpieg moskiewski, płatny 
przez Breindla, doniósł temuż o przygotowaniach do wyjścia kilkunastu 
z młodzieży i o zebraniu się ich u Wirskiego na wsi. Na uwiado- 
mienie Breindła, wysłała pohcya straż na niiejce, zabrała ochotników 
z gospodarzem i zatrzymała ich przez 9 tygodni w więzieniu. 

Ruch niezwykły w kraju, który rząd tolerować się zdawał i re- 
wolucya w Królestwie, taki wywarły wpływ na tych nawet mie- 
szkańców Galicyi, którzy zresztą zupełnie nie troszczyli się o pow^Jtanie, 
że z potulnych jjuddanych stali się nagle butnymi. Ołjjawiło się to, 
gdy zac2ętu pobierać podatek konsunicyjny od wszelkich żywności i 
napojów wprowa Izanych do miast — od cz'^go jednak micjsta mniejsze 
wyjęte były — i od wyrohu wódki, piwa i miodu. Podatek len na- 
zwano akcyzą. Od artykułów, wprowadzanych do miast, pobierano 
go przy rogatce. Ztąd powstawały zatargi ze strażnikami. Przemy- 
cenie karano kilkakrotną ilością podatku, albo aresztem, wraz z kon- 
fiskatą przemyconego przedmiotu. Surowość wypełniania przepisów 
[»rzemienia!a się częstokroć w sekaturę, która stała się powodem 
zamknięcia mniejszych gorzelni i browarów. Nierzadko powstawały 
krwawe bitki , osobliwie przy rogatkach lwowskich ; rozlepiano pa- 
szkwile na al<cyzę i urząd, urzędnikom i strażnikom akcyzowym 
grożono śmiercią i niemało połamano na nich kijów, a uwięzionym 
za te gwałty przepełniony był sąi karny. Przedmiotem najwię- 
kszych urągan był gorliwy w przeprowadzeniu czynności akcyzy 
dyrektor jej, radca nadworny Hohn ; gdzie go tyłko zobaczono 
wmieście, towarzyszyły mu świstania^ obrzucano go błotem, wybijano 



80 

mu okna. Ten znienawidzony człowiek musiał się ukrywać w domu 
i często miasto opuszczać. 

Dla sprężystego egzekwowania akcyzy i dla własnego bezpie- 
czeństwa, uzbrojono strażników akcyzowych, co bardziej rozjątrzyło 
wszystkich* kt nareszcie, aby nie powiększać liczby niezadowolonych, 
co ze względu na wypadki w sąsiedniem Królestwie mogło być nie- 
bezpiecznem, zmuszony byl rząd pofolgować w surowości; zmniejszono 
opłaty, wiele niezbędnych do życia przedmiotów uwolniono od tego 
ciężaru i złagodzono szorstkość i dokuczliwość egzekucyi. Zmiana ta 
ułagodziła umysły, ale nie ustawały przecież szydercze paszkwile i>rze- 
ciw akcyzie i Hohnowi, 

Podczas tych zajść wydarzył się we Lwowie następujący wypa- 
dek, który niemałe sprawił wrażenie. 

Burmistrz Home wprowadził jakieś nowe cechowe obostrzenia, 
które się najbardziej nie podobały szewcom i rzeźnikom. Rozjątrzeni 
zgromadzili się przed magistratem, żądali odwołania tych rozporzą- 
dzeń. Rozpędzono ich wprawdzie policyantami i uwięziono kilko, ale 
zbiegowiska się powtarzały z większą jeszcze natarczywością; grożono 
Homemu i referentowi kijami, a nawet śmiercią Ostatecznie cofnięto 
te now^e postanowienia. 

Wiele przyczynił się do dwulicowego postępowania Lobkowicza 
moskiewski pułkownik Breindl, który do Galicyi, jako do sąsiedniej 
prowincyi zaprzyjaźnionego z Moskwą rządu austryackiego, na jawnego 
rezydenta w tym celu byl przysłanym, aby zwracał pilne oko na 
stosunki tutejszych mieszkańców z rewolucyą, o wszystkicm do- 
nosił, pozyskał Rusinów dla sprawy moskiewskiej i kontrolował rząd 
austryacki w jego postępowaniu. Breindl rozpostarł sieć swoich 
szpiegów, płacił ich lepiej, niż Austrya swoim i zapewne też więcej 
wiedział o wszystkiem. Taki nastawnik nie bardzo byl wygodny dla 
austryackiego rządu, ale nie było na to sposobu, trzeba go było 
cierpieć; przynajmniej ilokuczano mu do woli, a rząd na to przez 
palce patrzył. Rozsiewał najnicpomyślniejsze bajki o Polakach, mło- 
dzież znowu na przekorę jemu podobneż o Moskalach puszczała 
w obieg. Znienawidzono go we Lwowie, a [jonieważ zawsze chodził 
w moskiewskim mundurze i łatwo go było można poznać , robiono 
mu różne przykrości; ulicznicy rzucali nań kamieniami, tłuczono mu 
okna, w kawiarni przy sprzeczce oparzono mu twarz gorącym jionczcm 



81 

a rzęsto na ustroniu oberwały się i kije* Skarżył się Breindl guber- 
natorowi, ale nie umiejąc podać sprawców^ nigdy prawie nie osiągnął 
zadośćuczynienia. On to zwrócił uwagę Lobkowicza na wysłanników 
klubu demokratycznego z Warszawy, Rząd pilnie i szczerze śledził, 
lecz policya nie była jeszcze tak wprawną jak później, a w^szystkie 
rządowe zabiegi i listy gończe z opisaniem osób, którego Breindl do- 
starczył, nie osiągnęły pożądanego skutku. Wysłannikami byli akade- 
micy i podchorążowie, których zwykle szlachta po wsiach przechowywała 
u siebie; żaden z nich nie był długo u nas i żadnego nie schwycił rząd. 

Ów Breindl był [jociesznego wypadku powodem Z jego namowy 
Icozak, sługa hrabiny Uruskiej, zebrawszy w drugi dzień Wielkiejnocy 
kilkudziesięciu u liczników^, uzbroił ich w kije, poprowadził na Wysoki 
Zamek i rozdzielił na Moskali i Polaków, sam zaś pod nazwiskiem 
Dybic/a stanął na czele Moskałów i rozpoczął bitwę, Polacy, mocno 
rażeni, zawołaH na przeciwników, aby opuścili Uybicza i z nimi się 
połączyli, bo przecież wszyscy są Polakami. To odezwanie się sku- 
tkowało ; Moskale opuścili Dybicza i połączyli się z przeciwnikami. Dy- 
bicz, widząc przeważającą siłę, uciekł do miasta; chłopcy za nim, 
obiegli kamienicę, gdzie się Dybicz ukrył i wołali: „Wydajcie nam Dy- 
bicza, bo okna wytłuczemy". Całej tej komedyi zrolila koniec policya, 
rozpędziwszy chłopców i wsadziwszy Dybicza do kozy. 

Utworzył się był we L wdowie komitet celem dopomagania polskiej 
rewołucyi : na jego czele stanął Izydor Pietruski, a gtówjiymi w nim 
działaczami byli l^oman Bielski i Józef Broniewski. Usilnie starał się 
Breindl u Lobkowicza o rozwiązanie tego komitetu, bo wiedział, że 
wszelki stosunek z rewolucyą opiera się o niego i wszelką czynność 
on gł<iwnie prowadzi, Ale Lobkowicz oparł się tym naleganiom z po- 
wodów ludzkości; otwartym bowiem celem komitetu było zbieranie 
i poselanie do Kongresówki szarpi i innych potrzeb szpitahiych, tudzież 
bielizny i butów, a najmniejsze zboczenie i nadużycie tej założonej 
czynnt>ści nie było ani udowodnione ani wykryte. Tymczasem i pie- 
niężne składki szły przez ręce tego komitetu on się starał o amunicyę 
i inne wojenne potrzeby; sprowadzał je łub ł\azał sporządzać w kraju 
i przesyłał za granicę '), dawał potrzebnym idącym du powstania pie- 



*) Niłjwtęcej knrnbinów dostarczył kupiec galanteryjny we Lwowie GlixeUi, który z ma- 
{^Kynów cesarskich niby pop?tłilc, bez kurków i stcniplów kupował, Kositcm Komitciu od- 

LI 



82 

nicżne wsparcia i ułatwiał im przeprawę; utrzymywał liorespondcncyc 
z Warszawą, miał wszędzie swoich ajentów i znał ducha i posicpo- 
wanie prawie każdego obywatela w Galiryi. Ale to wszystko było 
tak ostrożnie prowadzone, zawsze za pośrednictwem innych osób, że 
chociaż kaźden wiedział, \>. to jest dziełem komitetu, jednak żadnej po- 
szlaki nie miano, na podstawie której władze mogłyby go do odpo- 
wiedzialności pociągnąć. Gdy się później w Staszowie za \^ islą legie 
nadwiślańskie, czyli galicyjskie, formować zaczęły, użył komitet tylko na 
len cel funduszów, jakie jeszcze posiadał, a jak powiadano, miały one 
wynosić kiłkadziesiąt tysięcy dukatów- 

'la podwójna polityka, półśrodki i brak stanowczości, które 
się ol>javviajr} w każdem działaniu Auslryi, uwidoczniły się jeszc/e 
jaskrawiej w rozporzcidzeniach surowych, które, mimo widocznego 
istnienia przedmiotu zastosowania, nigdy wykonane nic były. Wyszło 
w styczniu 1831 rozporządzenie, ażeby pod karą sekwestracyi majątku, 
nikt się nie ważył wyjść z kraju do Królestwa kongresowego, ci zaś, 
którzy się tam znajdowali, ażeby wrócili w [jrzeciągu czterech tygodni, 
pod tąz samą karą i pod zagrożeniem uznania ich za wycłiodźców 
i zastosowania do nich i)rzepisów z roku 1784. Przepisy te stano- 
wiły, że jeżeliby kto później wnicił lub był zła|janym, ulegnie karze 
trzyłelniego więzienia. Wszystko lo rozciągało się i na ty cli, którzy by 
po ogłoszeniu tego roz[)orządzcnia wyszli. Zakazano także ])od 
groźbą sądu wojennego namawiania kogokolwiek do wyjścia tamże 
z kraju lub ułatwiania wyjścia. Zabrcmiuno niwnież wywożenia broni, 
kos, wideł, pik i wszystkiego, co na broń przerobione łub jako broń 
użyte być może, tudzież amtinicyi i saletry, [jrzywozu także z za- 
granicy wszystkich tych przedmiotów. Ogłoszenie tych rozporządzeń 
żadnego w kraju nie wywarło wrażenia, przechodzenie granicy i do- 
starczanie wszelkich potrzeb szło bez przeszkody swoim trybem, a tym, 
którzy |)o upływie oznaczonego terminu nie wracali, lub wrócili |>óżniej, 
ani majątku nie zasekwestrowano, ani ich nic ukarano więzieniem. Fo trzy- 
krotnem ogłoszeniu t)ch dekretów i po upływie miesiąca od ostatniego 
ogłoszenia, odnowiono te rozkazy i wezwano imiennie do jiowrotu. 



sełał d^i granky, a w Suchedniowie i Wąchocku takowe prfer.ibi.ino — W ku/.niiich karpackich 
w l*cdhoro(łcach i Wc!d«ir?u kuto ^roly lanc, pod nazwą siUchct^w dla rńłnych skarhow, 
i it.id wysebno do Królestwa, jidrJc w fnhryktTcli Uroni gslrzono le groty i na d new cne h osa* 



^ 



83 



Liczba wezwanych przenosiła tysiąc; była to tylko mak cząstka tych, 
którzy poszli. Ale i takie wezwanie nie skutkowało, żaden z nich 
nie wrócił; nawet Austrya nie bardzo sobie życzyła ich powrotu, a 

r chętnie byłaby się i reszty pozbyła, aby umniejszyć w kraju liczbę nie- 
spokojnych duchów. 
Gdy wybuchła rewolucya lippowa r. 1830 w Paryżu i gdy 
w ślady Francyi wstąpiła Belgia, zrewoltowawszy się przeciw nie- 
naturalnemu połączeniu z Hollandyą, połączone w święte przymierze 
trzy mocarstwa, Moskwa, Austrya i I^rusy, postanowiły wprowadzić 
napowrót Karola X na tron iTancyi i ukarać Belgię. Już w listopadzie 
r. 1830 wojsko austryackie, przeznaczone do wymarszu du Belgii, 
wyruszyło ze swoich stanowisk. Wojsko moskiewskie także już do 
pochodu na I*>ancyę było gotowe, a na pierwszy bój miano wysłać 
naprzód wojsko polskie. Wybuchła w Warszawie rewolucya pokrzy- 
żowała zamysły świętego przymierza. Moskwa wstrzymała pocliód 
swego wojska, za nią uczyniła to samo i Austrya i część wojska 
łojącego w Galicy i, a przeznaczonego do wymarszu, oddała pod 
dowództwo feldmarszałka Antoniego barona Bertoletego, dodając mu 
jenerałów Albertego i Czoncza. Wojsko lo w liczbie 12.000, z sześciu 
bateryami dział, przeznaczono do strzeżenia granicy polskiej, Bertoleti 
stanął główną kwaterą w Jarosławiu, jako w środkowym punkcie Ga- 
licyi. Armia ta miała, stosownie do postępowania wojska polskiego, 
zmieniać stanowisko i zabezpieczyć kraj od rabunków przed uciekającą 
do Galicyi pograniczną strażą kozaków. Kilka oddziałów kozackich, 
chroniących się do Galicyi, od[)rowadzono do Brodów i wydano Mo- 
skwie. Reszta wojska w Galicyi stała nieruchoma; tylko w okolicy 
Lwowa zgromadziło się go więcej 

Gdy wszystko wrzało i niecierpliwie oczekiwało postępu rewo- 
lucyi, rozeszła się nagle pogłoska, że jenerał Sierawskl w 6000 Pola- 
ków zamyśla przekroczyć granicę Galicyi. Niecierpliwsi i niespokojniejsi 
klasnęli w dłonie ; — zbierano broń , młodzież porozumiewała się z sobą 
i już układano plany wybuchu we Lwowie. Rząd powiększył liczbę 
wojska, urzędnicy wyższych stojnii i znienawidzeni prxez mieszkańców, 
otrzymali straż bezpieczeństwa, rozkwaterowano grenadyerów w mieście, 
po kilku w jednym domu, na głuwniejszych placach i ulicach rozsta- 
wiono nabite działa, a artylerzyści z zapalonymi lontami obozowali 
przy nich. Ciekawość i niecierpliwość wszystkich była natężona, wiele 




84 

osób opuściło miasto, policya najściślej śledziła wszystkie kroki mło- 
dzieży, późne wieczorne schadzki i spacery były zakazane , teatr za- 
mknięty, często wydarzały się aresztowania podejrzanych osób; słowem 
wszelką przeciwko niepokojom zaprowadzono ostrożność. Ta obawa 
i to natężenie trwały przez dwa tygodnie; dyktator Chłopicki uwolnił 
wszystkich od tej niepewności rozporządzeniem, aby nikt pod karą 
śmierci nie ważył się przekraczać z bronią w ręku granicy Polski. To 
ochłodziło ruchliwych, a nie mając już nadziei walczenia w Galicyi, zaczęli 
wychodzić za granicę; rząd też zaniechał nadzwyczajnych środków 
ostrożności. 



II. 

Orgariizacya wojska. 

Jeszcze w Galicyi umyśliłem udać się do korpusu jenerała Józefa 
Dwernickiego, tego bohatera z pod Stoczka, ulubieńca żołnierzy i na- 
rodu , bo właśnie mieliśmy przed mojem przejściem granicy wiadomo- 
ści, że obozuje między Zamościem a Zwierzyńcem. Lecz zamiar ten 
rozwiała powzięta później wiadomość, że Dwernickiego już tam nie 
ma i że z korpusem swoim przeszedł na Wołyń, 

Gdy w^ięc już z Dm^ernickim pójść nie mogłem, chciałem się udać 
za Wisłę do Warszawy, aby się ztamtąd do głównej armii dostać. 
Lecz wzdłuż Wisły, ai po Zawichost, włóczyły się wówczas oddziały 
kozaków z korpusu Kreutza, komunikacya więc z lewym jej brzegiem 
była przerwaną. Namawiano mnie, bym się zaciągnął do załogi w Za- 
mościu, ale nie chciałem, bo pragnąłem być uczestnikiem bojów w polu 
otwartem i poznać bliżej całą wielkość powstania narodowego. Ułoży- 
łem sobie przeto pozostać u wuja w Kor chowie tak długo, dopóki się 
nie otworzy droga na drugą stronę Wisły, a spodziewałem się, że to 
wnet nastąpi, bo się rozeszła wieść, że część załogi zamojskiej wy- 
biera się w tę stronę na wycieczkę. 

Ten pas od granicy galicyjskiej, w którym leży Tarnogród, naj- 
więcej żywności dostarczał ludziom i koniom dla oddziałów polskich 
w okolicy Zamościa ; dowożenie ztąd różnych artykułów do twierdzy 
nie ustawało; dla tego nazwano tę stronę spiżarnią zamojską, Codzień 
prawie otrzymywał mój wuj od komisarza obwodowego, ukrywającego 
się to w Szczebrzeszynie^ to w 'I'arnogrodzie, to w innych miejscach, 
rozkazy pisemne dostawiania żywności to do Zamościa, to do Józefowa 
ordynackiego; podobne dostawy nazywały się liwerunkiem. Często 
talcże żołnierze sami z podoficerem, wystani przez komendanta, zwiedzali 
wioski i szukali żywności dla siebie i koni i spędziwszy podwody za- 



Aft 



bierali je z sobą; to się nazywało rekwizycyą. Przy odstawieniu liwe- 
runku otrzymywał oddawca na miejscu kwit ze strony komisarza i 
komendanta placu; przy rekwizycyi zaś tylko od komendanta. Na tych 
kwitach, które bonami nazywano, oznaczona była ilość artykułów i ich 
cena podług cen miejscowych, do późniejszej wypłaty. Chętnie dawano, 
co kto miał, chociaż nieurodzaj z roku przeszłego w okropną nędzę 
pogrążył rolników; powszechnie mówiono, źe łatwiej każdemu w domu, 
niż żołnierzowi w obozie. Ale byli i tacy, którzy nie przejęci duchem 
sprawy narodowej^ o swojej tylko myśleli kieszeni i lylko dla oka i 
z bojaini robili ofiary; jednak liczba tych wyjątków nie była wielką. 
Tacy znajdowali się szczególnie przy suchej granicy; łakomi zysku o 
kilka złotych więcej, woleli zboże za granicę sprzedawać żydom; lecz 
ta hańba na kilku tylko spadła niegodnych, którym wspułobywatełe 
postępowanie irh zasłużoną odpłacali pogardą; między takimi odzna- 
czył się Górecki, dzierżawca ordynacki na samej granicy. 

Te rekwizycye i liwerunki, których ja byleni świadkiem, byłyby 
wypadły albo na daleko późniejszy czas, kiedy już nowe ziarno bez 
uszczerbku mieszkańców i bez powiększenia coraz dotkliwszego dla 
rolnika głodu, zaopatrzyłoby żołnierza chlebem, albo zupełnie byłyby 
niepotrzebne, gdyby dyktator Chlopicki inaczej byt rozporządził zbo- 
żem, zebranem w magazynach w grudniu i styczniu. Ogromne masy 
żywności z województw lubelskiego, podlaskiego i augustowskiego 
złożono na rozkaz dyktatora w Lublinie, Siedlcach i l^omźy, w mia- 
stach nie daleko granicy Królestwa leżących Trudno sobie wytlóma- 
czyć to postępowanie Chlopickiego; bo jeżeli zupełnie nie chciał wojny, 
tylko dobrowolną ugodą z Mikołajem zamierzał zakończyć powstanie, 
dla czegóż tak wielkie zakładał magazyny? — jeżeli zas dla poparcia 
polskich żądań chciał walkę rozpocząć, musiałby zaczepną lub odporną 
prowadzić wojnę; w pierwszym razie magazyny były w swojem 
miejscu, gdyż niedaleko wojska; lecz czemuż nie robił zaczepnych 
kroków? Gdy zaś obronnie tylko chciał działać i z całą siłą stanąć 
okuło Warszawy, dla czegóż wystawił le składy na niebespieczeństwo 
utraty r 1 w samej rzeczy wkraczający w Kongresówkę nieprz) jaciel, 
z początkiem lutego, zajął się najpierwcj zabieraniem tych magazyn(>w; 
ocalić je już było za późno, bo niepodobieństwem było napędzić do* 
statecznej ilości podwód do wywie/ima ich. A lak Moskale mieli po* 
dostatkiem żywności, dostarczonej im przez samych Polaków, kiedy 



87 



wojsko nasze, głodem nękane, kiikakroć przeważającej sile nieprzyjaciół 
opierać się musiało i nędznemu rolnikowi wydzierać ostatni kawałek 
chleba. 

Ilo^ć rcyularncgo wojska polskiego w Kongresówce, konstytucyą 
zawarowana, a przez Mikołaja przeznaczona do wymarszu przeciw 
l*Vancyi, wynosiła jó.uoo. Dla powiększenia tej sily powołał Rz^d 
narodowy nic tylko wszysikii h urlopowanych i kiedykolwiek uwolnio- 
nych od służby wojskowej, znajdujących się. tak w kraju jak i gdzie- 
bądź za granicą, ale tak5:e i zajmujących jakąkolwiek za granicą posadę, 
lub znajdujący cli się w obcej słu/bie wojskowej, I rzeczywiście, woj- 
skowi i niewojskowi , zbliska i z dalekich krajów, spieszyli pod cho- 
rągwie polskie, Tym sposobem powiększyła się w dwójnasób liczba 
wojska. 

W kazdeni województwie formował się pułk jazdy, nosząry imię 
swego województwa i składający się z samych ochoiników. 1 e pułki 
różniły się od siebie ubiorem, którego wyb(>r albo od Rady woje- 
wódzkiej, albo Oli założyciela zawis! ; lecz prawie wszystkie miały ro- 
gatywki z czarnym baranki'^ni i kurtę wyżej kolan, z tylu nierozciętą, 
tasiemkami wyszywaną. Uzbrojeniem ich była lanca, juiłasz i pistolety. 
Pułk laki uformował się najpierwej w województwie krakowskiem 
z ludzi miody cli, źw^iw^ych i determinow*anych na wszystko. Oprócz 
pulk<)W jazdy wojew^ódzkiejj formo w'ano także inne oddziały [łod na- 
zwiskami sławnych naszych mężów, jako lo: krakusów Kościuszki, 
mających kurty granatowe, Józefa Poniatowskiego w kurtach szaracz- 
kowych i innych. Pułkownik Paszyc uformował także pułk krakusów 
pod swojem nazwiskiem, różniący się od innych białemi kurtami i 
czcrwonrmi s|łodniami i czapkami. Oprócz krakusów formowano inną 
jazdę; i tak Konstanty Zamojski, syn starszy ordyn ila Stanisława Za- 
mojskiego, kiyjącego się iirzed rewolucyą w Petersburgu, ulurmował 
piąty [>ulk ułanów^ spełniając ])olączoną z ordynacyą powinność. War- 
szawianie wystawili szósty pidk ułanów, pod nazwiskiem „Dzieci war- 
szawskich", potem pow^stał siódmy i ósmy pułk ułanów Zformow^ano 
także inne pułki, przeważnie z majętnych obywateli złożone, jako to: 
jazdę kaliską i Mazurów. Źandarmeryę zaś, złożoną z samych starych 
żołnierzy, zamieniono na |>ulk konny regularny, pod nazwiskiem kara 
binierów, różniący się od innych [uilków^ hełmem nakształt rzymskich, 
z zwieszonym w tył ogonem końskim. Stecki z Wołynia uformował 



88 



wolnych kozaków, ubranych po kozacku i tylko dłuższymi mundurami 
różniących się od kozaków moskiewskich. Przybyła także jazda wo- 
łyńska pod Karolem Różyckim, ubrana w kurty ciemno -granatowe 
z białymi wyłogami i wypustkami, takież spodnie i białe czworo- 
graniaste czapki z czarnym b^irankiem; — pluton Tatarów augustowskich 
pod wodzą kapitana Bielaka, także '1'atara, ubranych podobnie jak 
picwszy pułk ułanów, do trzeciego szwadronu jazdy wołyńskiej przy- 
łączono. Przybyła także i jazda poznańska; Aleksander Włodzimierz i 
Herman Potoccy uformowali także puJk jazdy. 

Starych pułków piechoty było osm. Po zwołaniu uwohiionych i 
przed rewolucyą rozpuszczonych żołnierzy i po uformowaniu w każdem 
województwie jeJnego pułku pieszego, urosła ich hczba do dwudziestu 
pięciu, z których jeden nosił imię „Dzieci Warszawskich", gdyż ko- 
sztem Warszawy był wystawiony. Uzbrojono je w karabiny, ile ich 
dostarczyć można było, niedostatek zaś tychże zastąpiły kosy wbijane 
na sztorc na długą żerdkę; zwykle te kosy miały ze szpicu wycho- 
dząc} długi drut, ostry na końcu, a przy pochwie, w którą żerdka 
była wprawioną, z jednej strony hak do ściągania jeźdźców z koni, a 
z drugiej strony siekierki;;; część każdej kompanii kosynierów była 
opatrzoną w karabiny. Oprócz liniowej piechoty, zacz^U się formować 
strzelcy piesi, jako dalszy ciąg regularnych starych strzelców pieszych, 
noszący dalszą liczbę ich pułków. Ponieważ zaś brakło karabinów, by 
wszystkich nimi uzbroić, a kosy od nazwy strzelców dziwnie odbi 
jały, zaniechano ich dalszego formowania. Za to powstały wszędzie 
różne oddziały inny cli strzelców, których od ich przeznaczenia, aby 
się rozsypywali po gęstych lasach, l>agnach i innych niedostępnych 
miejscach i stamtąd niepostrzeżeni razili nieprzyjaciela — nazwano 
wolnymi strzelcami. Zwano ich także ptasznikami, bo się zaciągali 
do nich sami myśliw^i, lub celnymi, ho przyzwyczajeni do strzelania, 
nie chybiali celu, a nawet takich tylko przyjmowano; najwięcej 
przeto u nich było ludzi ze służby leśnej. Byli uzbrojeni w strzelby 
myśliwskie, pojedynki lub dwururne, do których często dorobiony był 
bagnet i w krótkie pałasze. Najznaczniejsze oddziały były pułkownika 
Juliusza Małachowskiego i pułkownika Michała Kuszla, których lakźe 
podlaskimi nazywano. Wszyscy prawie ulfrani byli w szp^ncery zie- 
lone, przepasane szerokim rzemiennym ]>asem, gdzie chowali naboje, 
\^' zielone s[łodnie i czapki z ró/.nrmi odmianami. Byli także strzelcy 



crakowscy, w jasno zielonem ubraniu^ wystawieni przez Rzeczpospolitę 
krakowską, tudzież strzelcy sandomierscy, pod dowództwem majora 
Grotusa, u których był także kapitan książę Gedrojc; ci różnili 
się od innych niskiemi niedźwiedziemi czapkami z krótkim, w tył 
zwieszanym kutasem. Byli także strzelcy Puszeta, Krzesimowskiego i 
innych założycieli* Oprócz tych uformowali się także strzelcy pod na- 
zwiskiem Kurpiów, z włościan województwa płockiego i podlaskiego, 
których, z powodu mnogich tam lasów, ulubionem zajęciem jest my 
śliwstwo. Włościan tych nazywają ogólnie Kurpiami, z powodu ich 
obuwia sporządzonego z rzemieni, a kurpiami tam nazywanego, ztąd 
też poszła i nazwa tych strzelców. 

Obok tych wszystkich rodzajów siły zbrojnej, tworzono także 
różne legie, jako to: legię litewsko -ruską, której początek zrobili 
Litwini, przybywający do Kongresówki w samych początkach po- 
wstania; nazywano ją pierwotnie litewsko* wolyńskąj lecz nazwę tę 
później na litewsko-ruską przemieniono, która jej do końca pozostała. 
Przyjmowano du niej początkowo samych Litwinów i Rusinów z Za- 
branych prowincyj, mających być pierwszym zawiązkiem siły zbrojnej 
narodowej na Litwie i na Rusi; ponieważ zaś ta legia nie doszła 
swego przeznaczenia, zostając ciągle w Kongresówce, więc dopełniano 
ją Mazurami, głównie z okolicy Łowicza, tak, źe w końcu mało w niej 
już było Litwinów i Rusinów; przecież nie zmieniła swojej nazwy. Po- 
wstała także legia nadwiślańska, formowana nad Wisłą w Staszowie 
przez komitet lwowski, złożona z samych Galicyanów, tudzież legia 
wołyńsko-jłodolśka, której konny oddział formował się w Józefowie 
pod Zamościem. Wszystkie legie, a było ich jeszcze więcej, składały 
się z piechoty i konnicy; piechotę zwano także strzelcami; ale żadna 
legia nie była w całości pod jednym dowództwem, bo jak tylko 
je<lcn szwadron lub batalion, albo nawet jeden tylko pluton lub jedna 
kompania były do wymarszu gotowe, wysełano je zaraz w pole do 
walki i do najbliższego, albo wybranego przez nich przydzielano kor- 
pusu, lul> łączono z innymi oddziałami i tak wszystkie prawie korpusy 
miały w sobie odłamy rciżnych legij. 

Miasto Warszawa zaprowadziło u siebie gwardyę narodową 
w siłe ośmiu tysięcy ludzi, złożoną z samych Warszawian, dla utrzy- 
mania porządku, bezpieczeństwa i własnej obrony. Korpus ten, skła- 
dający się z piechoty, konnicy i artyleryi, dobrze wyćwiczony, nale- 

12 



90 

życie uzbrojony i pięknie ubrany, nie wychodził przez cały ciąg wojny 
z Warszawy. 

Do pulkdw, ktdre się nad inne najwięcej odznaczyły, liczono 
czwarty pułk liniowy piechoty, złożony początkowo przeważnie z War- 
szawian, jako ulubiony przez wielkiego księcia Konstantego ciągle 
przed rew^olucyą trzymany w Warszawie i więcej wyćwiczony, niż 
inne Ten to pułk, gdy pierwszy raz wychodził z Warszawy na linię 
bojową, odkręcił skałki od zamków karabinowych i przysiągł nie 
spotykać się inaczej z nieprzyjacielem^ tylko bagnetem; ciągle był 
kompletnym, bo ochotnicy ciągle zgłaszali się do niego i używano 
nawet wstawienia się wpływowej eh osób, aby uzyskać przyjęcie. Po 
skończonej wojnie okazało się, że pozostało w tym pułku tylko ośmiu 
z pierwotnych szeregowców; nazywano ich powszechnie czwartakami, 
Z konnicy odznaczano najwięcej drugi pułk ułanów i jazdę wołyńską 
Karola Różyckiego. 

juz z tego pobieżnego rysu różnych wojskowych formacyj, oka- 
zuje się, że siła zbrojna rewolucyjna wzrosła do przeszło stu tysięcy. 
Imponująca potęga, która przy duchu, jaki panował w narodzie i 
wojsku, byłaby oswobodziła naród, pomimo liczebnej przewagi Moskwy, 
gdyby wodzowie umieli nią należycie pokierować. 




III. 

Pobyt w IWarszawJe, — Obrady Sejmu. — Towarzystwo patryotyczne* — Sypanie okopów, 

Przewidziane uwolnienie prawego brzegu Wisły spełniało się po- 
woli, Włóczący się kozacy wracali do swoich korpusów, które się 
ściągały do północnej części Kongresówki. Wywiady waliśmy się, czyli 
bezpieczną jest droga ku Zawichostowi. Uwiadomiono nas z początkiem 
drugiej połowy czerwca, że kozacy już całkiem wyszli i że juź bez- 
piecznie Wisłę przebyć mogę. Po dwumiesięcznym przeto pobycie 
u wuja, opuściłem Korchów w dniu 21 czerwca i podwodą włościańską 
przez Zawichost, Ożarów, Lipsko, Kozienice, Górę i Wilanów przy- 
byłem do Warszawy, w dniu 24 czerwca wieczorem. Mój woźnica za- 
jechał do znajomej mu gospody nad Wiskj, przy jednej z najbrudniej- 
szych i najbardziej opuszczonych ulic, nazwanej Dunaj. Tam nie miałem 
gdzie przenocować i poszedłem na los szczęścia, do nieznanego mi 
miasta, celem wyszukania noclegu. Wszedłem do dużego, porządnego 
domu zajezdnego i zapytałem o pokój do przenocowania. Dano mi 
pokój, pięknie zastawiony z gotową pościelą. Nazajutrz rano bez żą- 
dania przyniesiono mi kawę. A gdym odchodząc zapytał się właści- 
ciela, czy zawiadowcę tego domu, o należytośćj odpowiedział mi z uprzej- 
mością, że od takich gości nic teraz nie bierze. Zdziwiony i nie 
wiedząc, co to znaczy, prosiłem go o wyjaśnienie, jakby z czoła mego 
wyczytał, tak mi wręcz odpowiedział, że przybyłem z Rusi, aby mieć 
udział w wojnie i że pewna część Warszawian dała sobie słowo, od 
takich pożądanych przybyszów nic nie przyjmować za jadło i mieszkanie. 
Warszawa była podczas rewolucyi godną widzenia. Zycie narodu 
było swobodne, niekrępowane obcą przemocą, a najwięcej zajmującą 
była ta widoczna nadzieja odzyskania niepuilległości. Wszystko miało 
postać wojenną; po mieście uwijali się żołnierze w najrozmaitszych 



92 

mundurach, cywilni z karabinami, młodego nie ujrzałeś, aby nie miał od- 
znaki jakiegokolwiek zajęcia wojskowego, a straż ulicznego porządku odby- 
wała młodzież, niezdatna jeszcze do boju, która widocznie z najpospolit- 
szycli uiłczników wyrosła i ludzie starzy, uzbrojeni w pałasze. Rozśmieszył 
nas przy tylnej furcie Saskiego ogrodu stojący z pałaszem bez pochwy, 
bosy, obdarty, kilkunastoletni Żyd, strzegący wejścia do ogrodu, przed 
wbieganiem do niego małych uliczników. „Nie śmiejcie się panowie'* — 
odezwał się do nas z pewną dumą — „ja także należę do siły zbrojnej, 
bo jestem członkiem straży miejskiej". W ogrodzie samym nie było 
straży do pilnowania porządku i przestrzegania czystości, a porządek 
i czystość były wzorowe; wejście było otwarte dla wszystkich, z wy- 
jątkiem obdartych uliczników. 

Najpierwej z zewnętrznych oznak uderzył mnie, przy ulicy Sena- 
torskiej, przymocowany nad wchodem do ratusza wielki, nowy orzeł 
biały, trzymający w szponach rozwiniętą blaszaną wstęgę » z wierszem 
Ludwika Osińskiego: 

„Dawną wyrocznię Lecha niebo nam ogłasza: Polacy! to nasz 
orzeł, to jest ziemia nasza!" Stanąłem jak wryty ; pierwszy raz w życiu 
widziałem wystawione godło polskie, bez obawy ściągnienia go przez 
wrogów. Silniej uderzyło mi serce, łzy pokazały się w oczach i we- 
stchnąłem, oby i Lwów nasz ujrzał kiedyś to godło. 

Po kamienicach, to na samych murach^ najczęściej węglem, to na 
przylepionych papierach, widziałem wypisane różne odezwy, napomnie- 
nia , przestrogi , wiersze ^ a najczęściej spotykałem ostatnie cztery 
wiersze z ody do młodości Mickiewicza: 

Wnet prysną nieczułe lody 
I przesądy światło ćmiące. 
Witaj jutrzenko swobody, 
Za tobą zbawienia słońce. 

Uderzyły mnie na Krakowskiem przedmieściu i w innych głó- 
wniejszych ulicach bliżej zamku ogromne barykady, sięgające wysokością 
do trzeciego piętra kamienic i bardzo szerokie. Były to nasypiska 
ziemi między mocno dylowanemi ścianami, przypierające w jednym 
końcu szczelnie do kamienicy, a w^ drugim zostawiające wohiy otwór 
tak szeroki, aby powóz mógł przejechać. Osobli%vszy to był widok 
tych barykadj odbijający od pięknych kamienic i wspaniałych pałaców 
i nadający miastu powierzchowność wojenną. 



Aft 



93 

Aby jui raz zdątyć do celu, w jakim opuściłem Galicyą, zaraz 

na drugi dzień pojechałem dorożką na okopy za Zakroczymskie rogatki, 
do pułkownika Aleksandra Linsenbarta, gdzie tenże był komendantem. 
Przyjął mnie bardzo grzecznie, ale odczytawszy list rekomendacyjny, 
powiedział mi: „Nie radzę zaciągać się do artyleryi, mamy już tak 
„wielu artylerzystów, że w korpusach zgłaszających się do artyleryi 
„polowej nawet już przyjmować nie chcą, tylko ich odselają albo do 
„twierdz, albo na okopy warszawskie, gdzie już także przepełniona ich 
„liczba i nie ma żadnych czynności, tylko oczekiwanie na oblężenie**. 
'l'em przedstawieniem odwiódł mnie od mojego zamysłu, bo ja ani 
w twierdzy ani na okopach pozostać nie chciałem, ale pragnąłem ruchu 
w czynności polowej. 

Ostatecznie postanowiłem zaciągnąć się do piechoty, a myśląc 
nad tern, do jakiego pieszego pułku, czynnego w polu, mam wstąpić, 
szedłem ulicą Krakowskie przedmieście i spostrzegłem ogólny roch ku 
Nowemu Światu. Zapytany jeden z przechodniów odpowiedział mi, że 
właśnie teraz kompletna warszawska gwardya narodowa stanęła w pa- 
radzie na placu ujazdowskim i oczekuje przyłiycia nowego gubernatora 
Warszawy, jenerała Andrzeja Ruttie, który miał odbyć jej przegląd* 
Ciekawość widzenia tak gwardyi jak i gubernatora i mnie za dru- 
gimi pociągnęła. 

Na tym placu zobaczyłem całą gwardyą, piechotę, konnicę i ar- 
tyleryę. Zastałem tam jenerałów Ostrowskiego, dowódcę gwardyi i 
gubernatora miasta Warszawy, mianowanego w miejsce uwolnionego 
w dniu 29 maja od tego urzędowania jenerała Jana Krukowieckiego. 
Po skończonym szczegółowym przeglądzie i oświadczeniu gulicrnatora 
zadowolenia swego ze zręcznych i ściśle wykonywanych obrotów, gdy 
gwardya już odchodziła, nadjechał jenerał Skrzynecki z adjutanteni. 
Skrzynecki nie bardzo mi się podobał; nie widziałem w nim mczkości 
żołnierskiej imponującej postawy jaką w naczelnym wodzu widzieć 
sobie życzyłem, tjflko wydelikaconego panka, który zdawał się lubować 
w okazywanych mu honorach. 

Podczas przyglądania się mojego to jenerałom, to gwardyi, stanął 
nagle przcdcmną wysoki miody oficer, wynędzniałej twarzy i w wy* 
tartym mundurze i wpatrywał się we mnie, a wreszcie zawołał: „Cóż 
u dyabła, czy mnie nie [joznajeszr'* Dopiero po glosie poznałem Fau- 
styna Boguckiego, jednego z najlepszych moich przyjaciół z Galicyi, 



94 

który wyszedł do Kongresówki jeszcze w lutym. Rzuciliśmy się w objęcia 
i serdecznie uścisnęli. „Juz ciebie terai nie puszczę"^ — zawołał — „mu- 
sisz się tam zaciągnąć, gdzie ja jestem". Był on w legii litewsko-ruskiej 
pieszej. Przyjąłem natycłimiast jego propozycyę. 

Odwiedziliśmy księcia Henryka Lubomirskiego z Przeworska, by 
jemu, jako przedstawicielowi Galicyi w wyższych społecznych sferach, 
oddać cześć naszą, uznając go za zacnego człowieka i dobrego Polaka 
i oświecić się o przykrym zwrocie sprawy rewolucyjnej^ jaki się wi- 
docznie już okazywał. Przyjęci serdecznie, usłyszeliśmy od niego obronę 
t. zw. Kanapowej koteryi w ten sposób, ie ona nic rewolucyi nie szkodzi, 
a nawet potrzebną jest, bo obok wojny, która niezmordowanie powinna 
być dalej prowadzoną i dyplomatyczne układy mogą poprzeć sprawcę, 
byle tylko nie z Moskwą, ale z innemi mocarstwami były podjęte. 
Książe ganił tylko nieczynność Skrzyneckiego, który teraz właśnie naj- 
spr czystszą powinien rozwinąć działalność; koterya ta to samo miała 
mu zarzucać, a widząc w jego postępowaniu osłabienie wojennego 
ducha, chętnieby widziała kogo innego na jego miejscu. Ponieważ zaś 
zdolni i sprężyści jenerałowie nie chcą przyjąć naczelnego dowództwa, 
bo nie chcą być odpowiedzialnymi za wątpliwą naprawę błędów przez 
Skrzyneckiego popełnionych, przeto dla utrzymania w wojsku karności 
a w narodzie zaufania, tak długo chce bronić Skrzyneckiego, prąc go 
do rozpoczęcia nowych działań, do których w nim rzeczywiste upa- 
truje* zdolności, dopóki się nie pokaże kto inny, z równą przynajmniej 
zdolnością, ale z większą sprężystością i wiarą, w^ którymby wojsko 
i naród pokładali zaufanie. Okazało się więc, że Skrzynecki w nikim 
nie miał szczerego, rzeczywistego obrońcy i zwolennika i że jego 
usunięcie i naczelnego dowództwa było tylko kwestyą czasu. 

Jednym z wielkich błędów rewolucyi był i ten, że nie rozwiązano 
Sejmu dawnego, chociaż kadencyi swojej jeszcze nie skończył i nie- 
jjrzystąpiono do nowych wyborów, już pod wpływem ducha odro- 
dzenia, ale pozostawiono tych samych przedstawicieli narodu, jakby 
rewolucya była tylko dalszym ciągiem poprzedniego stanu Wygląda- 
liśmy od Sejmu przemienienia wojskowego tylko powstania, w pra- 
wdziwą narodową rewolucyę, to jest w przewrót społecznych stosun- 
ków, a wyraźniej powiedziawszy żądaliśmy od niego zniesienia pod- 
daństwa i uwłaszczenia chłopów, j ko jedynego warunku dobrego 
powodzenia zbrojnego powstania. Aleśmy się dotkliwie zawiedli, gdyż 



95 



>ejm dowiódł swego zachowawczego, a nawet wstecznego usj osobicnia; 
okazał bowiem, źe mu więcej lezy na sercu nienaruszenie prywatnego 
mienia, niź dobro narodu ; ludzie nierewolucyjni byli przedstawicielami 
rewolucyi, którą tylko z obawy przed pierwszym jej ogniem za na- 
rodową uznali; jakzeź ona skutecznie naprzód postępować mogła? 
Większość sobie ani mtiwić nie dała o wolności chłopów i ledwie ją 
doprowadziła godniejsza i jaśniej widząca mniejszość, do- zezwolenia na 
niektóre ulżenia i zmiany w położeniu ludu wiejskiego, ale tylko 
w dobrach narodowych, bez najmniejszego naruszenia istniejącego sto- 
sunku w dobrach [prywatnych. Za powód niedopuszczania w dobrach 
prywatnych zmiany tego społecznego stosunku, podawano głównie tę 
okoliczność, źe dążymy nie do oswobodzenia samej Kongresówki, 
ale i reszty zabranych przez Moskwę krajów, gdzie stosunek włościan 
do dziedziców jest przykrzejszym, niż w Kongresówce, Uwolnienie 
włościan w jednej części Polski, pociągnęłoby za sobą konieczność 
takiego uwolnienia i w innych częściach. Nie można więc przedsiębrać 
lej czynności bez porozumienia się z właścicielami zienłskimi w Za- 
branych krajach. A gdy porozumienie to w obecnych okolicznościach 
jest niepodobnem i gdy na wypadek nieprzy stąpienia ich do takich 
uchwal warszawskiego sejmu, uchwały te mogłyby ich odstręczyć od 
współdziałania z Kongresówką i zwichnąć rewolucyę — -przeto i w Kon- 
gresówce uwolnienia włościan w dobrach prywatnych przeprowadzać 
nie można. 

Gdy żadnym sposobem do porozumienia przyjść nie mogło, 
przeparto przynajmniej jeszcze w lutym przyjęcie tego półśrodka, że 
włościanom, którzyby się w tej wojnie dzielnie trzymali, ich wdowom 
i dzieciom, przeznaczono w nagrodę część ziemi w dobrach narodo- 
wych, oznaczono ku temu obszary w wartości dziesięciu milionów 
złp, i to postanowienie sejmu zaraz ogłoszono w wojsku, Ale drugi 
projekt szedł już z większym oporem ; chciano w marcu wpro- 
wadzić, także tylko w dobrach narodowych, oczynszowanie wło- 
ścian, aby z tych dóbr zupełnie wyrugować pańszczyznę i daniny. 
Większość Sejmu zezwoliła wprawdzie na takie oczynszowanie, ałe 
tylko lych włościan, którzyby sami tego żądali, pod pozorem nieo- 
graniczania niczyjej wolności, w narzucaniu mu nawet jego dobra, a 
v\łaściwie z powodu ntesprzyjania tenm projektowi; wiedziała bowiem 
większość, że chłop nieoświecony i lgnący tradycyjnie do wszystkiego, 



96 



co za ojca i dziada jego było, wszystko da chętniej, ni^, pieniądze i że 
utrudniona tym sposobem zmiana niełatwo przejdzie do dóbr prywatnych. 
Gdy w dobrach prywatnych niepodobna było jakiegoś ogól- 
nego ulżenia dla włościan uchwałą sejmową uzyskać, zezwolono 
przynajmniej w dniu 19 lutego na zaprowadzenie publicznej księgi, 
w którą właściciele ziemscy mieli wpisywać wszystko to, co przezna- 
czają dla chłopów ze swoich dóbr, którzyby się teraz do wojska 
w obronie ojczyzny zaciągnęh, by tym sposobem przemówić do pa- 
tryotyzmu przynajmniej niektórych osób, Odniosło to rzeczywiście 
pewien skutek, fuż w dniu 30 marca, zrobił początek tych wpisów 
Władysław Ostrowski, marszałek Sejmu; oświadczył on, że każdemu 
włościaninowi z dóbr swoich, który po dniu 29 listopada 1830 r. 
w szeregi obrońców ojczyzny wstąpił, chociażby był tylko w jednej 
bitwie, da na własność sześć morgów gruntu, za czynsz roczny od 
jednego morga po 2 złp., któryto czynsz na zaprowadzenie szkoły 
wiejskiej przeznacza; że tego, który okaże poświadczenie odznaczenia się 
w bitwie, zaopatrzy oprócz gruntu jeszcze w żywy i nieżywy inwentarz 
gospodarczy i wybuduje mu bezpłatnie budynki; że po ukończonej 
wojnie każdy z jego wluścianj któryby raz tylko nawet był w bitwie, 
otrzyma oprócz powyższych wynagrodzeń jeszcze 50 złp, i że każdemu, 
którenby jako niezdolny do pracy wyszedł z tej wojny, zapewnia 
przyzwoite utrzymanie. Deklaracya ta ma dopóty moc obowiązującą, 
dopóki dobra te pozostaną jego własnością. Za przykładem marszałka 
sejmowego poszedł brat jego Antoni Ostrowski, komendant gwardyi 
narodowej warszawskiej, tudzież Szczaniecki i jeszcze kilku innych, któ- 
rych nazwisk nie pamiętam. Niektórzy oświadczyli, że natychmiast 
uwalniają chło|>ów w swych dobrach od poddaństwa, znoszą pańszczyznę 
i daniny i tych gospodarzy uznają za właścicieli używanych przez nich 
gruntów^ bez żadnego dla dworu obowiązku , z których rodzin przy- 
najmniej jeden członek wejdzie po tym akcie w szeregi narodowego 
wojska. Inni oddali swoje grunta włościanom w wieczystą dzierżawę, . 
z obowiązkiem płacenia nieznacznego czynszu i z prawem nabycia kie- ' 
dykolwiek własności gruntowej, drogą wy kupna, za spłatą kapitału, 
czynszowi temu odpowiedniego. Wszyscy ci postanowienia swe zaraz 
w dobrach swoich ogłosili. Ale na tych kilku, może kilkunastu, skoń- 
czył się szereg wpisujących. Wielu daleko mniej trapiło zniszczenie 
przez nieprzyjaciela całego ich majątku, niźli myśl zrzeczenia się części 



97 

dochodów na korzyść włościan; bo, jakto zwykle bywa, tamto uważali 
7.a klęskę, której ominąć nie można, a do tego skłonić się nie mogli, 
ponieważ lo od ich dobrej woli i poczucia sprawiedliwości zależało. 

Przybywanie posłów^ z Zabranych krajów i w^icsci o mowach, 
które wypowiedzieć mieli, najwięcej wabiły nas na posiedzenia sejmowe. 
Byli oni po części wybierani ukradkiem w swoich powiatach, bo o wy- 
borach otwartych mowy tam być nie mogło; prócz tego skom])romi- 
towanych obywateli tamtejszych, którzy przekradli się do Kongresówki, 
przyjmowano za członków Izby poselskiej i uważano za posłów z tych 
powiatów, do których należeli. I tak przybywali kolejno z Wołynia, 
Podola i Ukrainy : I^udwik Stecki, który formował wolnych kozaków, 
Narcyz Olizar, którego oddział powstańczy rozbił Rcidiger, Stanisław 
Worcel, Ksawery Godebski, którego ojciec na czele woUyżerów poległ 
pod l^aszynem w r. 1809, Aleksander Jelowicki, Jacek Gołyński, 
Henryk Nakwaski, Ksawery Subatyn, Aleksander Bernatowicz, Aman- 
cyusz Zarczyński, Józef Tomaszewski, Herman Potocki, Daniel Tcho- 
rzewski, poeta Józef Bohdan Zaleski, Wincenty Tyszkiewicz, Jakób 
Malinowski i inni. Niektórzy z nich zasiedli już w [zbie poselskiej, 
innych dopiero oczekiwano; nazwiska ich obiegały w Warszawie, a ja 
je spisywałem. Mowy ich były piękne, patryotyczne, wypowiedziane 
z zapałem, ale po większej części tylko og<łlnikowe; niektórzy opowia- 
dali zajmująco o częściowych powstaniach i w jaskrawych barwach 
przedstawiali stan Zabranych krajów; jeden tylko z nich, jeżeli się nie 
mylę, Olizar, upominał gorąco sejmujących, aby natychmiast uwolnili 
i uwłaszczyli chłopów, przedstawił gruntownie zmianę tę w stosunkach 
społecznych jako jedyny warunek, od którego zawisło szczęśliwe ukoń- 
czenie wojny i oswobodzenie nasze i przepowiadał, że nakazane teraz 
pospolite ruszenie nie osiągnie bez tej zmiany najmniejszego skutku. 
Ale był to gruch o ścianę rzucony; większość posłów już się przy- 
gotowywała do złego końca wojny i poddania się Mikołajowi , byle 
tylko niczego z mienia swego nie uronić. Smutno, kiedy już repre- 
zentacya narodowa lekceważy los swego narodu. Cóż sobie pomyśleć 
o składzie takiego sejmu, który ma w łonie swoim takich ludzi , jak 
Feliks Czarneckie który nie uczęszczał na posiedzenia, a wreszcie na- 
pisał do Prezesa Senatu, iż sumienie mu nie pozwala łamać przysięgi, 
złożonej Mikołajowi. Wykluczono go też z Senatu. Był to ten sam 
Czarnecki, senator-wojewoda, który w roku 1828 wraz z Wincentym 

18 



Saslńskim i z biskupami Koźmiaiuin i Ciitkowskim w sądzie sejmo- 
wym dal głos swój za zbrodnią stanu ośmiu uwięzionych, gdy wszyscy 
inni» których było przeszło trzydziestu, glosowali za uznaniem ich za 
niewinnych. Przy osądzeniu tych więźniów, dwóch tylko głosowało xa 
ukaraniem ich śmiercią, t, j, Krasiński i Czarnecki, Oprócz Czarneckiego 
wykkiczono z Senatu jeszcze siedmiu : Stanisława Zamojskiego, ordynata, 
który pomimo służby w wojsku rewokicyjnem swoich syn<)W i orga- 
nizowania własnym kosztem piątego pułku ulaniiw, wyjechał do Pe- 
tersburga — tudzież biskupa Gutkowskiego, Stanisława i lomasza Gra- 
bowskich, jenerała Wincentego Krasińskiego, kasztelana Walewskiego 
i Aleksandra Potockiego, po odjeździe tego ostatniego do Galicyi. 

Temu przypuszczaniu posłów z Zabranych kraj(')w do reprezen- 
tacyi sejmowej przeciwną była koterya Kanapowa; ona I>owiem, w celu 
zachowania większej świetności rodzin arystokratycznych, /ądała Polski 
Federacyjnej, w którcjby każda prowincya miała osobną reprezentacyc 
i osobny rząd prowincyonalny, aby panowie z jednej prowincyi nie 
upośledzali magnatów z innej, tak w stosunkach jnililirznych, jak pry- 
watnych. Bala się przeto arystokracya Kongresówki, ażeby jej nie za- 
ćmiły bogatsze od niej rodziny z Ulwy, Wołynia, I^odola i Ukrainy. 
Z zasadą fedcracyi wystąpiono na Sejmie w formie zarzutu braku for- 
mainości przy wyborach posłów z Zabranych krajc'łvv, ale nie przyjęto 
zarzutu i uznano wcielenie nowo przyliywającycli posłów za ważne. 

Byliśmy często w kłopocie przy drobnych wypłatach, z powodu 
braku zdawkowej monety. Zatamowanie handlu zewnętrznego i nieufność 
nieodłączna od stanu wojny sprawiły zupełne prawie usunięcie 
z oliicgu monety brzęczącej. Mennica dostarczała jej wprawdzie ciągle 
i Jiainmie] w ilości 20.000 zip. wymieniał codziennie bank w osobnej 
kasie wojskowym, kupcom i najbardziej potrzebującym, ale to nie 
zaspakajało ogólnej potrzeby. Powszechny brak zdawkowej monety 
dawał się czuć dotkliwie, a niechętni rewolucyjnemu rządowi rozgla- 
szali wieści, jakoby przy wymianie w^ banku biletów kasowych do- 
puszczano się nadużyć, a mianowicie » ze kasyerowic za odstąpieniem 
sobie pewnych odsetków wymianę biletów żydom ułatwiają. Ula za- 
pobieżenia przykrym skutkom tych pogłosek ogłosił urząd municypalny 
Warszawy w dniu 17 lipca, że w wykonaniu uchwały sejmowej z dnia 
l Upca, dla zaradzenia potrzebie drobnych pieniędzy i ulżenia obecnemu 
natłokowi przy wymianie w kasie bankowej, wypuszczone będą w o!)ieg 



09 



papierowe Uiety, jednozlotowe zielone, a dwiizłotowe //M^^^uma 
dziesięciu niiliun(łvv złotych, w zamian za tak^z ilość 50złotowych, 
które zaraz z obiegu wyjęte i spalone zostancj i że te nowe bilety 
we wszystkich kaliach jak bilety kasowe i bankowe, bez żadnego po- 
trącenia, w^ podatkach i każdego rodzaju dochodach przyjmowane i 
w kasie bankowej zmieniane będą Jakoż rzeczywiście pokazały się 
wkrótce zielone bilety, co bardzo ułatwiło wypłaty. 

Prezydent miasta nie poprzestał na powyźszem ogłoszeniu, ale 
nakazał scisle docliodzenie, w celu dotarcia do źródła tych poijłosek, 
krzy wdzijcych kasyera bankowego. Jakoż wiceprezydent miasta i refe- 
rendarz stanu Gerlicz zajął się tern sprężyście i wykrył sprawcę tych 
oszczerstw; był nim Borkowski, radca prawny komisyi województwa 
mazowieckiego, któren z nienawiści ku jednemu z kasyerów kłamliwe 
te rozpuszczał wieści, co świadkami udowodniono. 

Pewnego dnia w kawiarni młody człowiek, z którym tam często 
schadzaliśmy się , zachęcał nas do przystąpienia do Towarzystwa pa- 
tryotycznego, aby to towarzystwo, jak mówił, miało także przedsta- 
wicieli Galicyi. Gdyśmy już wkrótce do obozu udać się mieli, nic 
chcieliśmy się niczem krępować, coby nasz pobyt w Warszawie prze- 
dłużyć mogło; ale, ciekawością zdjęcia byliśmy kilka razy na jego po- 
siedzeniach. Jak nazwiskiem tego towarzystwa do jego odwiedzania 
zachęceni, tak treścią jego narad rozczarowani, niedługo powtarza- 
liśmy te odwiedziny. Przy pierwszym zaraz wstępie zobaczyłem między 
zgromadzonymi Józefa Zochowskiego, którego u wuja Dobrzańskiego 
w Korchowie poznałem* Gdy mnie zobaczył, zdziwił się i półgłosem 
radził nam, abyśmy nie tracili czasu na uczęszczanie do tego zgroma- 
dzenia, bo się zaraz przekonamy, że nie odpowiada nazwie swojej. 
Jakoż rzeczywiście rozpraw iano o niesprawiedliwem rozdawaniu krzyżów 
przez Naczelnego Wodza i o uchwaleniu do niego w tym względzie 
adresu. Nie przyszło jednak do uchwały w tej sprawie, w skutek 
przedstawienia jednego z członków, że towarzystwo nie o tern radzić po- 
winno, o czem wie z posłuchów i domysłów, ale o tenr, o czem dokładnie 
jest poinformowane. Upow^iadal nam póŻLiiej Żochowski, że na tych po- 
siedzeniach rozprawiano przedtem o jakimś Gołku, członku towarzystwa, 
a mianowicie, czy nie wypada zakazać mu występowania z mowami na uro- 
czystych obchodach; że pewnego razu podniósł przewodniczący, że Towa- 
rzystwo wiele zyskało przez odprawienie nabożetistwa przy węgielnym ka- 



100 



mieniu kościoła Opatrzności, bo z mów tam powiedzianych przekonała się 
publiczność o jego dążności; że rozbierano z pilnością fn-zcdniiot o 
afiszach teatralnych, z tego powodu, że wyczytano na nich słowa; 
jpZa pozwoleniem Rządu narodowego", że więc przy wolności ogólnej 
jeden tylko teatr o pozwolenie prosić musi i że nad tern strawiono 
kilka posiedzeń ; że w dniu 2y czerwca, podczas uwięzienia kilku osób 
o kontrrewolucyę obwinionych, rozbierano przedmiot o hrabiach i 
książętach, żądając, a^eby na przyszłość zaprzestali używać tych tytu- 
łów i że inne błahe przedmioty roztrząsano, kt<)re dla prawdziwych 
patryotów w teraźniejszym wojennym czasie zupełnie były obojętne* 
Wtenczas dowodów prawdziwego patryotyzmu potrzeba było szukać 
w wstąpieniu w szeregi armii, lub w ofiarach, a właśnie członkowie 
Towarzystwa od tego się uchylali. Opowiadał nam Zochowski, że 
z całego Towarzystwa, do klurego około 500 członków należało, 
tylko sześciu weszło do wojska, a mianowicie Maurycy Mochnacki, 
założyciel Towarzystwa, który nie mógł go uchronić od zwichnięcia 
i wolał wziąć udział w boju, niż bezowocnych naradach — Chrząszcze- 
wski, Rettel, Krępowiecki, Dembiński i nasz Zochowski, którzy służyli 
pod Dwernickim i odbyli w jego korpusie krótką, ale świetną kam- 
panię* Ten ostatni dostał się pod Boremlem do niewoli moskiewskiej, 
jednak umknąwszy przybył przez Galicyę do Kongresówki. 

Zochowski wnosił, aby się odezwano do kobiet warszawskich^ by 
za przykładem galicyjskich patryotek, wystraszyły zajęczemi skórkami i 
kądzielą młodzież, kryjącą się bezwstydnie w Warszawie, a nie mającą 
udziału w boju (przedmiot drażliwy dla członków Towarzystwa, będących 
w tem samem [położeniu); innym razem wniósł, aby się zająć pospo- 
liteni ruszeniem i aby zdolnych do boju ekonomów lazaretowych i 
magazynierów zastąpić skaleczalymi w bojach żołnierzami, a tamtych 
do wojska zabrać, ale przewodniczący odezwał się zaraz» że to nie 
należy do kwestyi, będącej przedmiotem dyskusyi. Wniosek zaś jednego 
z członków, aby Towarzystwo rozbierało zasady przyszłej konstytucyi, 
przyjęto wprawdzie, ale zapomtiiano później o nim, bo obrobienie tego 
przedmiotu w domu i przygotowanie się do rozprawy o nim koszto- 
wałoby wiele pracy, a członkowie woleli lekkimi zajmować się przed- 
miotami, w których bez przygotowania i wiadomości mogli występo- 
wać ze zdaniami lub dowcipem rozśmieszać i zbierać oklaski. 



101 



>kie niedołęstwo Towarzystwa, zwanego patryotycznem, spo- 
M\\o Zochowskicgo do wystąpienia, a myśmy go nanumili do 
opisania lego, co nam opowiadał, w pismach publicznych, i w istocie 
I ►odął un du jednego z dzienniku w swoje uwagi |)od tytułem „Prace 
lowarzystwa patryotycznego", ktiire jeszcze w Warszawie czytaliśmy, 
a kt('»ry to wesoły opis i ubawił niejednego i satyrycznem przedsta- 
wieniem rzeczy większe wywarł wrażenie, niż najżarliwiej udzielane 
rady i uw^agi. 

Zdaje się, ke Towarzystwo patryotyczne chciało przywłaszczyć 
sobie pewną władzę i dla tego traciło z oka prawdziwe swoje prze- 
znaczenie, pracowania nad oświeceniem opinii publicznej. Wolność 
druku jest jedynym środkiem, za którego pomocą nie mający władzy 
zostają współsternikami sprawy publicznej. Zadaniem tego Towarzy- 
stwa było rozbudzanie ducha narodowego i oświecanie opinii^ tudzież 
ożywianie działania władzy zdrową radą i wytrawnem zdaniem , wy- 
świecanie jej dążności, prostowanie usterek, oddawanie ich przed sąd 
narodu. Ale Towarzystwo dążyło do poparcia czynem swych obrad 
i tak zakładało szkoły i komitety do przysposobienia saletry, przy- 
gotowywało adresy, domagało się usunięcia osób, użytych do służby 
publicznej, zapowiadało wymiar sprawiedliwości. Tym sposobem pod- 
kopywało władzę, i w celu zwrócenia powszechnej uwagi na swe 
działania, usuwało zaufanie do wojska, Izb i Rządu, jednak więlisza 
część uchwalonych przedsięwzięć rozbijała się i upadała własną nie- 
mocą. Osoby, wyznaczone do sporządzenia saletry i czuwania nad 
jej fabrykacyą, dla braku potrzebnej nauki, nie mogły się zająć poru- 
czonem sobie dziełem; uchwalony adres do króla angielskiego upadł 
samą śmiesznością swoją; ogłoszenie dowolnego wymiaru sprawiedli- 
wości prowadziło do nadużyć, zbieranie składek na założenie szkół 
dla sierót po poległych wojownikach i na korzyść zniszczonych 
wojną mieszkańców zawiślańskich, obudziło nawet podejrzenie publi- 
czności, bo szkoły osobne obok rządowych nie były potrzebne, a 
składki na nie należało oddawać Komisyi oświecenia, nieskładanie zaś 
rachunków z tych funduszów obudzalo wątpliwość, czyli sumy w ten 
sposób zebrane doszły swego przeznaczenia, 'ł owarzystwo to starało 
się zakładać oddziały filialne i roznosiło nieufność, rozdwojenie, nie- 
snaski; przywłaszczało sobie atrybucye i władzę Rządowi i Sejmowi 
tylko służącą, głosiło o swoicli obradach i uchwałach, dawało upo- 



102 

ninienia rzi^dowi , dowódcom i obywatelom, rozjłisywało od siebie 
odezwy do narodu, uzniwafo niektóre ministerstwa za niepotrzebne, 
jedneni, słowem bawiło się naśladowaniem czynności rzcidowych, za* 
miast kierowania opinia publiczną słowem i czynem. 

Towarzystwo patryotyczne zawiązało się zaraz w pierwszych 
dniach powstania, to jest w dniu l grudnia 1830 i składało się 
z młodzieży uniwersyteckiej, adwokatów, uczniów szkoły podchorążych, 
olicerów, którzy rozpoczęli powstanie i mieszczan warszawskich. Na 
czele jego stanął adwokat, Ksawery Bronikowski, ale duszą jego był 
Joachim Lelewel, uczony badacz historyczny, który miał wielki wypływ 
na młodzież i w ogóle umysły gorętsze. Towarzystwo to wiele się 
przyczyniło do rozbudzenia uczucia narodowego i pierwszy krok jego, 
który wielkie sprawił wrażenie, umocnił we wszystkich umysłach 
przekonanie o potrzebie jego istnienia. Tym krokiem było zdrowe 
wyjaśnienie położenia i przedsta\vienia konieczności usunięcia oJ kra- 
jowej administracyi ludzi, ustanowionych przez cara, nie posiadających 
zatem zaufania narodu i zastąpienia ich ludźmi odpowiednimi* Przy- 
chylono się powszechnie do tej myśli, a w skutek tego wezwani zo- 
stali do ustąpienia : Sobolew^ski, Grabowski, l^autenstauch, Kosecki i 
t redro. Złożyli oni teni chętniej swoje godności, że uwolnili się przez to 
od trudnego dla siebie położenia. Miejsce ich zajęli Leon Dembowski, 
Joachim Lelewel i Małachowski, Towarzystwo popełniło wówczas ten 
wielki błąd, że od tego usunięcia wyłączono Lubeckiego^ którego 
|>rzychylność ku Moskwie dokładnie była wiadomą. Zatrzymano go 
dla jego wielkich zasług, położonych w uporządkowaniu skarbowości, 
Chciano być sprawiedliwym i zapomniano o tern, że odstąpienie od 
zasady jest zgubą rewolucyi* Skutki tego błędu daty się w^krótce 
uczuć, bo Lubecki swoją przewagą umyslowij nakłonił now^ych swoich 
kolegów do wysłania do cara prawie błagalnej depulacyi i tern w sa- 
mych poci;ątkach zwichnął działania rewolucyjne, sama bowiem myśl 
układów^ z nieprzyjacielem j rewolucyą podkopywała. Skutkiem wy- 
słanej deputacyi, z którą Lubecki wyjechał, był dumny i groźny nakaz 
carski bezwarunkowego poddania się^ czego się każdy mógł i powi- 
nien był spodziew-ać. Gdyby Towarzystwo patryotyczne nie odstąpiło 
od swych pierwotnych celów, t. j, kierowania opinią pubłiczną i kon- 
trolowania w^ładz rządowych, mogłoby było wielkie oddać usługi^ ale 
gdy go opanowali próżni krzykacze, a naw^et przewrotni ludzie, którzy 



* 



103 



nie rozumieli właściwego zadania i nie umieli^ albo może nawet nie 
chcieli prowadzić go należyta droga — stało się tylko przedmiotem po- 
śmiewiska, pogardy i odrazy ludzi rozumnych i uczciwych. 

Po (łrzybyciu Paszkiewicza i ubjęriii przezeń gluwiicj komendy nad 
wojskiem moskiewskicm w Płockiem, rciine i przestraszające zaczęły 
obiegać wieści. Mówiono, źe się posuwa na czele wielkiej siły ku 
granicy jiruskiej i źe tutaj, w okolicy Nieszawy, przygotowuje dlań 
rząd pruski most do przejścia przez Wisłę. Tymczasem sł^>^'i^^ armia 
polska stalą ciągle bezczynnie, a narzekania na Skrzyneckiego były 
coraz głośniejsze. Odpowiadał on na czynione mu zarzuty, że Moskale 
przeszedłszy Wisłę, odcięci od swoich magazynów przez wojska nasze 
i powstanie w dawnych polskich prowincyach, wyginęliby nawet bez 
oporu z naszej strony, ałe teraz, gdy w Prusicch znaleźli arsenały, 
magazyny i fortece, a w razie klęski znajdą ztamtąd [Kirnoc wojskową, 
daremne byłoby opieranie się z naszej strony, bobyśniy z dwoma 
IK)tęznymi nieprzyjaciółini mieli do czynienia, ale oczekujmy Paszkie- 
wicza pod Warszawą, gdzie na okopach jej znajdzie on niezawodną 
zgubę z armią swoją, wynoszącą nie więcej, jak f>r),o(>o ludzi. 

Pymczasem oswajali się Warszawianie z myślą oblężenia miasla i 
zac7.ęli zaopatrywać w żywność, mniej więcej na sześć tygodni, bo 
dłuższego oblężenia nie spodziewano się i miano silną wiarę, że Mo- 
skale w przeciągu tego czasu znajdą gr<)b w okopach Warszawy. 
W dniu 13 lipca okazała się odezwa Rządu narodowego, donosząca 
o zamyśle Paszkiewicza przejścia przez Wisłę, aby tym krtłkicm uprze- 
dzić wdanie się za nami mocarstw europejskich. Odezwa przygotowy- 
wała mieszkańców do możliwego uderzenia wojsk nie[>rzyjacie!skich 
na stolicę i i>rzypomina1a im pola grochowskie, gdzie oręż polski bez 
szańców odparł ogromne i śvvi( że ich siły; teraz zaś przybędą oni na 
niewątpliwą swą zgubę, bo odcięci od wszelkich dostaw i posiłków 
cały kraj znajdą w pospoliteni ruszeniu, a w ulicach i domach twier- 
dze i nieulękłycli oljywaleli. Rząd narodowy wezwał nadto obywateli 
do zaopatrzenia się w żywność, chcąc wcześnie zapobiec niedostatkowi 
podczas oblężenia Warszawy, Kiedy w skutek tego wielu z mieszkań- 
crJw zaczęło zakupywać \\icksze zapasy żywności, natychmiast znaleźli 
się żli ludzie, którzy zamierzyli korzystać z tego położenia. Byli to 
chciwi przekupnie, którzy podwoili ceny swych wiktuałów i tak zwane 
duchy moskiewskie, kt('łre zaczęły ubolewać nad stanem biedniejszych, 



104 

którym brak zasobów nie pozwoli zaopatrzyć się na czas dłuższy, aby 
tym sposobem wzniecić zamieszanie w mieście. Te wieści weszły nawet 
do niektórych pism publicznych i radzono podstępnie, aby moiniejsi 
zaopatrywali się na sześć tygodni w żywność, a biedniejsi, którzy nie 
mają funduszów do jej zakupienia za podwyższoną cenę, aby się od- 
dalili z miasta. Powstało narzekanie i popłoch, bo dokądźe ci nieszczę- 
śliwi udać się mieli. Takie wieści mogły pobudzać do niepokojów 
wewnątrz i ułatwić Moskaiom wzięcie Warszawy* Nalegano więc na 
[\ząd narodowy, ażeby zakładał magazyny, któreliy powstały z opisania 
stanu zasobów wszelkiej żywności, będącej w Warszawie i zabrania 
takowej w płatną rekwizycyę, lub aby ustanowił proporcyonalne ich 
ceny i one ogłaszała tudzież aby odwołał urzędników mniej potrzebnych^ 
pozostawiwszy wykonawcze wydziały, a młodzież wysłał do boju i tym 
sposobem pozbył się tych , którzy niekoniecznie muszą pozostać. 

Codzień wychodziły odezwy do mieszkańców, zachęcające do 
obrony i spokojności lecz odezwy te bardziej jeszcze powiększały nie- 
pokójj bo wnoszono z nich o zbliżaniu się nieprzyjaciela, a nie widziano 
odpowiednich przygotowań ze strony wojska polskiego. Narzeka- 
nia na Skrzyneckiego powiększały się z każdym dniem » rosło 
podejrzenie przeciw wielu jenerałom. Wojsko nawet zaczęła okazy- 
wać zniechęcenie, chciało się bić, wołało, by je prowadzono do walki, 
ale wszystko nadaremnie, ISylo nawet kilka przykrych demonstracyj 
z tego powodu. 

Nim jeszcze w^iadomość doszła do Warszaw^y o przejściu Wisły 
przez armię Paszkiewicza, wezwała rada municypalna obywateli War- 
szawy w dniu 19 lipca, by |>o>pieszyli z odpowiedniemi narzędziami 
do ukończenia rozpoczętych waknv, sypanych za Wolą i Pow^^zkami, 
'l'o samo wezwanie powtórzył Rząd narodowy. W dniu 21 lipca 
mnóstwo mieszkańców pospieszyło na okopy za jerozolimskie i 
wolskie rogatki. Kobiety i mężczyźni bez różnicy stanów, nawxt 
dzieci, księża i żydzi, z rydlem w ręku ubranym w kwiaty i w^stęgi o 
barwach narodowych, tworzyli długi szereg, który zachwycał i roz- 
czulał. Pochód rozpoczęła muzyka gwardyi narodowej. Narodowe me- 
lodye muzyki, nadawały coś wzruszającego tej ogromnej masie ludu* 
Gwardya narodowca szła w kilku oddziałach, cechy rzemieślnicze z cho- 
rągwiami, pod przew^odnictwem rady municypalnej. Każdy prawie 
niósł 2 sobą żywność, a na końcu postępowali to słudzy i służące, 



105 



^ 
P 



to przekupnie z potrzebnymi zapasami* Bez rozczulenia nie można 
było patrzeć na kobiety i mężczyzn, bez różnicy stanu, wieku i religii 
wyrzucających podczas skwaru słońca rydlami ziemię , przy patryo- 
tycznych śpiewach; widoczna była emulacya między pracującymi 
w szybkości i pilności. Żołnierze, różnej broni i stopnia, chwycili także 
za rydel. Prezes Rządu» Adam książę Czartoryski toż samo z rydlem 
w ręku przykładem i zachętą dodawał ochoty ; przyjmowano i żegnano 
go z okrzykami, a książę spełnił podany sobie puhar wina za zdrowie 
gwardyi narodowej^ wszystkich mieszkańców, tudzież pracujących kobiet. 
I dzieci się uwijały, jak mogły. Także straż miejska żydowska w mun- 
durach i urzędnicy różnych wydziałów, pracowali zarówno z wszy- 
stkimi* Był to czarujący widok różnobarwnych robotników, pracujących 
z skrzętnością mrówek. Przed opuszczeniem wałów odczytał jeden 
z członków Rady municypalnej podziękowanie Prezydenta miasta pra- 
cującym i w^ezwanie do zbierania się robotników do sypania wałów, 
codziennie o godzinie 5 rano w ratuszu. Późnym wieczorem wracali 
wszyscy znowu w tym samym porządku, jak wychodzili rano, z muzyką 
i z wieńcami na rydlach, aby nazajutrz i tak długo powtarzać ten 
pochód i robotę, dopóki wały i okopy nie będą ukończone. Nazajutrz 
sklepy i warstaty były pozamykane, bo wszyscy kupcy z czeladzią, 
fabrykanci i rzemieślnicy, udali się na okopy. Niektóre sądy w całym 
składzie pospieszyły także. Wielu zostawało tam na noc, aby uniknąć 
wielkiego skwaru dziennego i pracowało z rana. Żołnierze 8. i oddział 
4. pułku piechoty, za zezwoleniem zwierzchności obozowej, przybyli 
w nocy do okopów, pracowali noc całą, a w dzień pospieszyli do 
obozu. Robotę podzielono w ten sposób, że kobiety na wysokości 
wałów równały nasyp, wedle wyciągniętej i wskazanej linii, a mę- 
szczyżni wyrzucali ziemię do góry. Muzyki zaś obchodziły wszystkie 
miejsca pracy, grając narodowa melodye, które wszyscy za muzyką 
śpiewali. W jednym z następnych dni miał cały Rząd narodowy i 
wszystkie ministerstwa udać się lam, dla podzielenia z mieszkańcami 
I pracy około obwarowania miasta, ale gdyśmy w dniu 23 lipca po- 
spieszyli do pułku, nie byłem temu już obecnym, 

W tej ostateczności, gdy pewną otrzymano wiadomość o przejściu 

Wisły przez Paszkiewicza, którego już niedługo spodziewano się pod 

1 Warszawą i gdy pomimo to widziano nieczynność wojska narodowego 

^m i widocznem było publiczne z tego powodu sarkanie na Naczelnego 

I • 



i 



106 

Wodza, obudziła się troskliwość w przedstawicielach narodu, na któ* 
rych głównie ciężyła odpowiedzialność wobec ówczesnego i przyszłych 
pokoleń. Przeto Izba poselska, chcąc poznać stan, w jakim znajdują 
się działania wojenne, usłyszeć tłómaczenia się Naczelnego Wodza z ro- 
bionych mu zarzutów, osądzić dalsze jego plany i wiedzieć, jakich 
jłotrzeba jeszcze ofiar, poleciła Rządowi narodowemu i Naczelnemu 
Wodzowi zwołanie wielkiej rady wojennej, która z w^ysłannikami Izby 
miała się naradzać nad obecnem położeniem kraju i postanowić, co 
w tych naglących okolicznościach nartid jeszcze uczynić powinien. Ta 
rada zebrała się rzeczywiście, a należeli do niej członkowie Rządu na- 
rodowego, Naczelny Wódz, wojskowi w^ czynnej służbie będący, wy- 
brani przez Rząd wraz z Naczelnym Wodzem i członkami Izby posel- 
skiej po jednym z każdego województwa, a mianowicie Łuniewskł, 
Gustaw Małachowski, Bonawentura Niemojewski, Józef Swirski, Cheł- 
micki, Walenty Zwierkowski, Ignacy Wężyk, Józef Wiśniewski, Narcyz 
Olizar, Aleksander Jełowicki i Józef Bohdan ZaleskL Poseł Zwierko- 
wski zdał z niej sprawę przed Izbą i uspokoiły się nieco umysły 
mieszkańców. Izbie tylko ogólny wypadek narady został przedstawiony, 
szczegóły zaś, dotyczące rozpolożeniłi wojska i plany dalszych wojen- 
nych czynności, pozostały w ukryciu. Sprawozdawca zapewnił, że 
stan wojska daje zupełną narodowi rękojmią zniszczenia zastępów nie- 
przyjacielskich, gdyż wojsko nasze jest liczniejsze od tego, jakie było 
w bitwie pod Grochowem, a moskiewskie ledwie połowę dawniejszej 
ich siły wynosi, że zaopatrzenie wojska nic nie pozostawia do życzenia, 
i że Wódz Naczelny i wojsko postano wiii^ zgodnie z życzeniem narodu, 
umrzeć albo zwyciężyć. Zapewnienia te rozbroiły wpraw^lzie głównych 
krzykaczy, ale przecież, po tylu zawodach i przy ciągiem, widocznem 
ociąganiu się, nie wróciła zupełna otucha ani wiara w wodza. 



IV. 

Aresztowania i rozruchy w drtiu 29 czerwca. 

Podczas pubytu mego w Warszawie byłem świadkiem wydarzeń, 
które poruszyły calłj stolicę i w niemały kłopot wprawiły Rząd naro- 
dowy i Naczelnego Wodza. Powodem ich było odkrycie spisku mo- 
skiewskiego przeciw naszemu powstaniu. Kto ten zamach odkrył i 
w jaki sposób, zostało dla publiczności tajemnicą. Za najpewniejszą 
podawano sobie laką wieść, że Władysław Tyszkiewicz, po rozbiciu 
oddziałów powstańczych w ziemiach Zabranych przemknąwszy się do 
Gałicyi, dowiedział się o spisku od pewnego człowieka, który był po- 
wiernikiem pułkownika Breindla, podówczas rezydenta moskiewskiego 
we Lwowie. Tyszkiewicz przesłał Skrzyneckiemu przez pewną kobietę 
dokładną wiadomość o spisku. Zamiarem Moskali było wzniecić w sto- 
licy zaburzenie, rozszerzyć je po całym kraju ^ obietnicami i rublami 
pozyskać zwolenników, szerzyć niepokojące wieści, rozrywać siły naro- 
dowe i uwagę Rządu. 

Krążyła nawet pogłoska, szczegółowo podająca plan tego sprzysię- 
żenia, które w cukierni Lesia uknute być miało; mówiono, że przede- 
wszystkiem dążyli spiskowi do tego, aby przeciw Naczelnemu Wodzowi 
podburzyć wojsko, które zniechęcone powróciło zpod Kocka, z haniebnej 
wyprawy przeciw ł^iidigerowi, że chciano za pomocą moskiewskich 
jeńców opanować warszawski arsenał, uzbroić ich i zniszczyć most na 
Pradze, dla odcięcia wojska, będącego na prawym brzegu Wisły; ie 
równocześnie mieli Moskale przejść Wisłę pod Płockiem lub Dobrzynem 
i uderzyć na Warszawę; że w ten spisek byli już od dawniejszego 
czasu wciągnięci jenerałowie Jankowski i Bukowski; wreszcie, że ku 

I temu celowi miały być u Lesia złożone trzy miliony rubli. 
W dniu 28 czerwca, późnym wieczorem, otrzymał Skrzynecki tę 
wiadomość. Zaprosił zaraz członków Rządu narodowego i po naradzie 



108 

z nimi rozkazał gubernatorowi miasta, aieby jak najspieszniej uwięził 
nie tylko tych, na których to ciężkie podejrzenie padało, ale także 
wszystkich , mających z nimi bliższe stosunki* Jakoż jednych uwię- 
ziono, a drugich zatrzymano w pomieszkaniach, stawiając im przed 
domami straż z gwardyi narodowej. Uwięziono w nocy i nad ranem; 
Antoniego Sałackiego, jenerała bez służby, Kaźmierza Słupeckiego, puł- 
kownika, również nie będącego w służbie, szambelana Fenshave (Fencz), 
brata jenerała moskiewskiego tegoż nazwiska i pułkownika Jankowskiego, 
brata jenerała. Aresztowano także panią Bazanów, której listy, pisane 
do męża w Moskwie, przejęto — ^i inne kobiety, a między niemi niejaką 
Krasnodębską , przyjaciółkę jenerała Hurtiga. 

Do osób, którym przed domem postawiono straż z gwardyi na- 
rodowej, należeli: cukiernik Lessel i jenerał artyłeryi Hurtig, dawniej 
komendant Zamościa, znany z okrucieństwa, znienawidzony powszechnie, 
wówczas bez służby, którego jako głównego agenta Moskwy w tym 
spisku wymieniano. 

Gdy w tej porze noc jest bardzo krótka, przeciągły się te areszto- 
wania i rewizye do rana, kiedy już mieszkańcy z domu wychodzić za- 
czynali, a zdziwieni postawieniem straży w niezwykłych miejscach, 
zaczęli się przed tymi domami zgromadzać i pytać, co to znaczy? 
Zanim jeszcze zebrała się większa liczba ciekawych^ przed cukiernią 
ogrodu Saskiego, wyprowadzono z niej spokojnie cukiernika Karola 
Lcssla i odstawiono do więzienia. To obudziło większą jeszcze cieka- 
wość, a -ludzie rozbiegli się po ulicach^ opowiadając sobie różne do- 
mysły i szukając podobnych straży przed innymi domami. Gdy taką 
samą straż zobaczono przy Swiętojerskiej uhcy, przed pomieszkaniem 
Hurtiga, zaczęto się lam liczniej zgromadzać. Krążyła już wieść o od- 
kryciu moskiewskiego sprzysiężenia i obiegały różne spisy uw ięzionych i 
podejrzanych, jak się zdaje, tylko na podstawie domysłów układane. 
Z tych rozmaitych opisów ułożył znowu dziennikarz Psarski osobną 
listę podejrzanych i wydrukował ją tego samego dnia w wydawanym 
przez siebie „Merkurze" ; na łiście tej były także nazwiska jenerałów 
Jakóba Redlą i Zawadzkiego, w skutek czego porucznik Redel, syn 
jenerała, wspólnie z jenerałem Zawadzkim napadli l^sarskiego w jego 
pomieszkaniu i znieważyli go czynnie. 

Dzień 2Q czerwca jest dniem św^iątecznyni apostołów Piotra i Pa- 
właj a właśnie piękna była pogoda; mnóstwo więc ludzi krążyło po 




109 



W 



^ 



^ 



ulicach; powtarzano sobie wieść o sprzysiężeniu moskiewskiem, odczy- 
tywano spisy osób podejrzanych i zaczęto tkic okna ich pomieszkań. 
Nie poprzestając na wytłuczeniu okien w cukierni Lesia, chciano ją 
zniszczyć, ale gwardya narodowa temu zapobiegła. Gdy wreszcie roz- 
głoszono, że jenerała Hurtiga mają prowadzić do więzienia , zebrał się 
tłum ludu już przed siódmą godziną zrana, przed jego po- 
mieszkaniem, dokąd i ja takie z ciekawości pospieszyłem i byłem 
świadkiem wszystkich wydarzeń tego dnia, jakie się tylko w czasie 
rewolucyi pojawiają i które anarchicznem rozkiełzaniem i wzięciem 
góry namiętności, robiącej samej sobie sprawiedliwość, prowadzą 
częstokroć do zwichnięcia rewolucyi, czego jednak jeszcze w dniu 
tym w Warszawie nie doświadczono. Gdy przed pomieszkaniem Hur- 
tiga większe i groźniejsze spostrze^.ono zbiegowisko, niż gdzieindziej, 
wystąpiły dwa bataliony gwardyi narodowej i uzbrojona straż bezpie- 
czeństwa, aby zamknąć przystęp do Swiętojersktej ulicy ; szwadron 2 
pułku ułanów stanął na placu Krasińskich, a pojedyncze oddziały 
gwardyi narodowej przebiegały znaczniejsze ulice, aby przeszkodzić gro- 
madzeniu się ludu. Wszystko to jednak nie pomogło, ulica Swięto- 
jerska napełniła się ludem. 

Pierwszą oznaką powszechnego oburzenia było wylłuczenie okien 
Hurtigowi, a cały zgromadzony tłum ludzi krzyknął: ,^Smierć zdrajcy!" 
Na to wyjrzał Hurtig oknem i zawołał : „Obywatele! jam niewinny!" — 
ale odpowiedziano mu kamieniami, Wchodowe drzwi od kamienicy 
były wąskie, pchano się do nich, aby wyciągnąć Hurtiga z pomie- 
szkania, lecz gwardzista ogromnego wzrostu i niepospoliej siły zastąpił 
wchód i wziąwszy broń do ataku, zawołał groźnym głosem, że 
przebije każdego, ktoby się poważył do niego przybliżyć. Cofnięto się 
na takie dictum acerhum, tylko rozległ się krzyk kilku tysięcy ludzi, 
któremi zapchana była ulica: „Na latarnię ze zdrajcami! Będziemy 
mieli co wieszać, bo już jest wielu uwięzionych!" Tymczasem 
odbywało się na piętrze przetrząsanie pomieszkania Hurtiga i 
zbieranie jego papierów przez urzędnika z kilkoma gwardzistami, kto* 
rzy tam weszli przed zebraniem się ludu na ulicy. Po niejakiej chwili 
podczas ciągłego krzyku i napełniania się sąsiednich ulic, kilkunastu 
gwardzistów z karabinami wyprowadziło Hurtiga z kamienicy, by go 
zaprowadzić do reszty uwięzionych, Tłum, ujrzawszy go w pośród 
siebie, z wściekłością rzucił się ku niemu, by go wydrzeć gwardyi. 




110 



Gwardziści, za pomocą najeżonych bagnetów, chociaż z trudnością 
przepychali się przecież z swym więźniem, W tern jeden z gwar- 
dzistów upadł na ziemię , zaplątawszy nogi na podstawionym sobie 
kiju i w okamgnieniu wdarto się w środek ^ roztrącono resztę gwar- 
dzistów i porwawszy Hurtiga z okropnym krzykiem: ^Na latar- 
nię z nim!^ niesiono go już do najbliższej latarni. Ale przytomność 
Hurtiga uwolniła go jeszcze od śmierci, odezwał się bowiem donośnym 
głosem: „Dajcie mi pokój, ja jeszcze więcej wydam!** Gdy jedni wo- 
łali „Wieszaj", przemógł głos drugich, że on nam nie ujdzie, później 
go powiesimy, a przed sądem niech wydaje więcej. Prowadzono go 
więc dalej ku zamkowi^ aby go oddać Sejmowi, właśnie wówczas 
obradującemu. Straszny był ten pochód* Piekło rozwarło wszystkie swoje 
bramy i wypuściło swe furye na Warszawę, aby sponiewierać 
jednego człowieka, a tysiące ludzi rozwścieklić. Przeraźliwy krzyk towa- 
rzyszył temu pochodowi, każden wrzeszczał z całej siły, to przeklinając 
prowadzonego, to wyrzucając mu zdradę, to wzywając do powieszenia 
go, to zadania mu śmierci jakimkolwiekbądź sposobem, to znowu od- 
wodząc od doraźnego ukarania, aby więcej wyjawił jako rozgłoszony 
naczelnik spisku i aby uszanować prawo — ale nikt nie śmiał się 
odezwać z głosem politowania i miłosierdzia, aby go nie uznano za 
wspólnika zdrady. Kto tylko m(>gł, przedzierał się do niego przez 
ścieśniony tłum, w ulicy l^reta podarto na nim zupełnie jeneralski mun- 
dur, a kawałki z niego rzucano po drodze na latarnie ; gdy mu wy- 
padł zegarek, a on się schylił po niego, wydarto mu go, roztrzaskano 
o bruk i podeptano z krzykiem: „Nie będziesz się nim cieszył łotrze!" 
obdarto mu szlify, zerwano czapkę z głowy i jiodarto, targano za 
włosy, dawano policzki, pluto w oczy, kopano go nogami, obnażano 
gdzie niegdzie ciało, kłuto go nawet czcmś, lub może nawet drapano 
paznokciami, bo z pomiędzy wiszących kawałków poszarpanego 
munduru i koszuli wyglądała krew, słowem, nie było najdokuczli- 
wszego zhańbienia człowieka, któregoby nie dopuszczono się na nim. 

Ta wściekłość udzielała się tłumowi tego pochodu, jakby 
powietrzna zaraza, z każdego oczu wyglądało piekło i chciwość pa- 
stwienia się. Ta zwierzęca zapamiętałość opanowała i mnie; gdybym 
się był mógł przedrzeć do niego, byłbym wyprawiał to samo, co 
drudzy, a przecież, gdy mnie ten zar.iźliwy szał ominął, a żywo sobie 
wyobraziłem to zbestwienie człowieka, nie mogłem po tym okropnym 



: 



111 

dniu spać noc całą; potępiałem czyn zdrajcy, ale oburzała mnie ta 
zwierzęcość, sam sobie darować nie mogłem, że się dałem porwać 
tym dyabelskim szalem. 

Jakby na rzucenie rozwścieklonemu ludowi ofiary do pastwienia się, 
nie uwięziono go w nocy razem z innymi, a rozgłoszono, że miał głó- 
wny udział w spisku dla podmuchnięcia zapamictałoki, czekano dnia, 
jakby chciano pokazać światu rozkietzanie chuci zemsty. Gdy ten 
tłum o godzinie i \ przed ()ołudniem doszedł powoli do Starego 
Miasta i zbliżał się do placu Zygmunta, a coraz głośniej odzywał 
się wrzask, aby Hurtiga powiesić przy zamku, batalion gwardyi 
narodowej, zasłaniający wchód zanikowy, natarł bagnetem, tłum bez- 
bronny cofnął się i gwardya, wydarłszy mo Hurtiga, zaprowadziła 
go do zamku. 

Uspokoił się nieco lud, lecz gęsto zalegał nie tylko plac Zygmunta, 
ale i ulice przytykające do niego, a najwięcej Senatorską, Krakowskie 
przedmieście i św. Jana. Przerażający krzyk • przeszedł w głuchy szmer^ 
nikt nie myślał ustąpić z miejsca w tern przekonaniu, że taka okropna 
zbrodnia przeciw narodowi, doraźnie dziś jeszcze ukaraną będzie. 
W tern ktoś z daleka zawołał „Książe jedzie!" I rzeczywiście, jechał 
powoli przez llum książę Adam Czartoryski, prezes Rządu narodowego 
w odkrytym powozie od Naczelnego Wodza, zapewne z narady o od- 
krytym spisku, a lud wołał „Sprawiedliwości!" Książe, z odkrytą 
głową stojąc w powozie, przemawiał donośnie, że winni według 
wszelkiej surowości prawa w 24 godzinach ukarani będą, że się 
właśnie udaje do Rządu narodowego, by odpowiednie ku temu po- 
wziąść środki i wezwał tłum do spokoju i rozejścia się. Na te słowa 
odezwały się okrzyki „Niech żyje nasz kochany książę Adam!., 
Będziemy czekać'*. Chciano wyprządz konie i ciągnąć powróz, ale 
książę nie pozwolił na to, prosił, zaklinał, aby tego nic robiono, zo- 
stawiono więc konie i przez całą drogę aż do zamku krzyczano przed 
nim, koło niego i za nim, „Niech żyje! śmierć zdrajcom! powiesić 
w 24 godzinach". Ta obietnica księcia tak [jrędkiego ukarania, zapew^ne 
w roztargnieniu, a może i z obawy przed rozjątrzeniem tylu tysięcy 
ludu wymówiona, nie była roztropną, bo przecież samo śledztwo roz* 
gałęzioncgo spisku w 24 godzinach przeprowadzonem być nie mogło. 
Ale stało się. Książe obiecał, lud czekał i był pewny, że jeszcze przed 
wieczorem widzieć będzie w^innycli na szubienicy. Przytaczali vvi>rawdzie 



112 



na obronę księcia ci, którzy widzieli niemożność wypełnienia obietnicy, 
tę okoliczność, źe właśnie w dniu tym ogłoszony stan oblężenia War- 
szawy — wedle postanowienia Rządu narodowego 2 d. 20 lutego 183 1 — 
wymagał zaprowadzenia sądu wojennego nadzwyczajnego i wydania wy- 
roku w 24 godzinach. Przecież dalszy ustęp tego rozporządzenia dozwala, 
w razie niemożności wykonania ustępu powyższego, żądać dłuższego 
czasu do zbadania sprawy i opowa/nienia do postępowania według 
zasad dla zwykłych sądów wojennych przepisanych, które nie jest 
ograniczone na krótkość czasu sądu nadzwyczajnego, co właśnie po 
bliższem rozpoznaniu sprawy obwinionych dozwolonem zostało. Pu- 
mimo tego rozporządzenia , książę powinien był być oględniejszym 
w obietnicach prędkiego ukarania; obietnica ta spowodowała wiele 
przykrości dla niego w dniu tym i mogła się stać pobudką do 
wielkich wstrząśnień miasta, gdyby nie przytomność i rozwaga 
starszych , którzy umieli lud powstrzymać w jego zaciekłości i gdy- 
by nie powolność naszego ludu, miarkującego swoją zaciekłość i dają- 
cego się powodować. 

Nie uspokojono się obietnicą księcia. Wypadki dnia tego wzmo- 
gły oburzenie przeciw jenerałom Jankowskiemu i Bukowskiemu za 
bitwę pod Kockiem. Lud w uniesieniu połączył z odkrytym zama- 
chem sprawę tych jenerałów ; postępek ich bowiem w wyj^rawie prze- 
ciw Rodigerowi, który takie straty dla sjjrauy naszej przyniósł, 
wzniecił w^ wojsku i w narodzie podejrzenie, że nie samym błędom 
to nieszczęście przypisać należy: 

Rozjątrzenie to rosło tenibardziej, że ich dotąd nie aresztowano, że 
Jankowski, urągając opinii publicznej, śmiiil się przed parą dniami pokazać 
na ulicach Warszawy i że rozgłoszono, że Jankowski dziś do Mokotow^a 
odjechał. Powstał więc na nowo krzyk na placu Zygmunta i w ulicacli: 
uGdzie Jankowski.'^! na szubienicę z nim, albo z tymi, którzy im pobłażali, 
nie wierzymy Skrzyneckiemu!,.." Wśród tego zgiełku, wjechał konno 
na plac jenerał Antoni Ostrowski, komendant gwardyi, w towarzy- 
stwie kilku oficerów i postępując w głąb tłumu ogłaszał, że po Jan- 
kowskiego już posłano, Zaraz przywitano go okrzykiem „Niech żyje!** 
ale niedługo zaczęto wołać: „Dla czego Ostrowski otoczony oficerami 
wjechał między nas Jakby dla własnego bezpieczeństwa? Czyłiź on się 
nas boi? A więc ma także nieczyste sumienie i takim musi być łaj- 
dakiem, jak uwięzieni i podejrzani o spisek'*. Ostrowski nic na to nie 



113 

oopowtedział, tylko odjechał z placu i wkrótce potem znowu pokazał 
się na koniu sani jeden, bez żadnego konwoju. Wtenczas zawołano 
jednogłośnie: -Niech żyje nasz kochany dowódca ! Tak lubimy! Prawy 
Polak z czy Steni sumieniem, niema się czego obawiać I^olaków!" 

Niecierpliwość ujrzenia przynajmniej pod zamknięciem podejrza- 
nych o spisek i zdradę, nie dozwoliła długiego spokoju zgromadzonemu 
ludowi. Po niejakiej chwili po ustąpieniu z placu Ostrowskiego, który 
dosyć dlugn przejeżdżał się przez tłum i odpowiadał na różne zapy- 
lania, zaczęto się znowu niepokoić i wołać: „Dla czego dotąd nie 
uwięziono jeszcze Jankowskiego i Bukowskiego? Skrzynecki dopomógł 
im do ucieczki! Skrzynecki z nimi w porozumieniu!" Gdy te krzyki 
przeciągały się i stawały się coraz głośniejsze, wyjechał po raz trzeci 
jenerał Ostrowski na plac Zygmunta i oznajmił , że Jankowski i Bu- 
kowski już są zabezpieczeni i znajdują się w zamku. nNie prawda ** — 
zawołano — ^ bośmy nie widzieli, jak ich wprowadzano do zamku**. 
,, Wprowadzono ich tylnemi drzwiami" — odrzekł Ostrowski — „dla 
ochronienia ich od takiego traktowania, jakiego doznał Hurtig; ale 
wolno wam przekonać się — wybierzcie w tym celu kilku z pośród 
siebie*'. Na tę przemowę Ostrowskiego, odezwał się Józef Kozłowski, 
kapilan ^wardyi i redaktor jakiegoś tlziennika» zachęcając lud do uspo- 
kojenia się i do wybrania z pomiędzy >iebie czterech zaufanych z różnych 
stanów, którzyby jako delegaci wes/li do zamku i przekonali się o 

prawdziwości słów jenerała. 

Przyjęto wniosek Kozłowskiri;M i zabrano się do wyboru owych 
poslfiw do zamku* Ciekawy to był widok tego wyboru. I^owstał 

jłośny szmer, podzielono się n i kola i na kolka, wywoływano tu 
owdzie różne nazwiska; kulka i koła łączyły się z sobą i znowu 
się rozdzielały, aby się do drugich przyłączyć. Te zmiany miejsc po- 
jedynczych zebrań, a wszystko w ścisku, wydawały się patrzącym 
z okien jakby figury w mazurze. Wszystko szło porządnie, nie było 
nieporozumienia i żadnego ztąd wypłynąć mogącego gwałtu, czego się 
właśnie Ostrowski, wymówiwszy bez rozmysłu propozycyę wyboru, 
najbardziej ol)awiał. W godzinę, lub może prędzej, wybór przyszedł do 
skutku i czterej wybrani pokazali się ludowi na stojjniach posągu Zy- 
gmunta. Jednym z nich był jakiś opończowy rzemieślnik z przedmieścia, 
drugim młody człowiek, ijłardzo i>orządnie, nawet wykwintnie ubrany; 
miał to być współredaktor któregoś dziennika; trzecim podoficer od 

15 



114 



piechoty, a czwartym jakiś stary jegomość z białymi jak mleko wą- 
sami, po polsku ubrany, w rogatywce, z butną miną, a t ócz jego 
1 z całej postawy wyglądała pewność siebie i drwiące wyzywa- 
nie: ^Co mi zrobisz". Powitano ich okrzykiem : „Niech żyją" i kazano 
iść do zamku. Na rozkaz Ostrowskiego wpuściła ich gwardya stojąca 
u wchodu, Ostrow^ski zaś został jeszcze na placu, aby go nie miano 
w podejrzeniu umówienia się z posłami o sposobie zdania sprawy ludowi. 

Zrobiło się cicho , oczekiwano z natężeniem powTOtu posłów 
i ich sprawozdania, a Ostrowski przejeSidżał się powoli, wzywając 
lud do uspokojenia się i zaręczał, ze winni wedle prawa uka- 
rani będą. „Dziś chcemy ich ukarania, tak nam książę obiecał** — 
odpowiadano Ostrowskiemu, lecz ten odparł, że dziś zostanie wybraną 
komisya, która się będzie spieszyć z wyjaśnieniem winy, ale czas kary 
zawisł od ukończenia śledztwa. Ta niezgodność wynurzeń Ostrow^skiego 
co do czasu kary z obietnicą Prezesa Rządu narodowego, wywołałaby 
może nowe krzyki niezadowolenia i nowe groźby, gdyby nie ujrzano 
powracających posłów z zamku, po niedługim ich tamże pobycie. 
Wszystko się cisnęło do nich i pytało czy prawdę powiedział Ostro- 
wski, lecz posłowie przeciskali się do posągu Zygmunta i tam 
odprawiali wszystkich, aby z poselstwa swojego głośno zdać spra- 
wę. Na każdym z czterecli rogów najwyższego stopnia posągu 
stanął jeden z nich i oznajmił donośnym głosem, że widział w [jokoju 
przed salą Izby sejmowej, siedzących jenerałów Hurtiga, Jankowskiego 
i Bukowskiego, znanych im osobiście, że Hurtig jeszcze nie może 
przyjść do siebie, tylko z głębokiem w^eslchnicniem powtarza: ^Boże 
zlituj się nademną!" że postawa Jankowskiego i Bukowskiego jest 
zuchwałą i i^yzywającą, że reszty uwięzionych nie widzieli, nifiwiono 
im jednak, że są pod zamknięciem. Lud zawalał posłom: „Niech 
żyjąl^ i uspokoił się, a Ostrowski odjechał z placu. 

Niebawem pojawiła się jakoby poprawiona lista aresztowanych 
1 podejrzanych, ale i do tej nie przywiązywano większej wagi, 
niż do listy rano obiegającej, zwłaszcza , że między aresztowanymi 
l>yly podane osoby, które tego dnia widziano chodzące po mieście. 
Między podejrzanymi byli także umieszczeni jenerałowie: Jan Kruko- 
wiccki, Jakób Redel, Zawadzki, Józef Rautenstrauch, tudzież jenerał 
artyleryi l^iotr Bontcmps, hrabianka Parysówna, profesor Engelke, 
wdowa po jenerale Maurycym Haukc i inne osoby, których szereg 




115 



był dosyć długi. O Krukowieckim opowiadano, że jest w Kaliszu, że 
za nim posłano gońca, by go tam przyaresztować. Reszta podejrza- 
nych, jeszcze nicaresztowanych, miała zostawać pod okiem władzy 
municypalnej i gwardyi narodowej, aby zapobiec ich ucieczce; mó- 
wiono nawet, że już wszystkicli aresztowano, ale o miejscu ich uwię- 
zienia nic powiedzieć nie umiano, 

Czas południowy minął, a ja nie chciałem zejść z placu na obiad, 
by nie utracić widoku różnych, szybko po sobie następujących wy- 
darzeń. Wszedłem więc w ulicę św* Jana, by wyszukać jakąś naj- 
bliższą kawiarnię. Na Starym Rynku spostrzegłem na kamienicy wy- 
pisane wielkiemi głoskami: ^Kawa na pierwszem piętrze". Wyszedłem 
na schody, ale nie znalazłszy na drzwiach pomieszkania powtórzonego 
napisu, nie wiedziałem, czy miałem wejść, lecz gdy mnie ktoś zapy- 
tany zapewnił, że tu jest kawiarnia, otworzyłem i ujrzałem salon 
pięknie umeblowany, a na kanapie siedzącą kobietę w podeszłym 
wieku* Przepraszając za pomyłkę, chciałem się cofnąć, a na zapy- 
tanie, czego szukam, „Kawiarni^ — odpowiedziałem; — »jakiś psotnik 
wskazał mi te drzwi zapewne, by zażartować z parafianina**. Uśmiech- 
nęła się pani, prosiła mnie siedzieć, zadzwoniła^ rozkazała służącej 
podać kawę, a tymczasem weszła ze mną w rozmowę. Poznała po 
wymowie, że byłem obcy, a dowiedziawszy się, że przybyłem z Ga- 
licyi, by się zaciągnąć do wojska, rozjaśniła posępną twarz swoją, 
odgadywała, że jestem z galicyjskiej Rusi, z młodzieńczym zapałem 
mówiła o rewolucyi, wypytywała się o narodowego ducha u nas^ na- 
rzekała na Skrzyneckiego, z odrazą mówiła o odkrytym spisku, wy- 
pytywała się, co słychać w zamku* r*o kwandransie takiej ożywionej 
rozmowy, przyniosła dziewczynka dwie szklanki kawy, dla tej pani i 
dla mnie. Wypiwszy, przeprosiłem, że muszę powrócić na plac i za- 
pytałem, ile się należy za kawę? Odpowiedziała mi pani z uśmiechem, 
źe nic. Dopiero schodząc na dół spostrzegłem, że zamiast na pierwsze, 
wyszedłem na drugie piętro, a na pierwszem piętrze znalazłem rze- 
czywiście na drzwiach napis „Kawa", Tak przez pomyłkę zrobiłem 
wizytę w nieznajomym domu. 

Na placu zobaczyłem znowu ruch, ale bez żadnych okrzyków. 
Poszedłem, gdzie się najwięcej skupiano i zobaczyłem w środku tłumu 
jenerała Umińskiego. Nie okazywano mu żadnego zadowolenia ani 
niechęci; cisza panowała, jenerał miał krótką przemowę, zachęcając 



116 



do rozejścia się, ale nie zrobiło to żadnego wrażenia; szukano jego 
nazwiska na liście podejrzanych, a nie znalazłszy, milczano w niepe- 
wności, jak o nim sądzić należy, bo z małymi wyjc^tkami wszystkich 
prawie jenerałów miano w podejrzeniu, wyrz jcano im nieczynność lub 
obwiniano ich o zdradę, Umiński wkrótce oddalił się; tylko oficerowie 
dziękowali mu za odkrycie spisku. Lecz jak właściwie ten zbrodniczy 
spisek wyszedł na jaw, nikt z pew^nością nie wiedział. Opowiadano 
sobie, że rezydent moskiewski we Lwowie, Breindl, upiwszy się, wydał 
tajemnicę i że wiadomość tę jakiś Stadnicki do Naczelnego Wodza 
miał przywieść; inni mówili, że jakiś krakus, zakochany w córce Lesia, 
od niej się o wszystkiem dowiedział; opowiadano także, że jenerał 
Jankowski pisał do Ilurliga, aby uciekał, gdyż Rząd narodowy jest 
już na tropie spisku i że ten list przejęło. Inne jeszcze obiegały do- 
mysły, ale za najpewniejszy podawano wspomniany przezemnie na 
początku tego rozdziału, O Lesiu mówiono, że się u niego odby- 
wały tajne schadzki, że u niego znaleziono trzy miliony rubli, prze- 
znaczone na przeprowadzenie zamachu ; że zabrano u niego papiery, 
tyczące się tej zmowy. 

Wkrótce potem, około godziny czwartej po południu, powstały 
przy zamku pomieszane okrzyki, to radości, to groźby. Przecisnąwszy 
się tanij ujrzałem opartego o mur zamkowy blisko wchodu pułko- 
wnika artyleryi i posła Romana Soltyka, otoczonego gwardyą naro- 
dową. Lud, dostrzegłszy tylko mundur, myśląc, że to jest nielubiony 
i znajdujący się na liście podejrzanych jenerał artyleryi Bontemps, 
wołał: „Wieszaj Bontama!'* Ale Soltyk, słusznego wzrostu i silnej 
budowy ciała, zawołał donośnym i gromkim głosem : „Jestem Roman 
Sołlyk!" Ci, którzy bliżej stali i usłyszeli słowna jego, zawołali : „Niech 
żyje Soltyk'*, bo był powszechnie lubionym; dalej zaś w głębi placu 
stojący, krzyczeli ciągle: ^Wieszaj Bontama!'' Gdy wreszcie stojący 
w oddaleniu poznali, że są w błędzie i gdy już tylko samo nazwisko 
Sołtyka powtarzano, uciszył się tłum, a Soltyk przemówił, że korzy- 
stając 2 tak licznego zgromadzenia narodu, powziął myśl poprowadzenia 
wszystkich przed pomieszkanie swego ojca, męczennika za sprawę na- 
rodową, którego po kilkoletniem więzieniu dopiero rewolucya uwol- 
niła; prosił więc, aby całe zgromadzenie udało się do 90-letniego 
starca, który swój naród tak mocno ukochał* Zawołano iedntJgłośnie: 



I 



117 

„Prowadź nas do ojca!" — i wszyscy z placu i pobocznych ulic wyru- 
szyli za Sołtykiem. 

Prawdziwy jednak powód odprowadzenia ludu od zamku w da- 
leką stronę Warszawy (stary Sokyk bowiem mieszkał przy końcu ulicy 
Nowy Świat) był zupełnie inny, jak to się później wydało. Książę 
Czartoryski, jak wy^ej opowiedziałem, wyjechawszy przed |joludniem 
w tłum ludu i przyjęty życzliwym okrzykiem, popehiił z nieostrożności 
h\ąd, obiecując ukaranie winnych w 24 godzinach. Lud uwierzył jego 
słowu i oczekiw^ał z niecierpliwością skutku, co jednak nie mogło być 
spelnionem, z powodu rozgałęzienia spisku w Warszawie i na pro- 
wincyi, jak się z różnych doniesień okazywało, niemniej leż dla tego, 
ponieważ sąd nie mógł dorywczo, ale na mocy prawa i rzeczywistych 
dowodów zawyrokować Aby więc Czartoryskiego i sejmujących, 
zwłaszcza osoby [podeszłego wieku, trzymanych przez lud od rana 
w oblężeniu uw^olnić i uJalwić im oddalenie się z zamku^ wysłano 
ulubionego w Warszawie Romnna Sołtyka, aby lud od zamku do wiel- 
bionego przez wszystkich ojca swojego odprowadził. Niebezpiecznie 
bowiem było sejmującym, a osobliwie Czartoryskiemu, bez spełnienia 
obietnicy powracać przez tłum do domu, bo okrzyki radości mogły 
się łatwo w groźby a nawTt w czynne znieważenie przemienić. Wy- 
mknięcie się zaś z zamku tylnemi drzw^iami było niegodnem Prezesa 
Rządu i mogło sprowadzić na niego przykry zarzut ucieczki, co nad- 
werężyłoby dobrą dotychczas o nim opinię. Wybieg ten powiódł się 
najzupełniej. Soltyk odprowadził cały tłum daleko za miasto, a Czarto- 
ryski i starsi sejmujący opuścili spokojnie zamek; mówiono nawet, że 
Czartoryski nie powrócił do domu i kilka następnych dni i nocy 
przebył w innem miejscu. 

Roman Soltyk, za którym lud tłumnie do ojca jego pospieszał — 
z różnymi okrzykami, z których najwybitniejsze były: „Niech żyje Soł- 
tykl'' i „Śmierć zdrajcom!" — zatrzymał się przy pierwszej barykadzie 
w ulicy Krakowskie przedmieście, niedaleko kościoła św. Krzyża, gdzie 
pięknie i z zapaleni, to o rewolucyi, to o ojcu swoim przemówił. 
Osobliwszy w tej chwili okazał się widok; mnóstwu głów, jakby z da- 
chów i barykady wyrosłych, pokazało się jedna nad drugą, z okrzy- 
kiem jakby na komendę: brawo! brawo! Śmiech powstał w ulicy ł 
wszyscy im odkrzyknęli „brawo!" Przemówił w tern miejscu lakże 
kapitan od piechoty, Jan Majzner, wielbiąc poświęcenie d!a kraju sta- 



118 



rego Stanisława Soltyka, miitując w jaskrawych barwach jego przebyte 
cierpienia. 

Za pałacem towarzystwa Przyjaciół nauk sta! wzdłuż ulicy wy- 
ciągnięty batalion gwardyi narodowej. Komendant batalionu^ widstąc 
Sołtyka idącego spiesznym krokiem, a za nim wielki tłum ludzi krzy- 
czących, których to pomieszanych okrzyków rozpoznać nie mógł, 
w mniemaniu, że Sołtykowi krzywdę chcą wyrządzić, przepuściwszy 
go zamknął ulicę prędkim zwrotem batalionu; gwardya najeżyła prze- 
ciw ludowi bagnety i zawołała: „W tył obywatele!** Lud bezbronny 
cofnął się, lecz natychmiast ozwaly się groźne glosy: „Co to znaczy? 
czy gwardya nasza przeciwko nam? nas tu więcej! dalej na gwardyę!** 
Rozjątrzenie byłoby doprowadziło do rozlewu krwi , gdyby Soltyk, 
zaraz nie był oświecił komendanta o celu tego pochodu. Batalion zajął 
dawne stanowisko, spuścił broń do nogi, a lud pospieszył prędko za 
Soltykiem. Gdy dochodził do niewielkiej, odosobnionej, jednopiątrowej 
kamienicy, pomieszkania starego Stanisława Sołtyka, rozległo się wo- 
łanie: „Soltyk, Sołtyk!/' Po chwili dwóch ludzi wyprowadziło na 
balkon zgrzybiałego starca, w białym szlafroku i takiejże czapeczce, 
z głową na piersi zwieszoną, który, podtrzymywany pod ramiona, nie 
iść ale wlec się zdawaL Krzyknięto ogromnym głosem: „Niech żyje 
Soltyk!" Gdy się uciszyło, podniósł starzec głowę i omdlałe powieki 
i przemówił, ale go nie zrozumiano. Syn, stojący razem z nim na 
balkonie, wezwany, aby powtórzył słowa ojca, odezwał się donośnym 
głosem, że ojciec jego powiedział: „Boże! pobłogosław sprawie pol- 
skiej!" Na to powstał nieopisany hałas i ruch; z okrzykiem „Niech 
żyje!*^ pomieszały się głośne łkania, bo od łez niepodobna się było 
wstrzymać. Nareszcie zawołano, aby odprowadzić starca, by się nie 
męczył. Odprowadzono go, a jego odejściu towarzyszyły znowu okrzyki 
i łkania. Roman Soltyk pozostał iia balkonie, podziękował ludowi za 
odwiedzenie ojca i przemówił patryotycznie, odpowiednio do ówczesnej 
chwilij a lud zawoławszy mu „Niech żyje!"" i domagając się sprawie- 
dliwości i szubienicy na zdrajców, powrócił na plac Zygmunta. 

Powróciwszy, nie zastał już w zamku CzartoryskiegOj ani innych 
członków Rząduj ani ministrów, ani senatorów, u których dopominaćby 
się mógł wypełnienia obietnicy Czartoryskiego. Wszyscy ci skorzy- 
stali z opróżnienia placu i opuścili sale sejmowe; pozostali tylko młodsi 
i mniej wpływowi przedstaw^iciele narodu , którzyby może równo 



119 



z ludem chętnie widzieli prędkie i przykładne ukaranie zbrodni, 
zapewne byliby opuścili zamek, bo tak dla braku kompletu, jak i dla 
nieobecności starszyzny sejmowej, narady odbywać się już nie mogły; 
ale nie wypadało opróżniać zupełnie salę, aby to nie miało pozoru 
ucieczki, co niogłoby wzmódz rozjcjtrzenie i uczynić je niebezpiccznem, 
nawet dla ulubieńców Warszawy, 

Lud po powrocie swoim do miasta zastał trzy drukowane odezwy, 
porozlepiane na murach, lub rozdawane publicznie; Rządu narodo- 
wego, Naczelnego Wodza i Rady municypalnej Warszawy. 

Odezwa Rządu narodowego, podpisana przez księcia Adama Czar- 
toryskiego, jako prezesa i przez Andrzeja FlichlCj jeneralnego sekre- 
tarza Rządu, oznajmiała, że Wódz Naczelny, w skutek złożonej sobie 
denuncyacyi, o knowanym wewnątrz kraju przez Moskali zamachu prze- 
ciwko świętej sprawie odradzającej się ojczyzny, dla wyświecenia prawdy 
i najsurowszego ukarania winnych, jeżeli się takowymi okażą ^ — rozkazał 
natychmiast uwięzić niektórych jenerałów^ i kilka innych osób, na które 
pada podejrzenie tak haniebnego czynu — a to jednych na podstawie 
denuncyacyi, drugich dla w^yjaśnienia rzeczy — tudzież że ich papiery 
zabrane zostały. Rząd zapewniał w tej odezwie, że wszystkie środki przed- 
sięwzięte będą dia wykrycia i wyjaśnienia jak najspieszniej zarzutu, tak 
bolesnego i przejmującego zgrozą ; że udowodnioną zbrodnię czeka 
najsurowsza kara; że nic nie zdoła osłonić występnych od rychłego i 
surowego wymiaru sprawiedliwości, przez sąd właściwy ogłoszonego 
w stanie oblężenia miasta Warszawy; że święta sprawa nasza znajdzie 
w prawie słusznego lecz nieubłaganego mściciela Dopóki jednak roz- 
poczynające się śledztwo nie wyjawi czynów, pokrytych dotąd za4oną 
tajemnicy ; dopóki zbrodnia na jaw wyprowadzona nie zostanie — - wzywa 
l^ąd mieszkańców do utrzymania spokojności i porządku, bo każdy 
krok zbyt skwapliwy, każde niedojrzale działanie, usuwając winnych 
z pod rozpoczętego śledztwa, mogłoby przeciąć cały wątek, prowadzący 
do wykrycia zbrodni. W interesie więc sprawy naszej, w interesie 
sprawiedliwości, czekającej na ukaranie winnych, wzywa I^ząd mie 
szkanców, aby, nie tamując rozpoczętego działania, skutku onego, a 
lem samem niezwłocznego i najsurowszego ukarania przeslępnych, cier- 
pliwie oczekiwali 

Odezwa Naczelnego Wodza, podpisana przez Skrzyneckiego, oznaj- 
mia, tak jak poprzednia ^ iż doniesiono mu o spisku , mającym na celu 



120 



dopomaganie nieprzyjacielowi i o danym rozkazie ^nibernatorowi miasta 
uwięzienia tak obwinionych, jak i majćicych z nimi stosunki, wreszcie wy- 
mienia siedmiu uwięzionych: Hurtiga, Jankowskiego, Sałackiego, jenera- 
łów, tudzież pułkownika Słupeckiego, Karola Lessla, szambelana Fenshave 
i panią Bazanów. Oświadcza, że zgroza, jaką mieszkańcy zostali prze- 
jęci, łatwo była do przewidzenia z powodu znanego patryotycznego ich 
uczucia i znanej nienawiści dla WToga Lecz niemnirj pewnem jest, że 
znane lakże ich zamiłowanie sprawiedliwości każe im czekać na skutek 
sądowego działania z tą spokojnością^ jaka ludowi, własnej siły pe- 
wnemu, towarzyszyć winna; że wolni dotąd od zarzutu saniowładności 
i teraz jej potrafią uniknąć. Wreszcie upewnia, źc obok uwolnienia 
tych, których niewinność wykrytą zostanie, zbrodnia z całą surowością 
praw wojennych będzie ukaraną, a nie przestanie czuwać, aby porzą- 
dek i spokój publiczny zachowane, zaś wyrodne zamachy zbrodniarzy 
zniweczone zostały. 

Odezwa zaś Kady municypalnej miasta Warszawy, podpisana przez 
Prezesa Garbińskiego, uwiadomiala, źc powziąwszy wiadomość o od- 
kryciu haniebnego związku osób, pozostających w porozumienia z nie- 
przyjacólmi ojczyzny, Kada municypalna zapytała Rządu narodowego 
w imieniu obywateli, czyli dla wykrycia winowajcy dostateczne przed* 
sięwzięto kroki. Otrzymawszy zaspokajającą odpowiedź, źe Rząd po- 
stanowił postępować z całą spręźysiością i jawnością, spieszy Rada 
municypalna o tem uwiadomić mieszkańców stolicy. Jak więc z jednej 
strony obowiązkiem jest wszystkich dołożyć wszelkiego starania dla 
wykrycia jak największej liczby przestępców, tak z drugiej strony 
wszysry się połączyć powinni dla utrzymania spokojności i porządku, 
i nie dopuścić, ażeby niemoralni ludzie z obecnej chwili korzystali. 
Nakoniec wzywa Rada municypalna mieszkańctiw, aby ufali Rządowi i 
wzorowej gwardyi narodowej i aby okazali i w teni zdarzeniu, ze 
zawsze i przcdewszystkicm szanują prawo, a namiętności i zemście nad 
rozsądkiem górować nie pozwolą. 

VVielka część zgromadzonego na placu ludu dowiedziała się do- 
piero z odezwy Rządu narodowego o ogłoszeniu Warszawy w stanie 
oblężenia i lo się podobało, bo okazało sprężyste zajęcie się l^ządu 
sprawą s[»isku. jakoż opowiadano, że mocne patrole piesze zaczęły 
przechodzić |)0 ulicach, a konne olnegają wały miasta i brzegi Wisły j 



121 

że to jłatrolowanie całą noc trwać będzie; rogatki zaś dla wyjeżdża- 
jących zamknięto. 

Odezwy te ostudziły nieco gonjczkowe oczekiwanie ukarania win- 
nych w 24 godzinach i zaczęto się już oswajać z myślą, że tak wiel- 
kiego i groźnego spisku w jednym dniu rozpoznać, osądzić i ukarać 
nie można. Przecież znaleźli się między ludem podżegacze, wołający o 
natychmiastowe ukaranie, ale roztropniejsi przestrzegali, że żądanie takie 
nie może pochodzić, jak tylko od duchów moskiewskich, lękających 
się, aby ich nie wydano. Zaczęto się powoli uspokajać, chociaż wielkie 
rozjątrzenie i obawa, aby zanadto łagodnie nie postąpiono sobie z win- 
nemi, trwały ciągle i lud się nie rozchodził. Już się zbliżał wieczór i 
tylko gubernator miasta, jenerał Ruttić, który od rana ciągle byl na 
ulicach, aby zapobiegać możliwym gwaltojii i niebezpiecznym wybry- 
kom, przejeżdżał się na koniu, a dwa bataliony gwardyi narodowej 
pozostały nieruchome na swoich miejscach, na Krakowskiem przed- 
mieściu i przed zamkiem. 

Więźniów^ odprowadzono do pojedynczych pokojów, w samym 
zamku, pozamykano ich i dodano im straż wojskową. 

Podczas tego zbiegowiska tysięcy ludu sklepy w całem mieście 
były pozamykane, ale najmniejszego nie dopuszczono się nieporządku 
ani napadu, tak we dni jak i w nocy; nie było nawet kłótni, ani 
krzyków, nie odnoszących się do wypadków dnia tego. Nie w^iem, 
czyli kraj jaki i miasto może się poszczycić takim przykładem wzoro- 
wego porządku w podobnych wydarzeniach. 

Gdy się dobrze zciemniać zaczęło, pokazał się na placu konno 
jenerał Ostrowski. Jego uprzejme odezwanie się łagodziło gwałtowne 
jeszcze niekiedy poruszenia ludu; otoczono go i zawołano: „Niech 
żyje!" — ale nie obeszło się bez narzekań z ust wielu żołnierzy i ofice- 
rów, pomieszanych z ludem, na jenerałów, a jakiś starzec cywilny i 
oficer pytali Ostrowskiego natarczywie, gdzie jest Lesseł, bo go mię- 
dzy aresztowanymi nie widziano. Ostrowski zaręczał, że jest uwięzionym 
ale gdy już wszyscy są pod zamknięciem, pokazać go nikomu nie 
może. Ta odpowiedź nie zadowoliła pytających, a gdy się do nich całe 
otaczające grono przyłączyło, zażądano stanowczo od Ostrowskiego, 
aby się natychmiast udał do Rządu i oświadczył mu wolę narodu, 
tyczącą się Lessla. Ostrowski, przyrzekłszy zaraz to uskutecznić, od- 
jechał z placu. Wołania powstały na nowo; domagano się sprawiedli- 

16 



122 



wości, ogłoszenia wyroków i wykonania kary. Juz wśród ciemności 
nocy pokazał się znowu Ostrowski, zachęcał lud do rozejścia się, 
łayodzil umysły^ przedstawiając zrozumiale, że przed ogłoszeniem wy- 
roku przeprowadzone musi być śledztwo według prawa, bo może 
nie wszyscy podejrzani są winnymi, wreszcie oświadczył uroczyście, ie 
winnych nie minie prędka i zaslui^ona kara. Zapytał raz jeszcze 
ludu o mniemanie i życzenia; odpowiedziano jednym okrzykiem: 
„Szubienica!" Nareszcie znaleźli się i między ludem, stojącym nąglc 
w natłoku na placu i w ulicach, tacy, którzy zachęcali do tymczaso- 
wego rozejścia się na noc i to dopiero skutkowało. Po ii godzinie 
w nocy zaczął się lud rozchodzić, a reszta posłów sejmowych dopiero 
po zupełnem rozejściu się ludu opuściła zamek. 

Zapewne wieczorem powiększyłaby się natarczywość i przetrwała- 
by niezawodnie noc całą, gdyby się w dniu tym, od godzin przed- 
wieczornych zacząwszy, nie odbywały zwykłe miesięczne uroczystości 
na pamiątkę dnia 29 listopada 1830, które przeciągnęły się późno 
w noc. Były dwie takie uroczystości: jedna w salach redutowych, 
druga w sali uniwersyteckiej. Pierwszą zagaił poseł Tymowski; mianu 
kilka długich mów, deklamowano poezyc i występowano z śpiewami^ 
pojedynczo i chórem. Uroczystość zaś akademicka odbyła się pod 
przewodnictwem profesora Krystyna Szyrmy; podobnie jak na tamtej 
czytano i śpiewano wiersze; mazurek z muzyką Elsnera najbardziej się 
podobał i musiał być j>owtarzany. Uroczystości te odciągnęły od zbie- 
gowiska popołudniowego Towarzystwo patryolyczne i młodzie-, aka- 
demicką. 

Jeszcze w dniu 2y czerwca rozpoczęła czynność swoją komisya 
oddzielna, wyznaczona do przejrzenia i rozpoznania papierów^, zabra- 
nych osobom uwięzionym. Ta komisya była złożona z wiceguberna- 
tora stolicy, pułkownika Józefa Kamińskiego, dyrektora policyi, posła 
Ksawerego Czarnockiego, posłów Walentego Zwierkowskiego, Ziemię- 
ckiego i Wiśniewskiego , prezesa Rady municypalnej , Garbińskiego, 
sędziego apelacyjnego Łanowskiego, profesora Werbusza i patrona 
Ksawerego Bronikowskiego. Wybór tej komisyi z ludzi mających 
dobrą opinię w Warszawie zadowolił mieszkańców. Inna zaś komisya, 
przeznaczona do zbadania zbrodni, rozpoczęła je także w tym samym 
dniu i prowadziła przez noc całą, Komisyi tej, stanowiącej nadzwyczajny 
sąd wojenny, przewodniczył jenerał Węgierski; członkami sądu usta- 



123 

nowiono kapitanów Drzewieckiego i PrzerailzkiegOj porucznika Ostro- 
wskiego i podporuczników Kamila Mochnackiego i Rupniewskicgo, Re- 
ferat sprawy w sadzie wojennym oddano audytorowi Niewęgłowskiemu, 
co wszystkich, znających jego zdolności prawnicze, nieugictość charakteru 
i rzadką przenikliwość, bardzo ucieszyło. 

Nazajutrz rano, około godziny ósmej, zaczęto się znowu skupiać 
i domagać głośno ogłoszenia wyroków, ale pokazał się jenerał Ostro- 
wski, lagodnem przemówieniem i przyrzeczeniem, że zdrajcy ojczyzny 
według prawa i woh narodu w jak najkrótszym czasie] ukarani będą, 
uspokoił niecierpliwych. 

Ukazała się wkrótce w tym samym dniu odezwa Ostrowskiego 
do gwardyi narodowej, dziękująca jej za zaszczytne dopełnienie w dniu 
wczorajszym podwójnej powinności, a mianowicie powinności obywa- 
teli i gorliwych Pola:ków% podzielenia silnego, patryotycznego uczucia 
z całą ludnością stolicy, uczucia zgrozy na wiadomość istnienia spisku 
na zgubę świętej naszej sprawy, tudzież prędkiego i sprężystego wyko- 
nania wyższego polecenia co do ujęcia o ciężką zdradę obwinionych — 
ale zarazem powinności utrzymania publicznego porządku w^śrdd roz- 
ognionych umysłów i zabezpieczenia osób, na które, jeźli są winnemi, 
sąd wyda wyroki. Oświadczył dalej w tej odezwie Ostrowski, że cho- 
ciaż o pomstę w drodze prawa tak cienie poległych wojowników, jak 
i żyjący w^ołać nie przestaną, przecież nie dopuści się, aby najszlache- 
tniejszą rewołucyą o wolność i niepodległość, na której bieg cała 
Europa z uwielbieniem ma zwróconą uwagę, miał splamić jaki arbi- 
tralnością, nierozwagą i gwałtem nacechowany wypadek ; bo tylko 
w postępowaniu na właściwej drodze zbawienia ojczyzny szukać po- 
winniśmy. 

Po tej odezwie, która dobre zrobiła wrażenie, gwardya narodowa, 
jak wczoraj, na właściwych stanęła miejscach i podwoiła baczność na 
porządek publiczny. A lud, chociaż nie w takiej liczbie, bo już był 
dzień roboczy, bez dalszych już krzyków, stał spokojnie na placu aż 
do wieczora, 

W dniu l lipca zgromadzono się znowu na placu Zygmunta, ale 
już w małej liczbie; gwardya już nie występowała, jak przez dwa 
dni poprzedzające, Lud stał spokojnie i po niejakiej chwili rozszedl 
się bez krzyków. 



124 

Badanie podejrzanych odbywało się c^tjle i wymieniano osoby^ 
wzywane do udzielenia potrzebnych wyjaśnień. Śledzono w publiczności 
każdą wieść o treści zabranych papierów, bo wielkie w nich pokła- 
dano nadzieje wykrycia tajemnic spisku; budowano z lych wieści 
różne domysły, które znowu jako nie mylne prawdy puszczano w obieg, 
i 'liąd powstawały to przestraszające, to czasem wesołe, to znowu 
dobrą sławę krzywdzące wieści, tak, że je musiano częstokroć pro- 
stować w pismach publicznych. 

Daremne były przedstawienia, że z zabranych papierów nic się 
ważnego nie pokazało, coby stanowczo na stan sprawy mogło wypły- 
nąć* bo przecież zdrowy rozum wskazuje, że spiskowi nie powinni 
powierzać papierowi swoich tajemnic i zapewne ich nie powierzali, a 
jeżeli to który uczynił, to tych papierów zapewne nie trzymał u siebie. 
Do tego przyszło, że komisya rozpoznająca papiery, była zmuszoną 
zaprosić do siebie osoby wpływ na mieszkańców mające i pokazać im 
wyciągi z ogromnej ilości papierów, zawierające choćby nawet tylko 
deń potwierdzenia robionych zarzutów. Wyczytano w nich tylko 
tęsknotę za Moskalami, wzdychanie do dawnego stanu rzeczy, 
do gratyfikacyj, do pensyj, nawet do szpiegostwa, jako do środków 
w^ystawnego życia, ale to wszystko nie miało związku z odkrytym 
spiskiem i nie prowadziło do jego wyświecenia. W papierach tylko 
Hurtiga znaleziono rozkaz dyktatora, aby się tłómaczył, dla czego 
uchodzącemu z Polski wielkiemu księciu Konstantemu wydal kilka 
dział, ale odpowiedzi na to wezwanie nie znaleziono. 

Rozszerzona autentyczna wiadomość przez osoby, którym te pa- 
piery pokajano, o ich treści, prostowała obiegające o niej wieści i 
zaspokoiła publiczność, I chociaż ciągle trwała zabieranie papierów, to 
pierwotnie podejrzanym, to w skutek śledztwa w podejrzenie wpada- 
jącym, przecież mniej joź przyw^iązywano wagi do ich treści* 

Jedna tylko wiadomość, wyniesiona z tych papierów, uderzyła 
wszystkich, a tą było, że w^ papierach pułkownika Słupeckiego odkryto 
najlepsze jego chęci dla sprawy polskiej. Nie chciano temu wierzyć 
i to się najwięcej przyczyniło do niewiary w treść papierów, tak da- 
lece, że właśnie tego, którego papiery świadczyły o jego dobrych 
chęciach dla kraju, uznawano za więcej winnego, twierdząc, ze opisy- 
waniem swego do ojczyzny przywiązania starał się osłonić swoje złe 
zamysły i zmylić śledztwo na wypadek zabrania papierów. Ale nie 



125 



dhigo rozeszła się, jakoby prawdziwa wiadomość, że samo już śledztwo 
wykryło zgodność jego czynów i zasad z jego papieraiui, że Słu|>ecki 
jest niewinnym. Tę wieść przyjęto bardzo źle, nie wierzono jej, a 
obwiniano tylko Skrzyneckiego o chę^ wydobycia Słupeckiego z wię- 
zienia. „Dla czegóż go nie wypuszczają, jeżeli jest niewinnym'* — wolałi 
wszyscy, Tłómaczono to tak, że prawo i formy w tych wypadkach 
używane, nie dozwalają innym sposobem uwalniać, jak tylko za wy- 
rokiem, który jednak tylko razem z wyrokami innych obwinionych 
wydanym być może. Dosyć, że Słupeckiego nie uwalniano, a mie- 
'szkańcy Warszawy przestali o nim mówić. 

Podobnie jak o Słupeckim rozeszła się także wieść o niewinności 
Lesia; tej także nie uwierzono* Ale później sqd wojenny nadzwy- 
czajny wypuścił obydwóch rzeczywiście, pod warunkiem, aby aż do 
ukończenia całego biegu sprawy odpowiadali z wolnej nogi, aby się 
nigdzie z Warszawy za rogatki nie oddalali i na każde wezwanie przed 
Stidcm się stawili, 

Z siedmiu więc pod sąd oddanych zostało pięć osób: jeneralowie 
Hurtig, Jankowski, Sałacki, szambelan Fenshave i pani Bazanów; reszta 
uwięzionych, jak się pokazało, nie należała do kalegoryi oddanych 
pod sąd, ale nie była i wypuszczoną. 

Podczas gdy obiegały pogłoski o niewinności Słupeckiego i Lessla, 
zawiadomiono urzędownie publiczność w dziennikach, że komisya 
śledcza, wyznaczona do sprawdzenia zarzutów, jakie jenerał Jankowski 
z powodu ostatniej bitwy stoczonej z Rodigerem ściągnął na siebie, 
skończyła już dochodzenie i że zdanie sprawy w tym względzie 
z wszelkimi dowodami odesłano do sądu wojennego nadzwyczajnego, 
który zaraz czynności swoje rozpoczął. Gdy czyny Jankowskiego wielkie 
obudziły rozjątrzenie i ciągle miano Skrzyneckiego w podejrzeniu, że 
się usilnie stara o jego uwolnienie, ^ przeto wszelkimi sposobami wy- 
szukiwała publiczność dowodów jego zbrodni* Wydobyto więc na jaw 
z dowodami następujący jego postępek : że na dwa dni przed wyprawą 
na. Kock wysłał parlamentarza Osipowicza z depeszami do moskie- 
wskiego jenerała, w Siedlcach dowodzącego i odesłał mu powózkę i 
kamerdynera; że nawzajem parlamentarz moskiewski przywiózł |an- 
knwskieniu pieniądze w zlocie, przeznaczane na wsparcie dla jeńców 
moskiewskich i różne papiery. Parlamentarza moskiewskiego od[>rowa- 
wadzil do poczt moskiewskich kapitan Cypryan Teleżyński, ze swoim 



126 



pol^zwaaroneni trzeciego pułku stRelców konnych i jjólszwadronein 
pułku jazdy 5»andomierskiej, kapitana Józefa Lukanskiegu. Te wiado- 
mości podano sądowi i umieszczono w dziennikach. 

Dowiedziano się takie, że Rodiger dal w Lublinie w dniu 26 
czerwca świetny bal na 100 osób, obchodząc szczęśliwie swoje wy- 
mknięcie się Jankowskiemu. Ta uciecha jenerała moskiewskiego oka- 
zywała widocznie, jak wielkiej wagi byłoby zniesienie korpusu jego 
w Lubelskiem i jak łatwo to uskutecznionem być mogło. 

Postępowanie więc Jankowskiego i Bukowskiego ciągle było 
rozbierane przez publiczność warszawską; zaczęto już wątpić w spra- 
wiedliwość, zwłaszcza gdy obiegały pogłoski^ ze zdrajcom włos z głowy 
nie spadnie. „Raczej zginiemy z honorem, a nie pozwolioiy się zdra- 
dzać!"— wołano powszechnie, jakby dolewając oleju do pożaru, rozsze- 
rzono wieść, że Jankowski uszedł z więzienia. Zaczęły się znowu bu- 
rzliwe zgromadzenia i narzekania; Skrzyneckiemu zarzucano wyraine 
porozumienie ze zdrajcami. Ten niepokój uśmierzyła dopiero Rada mu- 
nicypalna, ogłaszając że wieść o ucieczce Jankowskiego jest fałszem, 
rozsiewanym przez nieprzyjaciół ojczyzny, o czem się delegacya Rady 
naocznie przekonała i zapewniając, że sprawa Jankowskiego tak ją, 
jak wszystkich Polaków mocno obchodzi ; że śledztwo ciągle postępuje 
i źe zakończyć się musi drogą prawa. 

Także i sąd wojenny nadzwyczajny był zmuszonym odezwać się 
publicjjnie, oznajmując, że Jankowskiemu zarzucono dwa przestępstwa: 
jedno, że pomimo wielkiej łatwości nic pubił Rudigera, a drugie, że 
się dopuścił zbrodni stanu; że po ukończeniu już rozpoznania pierw- 
szego zarzutu przez osobną komisyę, sąd wojenny pociągnął go do 
odpowiedzialności za drugi zarzut, jako ważniejszy ; źe sprawa jego o 
zbrodnię stanu przed ukończeniem inkwizycyi ze współwinnymi wy- 
jaśnioną być nie może, przyczyna zaś zwłoki leży w mnóstwie papie- 
rów do jej instruowania pu.rzebnych; wreszcie, że wtenczas, jeżeliby 
się okazała niewinność Jankowskiego co do zarzuconej mu zbrodni 
stanu, oddany zostanie pod sąd właściwy, do osądzenia jego wojsko- 
W) eh uchybień. U^polvoju^o się \^i^c przynajmniej co do mylnie roz- 
głoszonej jego ucieczki. 

Ale rozdrażnienie nie ustawało podsycane różnemi doniesieniami, 
które publiczność war^zaw^ska z odkrytym spiskiem nioskiewskini wią- 
zała. Tak dowiedziano się, że książę Hohenlohci Prusak, ściąga w swoje 



127 

lasy jeńców moskiewskich; ^e za jego pomocą uciekło t Częstochowy 
kilku jeńców wyższego stopnia; źe on tych Moskali uzbraja i czeka 
stosownego czasu, aby ich wysłać przeciw Polakom; że w Łyszko- 
wicach znaleziono u jeńców broń, proch i kule i złapano przebranego 
Moskala ze znacznymi pienićłdznii. Roz[>o władano, że jenerał Zygmunt 
Stryjeński, pomimo doniesienia o znajdującej się broni u niewolników, 
nie użył środków, jakie natychmiast przedsięwziąć należało; źe papie- 
rów im zabranych nie opieczętowano; że dla jeńców przyszły do 
miasta Lublina dwie bryki z mundurami ; że były urzędnik wielkiego 
księcia Konstantego, ujęty w Łyszkowicach z powodu zbierania u sieliie 
broni, osadzony w więzieniu, poderżnął sobie gardło, ale wczesny ra- 
tunek utrzymał go przy życiu* Wszystkie te równoczesne wypadki 
stawiano w- związku z odkrytym spiskiem i nalegano, aby uwiado- 
miouy o nich referent tej sprawy mia! sobie dodaną dostateczną hczbę 
pomocników, którychby natychmiast po otrzymaniu doniesienia, rozesłał 
w oznaczone miejsca, dla utworzenia tam podrzędnych komisyi. 
Wieści te, potwierdziło wydanie polecenia Rządu narodowego, aby 
każdy jeniec moskiewski, który się pokaże o dwie mile od granicy 
i przekroczy tym sposobem wskazany mu obręb, natychmiast był 
rozstrzelanym; w skutek tego rozkazu zaprowadzono mocne patrole 
do strzeżenia granicy od Prus. 

Z powodu tych zastraszają' ych wieści i długiego oczekiwania na 
osądzenie winny th, tudzież pogłoski, że za staraniem osób wpływo- 
wych sąd wojenny nadzwyczajny prowadzi śledztwo niedbale i tylko 
okoliczności uniewinniające więźniów dostatecznie wyjaśnia , zażądano 
głośno odbywana publianie wszystkich sądowych czynności. W skutek 
tego kilku postów prosiło naczelnego wodza, aby dla spokojności sto- 
licy życzeniom tym zadość uczynił. Długo czekano na odpowiedź. 
Dopiero w końcu lipca sąd wojenny nadzwyczajny, na w^ezwanie Rządn 
narodowego, podał do publicznej wiadomości, iż ponieważ sąd ten jest 
najwyższą instancyą, przeto służy mu prawo żądania przedłużenia ter- 
minu instrukcyi sprawy, stosownie do rozporządzenia Rządu narodo- 
wego z dnia 20 lutego 1 831, jeżeli zarzucone przestępstwo w 24 
godzinach udowodnione być nie może, co w niniejszym w^ypadku na- 
stąpić musiało, gdyż pod sąd oddano 7 osób, a każdej z nich sąd 
musi wytoczyć proces, przedtem zaś jeszcze musi przejrzeć stosy pa- 
pierów i do tysiąca listów, przetłómaczonych z różnych obcych języ- 



ków i zapisać do protokołów. Choć więc sąd z calem poświęceniem 
pracuje już przez miesiąc, nie może jednak dotąd oznaczyć c^asu, 
jakiego potrzeba do ukończenia instrukcyi. Co do jawności zai postę- 
powania, sąd oświadczył, że na to zezwolić nie może, bo musi słucha- 
wiele świadków, a śledztwo nie mogłoby postąpić naprzód, gdyby* 
wszystko odbywało się w obec publicznych zgromadzeń. Świadek bo- 
wiem, publicznie indagowany, zeznaniem swojem ostrzegłby drugiego 
świadka, który, będąc przytomny indagacyi, nazajutrz przed sąd po- 
wołany miałby łatwą sposobność utajenia prawdy. Wiązano nawet 
przysięgą świadków, aby, wyszedłszy z izby sądowej, nikomu nii 
mówili^ co słyszeli i o co byli pytani. Zresztą oświadczył sąd wojenny, 
że jest złożony z Polaków, którzy umieją czuć całą zgrozę przestęp- 
stwa zarzuconego obwinionym. 

Sąd nie wydał wyroków, nie ukończył śledztwa, pomimo pilnej i 
natężonej pracy; za krótki miał czas do wyjaśniena zawiklanej sprawy; 
dopiero straszna katastrofa w nocy z dnia 15 na 16 sierpnia 1831 
zakończyła proces i ukarała bez wyroku wszystkich uwięzionych śmier- 
cią, nie pytając się o dowody winy lub niewinności. 



Wyjazd do obozu. — Pierwsze wojskowe doiwiadczenia* 

Książe Henryk Lubomirski, u którego powtórnie byłem z Bo- 
ickim, namawiał nas obydwócli do zaciągnłenia się do pieszej legii 
nadwiślańskiej, jako z galicyjskich funduszów organizowanej i przy- 
rzekał nam swoją opiekę, ale mu Bogucki przedstawił, te będąc od 
komendy swojej do drugiego batalionu legii litewsko-woiyńskiej prze- 
znaczony, nie może stać się nieposłusznym, co mu Lubomirski po- 
cłiwalił; ja zaś nie chciałem się od przyjaciela odłączyć. 

A[itoni Truskolawski z Sanockiego i Józef Szymański z Sambora, 
mój szkolny i urzędowy kolega, przyłączyli się do mnie i zaciągnęli 
się razem ze mną do legii litewsko-wołyńskiej. Udałem się więc do 
Icrawca Kwiatkowskiego, który miał \v2ory wszystkich mundurów tej 
rewolucyjnej wojny, a nawet i gotowe mundury, mające większy 
pokup i kupiłem u niego zupełny mundur żołnierza legii litewsko- 
woiyńskiej, którą juz powszechnie litewsko-ruską nazywano. To samo 
uczynili Truskolawski i Szymański, 

Mundur nasz l>ył strzelecki; była to kurtka, jakby dłuższy szpen- 
cer, z tyłu w fałdy zebrana, z granatowego sukna, z białymi guzikami 
z orłem polskim, na jeden rząd pod samą szyję zapinana; w fałdach 
z tyłu były także dwa guziki; u szyi niski, stojący amarantowy kołnierz i 
takież wyłogi ; na obu rogach kołnierza przyszyta irąbka z zielonego 
sukna, jako znak strzelecki; stopnie oficerskie różniły się ilością sre- 
brnych gwiazd na kołnierzu, Spodnie, na buty spadające, z jasnego 
szaraczkowego sukna, z amarantowemi po bokach wypustkami. Czapki 
nasze były zupełnie odmienne od innych naszego wojska ; były to 
czapki francuskie, maJEjice dwie ścianki twarde, mniej więcej 1 2 cali 
wysokie, granatowem suknem pokryte, u góry Icształtnie wykrojone, 
tak, że tyl był niższy, a przód wyższy, kończący się nad czołem wy- 

17 



130 

krojonem u szczytu sercem, bez daszka; u góry przyszyta była do 
czapki torba z takiegoż granatowego sukna; na oslrym jej końcu był 
na krótkim czerwonym sznurku kutas z czerwonej wełnianej włóczki; 
torba chowała się w środek czapki ^ a kutas, wystawiony nad czołem, 
podczas marszu ciągle się kiwał, co pocieszny sprawiało widok, Ir 
torba była liardzo wygodna, bo służyła za posłanie ]>od głowę pod- 
czas spoczynku w obozie i za worek na kartode i inne jarzy nne po- 
żywienie, znoszone do obozu. 

By uzyskać poświadczenie wojskowe zaprowadził nas Bogucki do 
komisy i wojny, lam przedstawiliśmy się majoro\\ i Ludwikowi Bystrzo- 
nowskicmu. Ten się wypyty wiil nas .trzeclij to jest mnie, Trusko- 
lawskiego i Szymańskiego o nasze nazw^iska, zkątf przybywamy, czem 
się trudnimy i do którego pułku zari^ignęliśmy się; wpisał nas do 
wielkiej księgi i wypytywał się o różne stosunki w Oalicyi. Przy tej 
sposobności opowiedział nam, że w samej Warszawie, w komisyi w^ojny, 
zapisało się doti^d z (Jalicyi mniej więcej 24.rKjn, a z zaboru pruskiego, 
głównie z Poznańskiego, 18.000, przy czem zauw^ażył, że ponieważ, 
Galicya ma prawie trzy razy tyle ludnośn , co zabór |)ruski, {»rzeło 
stosunkowo zabór pruski w^iccej niż dwa razy tyle dostarczył ochotni- 
ków, co tialicya. 

Otrzymaliśmy kartki pośw iadczaj^ice, /v za* lai^nęliśmy się do legii 
litcwsko-ruskicj. ( )dt;^id oczekiwiiliśniy tylku na uwolnienie Boguckiego 
od szpitalnego nadzoru* I spieszyliśmy się z w')*j.»zdem i dłużej chcieli- 
l>yśniy pozostać, bo ]łragncliśmy być świadlv. nii ważnych wypadk<>w, 
jakich w Warszawie co chwila oczekiwano Nirspokojność panowała 
z wielkiem naprężeniem; przenjżne, trwożijce i p<vrieszajć|ce latriły 
wieści; Sejm obradował od kilku dni przy zajukniętych drzwiar li : koło 
okopów jak najspieszniej pracowano, wszyscy bez niżnicy stanu i i>lci 
przy patryotycznych śpiewach kończyli dawne i wznosili nowe szańce; 
o położeniu naszego wojska i moskiewskiego jak najściślejsza zacho- 
wywano tajemnicę. 

Dnia 23 lipca opuściliśmy późnym wieczorem Warszawę. Batalion 
nasz formował się w^ówczas w Zawichoście, dokąd dopiero 27 lipca 
w nocy przybyliśmy. 

I*od Zawichostem zatrzymał nas żołnierz z łańcucha, wyciągniętego 
w koło miasta i zażądał od nas hasła. Bogucki odpow iedział mu , że 
my, świeżo przybywający, hasła nic wiemy i domagał się odprow^a- 



iSi 



dzenia nas do komendanta łańcucha. Na tę głośną rozmowę przybiegł 
ów komendant, podoficer, z karabinem w ręku i zaprowadził nas do 
miasta, do komendy placu. Tam zapisał nas adjutant jenerała Sze- 
ptyckiego, jako nowo zaciągniętych żołnierzy i kazał nam przeczekać 
do rana. 

Nazajutrz wystąpiła załoga, może 200 ludzi licząca; była to legia 
litcwsko-ruska. Codzień prawie, przed nami i przy nas, przybywało 
więcej ochotników 1 dla tego nie zrobiono dotąd stanowczego podziału. 
Wincenty Szeptycki, niedawno mianowany jenerałem, nie pokazał się, 
a ja go j)rzez cały czas mojej służby wojskowej raz tylko wid-ziałem. 
Przybył jednak do nas major Józef Szumski , w mundurze piechoty 
hniowej, z ^.óltynii wyłogami, do której rzeczywiście należał; on do 
legii był dodanym i przy niej już ciągle pozostał, Szumski rozdzielił 
nas na trzy kompanie, lecz tylko tymczasem* bo się spodziewano przy- 
bycia pułkownika Dominika Kwiatkowskiego, z oddziałem naszej legii, 
który dopiero miał zaprowadzić stanowczy porządek. Szumski oddał 
dowództwo pierwszej kompanii Boguckiemu, do której wszedłem także 
ja i Szymański. Truskolawski dostał się do innej kompanii, Dano nam 
zaraz karabiny i rozdzielono kilkudziesięciu nowozacięmych między 
starszych żołnierzy, aby nas musztry i obrotów uczyli. 

W naszym balaliooie było dwóch starych, jeszcze napoleońskich 
żołnierzy: Krajzer i Hermański, którzy jjrawie wszystkich wyuczyli; ja 
dostałem się Hermanskiemu, który się zdziwił, źe już tak dobrze bronią 
robię i oznajmił Szumskiemu, że już nie potrzebuję nauki, tylko zwy- 
kłego ćwiczenia, 

W Zawichoście pozostał batalion po przybyciu naszem przez dwa 
dni; ciągle oczekiwaliśmy przejścia Moskali na lewy brzeg Wisły, Był 
wtenczas w Lubelskiem Rudiger ze znacznym korpusem* Pod komendą 
Rodigera stali z mniejszymi moskiewskimi korpusami jenerałowie Kwie- 
tnicki, Polak, I^loryan Rzewuski, syn Seweryna i ks, Adam Wirteni- 
berski ^ — ten sam, który się tak haniebnie wsławił postępowaniem 
z swoją babką księżną Izabelą Czartoryską, matką Adama Czartory- 
skiego, i z swoją tiiatką, ks, z Czarloryskicli Wirtemberską. On to 
z wandalizmem niszczył zabytki naszej przeszłości, zebrane w Puławach 
w „Świątyni wsiłomnień**. 

Te niniejsze korpusy krążyły ciągle na prawym brzegu Wisły, 
z zamiarem przejścia na lewy jej brzeg, którego pilnowały ruchome 



132 



kolumny niewielkich oddziałów wojska polskiego w różnych miej- 
scach, od Sandomierza aż ku Warszawie. 

W dniu 28 lipca, przed wieczorem, zaalarmowano nas, ie Mo- 
skale zbliżają się do Wisły, a wiedząc o małych siłach naszych, roz- 
rzuconych na lewym brzegu rzeki, zamyślają ją przejść w różnych 
punktach, między imiemi także i niedaleko Zawdchosta, Zabębniono, 
stanęliśmy w mieście pod bronią i tak przestaliśmy noc całą i dzień 
następny, z bronią do nogi. Podczas dnia kazano młodszym żołnierzom 
wystąpić z szeregów i ćwiczyć się w robieniu bronią, ]>od przewodni- 
ctwem wyznaczonych instruktorów. Jenerał Szeptycki udał się do 
innych oddziałów, wzdłuż brzegów Wisły ku Warszawie stojących, aby 
wybadać, którędy Moskale zamyślają przejść przez rzekę i w tern 
miejscy wnększe skupić siły. Wieczorem 29 lipca zaalarmowano nas 
powtórnie. Gdy nas było za mało, abyśmy na wypadek sprawdzenia 
się pogłoski przejście Moskali wstrzymać mogli, wyszliśmy do Sando- 
mierza, pod dow^ództwem majora Szumskiego; szliśmy przez całą noc, 
podczas wielkiej ulew^, grzmotów i piorunów. 

Przybywszy do Sandomierza rano 30 lipca, już podczas pogody, 
byliśmy przez mieszkańców z radością powitani. Jednych porozbierano 
po domach, innym oznaczono obszerne miejsce pod dachem, na słomie, 
dla chwilowego spoczynku i znoszono zewsząd jedzenie. Po odpo- 
częciu rozpoczęło się znowu ćwiczenie bronią. 

Pewnego razu, schodząc z placu ćwiczeń, spotkałem w mieście 
adwokata Kulczyckiego, z którym się dniem przedtem bliżej poznałem ; 
ten opowiedział mi, że w tej chwili wi<Iział wchodzącego rjo pewnego 
kanonika tamtejszej katedralnej kapituły, zakonnika od Franciszkanów, 
który znany jest powszechnie jako sprzyjający Moskwie a nam szko- 
dliwy. Nie wiele myśląc, z bronią w ręku, wszedłem natychmiast do 
kapitulnego gmachu, do pomieszkania owego kanonika, a zobaczywszy 
u niego Franciszkanina, odezwałem się surowo, że go aresztuję. Ka- 
nonik, zdumiony i rozgniewany, sam chciał pójść ze mną, ale Fran- 
ciszkanin roześmiał się, wstrzymał kanonika, a wziąwszy mnie za rękę, 
rzekł: „Chodźmy!" Na różne jego zapytania przez drogę, mnie się ty- 
czące, nic nie odpowiadałem, a przyprowadziw^szy go na strażnicę, 
oddałem go w ręce majora Szumskiego i opowiedziałem powr>d are- 
sztowania* Szumski zerwał się, [>rzywitał serdecznie zakonnika, a 
mnie zaczął karcić za samowładne postępowanie* Lecz zakonnik z naj- 



133 

większą łagodnością przerwał karcenie, pochwalił moją gorliwość i 
jłowiedział, źe umylka ta łatwo powstać mogła t wielkiego podobień- 
stwa jego do innego Franciszkanina, który jest rzeczywiście niegodzi- 
wym człowiekiem, służy Moskwie, ale w miejscach, zajętych przez 
wojsko polskie, nic pokazuje się we franciszkańskim habicie, tylko 
pod różnemi innemi postaciami wkrada się do naszych obozów. Otrzy- 
mawszy upomnienie od Szumskiego, bym w podobnych wypadkach 
był roztropniejszym, ho właśnie teraz natrafiłem na ks» prowincyała, 
sprawie naszej wielce sprzyjającego, opuściłem strażnicę. 

Opowiadano mi w Sandomierzu zdarzenia z Niemcami, osiadłymi 
blisko granicy pruskiej, którzy znalazłszy na ziemi naszej przytułek i 
majątek^ okazali się niewdzięcznymi. W Kaliszu przed miesiącem , gdy 
Prezes Komisyi wojewódzkiej oddalił się na chwilę z tego miasta, 
ludność niemiecka, która wraz z Żydami znaczną część mieszkańców 
stanowi, sadziła, że Moskale są już blisko. Cukiernik Menzel i sukien- 
nik Rephan, chcąc się pochlebić naszym nieprzyjaciołom i zasłonić 
majątki swoje od rabunku kozaków, poczęli buntować innych Niemców 
i Żydów, aby zabrać kasę rządową, zrzucić herby Polski i z otwartemi 
rękami wyjść naprzeciwko Moskali. Już w skutek tych pudżegań za- 
czął się wzmagać nieporządek , lecz dzięki sprężystości komendanta 
i szybkiemu powrotowi Prezesa, przywrócono za pomocą załogi, zło- 
żonej z kilkunastu weteranów, spokojność i panowanie prawa. Bun- 
townicy zostali pochwyceni, okuci i dla ukarania do Warszawy 
odstawieni. 

W pobliżu Kalisza w parafii poddębickiej, fabrykanci Niemcy nie 
chcieli należeć do posjjolitego ruszenia; lecz miejscowy komisarz ob- 
wodowy Jrjzef Zawadzki kazał ich przemocą wziąć chłopom, a ci 
opierającym się przybyszom kijami przypomnieli, jak mają słuchać 
miejscowej władzy. Niemej więc, wróciwszy w karby posłuszeństwa, 
przysięgli na nowo słuchać rozporządzeń i walczyć obok Polaków. 

W 'l^omaszowie mazowieckim Niemcy, wezwani przez burmistrza 
do pospolitego ruszenia, nie tylko nie weszli, lecz odgrażali się tym 
z pomiędzy siebie, którzyby się łączyli z naszym ludem. Rozbrajali 
oni chłopów, spieszących jia obronę kraju, buntowali Żydów, zelżyli 
księdza tamecznego. Gdy siła ich była przemagająca, potrwożyły się 
rodziny polskie. Ale oddział pospolitego ruszenia pospieszył na pomoc 



m 



134 



i porządek krwawo zosta! zaprowadzony; wielu Niemców uciekło, 
reszta weszła do pospolitego ruszenia. 

Podczas pobytu naszego w Sandomierzu, połączył się z nami nasz 

pułkownik, Dominik Kwiatkowski, z resztą formującego się 2. bata- 
lionu legii litewsko- wołyńskiej, lub jak ogólnie juz u nas przyjęło, 
nowej legii litewsko-ruskiej; gdy bowiem z l. batalionem nie byliśmy 
nigdy połączeni, ani wówczas nie wiedzieliśmy w kt(')rym korpusie 
się znajduje, przeto pomimo jednakowego umundurowania i uzbrojenia, 
uznaliśmy się za legię odrębną i odmienną przyjęliśmy nazwę, a cho- 
ciaż u nas większa połowa była Mazurów, przecież na pamiątkę pier* 
wotnego celu i przeznaczenia tej legii, t. j jako zawiązku rewolucyj- 
nego wojska na Litwie i Rusi, zachowaliśmy nazwę legii litewsko- 
ruskiej. Oprócz części pieszej legli, przyprow^adził Kwiatkowski do 
Sandomierza lakze kilkudziesięciu konnych tej samej legii. 

Kwiatkowski objął zaraz dowództwo całej legii, wynoszącej po 
połączeniu nie więcej, jak 400 ludzi i nie naruszył uformowanych juz 
przez Szumskiego trzech kompanij, tylko dodał z przyprowadzonych 
z sobą 4, i 5 kompanię, wzmocniwszy nieco trzy pierwsze, aby 
w każdej rówma była liczba. Komendę 1. kompanii zostawił Bogu- 
ckiemu, w której ja z Szymańskim pozostaliśmy do końca. Bogucki 
wMęc, będąc porucznikiem, pełnił służbę kapitana i miał pod sobą po- 
rucznika i podporucznika, a gdy jenerałowie, dowodzący nami, nie mieli 
władzy mianowania na ohcerskie stopnie i posuwania na w^yższe, 
komunikacya zaś między nami a Naczelnym Wodzem była do końca 
powstania przerwaną, przeto Bogucki nie otrzymał formahiej nominaeyi 
na kapitana, chociaż nieprzerwanie pełnił jego służbę, od wszystkich 
za kapitana był uważanym i jako taki tytułowanym. 



VI. 

Pospolite ruszenie i żądanie wfokian uwolnienia od pańszczyzna. 

Jak się wszystko w ówczesny m powstaniu niszem opóźniało i 
zamiast wziąć się rćjczo do wszelkich przygotowań do obrony, a nawet 
do zaczepnego działania^ Rząd nasz i wodzowie armii tylko na wy- 
marzonej pomocy obcej i sympatyi ludów europejskich polegali, lak 
też i o pospolitem ruszeniu pomyślano dopiero wtenczas, gdy Paszkie- 
wicz, objąwszy po Dybirzu dowództwo nad wojskiem moskiewskiem, 
juz przez Płockie dążył ku granicy pruskiej, by za pruską pomocą 
I>rzejść Wisle> i z lewej slrony tej rzeki uderzyć na Warszawę. 

Wtenczas dopiero postanowiono pospolite ruszenie, ogłoszono je 
po całej Kongresówce, a raczej tylko na lewym brzegu Wisły, bo 
prawy był zajęły przez Moskali, a lud^ chociaż w różnych miejscach 
o tem napomykał, źe nawet w razie wybicia się z pod Moskwy, nie 
widzi dla siebie polepszenia bytu, przeciec, z nienawiści ku niej 
spieszył w szeregi dla obrony kiaju. Formowano pospolite ruszenie 
wedle parafij. W każdej parahi zdolni do broni — jeden z każdej 
rodziny, albo gospodarstwa — byli obowiłjzairi wziąć w niem udziah 
Vo wsiach zastępcy wójtów, tj. ci, kKirzy w imieniu dziedziców, będących 
Wfjwczas wójtami w swych gminach, zawiadywali administracyjnenii 
sprawami, a w miastach burmistrze, oznaczali dzień zebrania się i czuwali 
nad tem, aby żadnego z obowiązanycli nie brakło. W dniu zebrania 
mieli księża miejscowi stosowne jirzemowy, zachęcając do obrony 
ojczyzny od nieprzyjaciół, którzy nas najechali. Komendantami ustana- 
wiano zwykle okoliczną szlachtę, która miała poważanie u ludu i była 
obeznaną ze sprawami wojennemi, a w braku takiej oddawano ko- 
mendę wojskowym. Stopnie niższe zajmowali prawie wszędzie oficy aliści 
prywatni i ludzie obrotniejsi, mający styczność z ludem. Parafie łączono 
z sobą, postanawiano wyższych komendantów i oddawano ich pod do- 
wództwo jenerała, który był komendantem dotyczącego województwa. 



136 



łównem uzbrojeniem pospolitego ruszenia były kosy, piki i myśliw- 
skie strzelby, które każdy z sobą przynieść był obowiązanym, zkądkol- 
wiekby ich dostał ; czasem pokazało się i nie wielkie działo, osobliwie 
przy pospolitem ruszeniu z miasta. Widziałem tylko pospolite ruszenie 
piesze, czyli zas było i konne, tego powiedzieć nie umiem. Oddziały 
pospolitego ruszenia miały także mundur przepisany, a mianowicie 
kurtkę i spodnie granatowe, z amarantowymi w^yłogami i granatowy 
okrągły kaszkiet z daszkiem. Niektóre parafie rzeczywiście miały takie 
mundury, w innych, które się wcześnie o to nie postarały, każdy stanął 
w swoim ubiorze i ztąd powstała pslrokaciitna, nieodpowiednia posta- 
wie wojskowej* Do wyćwiczenia w robieniu bronią i obrotach wojsko- 
wych nie było już czasu, przecież niektóre parafie dosyć były wyćwi- 
czone, a nawet bruździły Moskalom w pochodzie od granicy pruskiej 
ku Warszawie. Były wypadki, że posj>olite ruszenie rozbijało mniejsze 
oddziały moskiew^skie, lecz ruchawki tej nigdzie nie użyto w większych 
bitwach* Kilka jej starć okazało jednak, jak dzielną byłaby pomocą, 
gdyby ją wcześniej zorganizowano i wyćwiczono. 

Podczas pobytu naszego w Sandomierzu przyprowadzono do mia- 
sia pospolite ruszenie z pobliskich okolic. Było połączonych kilka pa- 
rafij, razem około tysiąca ludzi, bez mundurów, uzbrojonych w kosy 
lub w piki ; tylko komendanci i niższe stopnic miały mundury. Było to 
przed południem. Zaraz po ich przybyciu rozeszła się wteść po mieście, 
że jedna lub dwie parafie nie chciały w miejscu złożyć przepisanej 
przysięgi; połączono je więc z innemi parafiami, aby w ten sposób 
doprowadzić do dopełnienia przepisu, lecz gdy to nie pomogło, przy- 
prowadzono wszystkich do Sandomierza, aby dla większego wrażenia 
przemówił do nich w kościele katedralnym pewien kanonik, słynny 
z ujmowania sobie wdościan darem wymowy. Zabębniono na nas, sta- 
nęliśmy w^szyscy pod bronią i dwie nasze kompanie, pierwszą i drugą, 
przeznaczono do wnętrza kościoła, a trzy miały stanąć przy wejściu, 
Dwom pierwszym dano instrukcyę, aby oficerowie i żołnierze w ko- 
ściele baczne zwracali oko na każdy ruch \isłościan i gdyby się lego 
okazała potrzeba, na komendę — już nie pamiętam, jaką ^ wyparli 
ich z kościoła. Pozorem zaś udania się naszego do kościoła była lak zwana 
parada wojskowa, dla nadania w'iększej uroczystości przysiędze, jaką miano 
odebrać. 



137 

Wszedłszy do kościoła katedralnego i wyciągnąwszy dwie linie 
wzdłuż kościoła kolo ławek, spuściliśmy do nogi broń; trzy inne kom- 
panie stanęły za kościołem , frontem do wielkich drzwi obrócone. 
Wprowadzono potem w wolne miejsce między nasze linie parafie po- 
spolitego ruszenia, które odmówiły złożenia przysięgi; resztę zostawiono 
za miastem. Widziałem stojącego naprzeciwko kazalnicy i opartego o 
ołtarz Jana Ledóchowskiego, jednego z posłów, komendanta pospolitego 
ruszenia województwa sandomierskiego, w odpowiednim mundurze, kilku 
oficerów sztabowycłi i Kaczkowskiego, jenerała -lekarza armii polskiej. 
Po odprawieniu spiew^anej mszy z to^^ arzyszeniem organów, wszedł 
kanonik na kazalnicę i z zapałem przemówił do włościan ich sposobem 
mówienia, o wrogach naszych Moskałach, którzy nam zagrażają wydar- 
ciem naszego narodowego bytu, religii i języka, a malując żywemi 
barwami nieszczęścia, jakie z przewagi i rozgospodarowania się u nas 
Moskwy wynikną, wezwał ich do obrony ojczyzny i tego kawałka 
ziemi, któren każdego z nich żywi — ^do zasłonięcia rodzin, wystawio- 
nych na zhańbienie, rozprószenie i nędzę od najezdników, chciwych 
cudzego mienia — i do chętnego zaciągania się w szeregi obrońców 
kraju. Następnie przedstawiał, że słla jest tylko w połączeniu w^szystkich; 
a niechby tylko lud cały zechciał i tłumnie schwycił za broń, noga 
moskiew^ska nie uszłaby z ziemi polskiej i na zawsze bylibyśmy wołni 
od napaści i ciemięstwa naszych nieprzyjaciół. A jeżeli przy pomocy 
ludu uda nam się zgnieśi" najezdców, połączymy się znowu z naszymi 
braćmi Rusinami i Litwinami. OJmóv\iwszy potem modlitwę, wezwał 
Boga na pomoc i odczytał przepisaną rotę przysięgi, a wytlómaczywszy 
dokładnie i wyraźnie każdy jej uslęp, zażądał od obecnych włościan, 
aby każdy na znak wykonania tej przysięgi, podniósł rękę do góry i 
głośno wymówił swe imię chrzestne. Zapanowała cisza; żaden z wło- 
ścian nie odezwał się i nie podniósł ręki. Kanonik poczekawszy, chwilę, 
przemówił drugi raz, poczeni odezwało się kilku: Jonek, Bartek, So- 
bek i t. d. i znowu było cicho* Wówxzas wyszedł Led<lchowski w środek 
włościan i przemówił serdecznie i w spos(>b nader wymowny, a kanonik [ o 
raz trzeci wezwał do przysięgi. Powstał wtenczas gwar, wskutek równo- 
czesnego wymówienia w^ielu imion, ale widocznie nie wszyscy się ode- 
zwali, bo łatwo można było policzyć ręce podniesionei przekonać się^ 
że było ich nierównie mniej, niż włościan zgromadzanych. Tymcza- 
sem przemówienia te tak zapaliły kilkunastu z ciekawości przybyłych 

18 



188 

do kokiola mieszkańców miasta, iż podnieśli ręce, wykrzyknęli swoje 
Imiona i zaciągnęli się do pospolitego ruszenia, chociaż mieszczanie 
sandomierscy nie mieli jeszcze tego wezwania. Gdy gwar ten ustal i 
wszczął się ruch, znamionujcjcy pewien niepokój, odezwał się donośnym 
głosem jeden z włościan: „A pańszczyzna?... to my p(jjdziemy, a nasze 
żony i dzieci będc} zabijać na pańskiem?! Ja tego dopuścić nie mogę, 
nie powiem imienia mojego i nie pójdę do pospolitego ruszenia!** Po- 
wstał nowy gwar, w którym wyraźnie słowa „Nie pójdę! pańszczyzna!" 
odróżnić było można. Wówczas komenda, która te parafie przyprowa- 
dziła, kazała im wyjść z kościoła. Włościanie wyszli bez oporu i bez 
okazania jakiej niechęci, a nasze dwie kompanie udały się za nimi. 

Za kościołem otoczyło icli naszych pięć kompanij. Gdy starszyzna 
spostrzegła, że włościanie żadnego oporu stawiać nie myślą, lecz prze- 
ciwnie bratają się, serdecznie i z uśmiechem, z żołnierzami, pułkownik 
nasz Kwiatkowski rozwolnił porządek pierwszych trzech kompani] i 
polecił nam, abyśmy rozebrali pomiędzy siebie włościan, osobliwie tych, 
którzy się wzbraniali przysięgać i przemówili do nich po koleżeńsku^ 
stosownie do obecnych okoliczności Zrobiło się zamieszanie, potwo- 
rzyły się gromadkij a w nich odezwały się glosy przemawiających, to 
wtośnan , to żołnierzy. 1 ja przyłączyłem się do jednego z kółek, 
w którem byli włościanie, którzy nie chcieli złożyć przysięgi. Na prze- 
mowę jednego z żołnierzy, Mazura i także włościanina, który chłopskim 
językiem, ale z zapałem, zagrzewał do walki z Moskwą — dał jeden 
z tych upornych włościan spokojną i dość długą odpowiedź, mniej 
więcej w słowach następujących: „My nie lubimy Moskali, nie chcemy 
„ich mieć u siebie, radzibyśmy» aby ich noga nie została u nas i nie 
„postała nigdy, ale czyż nam włościanom lepiej będzie, gdy ich wy- 
„pędzimy, lub zgnieciemy?*.. Jakeśmy byli w niewoli pańskiej dotąd, 
„tak i p(łżniej będziemy; nasza niedola nie zmieni si^, gdy nawet teraz 
„wśród wojny, z chałup, z których gospodarze poszli, ay to do wojska, 
jjCzy do pospolitego ruszenia, pędzi dwór żony i dzieci na pańszczyznę; 
„a gdy kto odezwie się przeciw temu* dostaje w odpowiedzi tylko su- 
„rowy rozkaz milczenia, (idyby na czas wojny przynajmniej ci gospo- 
„darze byli wolni od pańszczyzny, z których chałup wzięto kogoś do 
„wojska, a jeźliby gospodarz poległ, gdyby rodzina jego w pańszczyżnie 
„jakiej ulgi doznała, tobyŚmy wszyscy poszli; ale gdzież tam, na takie 
„prośby otrzymywaliśmy zawsze i otrzymujemy odmowne odpowiedzi. 



± M 



139 

„Panom zapewne lepiej będzie, jak się pozbędc} Moskali, dla tego 
„niech się z nimi bijćjL; my im z pewnością przeszkadzać nie będziemy, 
„i będziemy się cieszyć, jak ich bodaj wszystkich wytłumili. Wielu 
„włościan poszło pod broń z ochotą i pójdzie jeszcze, nawet z naszych 
,,|>arafij; my ich nie odmawiamy, owszem, niechaj idą; ale ja ' 
jp wielu jeszcze naszych, nie pójdziemy i przysięgi składać nie hędzie- 
„my". Podobnie odzywali się włościanie w kaźdem z tych kółek. Nie 
pomogły obietnice, źe po wywalczeniu niepodległego bytu, niezawodnie 
panowie i Sejm uwolnią ich od poddaństwa i pańszczyzny i przyznają 
im własność posiadanych gruntów, bo będą potrzebowali narodowego 
wzmocnienia, aby znowu kiedy nie upaść; przekonali się bowiem, że 
naród tylko ze szlachty złożony, jest za słabym, aby się mógł oprzeć 
przeważnym siłom sąsiadów i wiedzą o tem, że nieprzyznanie praw 
obywatelskich włościanom było główną przyczyną zguby Polski Śmiali 
się tylko włościanie z tych obietnic i krótko odpowiadali, źe gdy ich 
pomocy panowie już potrzebować nie będą, okażą im znowu dawną 
surowość, a bodajby i gorzej z nimi się nie obchodzili, niż dotąd; bo 
pewnie bardzo mało się znajdzie takich, którzyby wzmocnienie narodu 
przekładali nad wielkie korzyści, jakie ciągną z poddaństwa i pań- 
szczyzny. Gdy bowiem teraz, kiedy włościan koniecznie do ocałenia 
swojego potrzebują, tylko kilku panów znalazło się w Sejmie, którzy 
upominali się o zniesienie poddaństwa i pańszczyzny i o uwłaszczenie 
włościan — i sami w swoich dobrach zaraz to uskutecznili — a zna- 
czna większość sejmow^a oparła się temu i tylko w rządowych do- 
brach pozwoliła na małe ulgi dla włościan — bo te dobra nie ich kie- 
szeni się tyczą — gdy więc teraz tak postępują, to pewnie,, jak się 
pozbędą nie[>rzyjariół, inaczej i lepiej postępować nie będą. Wieść 
'O uwolnieniu włościan przez braci Antoniego i Władysława Ostrowskich, 
przez Szczanieckiego i jeszcze kilku, których po całym kraju głośno 
lud błogosławił, jakby błyskawicą rozeszła się po chatach wiejskich i 
tak wszystkich zainteresowała, że włościanie o sejmowych naradach 
w sprawie poddaństwa i pańszczyzny prawie wszędzie dokładne mieli 
wiadomości. 

Wypadek ten w Sandomierzu był podobno jedyny w całym 
kraju, a jest tern bardziej godny uwagi, źe włościanie otwarcie tu 
upomnieli się o siebie, wyraźnie zażądali uwolnienia od poddaństwa i pań- 
szczyzny, jakkolwiek tymczasowo, podczas trwania wojny, tylko małych 



140 



ulg się domagali i spokojnie wyrzucali szlachcie nies[>rawiedliwu6c i 
niezrozumienie własnego interesu. Był to fakt niemałej doniosłości i 
szkoda wielka, źe nie wydarzy! się przynajmniej przed trzema miesią- 
cami pierwej, gdyż odgłos jego przeszedłby całą Kongresówkę i wy- 
wołałby podobne objawy w innycli miejscach i po różnych wojewódz- 
twach, co zapewne opamiętałoby sejmujących i do innych doprowadziło 
postanowień w sprawie poddanych, W takim wypadku pomyślniejszy 
wzięłaby wojna obrót, bo Rząd i wodzowie, widząc cały naród w po- 
wstaniu i pod bronią i najlepszym ożywiony ducliem, działahby Śmielej 
i nie oglądaliby się na zawodną dyplomacyę, lecz bardziej zaufaliby 
własnym silom. Wieść o wolności chłopów w Kongresówce udzieliłaby 
się szybko clilopom na Rusi i na Litwie i pow^stania tamtejsze, cho- 
ciaż dość liczne j ale z samej prawie tylko szlachty złożone, a w^obec 
przeważnego nieprzyjaciela bezsilne, wzmogłyby się w imponujący 
sposób przyłączeniem się włościan tamtejszych. Natenczas z powodze- 
niem zmierzylibyśmy się z tym strasznym dla Europy olbrzymem, a 
w dawnych granicach powstałaby nowa już Polska — bo nie wyłącznie 
szlachecka. Zaniedbano i odtrącono najpiękniejszą, a może jedyną spo- 
sobność, które to zaniedbanie odpłaciło się zaraz i odpłaca się dalej 
coraz większemi nieszczęściami. 

Wypadek ten w Sandomierzu podobno nawet i do w^iadomości 
Sejmu nie doszedł, bo wkrótce potem wszelka komunikacya między 
nami a Warszawą została przerwaną i nastąpiły katastrofy, które szybko 
do upadku doprowadziły nasze powstanie. Po tych wzajemnych wy- 
nurzeniach z włościanami powtórzyliśmy trafne nasze przysłowie: że 
kogo Pan Bóg chce ukarać, temu pierwej rozum odbierze. 

Te rozmowy byłyby się przedłużyły, do czego tak żołnierze jak 
i włościanie mieli ochotę, ale gdy starszyzna nasza spostrzegła, że przed- 
stawienia włościan ile działają na wojsko, przerwała rozmowę uderzeniem 
w^ bębny, poczem kompanie stanęły zaraz w porządku* Do włościan 
odezw^ał się bezpośredni ich komendant, Ledóchowski, w^zywając, 
aby się oddzielili ci, którzy przysięgli i chcą pójść do pospolitego ru- 
szenia, od tych, którzy przysięgi nie złożyli, l^ozdział ten nastąpił na- 
tychmiast i może ze dwie trzecie części chłopów stanęły po stronie 
odmawiających przysięgi, których inną stroną wyprowadzono z miasta 
i zaraz do domu odejść kazano; tamtych zaś złączono zresztą pospo- 
litego ruszenia. 



Moskale przechodzą Wisłę, 



VII. 

Pierwsze starcia* — Przybycie jen. RłSzycklego. 



Mieliśmy więc niepokoić Moskali i wzbraniać im przejścia przez 
Wisłę. Temu przejściu niepodobna było przeszkodzić ; było nas za 
mało i nie mieliśmy dział; ale zadaniem naszem było nie przepuszczać 
Moskali spokojnie i bezkarnie i urwać im choć trochę ludzi , z jak 
najmniejszą własną stratą. Do mostu nie szliśmy, bo byłoby dużo 
żołnierzy naszych padło, bez żadnej dla nas korzyści, lecz za krza- 
karaij pod którymi sialiśmy, była na Wiśle kępa zarośnięta także 
krzakami^ na tej kępie było może z pół batalionu moskiewskiej pie- 
choty, która miała podobno drogi most rzucać, jakeśmy z mnóstwa 
nagromadzonego tam materyału sądzili. Otóż wezwała nasza komenda 
ochotników na tyralierów, aby pod zasłoną krzaków na sam ich 
kraj się posunęli i z brzegu niepokoili piechotę na kępie. Udało się 
więc kilkudziesięciu naszych żołnierzy z dwoma podobno oficerami 
w głąb krzaków i wkrótce usłyszeliśmy karabinową pukaninę. 1 ja 
chciałem pójść z nimi, ale mnie Bogucki wstrzymał, jako jeszcze nie 
ostrzelanego i nie mającego wojennego doświadczenia. Położenie naszych 
było korzystniejsze, bo stali w gąszczu, a Moskali w rzadkich krza- 
kach można było brać na cel Pukanina ta trwała cały dzień, a gdy 
odległość kępy od brzegu naszego była mała, zdawało się naszym, źe 
żaden strzał nie był daremnym Jakoż później opowiadali nam chłoj^i, 
że na kępie było kilkunastu Moskali zabitych, a może drugie tyle 
rannych; z naszej strony nie padł żaden, jednak rannych było kilku. 

Gdy tyralierzy byli zatrudnieni na brzegu rzeki, reszla naszych 
gotowała sobie jedzenie pod krzakami. Mieliśmy mięso, a każdy zao- 
patrzył się w sól w Sandomi^^rzii, po jarzynę zaś wolno nam było pójść 
do ogrodów we wsi po kilku, kilkunastu; każdy coś przyniósł dla 
siebie i drugich. Ogień kazano nam długo i szeroko rozłożyć, aby się 



142 

Moskalom nasza siła większą zdawała. Po południu nastąpiła zmiana 
tyralierów, którycłi zastąpiło kilkudziesięciu nowych ochotników; ci 
pozostali na miejscu do wieczora, a pierwsi powróciwszy, gotowali 
sobie jedzenie. 

Jeszcze podczas trwania karabinowej zabawki nad brzegiem, usły- 
szeliśmy nagle wystrzał działowy od Józefowa, Gdy się wystrzały po- 
wtarzały, a my nie mieliśmy czem na nie odpowiadać, ściągnęła nasza 
komenda tyralierów, stanęliśmy w porządku plutonami i przygotowa- 
liśmy się do odporu nacierającym na nas Moskalom Wystrzały dzia- 
łowe trwały ciągle, a były zwrócone ku temu miejscu, gdzie się nasze 
ognie jeszcze dopalały. 

Gdy kule nad nami gęściej słyszeć się dawały, posunięto stano- 
wisko nasze o kilkadziesiąt kroków na bok. Huk dział powoli usta- 
wał; w tern straż nasza przednia dala znać, że się ku nam zbliżają 
tyralierzy moskiewscy. Zaraz odkomenderowano od nas kilkudziesięciu 
ochotników w tyraliery. Wkrótce, po ustaniu działowych wystrzałów, 
rozpoczął się obustronny tyratierski ogień. Zaczęło się zmierzchać, a 
żołnierze, którzy mieli dobry i wprawny słuch, usłyszeli głuchy tętent 
koni, przechodzących przez most nie bardzo odległy i ciężki tur- 
kot prowadzonych dział. Gdy komenda nasza ściągnęła tyralierów, 
a myśmy się już formowali w czworobok, by przy odwrocie łatwiej 
się oprzeć konnicy, przyleciał do nas na koniu adjutant naszego puł- 
kownika, Blotnicki, z rozkazem cofnięcia się natychmiast do Cieszycy 
górnej. Odeszliśmy więc nocą. Moskale wysłali za nami jeszcze kilka 
wystrzałów działowych na wiatr, lecz już nas nie prześladowali. 

Zastaliśmy wszystkich już gotowych do pochodu i bez żadnego 
zatrzymania się ruszyliśmy ku Tarło vvu. Tam stanęliśmy obozem na 
obszernym, obmurowanym placu, około dużego kościoła, a straż obo- 
zowa rozciągnęła za murem nocny łańcuch. Noc przeszła nam spo- 
kojnie, lecz ze świtem zaalarmowało nas kilka karabinowych wystrza- 
łów. Zawołano: ^l_)o broni!" — i stanęliśmy natychmiast w porządku. 
Straż obozowa zebrała^ co mogła, ludzi z łańcucha i wypadła i po- 
spiechem na plac kościelny ; brakowało kilku, których Moskale podeszli 
i zabrali, a od których pochodziły te alarmujące wystrzały. Ledwie 
zakomenderowano do i)ochodu, gdy usłyszeliśmy huk dział i zo- 
baczyliśmy na niedalekiej górze konnicę, działa i nieco piechoty mo- 
skiewskiej. Kula działowa zwaliła posąg kamienny, którym kościół 



143 



zewnątrz byl ozdobiony. Gdyśmy weszli w rynek miasta, a działa 
ciągle grzmiały* zwrócił nas burmistrz, dawny żołnierz, na inną drogę, 
jako bezpieczniejszą i prowadzącą do lasu, ale sam juz w mieście nie 
pozostał i poszedł z nami; bal się Żydów, by go, jako ostrzegającego 
nas, nie wydali Moskalom. 

Byli to ci sami Moskale, którzy pod Cieszycą przeszli Wisłę Po 
opuszczeniu miasta, kosynierzy 2 2* pułku poszli szybkim krokiem 
naprzód ku lasowi, a nasz batalion, opatrzony w karabiny, stanowił 
straż tylną pochodu; z mozolą szliśmy po piaskowym gruncie pod 
górę, za kosynierami W tern pułkownik Kwiatkowski udał się z je- 
nerałem Szeptyckim do kosynierów, a komendę nad nami powierzył 
majorowi Szumskiemu, który, zapewne nieco podochocony — bo lubił 
się napijać — zakomenderował, abyśmy podwcgnym krokiem pospie- 
szyli ku lasowi. Huk dział ustal, a za nami usłyszeliśmy głuchy tętent 
konnicy ; Bogucki spostrzegł goniących za nami dragonów moskie- 
wskiclł, a było ich ze trzy szwadrony. Wstrzymał więc, wbrew roz- 
kazowi Szumskiego, pocliód naszego batalionu, sformował prędko 
czworobok i \^olnym krokiem kazał postępowar naprzód. Dragoni, 
widząc nas gotowych do należytego przyjęcia ich, stanęli i nie prze- 
śladowali nas dakj. Bogucki na boku, w oddaleniu od żołnierzy, starł 
się z Szumskim, który odjechał następnie do pułkownika, % my, nie 
psując czworoboku, weszliśmy za kosynierami do lasu. Wytoczyła się 
sprawa przed pułkownikiem; pułkownik zgromił Boguckiego przed 
frontem batalionu za niesubordynacyę, bo inaczej postąpić ni^ niógł, 
ale zaraz na boku powiedział surowo Szumskiemu słowa prawdy, a 
Boguckiemu, stojącemu przy swej kompanii, podał rękę, dziękując mu 
za ocalenie batalionu. Batalion zawołał „Niech żyje pułkownik! Niech 
żyje nasz kapitan!'* — bo Boguckiego, chociaż byl porucznikiem, jako 
komendanta kompanii, nazywano ogóhiie kapitanem i za takiego 
uważano* 

Nie ścigani już przez Moskali, przeszliśmy przez Ożarów, a po 
spoczynku we wsi Stodoły przyszliśmy dnia 6 sierpnia wieczorem do 
miasta Opatowa. Tam ledwie nie o drugie tyle ujrzeliśmy wzmocnioną 
siłę naszą^ bo oprócz batalionu kosynierów 22. pułku, z którymi by- 
liśmy w Tarłowie, złączyły aię z nami trzy kompanie celnych strzel- 
ców sandomierskich Grotusa (około 300 ludzi), nazwanych ptaszni- 
kami, mała kompania legii nadwiślańskiej, pod lvapitanem Józefem 



144 

Chanowskim (nie więcej jak 50 głów) i 30 koni legii nadwiślańskiej 
konnej, pod dowództwem Tytusa Szumlańskiego. 

Przy nas przybyły do Opatowa trzy szwadrony jazdy wołyńskiej 
pod dowództwem pułkownika Karola Róży takiego, wynoszące blisko 
5tx> koni. Dosyć, że było nas już około 1800 ludzi. Legię nadwiślań- 
ską pieszą połączono z naszym batalionem, jako s/óstą kompanię. 

Gdy wiadomości dochodziły, że jenerał Rudiger ze swoim i re- 
sztkami innych moskiewskich korpusów — którego oceniano na 16000 
lodzi i 20 dział — już przeszedł, albo w tych dniach przechodzi na lewy 
brzeg Wisły, postanowił jenerał Szeptycki udać się z zebraną siłą 
w Świętokrzyskie góry i prowadzić z nieprzyjacielem małą wojnę 
podjazdową. Wychód nasz z Opatowa, na dzień 7 sierpnia po południu 
naznaczony, nagle wstrzymała wiadomość* że znaczna siła moskiewska 
zbliża się do miasta. W samo południe powstał wielki popłoch między 
mieszkańcami. Wojsko wyprowadzono za miasto , dla spotkania się 
z nieprzyjacielem, lecz niebawem pokazało się, że były to tylko pikiety 
kozackie. Szeptycki, będąc już do pochodu zupełnie gotowym, wstrzy- 
mał go do dnia następnego, a tymczasem rozesłał oUcerów na zwiady 
o miejscu pobytu i sile Moskali. Rozłożono obóz za miastem i prze- 
znaczono dla każdego oddziału odrębne miejsce, połączywszy je stra- 
żami tychże oddziałów, tak, aby na wypadek zaalarmowania, cały ten 
korpusik stanął w szyku bojowym. Naszą zaś kompanię legii litewsko- 
ruskiej, pod dowództwem Boguckiego, wysunięto najdalej od miasta i 
postawiono przy głównej drodze, którą nadejścia Moskali spodziewano 
się, aby pierwsza powitała ogniem nieprzyjaciela, chcącego wejść do 
miasta. Takie stanowisko nazywali żołnierze straconą pikietą, poświę- 
coną dla bezpieczeństwa reszty korpusu ; na takiej straconej pikiecie 
byłem już drugi raz, to jest tu i w Cieszycy dolnej, ale jak tam, tak 
i tu, wyszliśmy z niej szczęśliwie. 

Gdy tak w porządku bojowym, nie psując szeregów, w które usta- 
wieni byliśmy, siedzieliśmy na zagonach koło drogi z karabinami w ręku, 
a tylko cicho — bo głośno nie wolno było mówić, by gwaru nie usłyszał 
podsuwający się może nieprzyjaciel — narzekaliśmy na oczekiwany 
nazajutrz pochód w Świętokrzyskie góry, który sobie jakby ucieczkę 
jirzed Moskalami wyobrażaliśmy, przybiegł z obozu w nocy jeden 
z oficerów naszej legii do Boguckiego, z doniesieniem o zmianie do- 
wódcy naszego korpusiku. Przybył do obozu, już późnym wieczorem, 



145 



jenerał Samuel Różycki i okazał jenerałowi Szeptyckiemu swoje upowa- 
żnienie do objęciii głównego dowcidztwa w województwach sandomier- 
skiem, kieleckiem i kaliskiem z poddaniem pod jego rozkazy wszystkich 
pojedynczych dowódców jakichkolwiek stopni w tych w^ojewództwach* 

Wiadomość ta rozeszła się zaraz między nami i niezmiernie 
nas ucieszyła, bo znając Samuela Różyckiego z opowiadania, spo- 
dziewaliśmy się sprężystszego i roztropniejszego działania od tego, 
jakiego dotąd byliśmy świadkami, a tę nadzieję wzmogło jeszcze 
przyniesione przez oficera upewnienie, źe świeżo przybyły dowódca 
wstrzymał cofanie się w Świętokrzyskie góry i postanowił, w celu 
połączenia się z przybywającymi to z Warszawy, to zkądinnąd do 
nas posiłkami, rozpocząć zaraz działanie zaczepne przeciw mniejszym 
sitom moskiewskim, przed ich połączeniem się, by sobie tym sposobem 
usunąć zawady z drogi do naszych posiłków; że w tym zamiarze 
juz odesłał w tyl sprzęty i ciężary wojenne, a oddziałom odwodowym 
polecił, aby wyruszyły zaraz do Kielc, pod dowództwo jenerała Weis- 
senhofa. Pochód nasz miał się rozpocząć zaraz nazajutrz, a tymczasem 
oczekiwano powrotu oddziałów rozesłanych na zwiady. W tej błogiej 
niyśli przebyliśmy w miejscu noc całą , nie napastowani przez Moskali, 

Rano równo z dniem , odwiedził nas Samuel Różycki na 
koniu, ze swoim adjutantem i z drugim kapitanem, którego przypra- 
wiony i ruszający się nos woskowy wpadł wszystkim w oczy. Był 
to Józef książę Giedrojc, który służył w legionach polskich pod Na- 
poleonem; podczas wojny w Hiszpanii gierylasy schwycili go i nos 
mu ucięli. Bardzo chudy, z okiem strzelającem, wprawny i zwinny 
w małej podjazdowej wojnie, był zawsze używany z niewielkim 
oddziałem do niepokojenia i dokuczania nieprzyjacielowi, do urywania 
mu wszelkich wojennycli potrzeb, co mu się zawsze udawało, 'l^o też 
i Samuel Różycki, po przybyciu swojem do nas, wyprawił go zaraz 
z przeszło loo celnymi strzelcami nad Wisłę ku Solcu i w okolice, dla 
przecinania nieprzyjacielowi komunikacyj, CJn to był głównym dostar- 
czycielem dla naszego korpusu wołów i innej żywności, które Mo- 
skalom wydzierał i dlategośmy go zawsze z wdzięcznością i uniesie- 
niem wspominali, Moskale byli na niego więcej zażarci, niż na innych 
i j)ózniej doszła nas smutna wieść, że go złowili i powiesili, a wiarusy 
nasi powtarzali z żalem, że nosił wilk barany, aż w końcu i wilka ponieśli. 

19 



146 

Jenerał Samuel Róźy<:ki byt małego wzrostu, bardzo szczupły 
i niepokaźny, twarz miał uśmiechającą , mógł mieć około 60 lat i jak 
mówiono, niewyśmienicie jeździł na koniu, ale był sprężysty, a jak pó- 
źniej poznaliśmy, choć ostrożny, był przy tern bardzo śmiałym; w służbie 
żądał bezwarunkow^ego posłuszeństwa i dal uczuć swoje zwierzchnictwo, 
jednak za służbą był bardzo łagodnym, przystępnym dla każdego, przy- 
jacielskim z wszystkimi żołnierzami i oficerami bez różnicy stopnia, 
nikomu nie dal uczuć swojej wyższości i wszyscy go bardzo szanowali 
i serdecznie kochali. 

Przybyłego do nas równo ze świtem jenerabi chcieliśmy powitać 
okrzykiem : „Niech żyje!" — ale ponowiono nakaz zachowania się cicho i 
w^ tej chwili ściągnięto nas z tej |jlacó\vki, abyśmy się zaraz z resztą naszej 
siły przygotowali do pochodu, (gdyśmy przechodzili za miasto, uderzał 
nas niemiły widok prow^adzonych przez Wolyńców dw()ch |>okłutych ollce- 
rów, Karola Dunina, kapitana jazdy wołyńskiej i Tadeusza Horaina, b)'łegQ 
adjutanta jenerała Szeplyckiego, a teraz przeznaczonego na kapitana do 
tej jazdy. Było to skutkiem nieostrożności ka]>itana Dunina, komendanta 
szwadronu jazdy, w zastępstwie majora Stanisława Dunina, któren 
wiedząc o placówce naszej legii o kilkaset krokuW' otl slanowi^ka swego 
oddalone] i sądząc się wskutek tego l>ezpiecznym — kazał swoim zsiąść 
z kuni i pozwolił im odpocząć bez postawienia widely, to jest straży obo- 
zowej. Patrol kozaków, stojący niedaleko, spostrzegł odejście naszej kom- 
panii, rzucił się natychmiast na śpiących Wolyiuow i poklul tych dwtich 
oficerów i trzech żołnierzy. I^-ędko wprawdzie cz^ść szwadronu wsiadła 
na koń i pognała za kozakami, ale ich juz nie dopędzila. Tcił jeden 
tylko wypadek splamił sławną Wołyńców^ bncznośc, klórej zawdzięczali 
wszystkie swoje zwycięstwa i dał im nauczkę, jak iu w wojnie cale 
powodzenie na niezwolnionej i natężonej czujności polega. Ale zaraz 
nazajutrz okazała się im sposobność świetnego zatarcia tej przykrej 
przygody. 

Gdy już wszystko do pochodu było gotowe, wysłał jenerał Ró- 
życki kilkudziesięciu celnych strzelców, z porucznikiem Niewęgłowskim 
na czele, w wielkie lasy blisko llży, zwane lasami I^okrzy unickimi, dla 
pow^strzymania nieprzyjaciela, gdyby się w te lasy udawał, a resztę 
nas poprowadził pr^ez Ostrowiec w okolice Radomia, gdzie się miah 
połączyć z przybywającymi z Warszawy posiłkami i z oddziałami nie I 
ściągniętymi jeszcze z nad brzegów Wisły. 



J.M 



vnT. 

Bitwa pod Iłłą. 

Iłża, małe, sciiludne miasto, leży tuż pod wysolcą górą, na 
której są obszerne zwaliska wielkiego zamku. W samem mieście był 

duży, murowany kościół parafialny; przez miasto płynie kręto rzeczka, 
zwana Białą, na której jest most; dalej za miasttm cmentarz, tak, że 
kościół stał między cmentarzem a zamkiem. W mieście domy nie- 
wielkie, to drewniane, to murowane ; blisko kościoła obszerny rynek 
i kilka ulic dość czystych, wychodzących z rynku. 

Przez drogę z Opatowa mieliśmy się ciągle na baczności przed 
nieprzyjacielem, bośmy widzieli z daleka i>rzed nami kręcących się poje- 
dynczych kozaków. 

Przybyliśmy do Iłży tego samego dnia (8 sierpnia) w nocy, nie 
napastowani podczas pochodu. Ustawiono piechotę na cmentarzu, a 
konnica, przeszedłszy przez miasto, stanęła w pola koło drogi do 
Radomia. 

Dnia 9 sierpnia, około godziny 10. przed południem, wyprowa- 
dził nas wszystkich jenerał za miasto na drogę ku ł^adomiu, by się 
tam połączyć z oddziałem pułkownika Obuchowi* za, przybywającym 
z Warszawy i z batalionem 22 pułku piechoty pod pułkownikiem 
Kalinkowskim, ktciry szedł od Wisły z dwoma działami. Lecz zaledwie 
wyruszyliśmy z miasta, już usłyszeliśmy strzały, jak znawcy nasi osa- 
dzili, z janczarek kozaków dońskich. Pluton jazdy wołyńskiej udał się 
stępo w stronę wystrzałów i wkrótce zobaczył uwijających się Doń- 
ców. Ale ci, poslrzegłszy jazdę naszą, umknęli, a nasz pluton wrócił. 
Zaraz polem zobaczyliśmy pod bliskim lasem na wzgórku podnoszący 
się kurz i lśniące bagnety; piechota moskiewska szła szybkim krokiem 
ku miastu; od z miku odezwały się działa, a kilka szwadronów jazdy 
moskiewskiej poka/ało się na drodze, którą iść mieliśmy. 



14S 



Jenerał Różycki wstrzymał pochód; nie chcąc narazić piechoty, 
klórej jeszcze w boju nie znał, na zgubę przeciw konnicy w otwartem 
poluj postanowił wrócić z nią do miasta i tam z nieprzyjacielską pie- 
chotą stoczyć bój. Rozporządził, aby jazda wołyńska, z plulonem konnej 
łegii nadwiślańskiej stanęła w polu przeciw konnicy nieprzyjacielskiej ; 
batałion 22. pułku piechoty, dwie kompanie naszej legii z koni|>anią 
pieszej legii nadwiślańskiej i połowę strzelców sandomierskich Grotusa, 
postawił pod samem miastem w odwodzie, do pomocy oddziałom, 
mającym wejść do miasta, lub do zabezpieczenia ich odwrotu j pier* 
wsze zaś trzy kompanie nasze, powierzywszy ich dowództwo Bogu- 
ckiemu i resztę strzelcóvv Grotusa» poprowadził sam w ulicę miasta, 
kazał zająć legii naszej cmentarz, rynek i większe ulice, a strzelcom 
wskazane im domy i zawoławszy: „Idźcie bracia śmiało — jeszcze 
I^olska nie zginęła I"" — powrócił w pole. Korpus moskiewski, pod do- 
wództwem jenerała Kwietnickiego, miał kilka batalionów piechoty, pułk 
dragonów z napisem na kaskach „za otliczje", t. j. za odznaczenie się 
w wojnie tureckiej, który w obecnej kampanii jeszcze nie był w boju; 
pułk dońskich kozaków i sześć dział; liczono ich na 5000 głów. My 
żadnego działa nie mieliśmy, a jak wyżej powiedziałem, nie było nas 
więcej, jak l8oa ludzi. 

Bogucki prowadził nas wskazaną przez jenerała ulicą. Zaraz z po- 
czątku ulicy zastąpiło nam drogę mnóstwo kobiet, dzieci i starców; 
na klęczkach z wzniesionemi w górę rękami wołali: „Zlitujcie się! 
wy nas zgubicie!^ Uprzątnąwszy w okamgnieniu ten tłum, poszliśmy 
naprzód bez zatrzymania się. W tern na skręcie ku rynkowi spostrze- 
gliśmy, że rynek zajęty juź przez moskiewską piechotę, która nas 
wyprzedziła i obsadziła rynek i cmentarz ^ — tylko do zajęcia ulic nie 
miała już czasu* Moskale przywitali nas rotowym ogniem, a Bogucki 
zakomenderował: ^W prawo^ pod ścianę!" — tak, że nas domy zasłaniały 
przed Moskalami. Bogucki wziął od żołnierza karabin, wybiegł na śro- 
dek ulicy, wystrzeli! w rynek i zawołał: „Trup! — za mną!"* — - wy- 
biegali wszyscy pojedynczo; kto wystrzelił, cofnął się pod ścianę, 
nabił i znowu wybiegł do strzału. -— Tak trwała ciągle gęsta puka- 
nina z obu stron. Bogucki nie ustąpił z ulicy* tylko stanąwszy pod 
domem z przeciwnej strony, śledził ruchy Moskali. Stanął przed 
nim Unicki, jeden z jego żołnierzy pierwszej kompanii i wystrzeliwszy 
kilka razy, padł, ugodzony kulą w samo skronie. Bogucki porwał jego 



149 



karabin, nabijał i strzelał, ciągle z jednego miejsca, i wolał: „Nic tak 
tłumnie wybiegać do strzałów!" — Żadna kula nieprzyjacielska nie 
drasnęła go» 

Wśród tego strzelania zawołał nagie Bogucki: j^Zachodz^ nam 
tyły — na ochotnika dwunastu w^ drugą ulicę!'* „Tam s^ strzelcy" — 
odezwał się ktoś. j,Będzie ich więcej** — odparł Bogucki. W tej chwili 
stanęło dwunastu z podolicerem Kwiatkowskim, Kwiatkowski był zbie- 
giem moskiewskim i lubił się napić. ,Tyś pijany!* — -zawołał Bogucki. 
„lem lepiej" — odrzekł Kwiatkowski Ledwie przeszli w drugą ulicę, 
usłyszeliśmy „hurra!** — Moskale juz tam byli, Kwiatkowski ze swoimi 
w^yparl ich bagnetem, a zająwszy starą stodołę, od rynku, przez 
szczeliny drewnianej ściany raził ich mocno i narobił im wiele szkody, 
będąc sam zasłoniętym. 

Odezwały się znowu z zamkowej góry działa^ które podczas walki 
w mieście były przycichły, lecz miasto jest zanadto blisko góry aby 
nam te strzały szkodzić mogły; kule przelatywały ponad głowy nasze 
i raziły tylko naszych za miastem, gdzie ich kilku padło. Strzały karabi- 
nowe z rynku były coraz rzadsze; gdy Bogucki spostrzegł wiele tru- 
pów moskiewskich i zamieszanie w moskiewskiej piechocie, a widział 
potrzebę i możność zabrania dwóch dział moskiewskich na górze, za- 
w^ołał: „Działa na^ze! formuj plulony, do ataku broń; krok podwójny — 
marsz I** Szliśmy więc naprzód, z najeżonymi bagnetami, szybkim kro- 
kiem ku piechocie moskiewskiej w rynek, aby się przedrzeć do dział 
i zabrać je. Jeden z naszych poruczników, Leopold Sawaszkiewicz, za- 
śpiewa! bardzo donośnym głosem: -Jeszcze Polska nie zginęłal** — i wszy- 
scy śpiewaliśmy za nim. Lecz tu nie przyszło do bagnetowego starcia; 
Moskale nie dotrzymali miejsca, podali tył, z rynku i cmentarza cofnęli 
się w nieładzie przez most ku zamkowi. Dla zasłonięcia siebie i dział 
przed nami, zapalili drewniane domy nad rzeką i t)m sposobem prze- 
cięli nam drogę, bo inaczej bylibyśmy niezawodnie zdobyli działa. 
W tern granat zapalił wieżę kościoła, a płomień szybko ogarnął i 
zniszczy! kości()l i prawie całe miasto. Ocalała lylko plebania, browar 
i niektóre domy. To nie tylko wstrzymało nasz pochód, ale utru- 
dniło także połączenie się z naszymi za miastem; ulica bowiem, kló- 
rąśmy weszli, b)la już cała w ogniu, ZwTóciliśmy więc w bok, lecz 
niektórzy, dla skrócenia drogi, puścili się płonącą ulicą i doszli w[ira- 



IBO 



wdzie do swoichj kilku jednak zniszczyło swe mundury, a nawet po 
niosło rany od palących się i spadających gontów* 

Gdy bój piechoty wrzał w mieście , konnica moskiewska szła 
polem ku naszym, zapewne ahy uprzątnąć z drogi garstkę naszej 
jazdy i garstkę pozostałej za miastem piechoty, weprzeć wszystkich 
w miasto i wziąwszy nas we dwa ognie, zniszczyć cały nasz korpusik. 
']'ak wiara nasza w spokojnej chwili- po bitwie, tłómaczyła sobie 
moskiewskie zamiary. Ale to się nie powiodło, 

ByHśmy po części świadkami zwarcia się naszej konnicy z mo- 
skiewską. Był tam długi i głęboki wąwóz, ciągnący się od miasta 
bardzo daleko w pole. Z jednej strony tego wąwozu stalą nasza jazda 
wołyńska z plutonem legii nadwiślańskiej; z drugiej strony dochodził 
do niego pułk moskiewskich dragonów, Karol Różycki, za porozu- 
mieniem się z jenerałem Samuelem Różyckim, cofnął się znacznie 
w tył od tego wąwozu, a pułkownik dragonów, Howen, zostawiwszy 
jeden szwadron nad brzegiem wąwozu, przeszedł przezeń z pięcioma 
szwadronami na drugi jego brzeg, od którego się Wolyńcy odsunęli, 
i stanął w szyku bojowym. Stał wprawdzie niedaleko batalion 22. 
pułku naszej piechoty, za podłuźnem wzgórzem, jakby za wałem, nie 
wiiziany od Moskali, ale miał mało karabinów, tylko same prawie 
kosy i dla tego musiał zostać bezczynnym, na co ])ózniej narz'dvała 
nasza konnica i im niesłusznie tchórzostwo zarzucała. 

Przeciwko dragonom wyciągnęli Wolyńcy, wedle swego zwyczaju, 
jeden szereg, a reszta ich stanęła także w takich szeregach, opodal 
z tylu, w odwodzie. Krzyknięto z obu stron, tam „hurra !^ — tu 
„Sława Bohu!'* — i w pędzie poskoczyły ku sobie obie konnice, jakby 
za wzajemnem porozumieniem, zwolniono pęd z obu stron, zostawiając 
między sobą może ze dwieście kroków wolnego miejsca; tylko dwaj 
jeźdźcy nie zatrzymali się, ale w pędzie wpadli na siebie w środek 
tego wolnego miejsca i odbyli śmiertelny pojedynek. Byli to dowódcy 
nacierających na siebie oddziałów, pułkownik moskiewskich dragonr'^w, 
Howen i pułkownik jazdy wołyńskiej, Karol I^óźycki Miiglby kto sądzić, 
że wodzowie osobistą walką rozstrzygali los walczących wojsk. Bły- 
snęły pałasze; Howen jednem cięciem przeciął cugle Różyckiemu, ranił 
go w lewą rękę i konia głęboko w kark ugodził, ale Różycki tak 
mocno ciął w twarz i głowę Howcna, że ten spadł z konia. W tej 
chwili podpułkownik od dragonów Hcwes objął dowództwo i wysko- 



151 



czy wszy także naprzód, prowadzi! swoich do natarcia, ale Antoni 
Szaszkiewicz, adjutant Różyckiego, za jego {>rzykladeni przyj>adl do 
Hewesa; ten bronił się dzielnie, lecz otrzymawszy dwa cięcia od Szasz- 
kiewicia, zachwiał się na koniu, a Tylus Sarnecki, z Podola, nadbiegł 
i lancą go przebił. 

Szaszkiewicz w bitwie stoczonej w pochodzie jazdy wołyńskiej 
ku Zamościowi, po opuszczeniu Wołynia, byl mocno ranny w nogę; 
niecierpliwy, z raną niczagojuną, wrtłcil do swego oddziału, połączo- 
nego }uk z korjKisem Samuela Różyckiego. I3ył to mh)dzieniec niesły- 
chanie odważny. 

Na len pojedynek z daleka patrzyliśmy się w^prawdzie i widzie- 
liśmy go, ale dokładniej opt)wiadali nam o nim dopiero |)()źniej \Vo- 
łyńcy^ lecz w^ opowiadaniu tern nie7U|łelnie się zgadzali, bo mi^^wili 
niektórzy, ^.e nie Sarnecki przebił lancą Hewesa. ale ze Nudera, syn 
dyaka z Żytomierz ł — który zawsze w pochodach wysokim dyszkanlem 
wyciągał ulubioną pieśń Wołyńc<AV — widząc, ze pułkownik Howen 
podnosi się z ziemi, j>rzypadł i doliil go lancą. 

Trwało to tylko krótką chwilę; usłyszano znowu „hurra'' i „Sława 
Bohu" i zwarły się z sobą konnice. Nie wytrzymali dragoni nlaku, 
pozbawieni dwóch głównych dowódców, pierzchli w nieładzie; wpę- 
dzeni w wąwóz, w popłochu jedni wyskoczyli na drugi brzeg, drudzy 
pospadali z koni, a innych ścigający Wolyńcy kłuli w wąwozie. 

Często do wydarzeń powaifiych, przy miesza się i wesoły wyjiadek. 
lak i lu było. Iłatalion naszej legii miał swego kiipelana, księdza 
Skórzcwskiego; len zawsze je/dził na koniu, uzbrojony w lancę, pałnsz 
i pistolety i miał na boku przewieszony duży krzyż drewniany, (jdy 
nasze trzy kompanie weszły do miasta, on z resztą piechoty został 
za miastem. Koń jego byl wojskowo wytresowany w pułku ułanów; 
jak tylko usłyszał trąbkę przed pierwszem natarciem, zarżał, zaostrzył 
uszy, skoczył z kopyta w największym cwale i popędził w równej 
linii z nacierającym Wolyńców szeregiem. Wołyńcy powtarzali potem 
w żartach, ze zdawało im się, iź widmo śmierci przyleciało im w po- 
moc, aby się rozgospodarować w szeregach nieprzyjaciół, tak strasznie, 
trupio w^yglądał wtenczas ksiądz, lecz nie stracił przytomności; zamiast 
lancy, podniósł w górę krzyż i błogosławiąc nim swoich, zachęcał do 
dzielności Nie opuścił już Wolyńców i dopiero razem z nimi pow4"ócił 
do nas. 



152 

"a drugim brzegu wąwozu połączyli się uciekający dragoni, którzy 
się wyratowali, z pozostałym swoim szóstym szwadronem, sformowali 
się prędko i natarli na Wolync(>w, ale znowu złamani uciekali dalej. 
Tymczasem reszta Wolyńców z nadwiślańskim plutonem przeszła przez 
wąwóz i gonitwa trwała bez przestanku. Dragoni, jako żołnierze do- 
brze wyćwiczeni , formowali się kilka razy i uderzali na naszych, ale 
ani razu nie dotrzymali miejsca; konie Wułyńców były zwinnicjsze, 
lance ich miały przewagę nad dragońskimi pałaszami; w puguni za- 
biegali nasi drogę poruszającym się z trudnością ciężkim dragonom, 
pędzili za nimi daleko i niebawem straciliśmy ich z oczu. 

Byliśmy więc naocznymi świadkami zwycięstwa naszej bohater- 
skiej jazdy. Gdyśmy, wyszedłszy z miasta^ przechodzili przez pobojo- 
wisko^ widzieliśmy nieprzyjacielskie konie, biegające bez jeźdźców po 
polu, kiika triiptłW, rannych i kilku zdrowych dragonów, usiłują- 
cych wydobyć swoje głowy z kasków, zasuniętych im na twarz, aź 
po brodę. Mieli oni wysokie, okrłłgie kąska, szersze u góry, nii^, u 
dołu, utrzymujące się na ściągniętej jjodszewce na wierzchu głowy. 
Wolyncy robili sobie przeto zabawkę, a gdy jedni lancami kluli, 
drudzy uderzali tylko w kąska z góry i wtłoczywszy je tym sposobem 
dragonom na twarz, strącali oślepionych z koni, zostawiając ich ze 
śmiechem na miejscu, bez zranienia, łych i rannych zabieraliśmy do 
niewoli.* Jeden dragon, oblany krw ią, klęczał w krzaku, z szeroko 
ro/twarlych oczu patrzył tylko białkami, ręce miał złożone jak do 
modlitwy. Jeden z naszych trącił go kolbą, on upadł i juź się nie 
ruszył; zdaje się, że gdy jeszcze klęczał, już nie żył. 

Za sobą zostawiliśmy okro[»ny ]>ożar miasta; [>łomień ogarnął 
miasto od końca do końca; ratunek był niepodobnym — ogień szybko 
chwytał galowe i słomiane dachy — działa ciągle grzmiały i nie do- 
zwalały przystępu. Mieszkańcy opuścili miasto; kobiety, dzieci, starcy, 
z płaczem i narzekaniami, z ryczącem bydłem i wyjącymi j)sami| 
wyszli do nas w pole; niektórzy z uratowanem jakiemkoiwiek mie- 
niem, lecz najwięcej z nich bez niczego^ prawie nawpól nago, wołali 
ratunku; nie chcieli odejść nas, lecz długo włóczyli się za naszym 
korpusem, a myśmy ich żywdi. Pomału lylko zmniejszała się ich 
łiczl>a; odrywali się od nas częściami, zostawali po wsiach, aż w końcu, 
gdy i nas już mocno nieprzyjaciel przycisnął, opuścili nas zupełnie. 
Zdrowi i młodsi cliwycili za l>roń i weszli w szeregi. 



153 



Juz się zmierzchało; huk dział ustał zupełnie, cała piechota stała 
na dużym lanie, gotowa do pochodu, a Wołyńcy jeszcze nie wracali. 
Wszystkich ogarnął niepokój, o nich tylko była mowa, żałowano ich 
ogóhiie, gniewano się, że się za daleko zaawanturowali; pewnie gdzieś 
wpadli w zasadzkę — mówiono — i siebie zgubili i nas pozbawili tak 
dzielnej pomocy, już i noc ciemna zapadła i tylko łuna pożaru wska- 
zywała nam miejsce, gdzie była Iłża, a Wołyńców jeszcze nie było. 
Zaniepokojony jenerał Różycki wysłał naszego adjutanta, Błotnickiego, 
aby dotarł jak najdalej i przyniósł o nich wiadomość, Btotnicki, choć 
spokojny literat, ale zarazem dobry żołnierz, ruszył na dzielnym koniu, a za 
nim posłaliśmy gorące życzenia powrotu z dobrą nowiną* Długo Błotni- 
ckiego nie było widać; może i on zginął, myśleliśmy, albo się w nocy 
zabłąkał. Nagle przed naszym frontem usłyszeliśmy szybki tętent kilku 
koni. Zdawało się, że dragoni pędzą naszych ; padło kilka wystrzałów 
w tę stronę. Lecz poznano po glosie Błotnickiego, który, jadąc ku 
nam z dwoma szeregowcami Nadwiślańców, zawołał: „Wołyńcy wra- 
cają spokojnie i prowadzą jeńców!*" Duch w nas wstąpił, radość była 
ogólna. Nie długo potem lętent mnóstwa koni zwiastował nam ów 
niecierpliwie oczekiwany powrót. Zbliżających się Wołyńców powita- 
liśmy okrzykiem: „Niech żyje jazda wołyńska!" — a oni odpowiedzieli: 
jjNicch żyje legia litewsko-ruska!^ Przyprowadzili z sobą kilkudzie- 
sięciu dragonów pieszo, a rannego majora Heninga na wozie. Mó- 
wiono, że tego majora zsadził z konia i ranił były jego ordynans, 
dawniejszy zbieg od tych samych dragonów, który się zaciągnął do 
Wołyńców. 

Opowiadah nam, że zapędzili się za dragonami, kilkakrotnie zła- 
mali ich odpór i wpadli z nimi razem do małej wioski bhsko Iłży, 
w ciasne ulice między o|jiotki, gdzie rękojeściami pałaszów bili się 
nawzajem i rękami ściągali z koni, Były w tej wsi dwa działa i pie- 
chota moskiewska ; przywitali Wołyńców razem z dragonami karta- 
czami i kulami karabinowemi. Lecz gdy te strzały samym dragonom 
narobiły szkody, ucichły, a jazda nasza, straciwszy tam sześciu zabitych 
i kilkunastu rannych, których jednak nic opuszczono, sformowała się 
za wsią blisko dział; powtórnie puszczone na nią kartacze przeniosły 
ją. Wtem ukazał się za wsią nowy pułk dragonów, z innego kor- 
pusu, jak jeńcy opowiadali^ z korpusu jenerała Slotwińskiego, który 

20 



154 

usłyszawszy dziaJowe strzały w okolicy Uży* wysłał jeiierałowi Kwie- 
tnickicmu ten [Jtilk w pomoc Wolyncy ruszyli kłusem przeciw nowym 
gościom, lecz gdy na wązkij groblę, mieszczącćj w szerz lylko front 
plutonowy, z jednej i z drugiej strony wjechali nasi i dragoni, siły 
więc do natarcia były równe, pułkownik od dragon(')W zakomendero- 
wał na odwrót. Już się dobrze zmierzchło. Wolyńcy rozpoczęli powrót 
do nas wolnym krokiem, bo nie chcieli zostawić jeńców; podług 
łuny pożaru kierowali swój pochód i w tym powrocie spotkał ich 
nasz Błotnicki. Pomiędzy opłotkami we wsi, Szaszkiewicz, oskoczony 
przez Muskali, otrzymał ciężką ranę pałaszem w kark, tak ze mu 
głowa zwisła i spadł z konia, a wyniesiony z pobojowiska, już końca 
wojny nie widział, lecz wyleczony po upadku powstania dostał się do 
Galicyi, 

Ruszyliśmy nocij w pochód ku Radomiowi, We wsi Pękosławiu 
zastąpił nam drogę właściciel tych dóbr, z beczkami wódki na wozach* 
Jenerał pozwolił korpusowi stanąć i żołnierzom rozdać wódkę do ma- 
nierek; tak nazywaliśmy blaszane kwartowe, lub większe naczynia na 
wódkę, które każdy żołnierz miał na rzemieniu przewieszone przez 
siebie. Kazano pierwej dać piechocie, jako więcej zmęczonej, ale pie- 
chota odstci]>iła pierwszeństwo jeździe, jako więcej zasłużonej w bitwie. 
Właściciel chodził między nami i upominała aby ją pić z wodą, bo to 
jest mocna okowita. Wtem Bogucki wezwał mnie do najiicia się 
z nim; chciałem poczekać, aż gdzie woda będzie „Nie uważaj na to'* — 
odrzekł— „w takim ruchu i ciągle na świeżem pov^'ictrzu nie zaszkodzi". 
Napiliśmy się i napili się wszyscy; nikomu nic szkodziło, nawet nie 
poszło do głowy. 

Gdy jeszcze rozdawano wódkę, dano znać jenerałowi l^óżyckiemu, 
że pola od strony Radomia pokryte są moskiewską konnicą, która 
się ku nam zbliża. Jazda nasza, zagrzana Świeżem zwycięstwem, po- 
skoczyla zaraz w tę stronę, odbywała nocne harce z Dońcami i dra- 
gonami i zasłaniała pochód piechoty ; myśmy szli spokojnie, ale już nie 
liu Radomiowi, bo la droga była nam za*^rodzona, lecz zwróciliśmy 
się w lewo do Szydłowca, gdzieśmy jeszcze w nocy stanęli. Tam do- 
piero obliczyliśmy się, ilu nas braktije i iłu mamy rannych. Okazało 
się, że mamy w całym korpusie 13 zabilych a 22 rannych; w liczbę 
rannych nie wchodzili poparzeni z Iłży, którzy z miasta wracali palącą 
się ulicą. Jeńców, oprócz majora Heninga, było 83 dragonów ; tych 



155 

częścią przyprowadzili z sobą Wolyńcy, a częścią strzelcy Grotusa, 
którzy wracając z miasta pozbierali ich w poliL Jenerał odesłał jeńców 
do Częstochowy, gdzie już znaczna liczba ich była zgromadzona. Ilu 
Moskale mieli zabitych i rannych, nie wiedzieliśmy, ale gdy później 
kolo zgliszczów^ i zwalisk lliy przechodziUśmy, opowiadał nam tam- 
tejszy pleban i pozostali jeszcze mieszkańcy, że po tej bitwie zabrali 
z sobą Moskale 40 wozów sw^oich rannych; trupów^ zaś moskiewskich, 
których tak z miasta jako i z pola na cmentarz przywieziono, liczono 
około 100 ; jeszcze w kilkanaście dni po bitwie znajdowano zabitych dra- 
gonów w krzakach i w dolach aż do najbliższej wioski, do której 
Wolyńcy uciekających Moskali zapędzili. Odtąd była jazda wołyńska 
postrachem dla Moskali, którzy się tylko o białe czapki pytali. 

W Szydłowcu nazajutrz mianował mnie pułkownik podoncerem, na 
przedstawienie moich kolegów-źołnierzy i Boguckiego. Gdym moim kole- 
gom przedstawiał, że nie zasłużyłem na to wyszczególnienie, nie od- 
znaczywszy się więcej od nich wszystkich, odpowiedzieli mi, że będąc 
dopiero świeżym żołnierzem, nie okazałem żadnej trwogi, ani usuwania 
się, jak zwykle w pierwszym boju robią nowozaciężni ; że zwróciwszy 
na mnie uwagę, widzieli mnie stawiającego bez namysłu, równo z nimi, 
czoło niei>rzyjaciclowi, co oni właśnie w młodym żołnierzu za odzna- 
czenie ow^r/ali. Porównywali mnie z podoficerem naszej legii, Janowskim, 
moskiewskim zbiegiem, któren, chociaż stary żołnierz, podczas naszego 
w^ejścia w ulicę llży skrył się w rów, udając chorego, a zwykle wy- 
patrywał gdzieś daleko nieprzyjaciół, gdzie ich nie było i usilow^ał 
obudzić trwogę w kolegach, bojąc się jedynie o siebie. Zresztą po- 
wiedzieli mi, że wolą mnie mieć [podoficerem, niż prostym żołnierzem* 
Otóż na takie przedstawienie napisał mi nasz pułkownik, na oddartej 
kartce papieru, na bębnie, wśród obozujących w rynku żołnierzy, na- 
stępującą nominacyę: „Rozkaz dzienny. Za odznaczenie się w bitwie 
wczorajszej pod Użą mianuję żołnierza Bogdańskiego Henryka, pud- 
oiicerem. W obozie w mieście Szydłowcu, — Szydłowiec dnia 10 sierpnia 
1831* — Dowódca logii pieszej titcwsko-wolyńskiej Kwiatkowski, pod- 
pułkownik". 

Podpisywał się zawsze podpułkownikiem, bo chociaż przez jene- 
rała i wszystkich byl uważanym za pułkownika i na ten stopień został 
przedstawionym, przecież, z powodu przerwania komunikacyi, nie do- 
szła do nas formalna jego nominacya od Naczelnego Wodza, 



A 



156 

Byli także z naszego batalionu zapisani do krzyża „Virtuti mili- 
tari": Bogucki i kapelan Skórzewski, lecz me było sposobności prze- 
słar to przedstawienie do Warszawy, bo juź koniunikacyc między 
nami a Warszawą przecięli Moskale. 

Co do księdza, żartowano sobie ogólnie, że należałoby jego konia 
do krzyża przedstawić. 



IX. 

Dalsze działania wojen ne. 

Z Szydłowca wyruszyliśmy lo sierpnia pu południu. )eneiat Ró- 
życki dążył ciągle ku Radomiowi, bo Obuchowios i Kalinkowski otrzy- 
mali rozkazy oczekiwania go tamże. Nie szliśmy główni^ drogą, którą 
zajęli Moskale, o czem się juź Wolyńcy przekonali w nocy, gdy w po- 
chodzie od Uży harcowali z Uońcami i dragonami, lecz prowadzono 
nas ubocznemi drogami i manowcami. 

Po paru godzinach pochodu ujrzeliśmy wiele powozów i bryczek, 
zbliżających się ku nam. Był to Prezes Komisyi województwa sando- 
mierskiego, 'l^ofil Januszewicz, tamtejszy dowódca pospolitego ruszenia, 
Kochanowski i inni; opowiadali nam, że uchodzą z Radomia, ze Mo- 
skale zajęli już to miasto i że Rtidiger z całą swoją silą już jirzcszedi 
Wisłę. Januszewicz, bardzo czynny i pewnie jeden z najgorliwszych o 
powodzenie rewolucyjnej w^ojny, uratował kasę województwa sando- 
mierskiego i wiózł ją z sobą. Jenerał odkomenderował porucznika Sta- 
nisława Felińskiego, z jednym [>Iutoneni jazdy wołyńskiej i polecił mu 
odwieźć i przechować kasę u w^skazanego mu poczciwego obywatela, 
którego nazwisko i miejsce i>obytu zostały tajemnicą. Januszewicz, 
Garczyński i jeszcze ktoś, zostali przy naszym korpusie; resztę powo- 
zów i bryczek przepuszczono w dalszą drogę. Jenerał porozsyłał goń- 
ców do postronnych oddziałów z odpowiednimi rozkazami , a nas już 
nie do Radomia, ale ku małemu miastu Przytykowi poprowadził. 

Nie mogę tu pominąć sposobności, aby nie powiedzieć kilku słów 
o Teofilu Januszewiczu, jednym z najdzielniejszych mężów naszego po- 
wstania. W czasie wybuchu rewolucyi byl on wyższym urzędnikiem 
sądowym; jego zdolności i prawość, tudzież gorąca miłość Polski były 
ogólnie znane; Rząd narodowy, powodowany powszechnie pokładaJiem 
w nim zaufaniem, powołał go, mającego około 37 lat wdeku, na Pre* 



158 



zesa sandomierskiego województwa — ważne w tej wojnie stanowisko, bo 
w województwie tem, zasloniętcm Wisłą przed nieprzyjacieleni, miała 
się głównie organizować siła zbrojna; mianowano go więc i organiza- 
torem tej siły. Zajął się obowiązkiem organizatora i administratora 
najgorliwiej i złożył dowody wielkiej sprężystości i znajomości powie- 
rzonego mu zawodu, bo przy największym porzćjdku publicznego 
życia mieszkańców^ organizacya wojskowa szła raźnie i może lepiej, 
niż w innych w^ojewództw^ach; otrzymał też, jako dobrze zasłużony 
ojczyźnie uznanie władzy narodowej i kawalerski krzyż wojskowy. 

Nieprzyjaciel, wiedząc bardzo dobrze o jego skutecznych usi- 
łowaniach, starał się różnymi sposobami dostać go w swoje ręce, 
bo ujęcie jego znaczyło tyle, a może więcej, niż wygrana bitwa; 
w braku bowiem jego, nie znalazłby wróg takiego oporu, jakiego do- 
znał, przekroczywszy Wisłę. Gdy już Moskale zajęli Radom, siedzibę 
Prezesa województwa, nie było dla Januszewicza bezpieczniejszego schro- 
nienia, z którego mógłby lepiej obowiązkowi swemu zadosyć uczynić, 
jak korpus jenerała Różyckiego, Nie opuszczał więc nas od tej chwili, 
dzielił wszystkie nasze przygody, czynność swoją prowadził pod tą 
zasłoną dalej aż do końca i stal się niejako pośrednikiem między zie- 
mianstwem a wojskiem , dostarczycielem potrzeb i pomocnikiem Ró- 
życkiego w trudnych jego przejściach. 

Gdy nas Różycki, jak powiedziałem, ku Przytykowi prowadził, 
przeszedłszy przez wieś Zaborowice i przenocowawszy w Łaziskach, 
przyszliśmy 1 1 sierpnia do w^si Zakrzowa między Radomiem a Przy- 
tykiem, o milę od Radumia; ztąd przed samem naszem przybyciem 
umknęło kilkunastu kozaków\ Widzieliśmy ich; w^yslano za nimi kilku- 
nastu konnych, lecz nie zdołali ich schwycić, lam zostawił jenerał 
piechotę, pod dowództwem naszego pułkownika Kwiatkowskiego, wy- 
słał Karola Różyckiego z trzema plutonami jazdy wołyńskiej do Przy- 
tyka, aby oczyścił to miasto z kozaków^ o których bytności tamże 
nam doniesiono i aby zasięgnął wiadomości o inilkowniku Obucho- 
chowiczu ; sam zaś, w^ziąw^szy z sobą dwa szwadrony Wołyńców, udał 
się do Zameczka, wioski pod Przytykiem leżącej, aby rozpoznać okolicę, 

Karol Różycki, dowiedziawszy się w drodze ku Przytykowi, 
że Dońce w tem mieście zabrali dziś rano kilku oficerów polskich, 
bezpiecznie tamże goszczących, domyślał się, że w mieście są kozacy > 



159 



!y wpadł tamże, powiedziano mu, ze w tej chwili opuścili miasto 
jeźdźcy |)oIscy i pospieszyli do swTgo oddziału pod las, ustępując przed 
nadchodzćłcymi Wolyńcami, których zdaleka nie poznali. Karol Ró- 
życki, zostawiwszy swoich w mieście, udał się sam do lasu» by się 
osobiście jirzekonai^j jaki to oddział. Zastał właśnie pułkownika Obu- 
chowicza, na czele oddziału , ktury z Samuelem Różyckim do War- 
szawy z Litwy powrócił, a obecnie do nas z Warszawy przybywał, 
Obuchowicz wysiał zaraz podpułkownika Marcelego Piotrowskiego do 
jenerała l^óżyckiego, z uwiadomieniem o swojem przybyciu , sam zaś 
zajął miasto. 

Ledwie jenerał l^óżycki przybył do Zameczka, otrzymał wiado- 
mość, że korpus księcia Adama Wirtemberskiego uderzył na naszą 
piechotę w Zakrzowie. Nie tracąc chwili, powrócił natychmiast do nas, 

Kiedy piechota nasza stała pod Zakrzowem i rozłożyła obóz, po- 
kazała się, po odjeździe jenerała z Wolyrkami, na wv.górzu moskie- 
wska konnica, a wznoszący się tuman kurzu wskazywał znaczną ich 
liczbę. Konnica ta ku nam się zbliżała ; pułkownik Kwiatkowslci więc 
zwinął obóz, cofną! się na górę w las, może o ('wierć mili odległy, 
ku ł^rzylykowi; |)ierwszą naszą kompanię, pod dowództwem Bogu- 
ckiego, zostaw^il w Zakrzowie, dła wstrzymania na chwilę nieprzyja- 
ciela. Stanęliśmy na cmentarzu, a widząc zbliżających się ku wsi 
Moskali, obraliśmy stanowisko przy drodze* Ijhsko plebanii, for- 
mując czworobok dla oparcia się konnicy. Każdy obejrzał panewkę 
swego karabina, a jan WoKiński, podoficer, wylazł na drzewo i uwia- 
damiał nas o ruchach nieprzyjaciela, Kiedy tak przygotowani czeka- 
liśmy jego przybycia, nagle wysunęła się wprost na nas z pomiędzy 
ciiaiup i płotów s/pica przedniej straży dragontiw. Wołunski, niecier- 
pliwy, strzelił z drzewa do nadjeżdżającego, ale chybił; dragon się 
skręcił i szpica cwałem lył podała. iJogucki zburczał Wołuhskicgo, że 
wystrzałem spłoszył stra/ | przednią, którąbyśmy inaczej byli przywitali 
i wystał przeciw łiiej kilkunastu tyralierów, ktc^rzy cnfającym się dra- 
gonom jednego ubi!i. 

Wtem spostrzegliśmy jadącego ku nam szybko adjutanta Blo- 
tnickiego; dawał on chustką znak do odwrotu. Zaraz ściągnąwszy 
tyralierów, ruszyliśmy w ]>orhf)d (ki swH>ich, nie |>sując czworoboku, 
a dragoni, widząr pod lasem ustawinną naszą piechotę, nie piześla- 
dowali r^as. 



160 

Ledwie tylko przyszliśmy do swoich, gdy rozległ się huk dział 
moskiewskich i karabinowe wystrzały ich piechoty. Książe Winem- 
berski miał kilka batahonów piechoty, pułk dragonów, oddział Don- 
ców i sześć niewielkich dział konnej artyleryi. Piechota nasza szła 
lasem ku Przytykowi, Moskale ścigali nas i mocno nastc[>owali, kule 
ich robiły między nami szkody. Dowiedział się jenerał, który właśnie 
z wycieczki WTÓcił, że konnica nieprzyjacielska oskrzydla nas z lewego 
boku* Posłał tam zaraz w tyraliery część strzelców Grotusa z pod- 
pułkownikiem Garczyiiskim, a po chwili za nimi naszą pierwszą kom- 
panię z Boguckim, w odwodzie. Strzelcy wstrzymali dragonów; idąc 
za nimi lyrałierskim pochodem, usłyszeliśmy za sobą „hurra**. Dowie- 
dzieliśmy się później, że reszta strzelców Grotusa, strzelając z krzaków 
do piechoty moskiewskiej, lecz przez nią coraz mocniej napierana, a 
mając przy strzelbach bagnety^ sformow^ała się prędko i odparła ba- 
gnetem Moskali. 

Z boku słyszeliśmy także wystrzały karabinowe, które ztąd po- 
chodziły, ie znaczna ilość moskiewskich harcowników» dragonów i 
DoiiC(;w, zasłaniając [jułk dragonów, który nas z lewego boku oskrzy- 
dlał, [liepokuila resztę naszej legii. F^iłkownik Kwiatkow^ski wysłał 
więc tyralierów, na których czele stanął kapitan Horain, ranny w (Jpa- 
lowie; ci z pomocą plutonu Wołyńców odparli Moskali. 

Tak szliśmy lasem, słysząc za sobą ciągły ogień działowy i ka- 
rabinowy; nagle usłyszeliśmy, jakby ze strony przeciwnej, także huk 
dz^al. Umilkły wystrzały naszych tyralierów strzeleckich i nie wiedzie- 
liśmy, co się z nimi stało. Kule działowe, łamiąc nad głowami na- 
szemi gałęzie, wskazywały wyraźnie, że te nowe wystrzały z tej 
właśnie pochodziły strony, w którą dążyliśmy, Bogucki kazał staremu 
napoleońskiemu żołnierzowi Krajzerowi, z dwunastu ludźmi, dotrzeć 
do tego miejsca, zkąd te w^y strzały pochodzą. Krajzer poszedł zaraz; 
lecz dobry zmrok już zapadł, a nie wTacah ^Szkoda go!*' — ozwal się 
między nami ogólny glos. l.ccz te strzały, kt(>re nas tak zaniepokoiły, 
przeciw Moskalom były wymierzone. 

Kzecz miała się tak. Gdy podpułkownik I^iolrowski uwiadomił 
jenerała o przybyciu Obucho wlicza z oddziałem, WTZwal jenerał Obu- 
chowicza natychmiast w pomoc z częścią konnicy i z d wronia dzia- 
łami, pozostawiając resztę jego oddziału w Przytyku* Obuchowicz 
z dwoma plutonami ja?xly kaliskiej, dwoma plutonami jazdy wołyńskiej 



j^H^ggg^ 



161 

pod kapitanem Psarskini, tudzież z dwoma działami artyleryi konnej 
kapitana Karola Kaaanowskiego pospieszy! w tę stronę, gdzie strzelcy 
nasi ucierali się z dragonami. Jazda Obuchowicza odparła dragonów; 
Kaczanowski dał ognia z dział, a tak celnie wymierzył, że ubił żoł- 
nierza i parę koni, stojących tui obok księcia Wirtemberskiego. Nie- 
spodziewane zjawienie się naszycłi dział i celność strzałów zaniepokoiły 
Moskali i wstrzymały ich zaciekłość; nie wiedzieli bowiem, jaka nam 
pomoc przybyła. Nasz Krajzer zaś dotarł rzeczywiście do tych naszych 
dział, a gdy się ściemniać zaczęło, pozostał przy Obuchowiczu, 

Nasza kompania, nie spolkawszy się z nieprzyjacielem, bez wszel- 
kiej wiadomości, co się stało przed nami i za nami, cofała się z lasu 
ku drodze, prowadzącej do Przytyka. Zdałeka usłyszeliśmy gwar; 
lecz juz była noc tak ciemna, że nie mogliśmy wiedzieć, czy to 
lasi, czy Moskale. Zatrzymał nas Uogucki i wysłał dwóch na zwiady. 
A przyczotgali się na miejsce gwaru i dowiedziawszy się, źe to nasza 
legia, zawołali, byśmy szli śmiało i prędko, bo właśnie cała piechota 
jest w pochodzie. Złączyliśmy się i szliśmy ku Przytykowi. A Karol 
Różycki , który z połączoną jazdą swoją zasłaniał nasz pochód, ucierał 
się jeszcze z dragonami; działa moskiewskie, które, jakby na paradę » 
ciągle i bezskutecznie strzelały, nareszcie ucichły zupełnie. Korpus mo- 
skiewski wszedł do Zakrzowa, a my do Przytyka z kilkoma rannymi ; 
czyliśmy w zabitych kogo stracili nie pamiętam. 

Połączyliśmy się więc z tak gorąco oczekiwanymi posiłkami, które 
znacznie siłę naszego korpusu powiększyły. Wprawdzie posiłki te 
głównie z jazdy były złożone, a podpołkownik Kalinkowski z batalio- 
nem 22 półku piechoty nie przybył — lecz działa wiele nas wzmocniły. 
Złączył się także z nami batalion strzelców Podlaskich pod dowództwem 
pótkownika Michała Kuszla, szwadron jazdy Kaliskiej pod majorem 
Janem Domaniewskim, dwa szwadrony i kompania oficerów i podofi- 
cerów, którzy z Litwy wrócili^ pod dowództwem podpólkownika Marce- 
lego Piotrowskiego, pluton Tatarów pod kapitanem Bielakiem, który 
przyłączono do jazdy Wołyńskiej i sześć dział artyleryi konnej pod 
majorem Tomaszem Bartmańskim , z dwoma kapitanami Karolem Ka- 
czanowskim i Freze, Na liczbę, jak nam się zdawało, przybyło może 
więcej niz tysiąc iudzi. Spoważniał więc nasz korpus, miał artyleryą, 
różną piechotę i rozmaiła konnicę. 

21 



162 



W Przytyku byliśmy paez cały dzień nast<^^pny; jenerał Różycki 
zasięgał wiiidomobci o sile nieprzyjaciela. Przybyło tam kilku z oko- 
licznej szlachty na powitanie nas. Tak od nich, jak i od tamtejszycli 
mieszczan dowiedzieliśmy się, źe Rodiger, przeprawiwszy się przez 
Wisłę z całą swoją armicj, podzielił ją na trzy kolumny. Jedne z je- 
nerałem Tilmanem wy^lal tlo Końskich; drugą, z jenerałem KwicUiickim 
i księuem Wirtemberskim, przez Iłźę do Radomia; z trzecią sam się 
u<lał ku Gniewoszowu i wyrządził nam wielką szkodę, bo właśnie 
przyszło do Przytyka tegoż dnia z kapitanent l68 żołnierzy z 22 
pułku piechoty ze smutną wiadomością, źe podpułkownik Kalinko wski, 
stojący w Gniewoszowie z bataltoniMii tegoż połku, wyszedł nierozważnie 
na spotkanie zbliżających się Moskali na [>laszczyznę, został od licznej 
jazdy nieprzyjacielskiej otoczony i z całym batalionem zabrany. Oca* 
lalo tylko i68 żołnierzy, klórzy w lesie byli zostawieni i przynieśli 
nam tę wiadomość. Z Kalinkowskim przepadły i dwa działa, kttire 
się także z nami połączyć miały. 

Rożne obiegały wieści o nieprzyjaciełu, jedne małoznaczące, druyie 
nieprawdopodobne; ważną była wieść » źe Radom bardzo sJabo jest 
obsadzony, bo go zajął ks. Wirtemberski tylko z tą siłą, jaką miał 
wczoraj pod Zakrzowem, Zaczęto zaraz tajemniczo szeptać, źe mamy 
wyjść w nocy i uderzyć na Radonia nim się jeszcze ks. Wirtemberski 
zdoła połączyć z Rlidigerem. Właśnie przed wieczorem byłem w go- 
spodzie, gdzie w dużej izbie jenerał i sztabowcy umawiali się z dwoma 
chłopami, o bezpieczne a ciche przeprowadzenie w nocy naszego kor- 
pusu manowcami, wiadomo bowiem było, źe luż pod Przytykiem w ró- 
żnych miejscach były niewielkie pilnujące nas posterunki moskiewskie, 
które o głośniejszym wymarszu naszym doniosłyby do Radomia i ostrzegły 
ks, Wiftemberskiego. Chłopi, na upomnienia ze strony jenerała o rze- 
telność przyrzeczenia i groźbę na wypadek odkrycia ich złej woli, 
prosili, aby im dodano dwóch źolnierzyj którzyby ich na wypadek zdrady 
natychmiast zastrzelili. Zapewniali też^ że przejrzeli wszystkie po- 
sterunki moskiewskie, że każda ścieżka kolo Przytyka jest im znana, 
że wiedzą, którędy mają nas przeprowadzić^ sami zaś jako dobrzy 
Polacy nie mogą sprzyjać Moskalom, lub łakomić się na ich pieniądze. 
Opowiadali także, że mają dowody, iż tylko koloniści niemieccy 
w taml ej szych okolicach w zmowie z Żydami starają się w^szędzie szkodzić 
ł'olakom i służą Moskwie. 



163 



W nocy, podczas wielkiego deszczu, wyszliśmy z Przytyka; jene- 
rał dla omylenia czujności Moskali wysiał wcześnie jednego z szlabowc^>w 
z niewielkim oddziałem kaonicy i strzelców w przeciwną stronę. Pochód 
nasz nocny był bardzo przykry; chłopi prowadzili nas ciągle przez 
bagna, w niektórych miejscach musiała piechota przenosić na rękach 
działa, a nawet lawety^ aby nie ugrzęzły , wyjmowano także z jaszczy- 
ków kule dla ulżenia, zostawiając tylko proch, by nie zamókł. Karabiny 
nieśliśmy sptiszczone, z zamkiem pod pachą^ dla ochrony od desz* zu. 
Nie wolno było nic mówić. Tak szliśmy noc całą powoli; doszliśmy 
ranem do wsi (Joliszek, niepostrzeżeni przez Moskali, bo żadnego nie 
słyszeliśmy wystrzału, co w przeciwnym wyjjadku niezawodnie byłoby 
nastr}p:ło. Tu przewodników naszyrh odprawił jenerał, wynagrodziwszy 
im ich trud. Bardzo zmęczeni, przemoknięci, opatrzyliśmy karabiny 
i bagnetami wepchnęli w ziemię, stając na spoczynek. Właśnie zeszło 
się kilku wysłanników naszyrh z jednozgodną wiadomością, że wczoraj 
wieczorem, gdyśmy się wybierali w pochód, przybył Rodiger z całćj 
swoją siłą i z 40 działami do Radomia i od strony Przytyka rozłożył 
obóz. Spóźniliśmy się więc z przeszkodzeniem połączenia się jego z ks, 
Wirtemberskim. 

Gdy niepodobna było tak przeważającej sile wydawać bitwę, po- 
prowadzono nas zaraz znowu do Szydłowca, gdzieśmy przed trzema 
dniami spoczywali po bitwie pod liżą. Mały oddział, dla omylenia 
Moskali w inną stronę wysłany, złączył się znami w drodze ; opowia- 
dano nam później, że na odgłos jego pochodu podczas tej ciemnej 
nocy wystrzeliły najbliższe straże moskiewskie, a ogień ten szeregiem 
od miejsca do miejsca doszedł aż do Radomia, gdzie całe wojsko sta- 
nęło pod bronią i czekało na nasze przybycie. Nas to przynajmniej 
cieszyło, że i oni tej nocy tak zmokli, jak i my. 

Do Szydłowca doniesiono jenerałowi Różyckiemu, że jenerał Tilman 
z kolumną moskiewską, należącą do korpusu l^odigera, w pochodzie 
ku Końskim rozbił koło Odrowąża batalion polskiej piechoty majora 
Szymona Piechowicza, który z Końskich dążył do połączenia się z nami ; 
mówiono także, że 'iilman pustoszy i rabuje, 

'] a wieść rozeszła się zaraz i pragnęliśmy, by nas poprowadzono 
na tego niegodziwca. I rzeczywiście spełniła się głośno objawiona 
woln korpusu; przenocowawszy w Szydłowcu, wyszliśmy w dniu 14 
sierpnia rano ku Końskim. Nie tylko pustoszenie kraju przez Tilmana 



164 

spowodowało jenerała do udania się w pochód w tamtą stronę, lecz 
i nadzieja dalszych posiłków, bo rozrzucone w okolicy Kielc oddziały 
otrzymały rozkaz do gromadzenia się w tamtych stronach. 

Szliśmy wielkimi lasami i Lfórami, ciesząc się widokiem pięknej 
okolicy. Koło Odrowąża zobaczyliśmy zdaleka moskiewską konnicę, 
która tylko się nam przypatrywała, posuwając się równo z nami 
w tę samą stronę. Jenerale nie znając siły i zamiarów nieprzyjaciela, 
wysłał celnych strzelców Podlaskich z kapitanem Ośniatowskim, dla 
zrobienia zasadzki. Nasi podsunęli się z boku i dali ognia do prze- 
jeżdżających dragonów; i spadło ich kilkunastu. Odskoczyli szybko, 
a zabiegłszy inną drogą, znowu nam się pokazali, jenerał zniecier- 
pliwiony, wezwał konnych na ochotnika, dla przeprowadzenia jeńców. 
Wyrwało się kilkunastu, a z nimi i major Konstanty Bobowski, adju- 
tant jenerała, który był z nim na Litwie. Po krótkiem starciu po- 
wrócił Bobowski, a obok niego ranny oficer od dragonów. Od tego 
oficera dowiedział się I^óżycki, że go liudiger w 40 dragonów wypra- 
wił dla obserwowania nas, sam zaś spieszy z całą silą za nami. 
Dragoni, utraciwszy komendanta i połowę swoich, uciekli; Bobowskiemu 
krzyknęliśmy „Niech żyje!" 

Jenerał Różycki, pomimo tej wiadomości i niebezpieczeństwa 
dostania się we dwa ognie, t. j, Tilmana, będącego w Końskich i 
Rudigera, spieszącego za nami, a może nie dowierzając opowiadaniu 
jeńca — szedł prosto na Końskie; kazał tylko za sobą zrywać wszyst- 
kie mosty. Nasza legia była w tym pochodzie w tylnej straży i jej 
obowiązkiem było zrywanie mostów. Przypatrzyłem się, jak szybko 
szła ta czynność. Najzręczniejsi do tego byli żołnierze z okolicy Pińska, 
których kilkudziesięciu było w naszej legii. Gdyśmy przeszli most 
dobry i mocno zbudowany, zaczęli nasi od przeciwnego brzegu zbie- 
rać go z wierzchu i wyciągać podpory; tak postępowali z tem zry- 
waniem dalej, podporę, której nie mogli prędko wydobyć, zostawiali, 
a ściągnięty na brzeg materyal palili, 'l^akich mostów, zdaje mi się, 
zerwaliśmy trzy. Wprawdzie dążący za nami Rodiger postawił w tych 
miejscach także prędko nowe mosty^ gdyż mu to ułatwiała lesista 
okołica; przecież wstrzymanie go w pochodzie, choćby na krótką 
chwilę, było dla nas z korzyścią. 

Późnym wieczorem weszliśmy do Końskich bez wystrzału , bo 
krótko przed naszem przyjściem opuścił Tilnian to miasto i bez po- 



165 



wodu cofną} się do Gowarczowa; wyraźnie stchórzył przed śmiałym 
naszym pochodem, chociaż, wiedział, że za nami Rtidiger goni — co 
mu nawet później Rodiger miał wyrzucać. 

Korpus nasz rozstawiono na wzgórzach, nasze legię pod samem 
miastem. Zciemniło się ]u'/, bardzo ; zakazano nam pod surową karą 
udawać się pojedynczo do miasta, a utwierdzono ten zakaz tym jeszcze 
postrachem, źe żydzi końscy, znani powszechnie z nieprzychyhinści dla 
Polaków, trują w napojach i jadle naszych żołnierzy* Lecz niektórych 
z nas nie odstraszyła la pogróżka; kilkunastu wymknęło się, ko- 
rzystając z ciemnej nocy; znużeni ciągłym pochodem, chcieli w mie- 
ście trochę się pokrzepić. Między innymi wymknął się niepostrze- 
żenie z pod mojego boku Józef Szymańskie który ze mną z Warszawy 
do legii przybył, zostawiając w s wojem miejscu karabin, bagnetem 
w ziemię utkwiony. 

Nam nie wolno tam było spocząć, każden musiał stać w po- 
rządku, w jakim przybył, z bronią do nogi; mnie więc przy- 
padło pilnować karabina kolegi. Spostrzegł to Bogucki, ale nie robił 
z tego użytku, tylko się bardzo gniewał. Po dość długiej chwili 
wrócił Szymański — trafił do mnie, lecz tak był rozmarzony, że nie 
mógł utrzymać karabina, tytko coraz bardziej się pochylał i usnął. 
Trząsłem nim i inni, ale nic nie pomogło^ on spał, a ja trzymałem 
mój i jego karabin. Nawet później huk dział i pochód tak dalece 
obudzić go nie mogły, żeśmy go prawie nieśli z sobą i dopiero się 
ocknął, gdyśmy z góry zeszli. Kilku zaś z tych, co poszli do miasta, 
nie wróciło i nie wiedzieliśmy, co się z nimi stało. 

Gdy tak staliśmy, gotowi każdej chwili do boju, dano nam, 
może już po północy, znać, że właśnie przybiegli do jenerała chłopi 
z wiadomością, iż wielka masa wojska moskiewskiego zbliża się ku 
nam, stawiając z pospiechem pozrywane mosty Ściągnięto więc na- 
tychmias obozowe straże i ustawiono nas w porządku bojowym. 
Ledwie tego z rozkazu półkownika Kwiatkowskiego dopełniono, gdy 
z ogromnym hukiem działowem, wpadli Moskale właśnie na to wzgó- 
rze, na którem stała nasza legia. Zwyczajem Moskali jest, w każdej 
bitwie, czy potrzeba, lub nie, strzelać ciągle z dział, by tym nieu- 
stannym grzmotem straszyć nieprzyjaciela. W tym huku Moskale mają 
upodobanie i to jest jedną z cech ich oryentalności, Polacy już byli 



166 



do tego przyzwyczajeni, a znając nietrafność strzałów moskiewskich, 
śmieli się z tego huku. Tak tez i tu , głośny napad Moskali nie prze- 
straszy} nas, ale ostatnie nasze kompanie, to jest szósta, którą stano- 
wiła mała półkompania nadwiślańska z kai»itanem Chanowskim , dalej 
piiita, czwarta j trzecia (bośmy frontem ku drodze do Kielc tak sta- 
nęli, jak zwykle odbywaliśmy pochód), przyjęły nacierających na nas 
Moskali mocnym ogniem karabinowym Nieprzyjaciel nacierał coraz 
bliżej* lecz nasze kompanie pod wodzą pólkownika Kwiatkowskiego, 
nie ustępowały, owszem wzmagała się silą i rzęsistość naszego ognia. 

Noc nam sprzyjała Moskale już byli lak blisko, ze Chanowski ze 
swoimi Nadwiślatkami w zamęcie walki został odciętym, i tylko rzu- 
cając się w bok do bliskiego lasu, uratował się od zgut^y. Wtem 
powstało zamieszanie między Moskalami, zaczęli się cofać. Później 
dowiedzieliśmy się^ że sam Rudiger ze swoim korpusem na nas ude- 
rzył, a ogień nasz ubił pod nim konia i to było powodem zamiesza- 
nia. Jak więc pod Zakrzowem, tak i tu niebezpieczeństwo życia mo- 
skiewskiego dowódcy uw^olniło nas od natarcia nieprzyjaciela. 

Równocześnie z napadem Rtidigera na nasze legię, uderzył na 
resztę naszego korpusu z innej strony także Tilman, podobnie jak 
Rcidiger z wielkim hukiem działowym. Ale i ten rów^nież został 
odpartym. 

Potem ruszyliśmy zaraz do lasu drogą ku Kielcom , bo trudno 
się było dalej mierzyć z silą kilkakroć nas przewyższającą; wstrzy- 
mywaliśmy tylko nieprzyjaciół i zyskali czas do cofania się, by się 
połączyć z naszymi. Nakazano ile możności w miejscu obozów rozło- 
żyć przed odejściem szeroko i jak najwięciej ognia. Gdy się już ognie 
paliły w innych miejscach, nasza legia » korzystając z zamieszania 
Moskali, cofając się zakładała także za sobą ognie* Widać, że się Rd- 
diger prędko ocknął, i przywrócił w swoich szeregach porządek, bo 
rozpoczął na nowo straszny ogień działowy do palących się naszych 
ogniów obozowych a huk ten trwał aż do świtu. Słyszeliśmy go 
już daleko będąc w lesie. Dopiero jak się spostrzegł, że nas u ogniów 
naszych nie ma, wstrzymał le daremne wystrzały. — Tymczasem 
złączył się z nami w lesie Chanowski i powróciły posterunki ku 
Gowarczowy rozstawione. Czyśmy w tej walce mieli zabitych, tego już 
nie pamiętam; wiem tylko^ że byli ranni. 



167 



W pochodzie ku Kielcom stanowiła nasza legia znowu straź 
tylną korpusu^ ale gdyśmy parę godzin zyskali, szliśmy bez obawy. 
1 rzeczywiście nie zetknął się już teraz Rodiger z nami, lecz uszedłszy 
za nami z pół mili, w las za Końskie powrócił. 

W Mniowie zastaliśmy dwa szwadrony jazdy Podlaskiej i jeden 
szwadron strzelców konnych pod dowództwem pólkownika Anto- 
niego Kuszla, któren miał sławę nies[>oknjncŁj;o brawurzysty i nie- 
bezpiecznego pojedynkarza. ByJ on bratem Michała Kuszla pólkownika 
celnych strzelców |>ieszych Podlaskich, Ci strzelcy konni byli zbie* 
ranin^ z czterech [uiłków strzeleckich, którzy już to j^iko rekon- 
walescenci z lazaretów, już też z innych powodów od półko w od- 
l^łczeni zebrali się w szwadron, a dowodził nimi kapitan Ignacy 
Wendorf. Te trzy szwadrony były dobrze uzbrojone* Przyprowadził 
tam tak/e [jodpcłlkownik Paweł jutrzenka, kawaler orderu legii hono- 
rowej (który to order miał także i nasz półkownik Kwiatkowski) dwa 
bataliony 6 pólku sztrzeIc()W pieszych, wynoszące około 1300 ludzi; 
te bataliony, chociaż były strzeleckie, ale jako świeżo sformowane, dla 
braku karabinów, były w więk>zcj części uzbrojone w kosy. Przyszli 
tam również i celni strzelcy z obrębu Rzeczypospolitej krakowskiej 
pod kapitanem Gaszyńskim, zwani strzelcami Krakowskimi. Ubrani byli 
w jasno-zielone kurtki , spodnie i kaszkiety^ a było ich ze 250, 
Zeszły się te posiłki do Mniowa na rozkaz jenerała Różyckiego, wy- 
słany powtórnie do Kielc podczas naszego pobytu. Przybyło nam więc 
znowu przeszło 2000 ludzi i korpus wynosił więcej niż 5000 głów. 
Później z rozbitków, lazaretów i różnych miejsc organizacyjnych przy- 
byw^ała do nas częściami to piechota, to konnica z pólków starych 
albo świeżo sformowanych tak, że silą nasza wzmogła się z czasem do 
6000 ludzi. Nowych przybyszów przyłączano do różnych oddziałów, 
które dla rozmaitości mundurów pstro wyglądały. Co zaś najgorsza, 
za mało mieliśmy artyleryi, a nadto działa nasze były niewielkie, 
a piechota w w-iększej połowie tylko w kosy uzbrojona; za to konnicę 
mieliśmy dzielną i znakomitych celnych strzelców. Był także zawsze 
niedaleko nas jenerał Juzef Kamieński, z parą tysięcy jazdy i piechoty 
i % dwoma działami, pod rozkazami naszego jenerała. Były i inne 
małe oddziały piesze po różnych miejscach, które albo się dopiero 
formowały, albo, z powodów mnie niewiadomych, pozostały na 
dawnych stanowiskach. Widzieliśmy także — ^już nie pamiętam gdzie — 



168 



przechodzące mimo nas piesze pospolite ruszenie z dwoma malemi 
działkami. Było to za mało do zniesienia Rildigera — wystarczyło 
jednak, przy dzielności naszego jenerała, aby go nie dopuścić pod 
Warszawę, w pomoc Paszkiewiczowi, a to właśnie było zadaniem 
jenerała Samuela Różyckiego, który nadto, jak długo mógł, ochraniał 
województwa sandomierskie, krakowskie i część kaliskiego od spu- 
stoszeń. 



X. 



życie obozowe. 



Pod Ml 



)dpoczcli 



' nieco ; była to jedna z chwil swo- 
bodniejszycl), bo nie mieliśmy na karku nieprzyjaciela, a powiększenie 
siły naszej dodało nam otuchy i gdyśmy rzuciU okiem na rozległość 
naszego obozu, uczuliśmy się już prawdziwym korpusem. 

Stanęliśmy obozem w polu , ustawiwszy broń w kozły i każden 
już dowolnie i wygodnie mógł się zająć porządkiem około siebie. 
A gdy dni były nawet gorące, więc pierwszą rzeczą każdego było 
rozebrać się zupełnie i wyczyścić koszulę z wojska gorszego od Mo- 
skali .,* Ognie rozkładano zawsze obok obozu, zdała od karabinów 
w kozłach. Mięsa nie brakowało nam nigdy; albo go nam dostarczał 
nasz kochany kapitan Józef ks. Gedroic, któren się sprawnie krzątał 
około wydzierania Moskalom wołów, owsa, sucharów i w ogóle wszy- 
stkiego, cokolwiek mogło się przydać do zaspokojenia naszych potrzeb, 
a głównie od naszych biednych chltłpów i od dworów przez Moskali 
wymuszonem było — albo dostawiały nam prowiantu okoliczne dwory i 
lud wiejski, oczywiście za gotówkę, którą zaraz otrzymywali. Dworom 
niekiedy i to tylko [azy znaczniejszych dostawach płacono bonami^ to 
jest kartkami, wyka/Aijącemi dostawy i należytość omówioną. Dość 
często jednak zdarzało się, ze szlachta dostarczała różnych przedmiotów 
bez żądania bonów lub zapłaty. 

Mieliśmy swojego batalionowego rzeźnika; był nim żołnierz Makrot, 
brat głośnego warszawskiego szpiega za w. ks, Konstantego. Chleb 
był rzadkością w obozie, bo teź trudno było go dostać w^ odpowiedniej 
ilości; sucharów, ile pamiętam, dostarczył nam Gedroic raz tylko kilka 
bryk ; można je było jeść dopiero po odmoczeniu. Jarzynę mieliśmy 
wszędzie, bo to była pora roku, w której jej w polu i ogrodach było 
podostatkiem. Nie każdy żołnierz gotował dla siebie, ale zwykle jeden 
dla kilku, wedle wielkości naczynia, jakie posiadał. Mieliśmy także że- 



lazne kociołki, wiezione na wozach, ale Ic nie wystarczały i większa 
polowa żołnierzy nosiła z sobą to garnki, to inne jakie do gotowania 
naczynia. Niektórzy gotowali w manierkach od wódki. Oficer zwykle 
płacił któremuś z źołnierzyj któren się starał o żywność d!a niego i 
razem z oficerską swoją także gotował. — Wydarzało się czasem, że 
nas przy gotowaniu zaalarmował nieprzyjaciel. Wtenczas wylewało 
się wszystko a mięso tarzało się w jńasku. Gliniane garnki, jeżełi ich 
nie można było zabrać, tłuczono. Nie było wolno zabierać z sobą nie- 
dogotowanego jadła, aby zapobiec chorobom z jego spożycia, a gdy 
komendant spostrzegł, że się z tornistra łub z munduru leje, kazał na- 
lychmiast wyrzucić, co l)ylo schowane, Czasem i myśmy znienacka 
spłoszyli Moskali, siedzących przy jedzeniu lub gotowaniu; żołnierze nasi 
nie jedli tego, lecz wyrzucali z obawy, by przed opuszczeniem go przez 
nieprzyjaciół nie było zatrute. Przy jednym takim napadzie dostało się 
w nasze ręce kilkaset kociołków żelaznych. Podejrzliwość zatrucia i 
ostrożność, która ciągle była utrzymywana, pozbawiła nas pewnego 
razu upragnionego pokrzepienia podczas słonecznego skwaru. Gdyśmy 
bowiem przechodzili przez wielkie lasy niedaleko Iłży, a przed nami 
umykali szeroką drogą Moskale, przestrzegł gajowy jenerała^ że ucho- 
dzący nieprzyjaciel z niewiadomego mu powodu, długo się kręcił około 
ocembrowanej lasowej studni. Jenerał postawił zaraz koło tej studni 
straż, by nikt nie ważył się z niej pić wody i kazał ją natychmiast 
żołnierzom zasypać. 

Każdy oddział naszego korpusu miał swoje niarkietanki. Można 
było u nich dostać wódki, czasem chleba, soli, jaj, kiełbas, słoniny i t. d* 
Byli tak/e i męszczyźni markietanami; niektórzy mieli wózki z jednym 
koniem. Ci markietanie albo markielanki za własne pieniądze sku[KłwaIi 
żywność w miastach lub po wsiach, przez które przechodziliśmy, a potem 
sprzedawali nam w pochodzie lub w obozie. Często oficerowie i żoł- 
nierze robili składkę dla markietanów, na stały niezwrotny fundusz, 
który im dawano z tyn^ obowiązkiem, aby zawsze byli zaopatrzeni 
w jadło i napitek. — f^undusz ten nie wynosił więcej, jak loo złp., 
a zwykle nawet byl mniejszy. 0{>rócz innych je/dziła z nami zamożniejsza 
markieianka Szymańska, która miała męża podoficerem w naszym ba- 
talionie i j)rzyjmowała na swój wózek to płaszcze, to tornistry, to inne 
rzeczy za opłatą. 1 mnie namówił Bogucki, abym sobie ulżył i swój 
tornister jej oddał; uczyniłem to, lecz potem mocno tego żałowałem; 



^ 



171 



w późniejszej utarczce bowiem pod Chodczą wzięli ją Moskale do niewoli 
i wszystkie moje rzeczy przepadły, a najbardziej żałowałem broszurki, 
opisującej początkowe formowanie się naszej legii. Markietanki były 
nadzwyczajnie śmiałe; i tak pod Cbodczą poszła inna markietanka 
z naszymi tyralierami naprzód i wśród karabinowego ognia częstowała 
tyralierów wódką, mówiąc : „Napij się kolego, później zapłacisz, tylko 
idz śmiało **. Wróciła nieuszkodzona. 

Żołd pobietaliśmy regularnie w sobotę na cały tydzień, 6 złp. — 
podoficerowie nie brali więcej od prostych żołnierzy, tylko oficerom 
więcej dawano. Żołnierz nie dbał o pieniądze, byle miał co jeść i napić 
się, tytoń i buty. Na tytoń i kiełbasy był najlakumszy. Niczego nie ukradł, 
a pieniędzy nigdy, lecz tytoń i kiełl>asa z pewnością nie uszły jego 
rliwagi i musiał ich dostać. Raz podczas odpoczynku położyliśmy się 
fspać w obozie na trawie, ja i oficer Korosar, były aktor z Lublina; 
ja miałem fajkę, a on miał tytoń. Aby nam tego nie wykradziono, 
schowaliśmy je pod zapięte mundury i tak położyliśmy się jeden tuż 
|.obok drugiego, tymi bokami do siebie, gdzie te schowki się znajdo- 
wały. Jednak ktoś nas wypatrzył. Gdyśmy się zbudzili, znaleźliśmy 
wprawdzie mundury nasze jak należy zapięte, ale ani fajki ani tytoniu, 
Tylko żadna markietanka się nigdy nie poskarżyła, by jej co ukra- 
dziono; i niepotrzebowali tego robić, bo żołnierz miał pieniądze z żołdu, 
których nie składał i tylko za kupno markietance płacił, otrzymując 
cale obozowe pożywienie, ile było można, a często i wódkę darmo. 
Gdyby się taki wypadek wydarzył, koledzy wykryliby go niezawodnie 
i nic miałby już co robić między nimi, dla wstydu i prześladowania. 
Ale kradzież drobnych "rzeczy do jadła, napitku, tytoniu, byle nie 
pieniędzy, butów i czegokolwiek z odzienia łub wojennych potrzeb, 
między sobą nie hańbiła żołnierzy, tylko śmiech obudzala, chociaż 
o to przychodziło do czubów. 

Był w naszym batalionie żołnierz, któren wszystkich rozweselał, 
miody, kilkonastoletni chłopiec, ulicznik warszawski, niezmiernie zwinny, 
dowcipny i nie dbający o guzy, które mu się często obrywały — bo 
mówił, że go to nie boli. W obozie upatrywał śpiącego zwalistego 
chłopa i takiego ligla mu wystroił, że ten nagle obudzony, w pogoń 
za nim, Ale któżby go dopędzil? Uciekał przez głowy i nogi drugich, 
między karabiny, i nie utknąwszy nigdzie, śmiał się z goniącego. Przy 
jedzeniu , w pochodzie, nawet wśród ognia nieprzyjacielskiego, zawsze 



172 



ten psotnik coś (akiego splatał, że wśród największego znużenia i 
podczas akcyi nader poważnej, wszystkich ubawił i dodał ochoty. 
Pewnego razu dotkliwej popadł karze, niesienia w pocłiodzie przez 
pół dnia czterech karabinów, źe aż zemdlał ze znużenia Stało się to 
z powodu nastę[>ujijcego. Nie wolno było żołnierzom podczas spoczynku 
kłaść na ziemię karabinów; wydarzyło się jednak, że pew^ien żołnierz 
położywszy karabin, sam odszedł dalej do kolegów na pogadankę; 
w tern figlarz ten, uciekając przed goniącymi go, trącił nogą o zamek 
tego karabina; karabin wypalił i kula mocno raniła w nogę żołnie- 
rza, który go tam zostawił l^annego odesłano do szpitala, a mło- 
dzika ukarano nie ostrzej, bo ranny przekroczeniem zakazu sam dal 
powód do swego nieszczęścia. Ale młokos na kilka dni posmutniał, 
jak się trafiło, że go złapali żołnierze na jakim gorącym uczynku , 
rozciągnęli go i dobrze prętem oćwiczyli ; ale jeżeli go nie złapali , to 
po chwili już były wspólne figle, bo go wszyscy lubili. Ten malec 
był także bardzo śmiałym w boju; tak w Mży posuwał się w ulicy 
ciągle naprzód ku rynkowi, strzelając nieprzerwanie, a celnie. Tak się 
wysunął, że był na samym przedzie przeciw nieprzyjacielowi. Za to 
koledzy upominali się o wpisanie go w listę przedstawionych do krzyża, 
ale on ze śmiechem nie przyjął tego, bo jakżeby go powitali jego 
uliczni koledzy w Warszawie, gdyby się od nich świecidełkiem na 
piersiach odróżnił. 

Oprócz tego wartogłowa był u nas l^kże innego rodzaju roz- 
śmieszyciel naszej wiary. Był to IJajer, Niemiec, bursz z któregoś 
z nadrcńskicli uniwersytetów, młodzieniec wesołego usposobienia , po- 
siadający wiele naukowych wiadomości i kilka europejskich języków^, 
ale po polsku nic nie rozumiał. Walka o wolność i pragnienie po- 
znania naszego narodu zwabiły go do Polski i pchnęły w szeregi 
walczących. Najulubieńszym jego towarzystwem byli żołnierze z ludu; 
gdy go oficerowie i żołnierze światlejsi jak August Bielowski, Lu- 
cyan Siemiński , |ędrzej Moraczewski i inni ciągnęli między siebio, 
on uciekał od obcowania z nimi , bo się od nich niczego nie mógł 
dowiedzieć, ale lgnął do ludzi prostych, ucząc się od nich ich ję- 
zyka, bo tam tylko — jak mawiał - — pozna naród i narodową 
odrębność. A gdy go chciano zrobić podoficerem, żartował sobie 
z tego, twierdząc, iż niepodobna, aby przodował tym, którzy jego 
rozkazów nie rozumią. Otóż on się narzucił naszym wiarusom i ci go 



173 



wzięli w swoje obroty. Uczyli go po polsku i jjrzez tych parę mie- 
sięcy więcoj się od nich nauczył, niżby to potrafił zrobić z gramatyki. 
Bawiła żołnierzy błędna jego wymowa, do poprawnej nie mógł się 
jeszcze włożyć, była mu bowiem za trudnej* Dla zabawki kazali mu 
śpiewać po polsku i wybierali do tego takie piosnki, gdzie niektóre 
wyrazy litędnie wymówione, inne, a częstokroć tłuste dawały znaczenie. 
Wiara kładła się od śmiechu, a on często umyślnie przekręcał wyrazy. 

Takie to zabawki rozrywały nas w obozie, lecz były przeplatane 
i rozumnemi pogadankami. Bogucki zaznajomił mię z wyżej wymie- 
nionymi Bielowskim, Siemieńskim, Moraczewskim, z Heltmanem, 
Erazmem Dobrowolskim, Nesterowiczem i innymi światłymi ludźmi, 
na których w naszym batalionie nie zbywało. Zrobiłem mu uwagę, 
dlaczego nasi oficerowie po większej części nu]ą więcej upodobania 
w rozrywkach płochych, aniżeli w rozmowach poważnych? Trafnie 
mi na to odpowiedział, że w poczcjtkach formowania się naszej legii, 
które sięga pierwszych chwil powstania , nie było wielkiego wyboru 
w mianowaniu oficerów i kto tylko więcej umiał i był nieco obro- 
tniejszym od ludu , temu nadawano stopień oficerski — młodzież wy- 
kształceńsza zaś później dopiero z różnych stron nadchodziła i zacią- 
gala się w szeregi, gdy już liczb?* oficerów była pełną ; porobiono ich 
z czasem podoficerami, a gdy teraz koinunikacya z Warszawą Jest 
przerwana i podobno już więcej otworzoną nie będzie, nie posuną się 
już wyżej i dla tego chociaż wyżsi wykształceniem, są prawie wszyscy 
tylko podoficerami; a wielu oficerów, czując swoją niższość, unika ich 
towarzystwa. Lecz to nie psuło bynajmniej subordynacyi; w służbie 
w każdym oficerze uznawano wyższego i to utrzymywało harmonię i 
porządek. 

Między tymi moimi znajomymi, najwięcej zajmowano się histo* 
ryą polską, co mnie także więcej od innych przywiązało do Mo- 
raczewskiego, w którym poznałem bardzo gorliwego i zapalonego pra- 
cownika na polu naszych dziejów, On to po powstaniu napisał ,, Dzieje 
Rzeczypospolitej polskiej**, Byl on za|jamiętalym republikaninem i 
zdawało mu się, że naciąganiem historyi do własnych wyobrażeń 
o republikanizmie więcej uświetni dawmą Polskę. Dla tego też dowo- 
dził, że Polska nie była nigdy praw^iziwą monarchią, lecz panował 
od początku w niej duch tylko republikański i na teni głównie po- 
legała sprzeczka nasza, bo ja byłem innego zdania. Moraczewski byl 



174 

z Poznańskiego, a pobierając nauki w niemieckich uniwersytetach, 
płynniej mówił po niemiecku, niż po polsku; darował mi na pamiątkę 
niemieckie wojenne poczye Teodora KOernera. 

Oprócz historyi omawiano w innych kółkach najwięcej poezyc, 
i tak rozdzieliliśmy się na historyków i poetów : — do ostatnich na- 
leżał Siemiński , a Bielowski do obydwóch. Dobrowolski byl uczonym 
agronomem ; w Berlinie słuchał wykładów sławnego agronoma, podobno 
Thera, jeżeli się nie mylę, a na Wołyniu, w dobrach księcia San- 
guszki miał obszerne pule do zastosowania swej nauki, ale w obozie 
nie znalazł jej zwolenników. Heltnian zaś był uczonym innego ro- 
dzaju; był to inżynier, już niemłody, któren iedynie dla tego wstąpił 
do wojska, aby podtrzymywać ducha w żołnierzu; często prawił swoim 
kolegom o narodowości, wolności i przyszłych nadziejach. Nazywali 
go żołnierze kaznodzieją i skupiali się często kolo niego, ale nieraz 
także uprzykrzywszy sobie jego kazania, uciekali od niego. 

Konnica i piechota były zawsze jakby nie należące do siebie; 
w obozie rzadko kiedy poszedł piechur do stanowiska jazdy i nawza- 
jem kawalerzyści z góry patrzali na piechotę i mieli się za coś lepszego. 
Piechota znowu uważała się za główną siłę korpusu, zwłaszcza w gó- 
rzystych i lesistych okolicach, gdzie konnica rzadko czynną być mogła 
i nazywała konnicę paradyerami. W takiem mniemaniu o sobie utrzy- 
mywała piechotę także starszyzna jazdy, karcąc często konnicę za 
lekceważenie piechoty. 1 tak pewnego razu, gdyśmy między płotami 
przechodzili szerokim i długim wiejskim wygonem, zalanym wodą, po 
kładce z desek, na której ledwie trzech ludzi obok siebie zmieściło 
się — konnica powolnym pochodem naszym i długim szeregiem znie- 
cierpliwiona, puściła się obok nas kłusem wodą i mocno nas obryzgi- 
wala. Przypadł na to pólkownik Karoł Różycki i zawołał: »Stój! 
szanować piechotę! cobyście tu znaczyli bez niej". — Konnica stanęła 
i klęła, a myśmy się śmiali. Piechota i konnica miały swoje przy- 
krości i dogodności: w pochodzie piechur znużył się w piasku, po 
krzakach i zagonach; częsty brak butów dawał mu się dotkliwie we 
znaki, a karabin, tornister i naboje ciężyły czasem do tego stopnia, 
że słabnął. Konnica tego wszystkiego nie doznawała, nie nużyła się, 
bo koń nosił żołnierza i jego ciężary, dla tego też konnica zwykle 
wesoła, śpiewała w pochodzie bez ustanku; i piechota także śpiewała, 
ale mniej, najczęściej dopiero [lo wypoczynku. — Rzadko kiedy sple- 



175 



wał który żołnierz osobno; lecz zwykle szwadron albo kompania, albo 
nawet i większe oddziały razem tę sam^j pieiiH. Były ró/ne obozowe 
i pacliodowe pieśni, to dawniejsze, to nowe; mnóstwo nowych po- 
wstawało piosenek zastosowanych do okoliczności, najwięcej w War- 
szawie. Jak tylko zjawiła się nuta, już treść i nuta prawie wiatrem 
przeleciały do wszystkich obozów naszej armii. — Były także i ruskie 
pieśni, ałe ich mniej było od polskich ; śpiewano także i stare Ko- 
ściuszkowskie, a czasem także i pieśni nabożne. Muzyki nie miał 
żaden oddział w nas/ym korpusie. Gdy legia nasza stanęła, lub 
szła obok Wolyńców, prosiliśmy ich » aby zaśpiewali swoją ulubioną 
pieśń Tomasza Padury: „Hej kozacze w imia Boha"* — Nie dawali 
się długo prosić, a między nami powstała cisza, gdyż pieśń tę 
wszyscyśmy łuljilł , bo te słowa były stosowne i nuta na pół dzika, 
prawdziwie wojenna a Wołyńey pięk-nie ją śpiewali, — Nasz Bajer 
zwykł byl mawiać, że dosyć mu tej pieśni, aby poznał poetyczność i 
wojenny umysł Ukraińców. 

Tak było w pochodzie, ale gdyśmy się zatrzymali dla odpo- 
aynku, było odwrotnie. Piechotny ledwie postawił karabin w koźle, 
zaraz rzucał się na ziemię i o nic nie dbając zasnął, bo wiedział, że 
się jego karabinowi nic złego nie stanie, a gdy legia nasza t tern się 
od reszty piechoty odróżniała, że przy najmniejszym odpoczynku, 
żołnierze zaraz się kładli, żołnierze tak z innych pulk(>w jak i nasi 
właśni żartowali, mówiąc, że to prawdziwa legia, bo gdzie przyjdzie, 
tam legnie. Piechotny odpocząwszy, wstawał tylko do ugotowania je- 
dzenia z wyjątkiem jedynie kolejowej obozowej służby. Konny zaś, 
którego całem bez[>icczeństwem i znaczeniem był koń, musiał przede- 
wszystkiem o nim pamiętać, napoić go, nakarmić, oczyścić; a dopiero 
gdy to ukończył, mógł spocząć blisko swego konia. Gdy żołnierz 
ciągle jest z koniem, pieści się z nim, gada do niego, to też koń 
także się do niego przyzwyczai, jak pies do swego pana i wyraźnie 
go pokocha. Opowiadano nam różne wypadki cechujące to przywią- 
zanie konia do żołnierza. Koń, jakby znał ważność akcyi wojennej, 
choćby najbardziej był znużony, czy to w zaprzęgu u działa, czy pod 
żołnierzem, gdy usłyszy wystrzały działowe lub karabinowe i trąbkę, 
zelektryzowany nal)iera w okamgnieniu ognia i dobywszy sil do naj- 
szybszego czwalu, śmiało uderza, gdzie go poprowadzą i pcha się 
w największy zamęt bojowy i w ogień. Za to po takiem natężeniu 



I7łl 



potrzebuje koniecznie spocząć — inaczej zy;inie. Każdy konny ma z sobą 
palik dosyć gruby i diugi, który stanąwszy w miejscu, w bija w ziemię 
i do niego przywiązuje swego konia i tak plutonami i szwadronami 
stają w obozie konie w równych rzędach. Czasem się zdarzało, że koń 
niespokojny lub spłoszony wyrwał palik i uciekał; wtenczas dopiero 
rozpoczęła się za nim gonitwa na koniach, póki go nie złapano; 
jeżeli to się w nocy siało, to bywał cały obóz zaalarmowany. Gdy 
kawalerzysta straci konia, wtenczas prawdziwie jest biedny, bo mu nic 
innego zrobić nie wypada, jak wziąć z furgonu karabin i stanąć w pie- 
cholnym szeregu, do czego nie jest przyzwyczajonym i prędzej się 
nuży od piechura. 

)ak wiadomo, wtenczas byłem już podoficerem i poznałem się ze 
służbą mojego stopnia. Była ona dwojaką: obozową i pochodową, 
W obozie kolejny komendant obozowy — na których zwykle komen- 
dantów kompanii przeznaczano — wyznaczał straż obozową, składającą 
się z kilkunastu lub kilkudziesięciu ludzi, wedle położenia miejsc, tudzież 
wedle tego, czyli półk, batalion, lub mniejszy oddział w jednym tylko 
łub w więcej miejscach straż swoją postawić musiał* Każde stano- 
wisko tej straży miało podoilcera za komendanta i tak żołnierze jako 
i podoficerowie byli do tej służby kolejno przeznaczani. Służba każda 
trwała 24 godzin, a zaczynała się wieczorem. Nim straże opuściły 
obóz, komendant obozowy z cicha uwiadamiał służbow^ego podoficera 
o haśle i odezwie, które adjulant od jenerała wieczorem do obozu 
przynosiła jako też wszystkich służbowych oficerów całego korpusu. 
Hasło i odzew były codzień inne i trwały aż do drugiego wieczora, 
jeżeli jaki wypadek, naprzyklad niepotrzebne wykrycie ich, nie wy- 
magał zmiany. Wu wczas wybierano w tym celu dwa wyrazy, ja- 
kieby żołnierz tatw^o mógł pamiętać, nazwy miast polskich, albo cokolwiek 
innego. Straż obozowa stawała za obrębem obozu w odpowiedniej 
odległości, a podoficer rozstawiał z niej w nocy połowię swoich ludzi, 
dalej od swojego stanowiska w obozowy łańcuch umieszczając żołnierzy 
w takich od siebie odległościach, aby jeden drugiego mógł w^idzieć 
i w ten sposób, aby pierwszy i ostatni z tego łańcucha znowu mogli wi- 
dzieć skrajnych żołnierzy sąsiednich łańcuchów. 1 tak piechota i kon- 
nica otaczały cały obóz, będący w środku, nieprzerwanym łańcuchem. 
Każdemu żołnierzowi postawionemu na łańcuchu wyjawił podoficer hasło 
i odzew z rozkazem, aby obrócony na zewnątrz obozu, pilnie patrzał 



177 

słuchał, a gdyby coś ruszającego się zobaczył, lub jaki szmer usłyszał, 
aby zawołał głośno; „Stój! kto idzie!" Jeżeli musie nikt nie odzywał, 
miał zawołać po raz drugi, a na ciągłe milczenie strzelić w to miejsce* — 
Jeżeli zaś otrzymał odpowiedź, miał zapytać o hasło* Usłyszawszy je, 
powinien mu odpowiedzieć odezwem, bo często komendant u nas, 
bardzo często także jenerał Różycki zwiedzał łańcuch, chcąc przekonać się, 
czy jest w porządku, a mógł natrafić właśnie na podejrzanego, któren 
nie należał do łańcucha. Przy kiżdem zbliżeniu się kogokolwiek po- 
winien był żołnierz łańcuchowy spuścić broń do ataku; gdyby zaś 
zbliżający się żadnego nie podał hasła, albo nie to, jakie było w ten 
wieczór rozdane, albo gdyby uciekał, ma go położyć trupem, wystrza- 
łem lub pchnięciem bagnetu. Toż samo miał uczynić, jeżeliby był 
w niebezpieczeństwie. Na każdy taki wystrzał przybiegał zaraz pod- 
oficer z resztą swojej straży, a zbadawszy właściwy stan rzeczy, przed- 
siębrał odpowiednie kroki. Żołnierzowi na łańcuchu i podoficerowi na 
stanowisku swojem nie wolno było ani się oddalać z miejsca, ani spać> 
bo od tego bezpieczeństwo obozu zależało — w przeciwnym razie 
groziła mu kara śmierci, O północy następowała zmiana; żołnierze 
ze straży wychodzili na łańcuch, a z łańcucha powracali na stanowisko 
straży. Te same obowiązki miał także służbowy podoficer od konnicy. 
Ze dniem zbierał podoficer łańcuch i pozostawał z całą strażą na sta- 
nowisku swojem, doptiki wieczorem przez nową straż obozową zastą- 
pionym nie został. Taką straż dzienną nazywaliśmy zwykle posterun- 
kiem. A jeżeli i w dzień potrzeba było pojedynczych żołnierzy po- 
stawić dalej od straży obozowej, mówiono wtenczas, że sloją na wi- 
decie. W dzień już nie byłu tak uciążliwej służby i straż obozowa 
mogła sobie w swujem miejscu golować jedzenie, jeżeli je w obozie 
gotowano. Bywały wypadki, że żołnierzowi niewprawnemu do tej 
służby, a zwłaszcza przy pierwszem wyjściu na łańcuch, coś się przy 
widziało lub przy słyszało, wskutek czego wystrzałem cały obóz za- 
alarmował, wystrzał ten powtórzył cały łańcuch, a w obozie wszystko 
pod bronią stawało; dopiero gdy się przekonano, że wystrzał spowo- 
dowała jakaś omyłka^ wracnt obóz do spoczynku. 

Opowiadano nam, że Bogucki przeznaczył raz kompanią na straż 
obozową i łańcuch, w której był Rembielińskij syn litewskiego pana ; 
młodemu temu chłopcu zdawało się, że służba łańcuchowa hańbi jego 
pańskie urodzenie i wręcz odpowiedział, iż nie pójdzie na łańcuch, bo 

23 



178 

nie po to tu przyszedł, aby stał na lancuchu. Wówczas Bogucki posiał 
po lekarza, a umówiwszy się z nim, prosił go, by opatrzył chorego. 
Lekarz zbadawszy go, obrócił się do Boguckiego i widocznie przed 
wszystkimi kręceniem palca na swojem czole oznajmił, że Rembieliński 
cierpi na pomieszanie zmysłów. Chłopiec zbtadl na to i rozpłakał 
się» prosił, by mu nie robiono tej krzywdy i hańby, przyrzekł pójść 
zaraz na łarkuch i pełnić wszystkie obowiązki żołnierza. Został on 
potem podporucznikiem w naszym batalionie, był dobrym żołnierzem 
1 dziękował Boguckiemu za swoje wyleczenie. 

Przykra była dla podoficerów tylna straż podczas pochodu. 
W lym celu, stosownie do wielkości idącego oddziału, przeznaczoną 
była odpowiednia iloŚć podoficerów. Powinnością ich było nie dopu- 
szczać do ociągania się w pochodzie tak zwanych maroderów, to jest 
żołnierzy, którzy albo pod pozorem znużenia, albo bez żadnego pozoru 
odłączają się od wojska, lub się wymykają podczas przechodu przez 
wieś lub miastu, dla rabunku. W każdem wojsku są różni ludzie i 
nigdzie się nie obejdzie bez tylnej straży. Ale jak tu poznać, że się 
kto ze znużenia ociąga? Takiego podoficer namawia, aby powrócił do 
szeregu, popycha go, nareszcie sam z nim zostaje coraz dalej od swoich 
i pilnuje, aby się przekonać o prawdzie. Jeżeli jest rzeczywiście słabym, 
oddaje go na furgon^ lub gdzie do domu, a gdy to być nie może, lub 
gdy nie zdoła przeprzeć jego uporu, zostawia go, bo cóż innego ma 
począć? Jeżeli zaś ugruntowane ma po lejrzenie jrjkiejkolwiek złej woli, 
oddaje go za pomocą drugich straży policyjnej, odebrawszy mu ka- 
rabin, A jeżeli żołnierze wpadają do domów, natenczas podoficer 
wpada za nimi, wypycha i pędzi w szeregi, odbiera od nich porwane 
rzeczy i oddaje właścicielom. Często w takim wypadku porwie się 
żołnierz na podoficera i mści się za niedozw*olony rabunek. Takiego 
wypadku o mało i ja raz nie miałem. Przechodziliśmy przez miasteczko ; 
kilku żołnierzy wyrwało się z szeregów i wpadło we dwa czy trzy 
domy. Jako jeden z służbowych podoficerów udałem się za nimi; 
izba, do której wszedłem, była żydowska i widziałem, jak jeden z tych 
żołnierzy ściągał buty z Żyda, drugi wyjął upieczony już chleb z pieca, 
a trzeci tylko stał we drzwiach. Wpadłem na ściągającego buty, od- 
trąciłem go i kazałem mu wrócić do szeregu. Na to popatrzył się na 
mnie w^zrokiem przeszywającym i odskoczywszy w tył już z bagnetem 
na karabinie chciał się rzucić na mnie, Ale ten, co stał we drzwiach. 



179 



krzyknął: „Wara" i porwawszy go 2a kołnierz, wyprowadził z izby. 
Dał mi zarazem naukę, abym w podobnych wypadkach nigdy tak go- 
rąco nie pełnił mej służby, bo bardzo łatwo mogę zginąć. Ten, co 
buty ściągała nazywał się Bognajser i był jednym z więźniów, którzy 
po ukończonej jui^. podczas powstania karze w szeregi wstąpili. Skazano 
go za rabunek na lat 15, a był człowiekiem bardzo niebezpiecznym, 
„Niechby był wziął buty"* — dodał mój obrońca — ^bo to drobnostka, 
a żydzi i tak nam nie sprzyjają," Przestrzegał mnie w końcu, abym 
nie bronił takich fraszek, a uvva^.ał tylko, by maroderzy nie rozbijali 
drzwi, skrzyń, szaf i nie popełniali gwałtów na osobach. 

Inną znowu służbą podoficerów w pochodzie było prowadzenie 
szpicy przedniej straży. Szpica złożona z kilku żołnierzy i podoficera 
powinna mieć na uwadze, aby się nie oddalała zbytnie od przedniej 
straży. Sam tego doświadczyłem, że chociaż szpica bardzo po maki 
idzie, straż tylna prawie biegnąć musi, chcąc ciągle jednakową utrzy- 
mać odległość. Dla czego tak jest, nie umiałem sobie wytłómaczyć ; 
z tego też powodu szpica w pochodzie bardzo często stawać musi. 

Pod Mniowem odpocząłem należycie, bo w okolicy był spokój, 
Czas był pogodny, a ja nie miałem w tym dniu żadnej służby. Wy- 
spałem się do woli w polu na suchym zagonie, lepiej niżbym to mógł 
uczynić poi dachem, bo będąc bez przerwy pod gołem niebem, lak 
się do wolnego powietrza przyzwyczaiłem, że duszno mi było, gdym 
wszedł do jakiego pomieszkania, cliociaż okna były pootwierane, lub 
choćbym nawet był tylko w stodole. 

Żołnierz wybierał do spania zwykle bruzdę, aby miał wyższe 
miejsce do oparcia pod głową. Nasza legia miała wygodę z torbami 
u aapek, bo te służyły tak do noszenia jarzyny, jak i do podłożenia 
pod ucho na zagonie. Raz gdy tak spaleni, zsunęła mi się czapka 
z głowy, a kutas od torby zaczepił się jakoś z tylu o kołnierz mun- 
duru; gdym się obudził, nie znalazłem czapki; rozgniewany szukałem 
jej w koło, ale daremnie i z goryczą wyrzekłem głośno, że to przecież 
brzydko* ukraść koledze część munduru! Wtem jeden z siedzących 
na boku żołnierzy przyszedł" do mnie i wziąwszy mnie łagodnie za 
rękę upominał, bym takiej kradzieży nie zarzucał kolegom, bo to ani 
kiełbasa, ani tytoń i kazał mi sięgnąć poza sitińe. Sięgnąłem i zna- 
lazłem na moich plecach wiszącą czapkę, przeprosiłem kolegów, a oni 



przestrzegli mię, bym nie byl pochopnym do obwiniania drugich bez 
przekonania się. 

Żołnierz w obozie nie jest skorym do awantur z kolegami, ale 
drugiego chętnie nauczy, upomni i udzieli mu rady. Dla tego u nas 
byl zawsze spokój między ioJnierzami; jedna tylko Dębińska, która 
była podoficerem — już nie pamiętam , w której z naszych dalszych 
kompanij — ciągle się kłóciła z żołnierzami o wódkę» a nawet przy- 
chodziło aż do bójek. Czasem na tę kłótnię przyszedł służbowy oficer, 
lecz jak się downedział, że to Dębińska, machnął tylko ręką i odszedł. 
Była to kobieta już niemłoda, zdaje się z miejskiego stanu, kłótliwa, 
ale silna i odważna w boju, płeć miała ogorzałą i zgrubiałą i trudno 
ją było odróżnić od żołnierzy. W armii polskiej rewolucyjnej było 
więcej kobiet, a niektóre, jak bardzo przyzwoita Dębicka u ułanów, od- 
znaczyły się i były dekorowane krzyżem wojskowym, — Przekona- 
liśmy się, że i w moskiewskien> wojsku były kobiety żołnierzami, 
bo gdy raz konnica nasza całą moskiewską placówkę z kilkunastu 
kozaków złowiła, pokazało się, że jeden z nich był dziewczyną młodą 
i przystojną. 

Przykry jest nocleg w polu podczas deszczu. Ale i deszcz nie 
przeszkodził znużonemu /ołnicrzowi i chociaż nieraz głowy nasze leżały 
w wodzie, trudno było nas dobudzić. Tak raz nasz Bogucki spał cały 
w wodzie, a gdy budzony przez sen odpowiadał, że nie wstanie, prze- 
nieśli go żołnierze na wyższe miejsce. Jak się obudził, nie pamiętał, 
co się z nim działo. Myśmy nie mieli namiotów ; tylko dla pułkownika 
zawsze żołnierze wynaleźli gałęzi, zrobili mu dość gęsty daszek i dostali 
słomy, dla pościelenia mu jej na ziemi. 

Żołnierz byl zawsze łakomy na buty i szanował je więcej, niż co 
innego, bo to było bardzo przykro chodzić boso po gorącym piasku 
i krzakach. Wydarzało się, że je zupełnie zniszczył i z poranionemi 
chodził nogami boso, albo tylko z przyszwą, podtrzymywaną rzemykami 
zamiast podeszwy. Pewnego razu — już nie pamiętam, w którem 
miejscu — przysłano z Krakowa dla naszego korpusu 500 par butów 
niepoczernionych z króikiemi cholewkami, jakaż to była radość! — 
większa, niżby była z pieniędzy, bo trudno było dostać za nie obuwia, 
wszystko bowiem wykupowano, a moskiewska piechota zabierała je 
w^szędzie, gdzie tylko jakikolwiek znalazła zapas. Wtenaas i ja dostałem 



181 



buty, bo nii już moje z nóg spadły, a drugą parę, którą miałem, zabrali 
Moskale z tornistrem. 

Pewnego razu zdarzyło się, że kosynier od lylnej straży, choć 
popychany przez służbowego podoficera, nie mogąc dla skaleczonej nogi 
z braku buta iść dalej, pozostał w lesie, a gdy natenczas krok za kro- 
kiem prześladowali nas Moskale, napadło go czterech kozaków ze zwy- 
kłem sobie wezwaniem ^Ne ujdiosz! kryczy pardon**! Kosynier oparłszy 
się o grube drzewo i wystawiwszy naprzód swoją długą ko^^ię, wyzy- 
wał ich. Kozacy nacierali na niego, a on kosą odtrącał ich piki i ka- 
leczył konie. Wtem wystrzeli! jeden z pistoletu, kosynier się rozśmiał 
na to, bo kozacy nie umieli z pistoletów^ strzelać. Wystrzał zaalarmo- 
wał nasz korpus, wysłano kilku cehaych strzelców i ci z ukrycia dali 
ognia. Zabili jednego kozaka i dwa konie, po czem reszta uciekła, 
Strzelcy przyprowadzili w tryumfie kosyniera z jedną bosą nogą i dwóch 
kozaków jako jeńców. Powitano kosyniera: „Niecti żyje!" — a on 
z dumą opowiadał swoją przygodę. Znaleziono zaraz między koleg?>mi 
but luźny i kosynier wciągnął go na bosą nogę. 

Prawdziwym ciężarem byli dla nas podejrzani o szpiegostwo, któ- 
rych albo sami żołnierze ujęli, albo kto inny ich do nas przypro- 
wadził, a nie było pewności i dowodów ich łotrowslwa. Osobną straż 
zwaną policyjną, ustanowiono w korpusie dla pilnowania ich; nadto 
potrzeba ich było żywić i mieć ciągle na oku. Częstokroć korzystali 
oni z naszej walki z nieprzyjacielem, albo z pochodu w nocy i uciekali. 
Gdy takiego przyprowadzono, zaraz wyznaczał jenerał oficera, aby tak 
przystawiciela jako i przystawionego wybadał pisemnie i stosownie do 
zeznań wezwał różne osoby o wyjaśnienie faktów* jeżeli przytrzymany 
okazał się niewinnym, puszczano go natychmiast, winnego zaŚ wieszano 
na miejscu. Nie wydawano formalnych wyroków i wystarczyło po ze- 
braniu i zbadaniu dowodów słowo jenerała „powiesić". 

Najwięcej szpiegów bywało Żydów i kolonistów niemieckich, a nieraz 
bywali i rzemieślnicy. Chłopa żadnego nie mieliśmy nigdy pod strażą poli- 
cyjną. Nie wiem, czyli Żyda którego wypuszczono, bo ledwie się do nas do- 
stał, zgłaszali się świadkowie, poznawali ich i dowodzili słuszności zarzutów 
szpiegostwa lub służby Moskalom. Niejeden winny, gdy widział, że musi 
wisieć, przyznawał się zuchwale do łolrowstwa, szkalując naszą sprawę 
i miotając na nas przeklęstwa. Żydów kilkunastu powiesiliśmy to we 
wsiach, to w miasteczkach, to w lesie, a nie zabrakło ochotników do 



182 



i^ubAAian, Raz powiesrono jednego w pi^cchodrie pnez miasteczkoj 
kińregfł hyf Jiiicszkańccm i któremu jednogłośnie w oczy wyrzucano 
zmowy y. Moskalami — na żurawiu od studni zamiast ciężaru, a 
mieszkańcy zżymali się tylko z tego powodu, te im studnię zbeszcze- 
H^rzono. 

Pewien ułan gdzieś się był podział z naszego korpusu i nie 
wiłMliti;ino« co się z nim stało, a* raz po walce konnicy naszej 
z mcjHkiewsktm po^lerunkirm przyprowadzono kilku schwytanych nie- 
|>r2yjaci >l| pornicnlzy klóryini poznano owego zaginionego ulana. — 
Za zbicgcistwo do nieprzyjaciela podczas wojny jest kara śmierci i jego 
le* (cirmnlnie osijdzono i rozstrzelono Stało się to, gdyśmy mieli ru* 
»yć ic spoczynkui cały korpus przechodził kolo trupa, a atljutant jene- 
rała, Konstanty iJobowski, siedz^jic na koniu , przemawiał wymownie 
\ doruiMiym gjo-it^m do kaidcgo oddziału, przedstawiając ohydę zbrodni 
i konitn znosc- takiej kary id |)izejścic do nieprzyjaciela, 

W Mni(»wie odbyto zmianę koni. Konie naszej jazdy były bardzo 
xmccione» jedne odsednione, drugie pokaleczone, potrzeba więc było 
innych koni, wprawdzie nie wszystkich, ale pokazało się wiele albo 
chwilowo albo na zawsze juł niezdolnych do służby. Na rozkaz jene- 
rała* priysłany jeszcze przed przyjściem do Mniowa, to do Kielc to do 
innych stucyi organizacyjnych , przyprowadzono mnóstwo świeżych, 
pięknych i juł pod żołnierza wytresowanych koni, rozdano je potnse- 
lnyi|cym> a nieiiłyteane odesłano. Także i artylerya zmieniła swoje 
Inmi^ A wmiu nasza konna tylko wydychała do spotkania się teraif 
po adiwiełęnfu się swojem i nieprzyjacielem i była pewnij wzięcia nad 
nim gtWf, bo tfattelnA Basn jazda, to jest diiełny żohieri na świeżym 
i ikielnym koniiK uderti^ śmiało na preewyiszającą siłę wroga. Ztamiąd 
«Młrshno ukie kilkudiaesięctii i nUnych oddziałów, to ranny cłi, to ska* 
Ifciaiycb. lu asbbioiiyeli» a do aynnej służby niezdatnych, do laaaretu 
w Kiek^ach. Odwieikimi tam lakte wteticas i mojego Jónla Sfiiyman* 
$Im^; był on małego waroestu i n wąAy na takie trudy; neoy- 
wikit Ifl lak wkAi, te kwabim nosii nie mógL a nogi j^go były 
pokakefacmą bo itt miał o d po wki to idi boiów^ tylko lekkie i wyhni 
m^ jfik ęil^y do spaecni po nejskira bruku. )til potem nie mrćdk 
wifi^ do Ms;. cfaoc inni wrarali^ ^ F 8^ dopiefo po po wi ocie w 



XL 

OaJsze działania wojenne. 

Gdyśmy odpoczywali w Mniowie, dochodziły nas różne wiado* 
mości, a wszystkie tyczyły się tylko korpusu Rodigera. To markie- 
tanki, które chodziły do okolicznych wsi i miasteczek dla zakupna 
ływDości , to chłopi, przynoszący lub przywożący najczęściej chleb do 
obozu , przynosili nam te wieści , rozsiewane najwięcej przez Żydów. 
Myśmy wieści te porównywali z pogłoskami, przynoszonemi do obozu 
pnei oricerów, powziętemi od adjulantów lub sztabowców i wszystkie 
zgadzały się w teni, że Radiger z główną swoją siłą cofnął się do 
Radomia i że ztamtąd nie może za nami uganiać, bo musi być ciągle 
w pogotowiu do udzielenia pomocy Paszkiewiczowi , któren się już 
zbliżał do Warszawy, że zatem Rudigcr pozostawił tylko pewne od- 
działy, dla niepokojenia nas i dla zasłonięcia siebie z naszej strony. 
Takie rozpolożenie moskiewskiego wojska kazało się domyślać, że 
Rodiger przemienia działanie swoje zaczepne na od[iorne, że przeto 
na nas przyszła kolej przejścia z odpornego działania do zaczepnego 
i uf]erzania na pojedyncze przez Radigera pozostawione oddziały. 

Pochód ku Kielcom znaczył cofanie się przed przeważającą siłą 
Radigera, ale świeże wiadomości o nim skłoniły Samuela Różyckiego 
do zaczepnego działania, tern bardziej że nie było jui powodu i po- 
trzeby dalszego posuwania się ku Kielcom , zwłaszcza gdy posiłki , 
które wedle dawniejszego rozporządzenia naszego jenerała w Kielcach 
nas oczekiwać miały, już się w Mniowie z nami połączyły. Przeto nie 
szliśmy do Kielc, ale z Mniowa udaliśmy się dnia 16 sierpnia na 
powrót ku Końskim, dla przecinania komunikacyi między oddziałami 
moskiewskimi. 

Kiedyśmy stanęli obozem pod Blażkowem, przywieziono w nocy 
dwie duże bryki tytoniu, które, jak nam mówiono, zabrał kapitan 
Gedroic z transportu, prowadzonego do moskiewskiego obozu* Zo* 



1H4 



stawiono te bryki przy obozie naszej legii, słu/bowy oficer odko- 
menderował z' kolei ośmiu ludzi i mnie jako ich komendanta i kazał 
tego tytoniu pilnować. Te bryki stały już jedna przy drogiej, posta- 
wiłem więc czterech żołnierzy w kolo nich, a reszta miała ich zmienić 
po północy. Gdy tak czuwałem, a wszyscy około mnie spali, na- 
stręczył mi się stary żołnierz Kreizer z propozycyą, że nie mogąc 
spać, wyręczy mnie w* służbie podoficerskiej* Ufając jego służbowej 
ścisłości i będąc do tego trochę słabym , zezwoliłem na to i niedaleko 
niego położyłem się spać. Ten krok mój nierozważny^ jak się niżej 
pokaże, o mało bardzo przykrych dla mnie nie sprowadził następstw* 
Gdy zasnąłem, obudziło mnie mocne koło mnie stąpanie, zerwałem 
się i zobaczyłem kolo mnie konia » a na nim kiwającego się niezna- 
jomego oficera. Zatrzymałem u pyska konia, zapytałem siedzącego na 
nim, kto jest i dlaczego w nocy jeździ po obozie. Odpowiedział, jakby 
przebudzony, że jest porucznikiem pierwszego pólku strzelców konnych, 
należącym do tego szwadronu kapitana Wendorfa, który razem z dwoma 
szwadronami jazdy podlaskiej, przyprowadził do Mniowa pułkownik 
Antoni Kuszel , że nazywa się J(')Zef Bogdański i że do swego miejsca 
trafić nie może. Gdy to usłyszał jeden z żołnierzy, powiedział, że i ja 
się nazywam Bogdański; wiadomość ta ocknęła go bardziej i nalegał 
na mnie, bym mu mój herb szlachecki wyjawił. Takie jiy tanie w obozie 
rozśmieszyło w głos tego żołnierza i Kreizera; dla prędszego pozbycia 
się go, powiedziałem mu: ^Prus trzeci**. ^To także mój herb** — 
odrzekł z wesołością i jako od pokrewnego po herbie żądał, bym go 
do jego szwadronu odprowadził* Uczyniłem to i zaprow^adziwszy go 
na jego miejsce, dopomogłem, nie wiedząc, c/.y pijanemu czy choremu, 
do zsiadania z konia, poczem wróciłem na swoje miejsce i zasnąłem 
na nowo. Gdy już dnieć zaczęło, obudził mnie niezwykły ruch w obo- 
zie; Kreizer przyszedł do mnie i powiedział: «Zle: ważny szpieg nam 
uciekł"! Ja o szpiegu nic nie wiedziałtm, aż Bogucki przypadł do 
mnie pomieszany i surowo zapytał, co w nocy słyszałem? Wpatrzyłem 
się w niego, nie wiedząc o niczem. Opowiedział mi więc, że wxzorąj 
wieczorem schwytano szewca z Końskich, służącego gorliwie Moska- 
lom i niosącego ekspedycyą od Rodigera do jego podkomendnych, za- 
wierającą szczegółowe rozkazy rozlokowania moskiewskich oddziałów, 
aby nas w dalszym naszym pochodzie okrążyć i jak w matni złapać, 
ludzie! , że warta policyjna, której tego szewca oddano, była zaraz 



186 

oBoJ^i naszej legii, że sxewc w nocy gdzieś zniknął, a cała ta 
warta jest teraz pod strażą; jeżeli się zaś pokaże, 5:e on tylko przez 
obóz nasz nirtgl się przeniknąć, ja, jako czuwający w słu/bip 
kolo tytoniu, za to będę odpowiedzialny. Opowiedziałem mu całą 
prawdę o czuwaniu w majeni miejscu Kraizera, co mi bardzo zganił, 
ł o przygodzie z Jt^zeleni Bogdańskim. Przesłuchano obydwóch; Kraizer 
tlómaczyl się, ie widząc^ że bytem słaby, postanowił wyręczyć mnie 
w służbie, łecz żadnego szmeru nie slyszaL z klóregoby o ucieczce 
mógł wnosić, a o oficerze Bogdańskim pzekonano się, że byl pijanym, 
bo się dotąd niezupełnie jeszcze wytrze>*,wił, zostawszy w obozie po 
odejbciu p<>lkownika Antoniego Kuszła z jazdą ku I^rzysusze. Półkownik 
nasz Kwiatkowski na cały len wywód kazał mnie wziąć pod straż, 
a za takie przekroczenie służby surowa czekała mnie kćira, lecz Bo- 
gucki jakoś u półkowmka wyrobił, że mnie uwolniono jako młodego 
żołnierza. Nie miałem wprawdzie przekonania, lecz ciągle miałem 
Kraizera w podejrzeniu, źe on właśnie, w celu ułatwienia szewcowi 
ucieczki , nastręczył mi się na wyręczyciela w służbie, zwłaszcza gdy 
mi żołnierz pewien mówił, że Kraizer widział szewca, jak go straży 
oddawano i powiedział, że go zna blisko, a nawet podobno, że jest 
jego krewnym. |akim sposobem szewc ten umknął, nikt nie wiedział; 
straż policyjna nie spab , ale było pod strażą kilku innych jłodejrza- 
nych u szpiegostwo, a szewc z wielką zręcznością umiał korzystać 
z ciemności nocy, Oddaną pod straż ową straż policyjną uwolniono 
później, bo jak mówiono, szewc, powtórnie schwytany, wykrył, że 
ucieczka jego nastąpiła bez winy straży. Co się z nim stało, nie wiem; 
zapewne go powieszono, 

Zpod Blaszkowa m'yruszyliśmy zaraz do Szydłowca, a zląd do Ska- 
rżyska. I utaj zrana dnia 20 sierpnia, gdy część naszej pierwszej kompanii 
była w polu na placówce, przybliżyło się do niej trzech jeźdźców 
moskiewskich. Gdy stanęli, jeden znich machnął białą chustką na 
znak, że jest parlamentarzem Nie pamiętam, ktti hył służbowym pod- 
oficerem na tej placówce, ale i ja do niej się przyłączyłem. Podoficer 
więc służbowy posłał natychmiast do obozu z tą wiadomością żołnie- 
rza do służbowego oficera, a sam, wziąwszy z sobą trzech innych, 
udał się do parlamentarza. Wtenczas przybył wysłany od jenerała 
oficer (kI piechoty i poszedł do przybyłych Moskali. Byl między nimi 
jeden oficer; ten byl wysłany od jenerała Geismara, który z resztkami 

24 



lik 



18fi 



swojego korpusu był wówczas pod komenJtj Rodigera, z igdaniem 
wymiany jeńców. Co nasz jenerał zrobił, lego nie wiem, bo wymiana 
zaraz do skulku przyjść nie mogła, odsyłano bowiem jeńców w głąb 
kraju ku Częstochowie, lecz zdaje się, że zezwolił na wymianę, gdyż 
widziano niedługo potem przybyłych z niewoli żołnierzy i oficerów, 
należącycłi do innych naszych ])ólków. Parlamentarza odprowadzono 
tą samą drogćj z zawiązancmi oczyma do czekających na niego dwóch 
jego szeregowców, lam mu dopiero rozwiązano oczy i odjechał. 

Pod miasteczkiem Wierzbicą zajął mocne stanowisko jenerał Til- 
man z dragonami , a l^loryan Rzewuski z Dorkami. Nasz korpus wy- 
ruszy! więc 2 1 sierpnia przeciwko nim , nie zważając na ich mocne 
stanowisko, działa i przeważającą siłę piechoty. Gdyśmy szli ku Wierzl^icy, 
doniósł nam mieszkaniec tego miastec;?l<a, że Zyd z karczmy niedaleko 
w polu stojącej, uwiadomił Moskali o naszem zbliżaniu sięt w skutek 
czego opuścił nie[jrzyjaciel swoje stanowisko, zostawiwszy tylkf* niniejsze 
oddziały jazdy, które się w las cofnęły. Żyda tego schwytano na- 
tychmiast i po przekonaniu się o jego szpiegostwie, powieszono na 
drzewie. 

I])oszedłszy już na pagórkowate pola Wierzbickie, gdzieśmy 
opodal pod łasem zobaczyli uwijających się Dońców, a w lesie, jak 
już wiadomOj !)yli dragoni, wysłał jenerał Wołyńców na harce z Doń- 
cami, aby ich zatrzymać pod lasem, a strzelcom celnyju Podlaskim, 
zasłonięlym jazdą I*odlaską, kazał iść bokiem w las na zasadzkę, celem 
przecięcia drogi Moskalom. Art yl ery a nasza puściła się najw ększyni 
pędem na dół ku łasowi , a nasza legia szła z i nią dla jej bezpie- 
czeństwa. Z Wotyńcami poszła i jazda tatarska z kapitanem Bielakiem, 
wcielona do jazdy wołyńskiej. Wołyńcy parli, padały trupy ze strony 
Bońców. Bielak gorący zanadto się zbli/ył do lasu i padł ugodzony 
kulą w piersią w san, o serce. Zasadzka strzelców się nie powiodła, bo 
Dońcy i dragoni umknęli, a myśmy tylko [łonieśli nieodżałowaną 
stratę w osobie mężnego '1'aLara Bielaka, syna jenerała z r, 1794., 
któremu '1 atarzy, jako |)rzyuudcy swojemu, wykopaU z widocznym 
żalenia pod lasem w Wierzbicy grób i usypali na nim mCgiłę. 

Gdy nieprzyjaciel cofnął się z Wierzbicy ku Skaryszowu na dro- 
dze do Iłży, a korpus nasz właśnie do I ł/y się udawa!^ potrzeba było 
lę drogę oczyścić z Moskałi, Aby wozy z jukami i prowadzeni jeńcy 
nie przeszkadzali w tej przeprawie, odesłał je jenerał, pod zasłoną cel- 



187 



fiyrh strzelców Krakowskich, [)od dowództwem ka[>iiana Gaszyńskiego, 
innej drogą ku Iłży, a Wolyńcom kazał iŚć w las i przeciijć drogę ze 
Skiry^zowa do Odcchowa, gdzieśmy na spoczynek stanąć mieli, jakoż 
sp-awili się Wolyńcy dzielnie; pierwszy ich szwadron, pod dowództwem 
majora Stanisława Dunina, wyl' czonego z ran, otrzymanych pod Opa- 
towem, podzieliwszy się na dwie polowy i przeszedłszy jedną polową 
niespostrzeżenie przez czaty Dońców, natarł na oddziale będący na 
czatach, a składający się z ptjł szwadrona dragonów i plutona Dońców 
z dwr)ch stron i cały ten oddział zabrał w niewolę. W tej rozprawie 
walczył także z jazdą Januszewicz, prezes komisyi województwa san- 
domierskiego, jako ochotnik. 

Przeszedłszy przez Skaryszów, który Moskale krótko przed nami 
opuścili i gdzie powieszono Żyda szpiega na żurawiu od studni — 
o czem juz ws[>ominalem — doszliśmy spokojnie do Odechowa i 
stanęli tam na spoczynek. Ale gdy Moskale na nas nacierali, a sta- 
nowisko to nie było dość bezpieczne, przeto ruszyliśmy z miejsca, by 
przebyć błota i pud ich zasłoną stanąć na wzgórzach Borowa. Wy- 
siał zatem jencrrił kapitana z kwatermistrzostwa Grzegorza Kacza- 
nowskiego pod zasłoną jazdy Podlaskiej z półkownikiem Antonim 
Kuszlem, aby obrał stanowisko. W pochodzie korpusu w tylnej jego 
straży, ciągle nie[K>kojonej od nieprzyjaciela, znajdował się nasz jenerał, 
któren zburzył z*^ sobą kilka mostów na błotach, któremi przecho- 
dziliśmy. Rozłożono obciz na oznaezonem miejscu, podczas ciemnej nocy i 
i ulewnego deszczu, gdzie dla legii naszej, będącej w przedniej straży, 
[)rzypad)o stanowisko pod snmą wsią Borowem. Wszyscy byliśmy 
w polu, z wyjątkiem tylku jazdy l*odłaskiej; pułkownik bowiem Antoni 
KuszeK nie słuchając przedstawień kapitana Grzegorza Kaczanowskiego, 
rozłożył się w samej wsi [to domacii i stodołach, pod pozorem znuże- 
nia żołnierzy i koni. Niedługo jjotem usłyszeliśmy przerywany tętent 
koni i wołanie „do bioni*^ i „na koń**. 

Cały obóz zosial zaniepokojony, pojedyncze w^ystrzaly odzywały 
się na łańcuchach. Deszcz lał ciągle i dopiero ze świtem spostrzeżono, 
'że konie p^łszwadronu jazdy Podlaskiej, będącego na przedniej straży 
iuż ołiuk naszej legii, a nadto żte ptjprzy wiązywane konie reszty tej 
jazdy we wsi, powyrywały się, biegały po wsi i po całym obozie i 
były przyczyną tych strzałów i niepokojów. Ale nie tylko same nasze 
lonie sprawiły ten nieporządek, lecz także i Moskale, którzy usly* 



188 



szawszy te strzały, darli się do nas przez blota» aby skorzystać z nie- 
porządku i lylko zerwanie mosUiw i grzęzkość biota przeszkodziły 
im w napadzie na nas w nocy; przecież część ich przedarła się, ale 
zdołała tylko zabrać nam kilka konij bez żadnej innej szkody. 

W dniu 2 2 sierpnia w południe, stanęliśmy pod sam^ Iłzćj we 
w^si Błiizinach i tam się z nami [jolijcitył (iaszyński, który |>ruwMdził 
wozy z jukami i jenaiw. Jeden z nich, podolicer, klóren świeżo w po- 
chodzie ku Iłży dostał się ranny w ręce Wolyikuw — a był z puł- 
tawskiej gubernii i bił się z nimi jesżcze na Wołyniu w spotkaniu 
pod Uchaniami — przeszedł teraz do Wołynców i powiedział , że za 
naszym korpusem spieszy bokiem ks. Adam Wirtemberski z kilkoma 
szw^adronami jazdy i bataHonami piechoty i sześcioma dzirdami, wysłany 
przez łUidiyera w tym celu, aby nam zajść drogę do łlży i wziąć 
nas we dwa ugnie, z korpusem zaraz za nami di^iącym. 

1 w rzeczy samej, stanąwszy w Blazinacli, zobaczyliśmy na wzgó- 
rzach pod ll/ą, w parę godzin po przyjściu naszem, oddział k-t. Wirtem- 
berskiegu, uszykowany do ataku, ale się spóźnił, bośmy takie zajęli 
stanowisko, w którembyśmy zamierzonemu z dwóch stron natarciu 
niewątpliwie podołali. 

Byłem świadkiem przykrego wydarzenia pod tąź w^sićj Błazinami, 
jaskrawo charakteryzującegu ludzi zbogaconych na naszej ziemi, a prze- 
cież naszych nieprzyjaciół. Kolonista niemiecki z niedalekiej wsi jłizybył 
do obozu Wołynców z propozycyą zrobienia dtań składki pieniężnej, 
dis zakupienia różnych przedmiotów żywności, w celu służenia im za 
markietana. Wołyńcy chętnie przyjęli propozycyę i roz[joczcli z nim 
układy. Żądał loo zip., którychby Wołyńcy już nie odebrali, ale mie- 
liby za to ciągle dostarczane sobie różne drobne potrzeby obozowe, 
kióreby od ?narkietana kupowali. Gdy już przychodziło do porozumie- 
nia, nadjechał do obozu naszej legii, będącego tuż obok Wolyńców, 
chłop z wozem pełnym chleba. Gdy się żołnierze cisnęli do kupowania 
chłeba, spostrzegł chło[ł uwego kolonistę między Wolyńcami i popro- 
sił żołnierzy, aby do niego przyprowadzili jakiego starszego, Przybył 
jeden z naszych ulicerów^, kttiremu chło[), wskazawszy kolonistę, po- 
wiedział, iż go zna dobrze i że ma dowody jego szpiegostwa, opo- 
wiadając o różnych jego łotrowskich czynach w^ [łorozumieniu z Mo- 
skwą. Oficer pobiegł natychmiast du Wułyjków, przestrzegł ich i 



189 

polecił, by go nie wypuszczali i zaraz udał się z tą wiadomością do 
jenerała Różyckiego i półkownika Wolyńców Karola Różyckiego. Gdy 
ci nadeszli, rozpoczęło się ustne śledztwo* Chłop, powiedziawszy na- 
zwisko kolonisty, klnrego był sąsiadem, w oczy wyrzucał mu jego 
niegodziwe czyny, popełnione na naszą szkodę i podał nazwiska innych 
mieszkańców swojej wsi, znających dokładnie tego kolonistę i mogą- 
cych potwierdzić i zaprzysiądz prawdziwość jego zeznań. Kolonista 
bronił się wykrętami, ałe gdy chłop w dalszem opowiadaniu na niego 
mocno naciskał i gdy przyprowadzony ranny podoficer moskiewski, 
któren jako jeniec do Wolyńców przeszedł, poznał go na pierwsze 
spojrzenie, wym(>wił jego imię i przypuniinal udzielane mu w obozie 
moskiewskim ze swojej strony różne tego rodzaju polecenia — Nie- 
miec widząc, że się już nie wywinie, wybuchnął w niepohamowanej 
złości najubelźywszem szkalowaniem narodu polskiego i sprawy naszej 
i z piekielną bezczelnukią zawołał, źe właśnie dla tego chciał się za mar- 
kietana wcisnąć między Wolyńców, aby ich wszystkich, jako niebezpie- 
cznych dla Moskali, wytruć Na to krzyknął jenerał: „O łotrze! na 
k gałąź z nim!^* — a gdy to się działu na kraju lasu, wisiał w okamgnieniu 
na drzewie. 

Gdy coraz bardziej niepokojące wieści dochodziły nas o siołicy 
i o głównej naszej armii, wyprawił jenerał Różycki z obozu pod Ostro- 
wem — gflzie stanęliśmy w nocy z 22 na 23 sierpnia — do War- 
szawy zręcznego i zaufanego wysłannika, aby się od os<U> wpływo- 
wych i wysoko stojących o stanie rzeczy dokładnie dowiedział, a za- 
razem tlał mu |)olecenie ustnego zdania sprawy Prezesowi Rządu i 
Naczelnemu Wodzowi z działań naszego korpusu i zasiągnięcia dal- 
szych rozkazów* Tym wysłannikiem był niejaki Poniatowski, obywatel 
ziemski z Litwy, któren w mundurze olicera od artyleryi jeździł konno 
zwy*.%le przy naszych działach, ale nie pełnił żadnej wojskowej służby, 
tylko do ważnych, a tajnych i niebezpiecznych poruczcn był używa- 
nym. Przybył on z Litwy z jenerałem Henrykiem Dembińskim, a po- 
tem z Warszawy wziął go w Sandomierskie jenerał Różycki* W Litwie 
pełnił takie same usługi z narażeniem siebie na największe niebezpie- 
czeństwa. On to w najkrytyczniejszym stanie Wilna, podczas podstą- 
pienia jenerała Giełguda i Chłapowskiego, utrzymywał ko!iiunikacyę 
między wojskiem polskiem a miastem, przebywał przez straże mo- 



190 



skiewskie u furze stnna. lo inaczej ł powracał ztamłąd zawsze szczę- 

bliwie; [lodolinicź inne roljil wycieczki, ktt>rc pachły j^znlHenicj. Hy\ to 
człowiek nie[n)kaźny, cichy, skromny, ale wybornie unii jćjcy przybie- 
rać mowę i ułożenie kaitilr^o sianu — chłopa ka/jlcj naszej prowincyi, 
niemieckiego kolonisty, pana, Zytla polskiego, kaca|>a; mówił bardzo 
dobrze po rusku, po mazursku, po nioskiewsku , także po francusku 
i po niemiecku, był przebiegły, przytomny i poradny 4v kaźdem nie- 
bezpicczeńsiwie, umiał zaimj^onować po pańsku i czołgać się jak nie- 
wolnik, słowem, bvł iiro lżony na jenialnego szpiega i pdnit tę 
najwłaściwszą yobie sliizl ę w usbigach naszego powstania z zupelnem 
poświęceniem, od poczcłtku do końra, tylko z gor4rego i czystego 
patryolyzmu, bez żadnego wynagrodzenia, Tacy ludzie są. nie do opła- 
cenia; bez rozgłosu, bez sławy, z prawdi^iwem wyrziczcnicm się nawet 
swojej człowieczej godności, a nawet rzv^'okroć z pozorną hańt>ą, 
więcej są warci i większe pokładają zadugi o I rozgłośnej sławy i na 
rękach noszonego wodza, altjo dyplom ity, Z polecenia więc jenerała 
opuścił obrz tenże I\mialowski i udał się do Warszawy najkrótszą 
drogą» przez stanowiski* korpusu Kudigera^ narażając .^-ię na największe 
niebezjiieczeńslwa, al»y nie tylko [irzyniesć wiadoniośii z Warszawy, 
lecz także przejrzeć się zbhska sile njjbirźszemu naszemu nieprzyja- 
cieluwi i |)oznać jego rozłożenie. Korzystał on zawsze podczas po- 
ctiodu i od[ioc/)nku kor[Hisu z wszelkiej s[K>sobnoŚci , zawiązywania 
znajomości z kidźmi rtjźnycd stanów i z miejscowości, ilo którycłi mógł 
dotrzeć i umawiał się z nimi o sposoby tłtVinaczenia się w każdym 
w jego zawodzie wydarzyć się mogącym wypadku, a umiał się poznać 
na ludziach i użyć ich stosownie do bwoirh z.Mnysłów i w wyborze 
liyl bardzo szczęśliwym. la |jrztzorność jłoslużyla mu bardzo w te- 
raźniejszej wycieczce; o[>ov\iadat bowiem ]«u swoim szczęśliwym po- 
wrocie, że i 'ąc przebrany za ubogiego clilopa z koszem na[>ełnionym 
jajami, odnowił taką znajomość z włościanami wsi Iłlisko Radomia 
położonej, ktfjrą'o znajomość zrobił l»yl, udając się z jenerałem !<(>- 
życkim z Warszawy w Sandomierskie, nim jeszcze Moskale przeszli 
Uisłę — a odebrawszy od nich przyrzeczenie nie wypierania się go, 
poszedł w[»rost do głównego obozu Kddigera, roztożonego nad l*!licą, 
pozornie w celu sjcrzedania w obozie sw^o'cli jaj i przejścia na drugą 
stronę rzeki, Obskoczyli go żołnierze, to kulkowali, to wydzierał! mu 
jaja, wiele potłukli, wreszcie zaprowadzili go do komendy, a tymczasem 



Ifu 



niejedna kozacka jiletnia odbiła się otl jego grzbietu. Tutaj prosił on, 
płakał, padał do nog, a kiedy włościanin, przyprowadzony ze wsi 
luż |!od obozem leząrcf, przyznał, ze pochodzi z jego gminy, począł 
ł>lagat% aby go przez most na Pilicy do jednej z St-jsiednich wiosek 
przepuszczono, gdzie z pewnym chlo[)em miał si<;; porozumieć w wa/nym 
interesie familijnym. I t?n gospodarz poświatlczył róvvniLV, prawdziwość 
podanych przezeń szczegółów w tej sprawie, a Poniatowski, po rtj/nych 
przykryclt przejściath i korowodach, po najskriipulalniejszem przetrzą- 
śnięciu i przejrzeniu jego ciała i ubrania i po zatrzymaniu go przez noc 
w obozie, został w końcu przepuszczony na drugi brzeg rzeki. Odetchnął 
nasz wysłannik — i za Pilicćł nie maj^c juz podobnych spolkań z Moska- 
kuni, dritarł szczęśliwie do Warszawy. 

Dopiero w trzecim tygodniu |)0 odejściu powróci! do nas Ponia- 
towski i opo\Niadał o smutnem położeniu sprawy naszej i o okropnościach. 
jikich widowniij była W ar>zawa w nocy z 15 na lO sierpnia. Bawił 
w Warszawie dni kilka, lio ptłtrzebowal lyle czasti, aby się o wszy- 
stkiem dowiedzieć* Podróż z powrotem b\la mu trutlniejszą, bo roz- 
irtjjjność nie pozwalała wracać przez te same moskiewskie obozy, musiał 
więc nałożyć drogi i kołować manowcami, ukrywając się czasem przez 
dzień i dłużej w jcdnem miejscu. 

Dnia 'j^j lub ;ji> sirrpnia stanęliśmy obozem w i>obliżu wsi Gatek ; 
tutaj bardzo przykry \\'y|»adek zaniepokoił jenerała, grożący rozdwo- 
jenien) w łonie samego korpusu. l\jłkownik Antoni Kuszel, dowódca 
jazdy Podlaskiej, jak już wiadomo pojeiłynkarz i prtłsty burda a do 
tego tchórz w boju, nic mógł zachowywać się spokojnie; usposobienie 
jego pędziło go do zacze])ek, k!tVtni i bijatyk, unikali go więc szta- 
bowcy i zbłi/ałt się d<i niego tylko w konieczności siir/.l)owej, co go 
niorno drażniło, Z oficerami [>odwlarlnymi obchodził si*^ prawdziwie po 
karczemnemu, ale to l»yli ludzie wyrozumiali, kt('jrzy prawcie wszyscy 
znali go oddawna i wiedzieli, jakim sposobem hamować jego gwałto- 
wność, a dla uniknieria złego |jrz)klaiju cieri>ieli sjKjkojnie jego gbu- 
rowalość, a nawet nadużycia i balanuictwa w służbie. Żołnierzy swoich 
nie nuid prawcie zj łudzi, obejście się z nimi przechodziło surowość 
w, ks, Konstantego, chociaż nie niiiił sposobności poznania jej błiżej, 
bo (jodobno nie służył pod nim; rozdawanie policzków Iłyło u niego 
rzeczą codzienną, ale jakoś olkerowie łagodzili te sprawy i żołnierze 



192 



rhociaż gardzili nim jako tchórzem w boju, byli nui posłuszni. Postę- 
powanie jego było bez przerwy jakby człowieka pijanego, chociaż go 

pijaństwo nie posąiizan*). Wyzywanie na [mjedynki równych sobie 
było jego zwyczajem, ale kaźden z oburzeniem odjiychal t*; niedorzeczność, 
a nawet zbrodnię w ubec nieprzyjaciela, (idy raz jenerał takiemu wy- 
zwaniu był oijecnym, skarcił go mocno i w razie powtórzenia zagro- 
zi! mu wysianiem go jako żohiierza z oddziałem innego dowódcy prze- 
ciw nie|»rzyjacieiowi, aby tam okazał swoją waleczność i na Moskalach 
wywarł zlosć swoją, a nie na swoich. W napadacłi takiego szaleństwa 
llukł w obozie swojego a nawet innego udd/.ialu gliniane garnki z ja- 
dłem przy ogniskach — bo korpus żelazne kociołki mii ć byl powinien, 
Czasem w nocy — rozumie się, gdy nie było blisko nieprzyjaciela — 
wpadał na swoje i obce straże obozowe i łańcuchy. roz[>ędzał je i ustn 
wiał |iod jakimkolwiek pozorem, przez co, jeżeli nie był służbowym 
i nie znal hasła , stawał się powodem próżnego zaalarmowania całego 
obozu. Osobie jenerała Różyckiego okazywał wprawdzie we wszystkłein 
uległość, ałe rozkazy jego kryły kowal i przedstawiał oficerom i żołnie- 
rzom jako błędne, lecz nie znachudził nigdzie posłuchu. 

Gdy te wszystkie przykrości i nadużycia już przebrały miarę, 
zmówili się oficerowie innjch oddziałów konnych, pieszych i artyleryi 
i nalegali na swoich dowódc<'iw, aby wyjednali u jenerała pozbycie się 
z korpusu pólkownika Kuszla. Wskutek tego udali się do jenerała 
sztabowi oficerowie, a mianowicie półkownicy Dominik Kwiatkowski 
i Karol Rtiżycki^ pod|)ólkownicy ł^awel Jutrzenka i Karol Chmielewski, 
majorowie Rusiecki i Józef Szumski i kapitan lomasz liartmański, 
z oświadczeniem w imieniu ogółu oficerów — z wyjątkiem z jazdy 

1 odlaskiej, której dowódcą był Kuszel — że z Kuszlem z powodu jego 
nadużyć służby odbywać nie mogą Przywołany Kuszel stawił się także 
ze swoimi oficerami. Przyszło do ustnej rozprawy; skarżący wyrzucali 
Kuszlowi w oczy jego niegodne postc|>owanie i nadużycia^ ałe ofice- 
rowie jazdy Podłaskiej stanęli w obronie swego ptilkownika. Jenerał 
okazał obydwom stronom swoje niezadowolenie, kaza! im odejść i 
oświadczył, że ich o postanowieniu swem zawiadomi. Przywoływał 
polem pojedynczo do siebie różnych stopni oficerów i żołnierzy i ba- 
dał wszechstronnie lę sprawę; rozjątrzenie umysłów było tak wielkie, 
iź zdawało się, że nader przykre wynikną z(ąd następstwa. Na szczęście 



193 

Bam Kuszel dobrowoliicm sweiu usunięciem się z korpusu uwolnił nas 
od dalszych zajść ^). 

Po jednodniowym luli podobno dłuższym pobycie wyruszyliśmyj 
w dalszy pochód. Po drodze, w polu, we wsiach i w lasach, znajdo- 
wahśniy mnóstwo odezw, klóre Rudiger w miejscach, gdzie się nas 
spodziewał, rozrzucić kazał; chłopi także je nam przynosili, — Wszystkie 
te odezwy były jednobrzmiące i wzywały naród i wojsko polskie do 
posłuszeństwa „prawemu monarsze", obiecywały zapomnienie i (prze- 
baczenie zbrodni chwycenia przeciw niemu za bron i nową organizacyę 
wojska narodowego, wreszcie przedstawiały niemożność zwycięstwa 
„ buntu '\ gdy Warszawa wewnątrz rozdwojona, Paszkiewiczowi wkrótce 
poddać się musi bo juz i główna armia polska, zniechęcona do dałszego 
prowadzenia wojny, głośno o bezwarunkowe poddanie się dopo- 
mina Prócz lego byłu tam wiełe obietnic łask carskich, ałe żołnie- 
rze wiedzieli, jak^ do nich przywiązywać mają wartość i odezwy te 
oddawah swtiim dowódcom. Jenerał, zebrawszy znaczną ilość odezw, 
rozkazał w drriu 3 września zgromadzić się korpusowi w polu i 
w środku rozpalić ogień, dalej kazał głośno odczytać tę odezwę we 
wszystkich oddziałach korpusu — czemu także łud z postronnych wsi 
był obecnym — a nastę[>nie odpowiedz ze sw^ojej strony, wykazującą, ie 
nieprzyjaciel pismem tern dowiódł swojej słabości, bo nieufny w oręż, 
który mu męstwo nasze z rąk wytrąca, chwyta się broni papierowej 
i myśli, że tem żołnierza polskiego i polski naród zwalczy. W końcu 
zwrócił jenerał uwagę na tysiące mogił, usypanych już w tej wojnie i 
dodał, że one najlepiej wskażą odpowiedź na obiecywane łaski, którą 
żołnierze jako Polacy na ostrzu szabli Moskalom zaniosą. Gdy odczy* 
tano obydwie te odezwy, wrzucił jenerał przy odgłosie trąb i bębnów 
i wtulaniu wszystkich: „Niech żyje Polska !'* „Niech żyje nasz jenerał !** 
odezwy Radigera w ogień i spalił je. Po tym uroczystym akcie za- 
śpiewano: „jeszae Polska nie zginęła" — a w końcu zanucili Wt>łyńcy 
sN^oją pieśń: „Hej kozacze w imię Boha** ! 

Nasz kor[JUS ciągle się kręcił w obrębie kilku mil między łłżą, 
Radomiem i kilkoma błiskiemi miasteczkami, bo jak powiedziałem, było 
jego przeznaczeniem nie puszczać Riidigera ani ku Warszawie, ani 



*) Bltsie siciególy o iatatw eniu lej sprawy podaje Sam* Róiycki (tamte str. 30 -31), 
Przyp, Eed. ' 

25 



IM 

wgłąb województw sandomierskiego i krakowskiego, musieliśmy więc 
by (i zawsze pod samy ni jego bokiem i dla tego często odwiedzaliśmy 
te same miasta i wsie. l*onieważ mś Moskale te same okolice wszerz 
i wzdłuż przebiegali, (rudno przeto byb o ^.ywność, którą albo wy- 
dzieraliśmy im» gdy się wydarzyła sposobność, albo ją sprowadzano 
z dalszych slron. Mięsa nie zbywało nigdy, bu wołów i baranów do- 
starczali nam z wielkiem niebezpieczeństwem przemyślni dostawcy, cho- 
ciaż i te nam czasem zabierali Moskale; ale za to prócz tego nie mie- 
liśmy nic innego, tylko jarzynę Wielka trudność była z dowozem owsa» 
i dla tego słabły konie naszej jazdy i artyleryi, żywione po największej 
części trawą, Najbiedniejszym by I lud, który, ogołocony ze wszystkiego, 
uchodził lasami w dalsze okolice, a często żywił się w obozie naszym, 
ale pomimo tej nędzy sprzyjał nam i sprawie naszej i bardzo gorliwie 
donosił o ruchach moskiewskich. — Wśród takiego poruszania się 
w kółko, przerywanego dłuższym lub krótszym odpoczynkiem, przy- 
byliśmy w dniu 4 września do wsi Osin, zbliżając się ku Radomiowi. 
Gdy w okolicy przez nas zajmowanej oka7al się zupełny brak 
żywności, a o Radom pokusić się nie mogliśmy, gdzie były jej znaczne 
zapasy moskiewskie, cofnęliśmy się do Krzyżanowic, dokąd nam zaraz 
z Opałowa jej dostarczono. Do Krzyżanowic przybył umyślny posła- 
niec z Kaliskiego ze sprawozdaniem od wysłanego tam pólkownika 
Piotrowskiego, który doniósł, że wszystko poszło dobrze o ile wobec 
stosunku sił naszych do moskiewskich i w zupelnem zaniedbaniu obrony 
tego województwa dobrze pójść mogło. Major Konstanty Bobowski 
wpadł nagle do miasta Kalisza ze szwadronem jazdy Kaliskiej i z częścią 
strzelców celnych Małachowskiego , którzy z kapitanem Brzezińskim 
także w Kaliskie byli wysłani, zastał lam dwa szwadrony moskiewskich 
huzarów, a dowiedziawszy się, że jenerał lyszyn, nie spodziewając się 
napadu, bankietuje w pewnej karczmie z oficerami, zostawił majora 
Psarskiego z porucznikiem Ordęgą, aby Kaliszanami huzarów z miasta 
wyparli, sam zaś wziął z sobą strzelców i otoczył tę karczmę; posta- 
wiwszy po kilku w oknach z bronią skierowaną do wnętrza, otwo- 
rzył nagle drzwi z pistoletem {>rzed siebie wymierzonym i zawołał 
gromkim głosem po francusku: „Poddajcie się" — wskazując im 
w oknach końce luf karabinowych. Stanowcze to wystąpienie po- 
skutkowało, jenerał i wszyscy, ktf>rzy się na widok Bobowskiego do 



195 



pałaszów porwali, gdy zobaczyli za oknami strzelców, poodpinali je i 
pokładli na stole. Bobowski zabrał ich do niewolL Tyniczaseni Ka- 
liszanie rozprószyli hu/arów, kilkunastu położyli trupem, a dziesięciu 
I)ojmali. Niestety Psarski i Ordęga ciężkie przy tem ponieśli rany, 
a z żołnierzy naszych padło C7,lerech. Tym spoiobem odzyskano Ka- 
lisz, Rozjjędzono władze przez Moskali ustanowione. Bobowski pędził 
nieprzyjaciela dalej nii milę* ale także mocno ranny, dostał się w jego 
ręce, lecz go odbił porucasnik Wern. Kaiiszanie, zlijczywszy się z od- 
działem Brzezińskiego, prowadzili mal^ podjazdową wojnę, a jeńców wy- 
syłali do Częstochowy* 

|eneral Szembek, kt(irego Kruków iecki na następcę jenerała Ró- 
życkiego przeznaczył, znajdował się także w Kaliskiem, a porozumiawszy 
się z pułkownikiem I^iotrowskini, przydanym do boku jenerała Bierna- 
ckiego, dowódcy kaliskiego województwa, dal mu ekspedycyą do Ró- 
życkiego, którą len sam wysłaniec przyniósł. Była to ekspedycyą od 
Krukowieckiego, z rozkazem do Szembeka odebrania Różyckiemu do- 
wództwa korpusu, Ale Szembek nie przyjął go i posłał zaraz po 
odebraniu ekspedycyi swx)je zrzeczenie się, a Różyckiego bezzwłocznie 
o tem uwiadomił i zachęcał go do dalszego działania, pochwalając do- 
tychczasowe jego czyny. Różycki, nie dowierzając Krukowieckiemu, 
który do niego miał nienawiść jeszcze z czasów wojen napoleońskich 
i myśląc, że Krukowiecki pomimo zrzeczenia się Szembeka trwać będzie 
w zamiarze odebrania mu dowództwa, uznał za potrzebne przygotować do 
tego wojsko i wydał w dniu 8 września odezwę do korpusu, którą uwia- 
domił żołnierzy o tem postanowieniu Krukowieckiego i oświadczył, że 
jak wolą narodu do dowództwa powołany, tak teraz odwołany, zawsze 
jalc byt tak będzie posłusznym i że zastąpi go jenerał Szembek lub może 
kto inny; ktokolwiek będzie, ziwsze miłość ojczyzny i cnoty nowego 
dowódcy będą rękojmią odpowiedniego przew^odoictwa i że ani jako 
wódz, ani jako żołnierz nie opuści korpusu, bo tu idzie o dobro kraju, 
przed którem osobistości ustąpić muszą. Po wydaniu tej odezwy 
wojsko bardzo [łosmutnialo, bo wszyscy do jenerała Różyckiego nie- 
zmiernie byli przywiązani, różne domysły obiegały, a wszystkie zawie- 
rały złą wróżbę — dotychczasowa ochota zaczęła upadać, a nawet 
między żołnierzami pojawiała się chęć zbiegostwa na wypadek usunięcia 
naszego jenerała. ~ Przedstawienia olicerów, że tu o Polskę chodzi. 



196 

o wypędzenie z kraju Moskali, a nie o osobę choćby najukochańszą 
które zwykle wywoływały zapał i otuchę, teraz już zimno przyjmo- 
wano i każden odpowiadał, że się źle dzieje, skoro nam odbierają tak 
dzielnych ludzi, jak nasz jenerał ; — jest to zapewne dziełem zawiści, 
a gdzie ta panuje, tam wszystko ginąć musi. Nawet nasz ptilkownik 
Kwiatkowski i podpułkownik |utrzenka oświadczyli jenerałowi, ie się 
podają do dymisyi, która ich niezawodnie czeka od Krukowieckiego, 
nienawidzącego ich także zarówno z innymi, a wolą go w tcni uprze- 
dzić. Zaledwie odwiódł ich od tego nasz jenerał prośbami, przedsta- 
wieniami i zaklęciem na miłość ojczyzny. Aby więc nie dać wzróść 
powszechnemu smutkowi i niezadowoleniu, które zapuściwszy korzenie, 
w dcmoralizacyą przerodzić się nioźe, postanowił jenerał rozerwać korpus 
pochodem, lecz nie w tył, bo to znaczyłoby ucieczkę i powiększyłoby 
posępność, której zaradzić zamyślał, ani napizód, bo nie dowierzał na- 
szemu męstwu — lecz rzucd się na prawo w lasy ku wsi Czerwo- 
nej , aby jjo niedługiej przechadzce odąć się znowu przeciw nieprzyja- 
cielowi. Z tego więc powodu jeszcze w tym samym dniu opuściliśmy 
Krzyżanowice. 

W drodze dopędzil nas wracający z Warszawy Poniitowski i jak 
dotąd mieliśmy pewność tylko u zmianie Prezesa Rządu narodowego 
ł Naczelnego Wodza, a jedynie domysły reszty wydarzeń nas dręczyły, 
tak od jego powrotu w całej grozie przedstawiło nam się okropne 
położenie naszej ojrzyzny» 

W|)rawdzie jenerał nie był zadowolony z rozszerzenia się tych 
wiadomoś i w korpusie, jediiak bojąc się jeszcze gorszych skutków 
dotąd obiegających niepewnych pogłosek, po^M^olil na wyjawienie wla- 
ściwego siaim rzeczy. I lepiej zrobił, bo żołnierze z wszystkich tych 
wydarzeń wysnuwali sobie, każden po swojemu, nadzieję i widoki po- 
lepszenia dla naszej sprawy i jeden drugiego o lem przekonywał. 
Wstąpił znowu lepszy duch w wojsko i pokazała się ochota zajrzenia 
na nowo w oczy nieprzyja* ielowi Foniaiowski przynit^sl także |iisemny 
rozkaz Kruków ieckiegOj w którym, obok innych poleceń, wezwał Kó- 
życkiego, aby ztłiszczyl tub opanował most na Wiśle, postawiony przez 
nieprzyjaciela pod janowcem. 

Gdy oficerowie donieśli jenerałowi o zmianie ducha w wojsku na 
lepsze, a pochód naszego korpusu ku Janowcowi zmierz jł, nie zmie- 
nia! jenerał kierunku, ale w skutek olrzymanego od Krukowieckiego 



197 



rozkazu , po krótkiej przemowie do wojska , zachęcającej do męstwa 
i wytrwałości i po wykrzyknięciu „Niech żyje I'olska!" i zaśpiewaniu 
-Jeszcze Polska nic zginęła *— prowadził nas dalej, a żołnierze- widząc 
niezmienione usposobienie jenerała , szli śmiało i wetulo. W straży 
przedniej szła nasza piesza legia z półko wnikieni Kwiatkowskim i Ka- 
rol Różycki z jazdą Wołyńską We Wielgiem* gdy dano znać o po- 
sterunku Kozaków, a Wolyńcy nieco zboczyli, aby p^łchwycić w Cic* 
[>ielowie stojących dragonów^ puściło się kilkudziesięciu z naszej starej 
jazdy idącej za nami^ w tak wielkim pędzie, że (jrawdziwie wiatrem 
przelecieli kolo naszej legii i wkróice, gdyśmy postępowali na|>rzód, 
przyprowadzili z wesołością kilkunastu Kozaków, którzy znienacka 
zaskoczeni, poddali się bez oporu. Hyli tu ci sami Kozacy^ między 
któremi j>oznano dziewczynę w kozackim ubiorze o której już wspo- 
minałem, W Cie[)ielowie była i piechoia moskiewska; gdy oddział 
Wołyńcł.w, fjodsunąwszy się pod nich, uwiadomił ptjłkownika Kw^a- 
tkow^ski^go o ich stanowisku, a po Ipółkowntk Chmielewski otrzymał 
od jenerała rozkaz posilkov^ania Wułyńców z jazdą Podlaską i naszą 
legią » szła nasza legia prosto na to miasteczko, ale je Moskale opu- 
ścili wcześniej i stanęli w polu. Kapitan (irudziński napadł na nich 
z częścią Wołyńców, lecz gdy Chmielewski za p('>/rio przybyła pomimo 
zaleconego pospiechu, nie|jrzyjaciel uszedł, zostawiwszy tylko kilku jeń- 
ców i zabitych. Odnieślibyśmy byli znacznie większe korzyści, gdyby 
był Chmielewski dopełnił rozkazu. Jakoś la jazda Podlaska była zawsze 
nieszczęśliwą, tak pod Kuszlem jak i (Jod Chmielewskim ; nie wiedzieć 
komu In przepisać, czy jeździe, czy dowódcom. 

Kolo Kawęczyna na wzgórzach od|)OczęHśmy. Tam przybył do 
nas jenerał Wincenty Szepty cki, |jo którym jenerał Ró/ycki objął do- 
wó('ztwo, z posłem Janem Lcdochowskim, który owcm słynnem: ,,Nie 
ma Mikołaja** pierwszy w sejmie oświadczył się za zrzuceniem go 
z tronu polskiego, a teraz jako półkownik przyprowadził do nas 
oddział Krakusów, z krakowskiego pospolitego ruszenia. Muszę tu 
zauważyć, że to pospolite ruszenie nie organizowjlo się w obrębie 
Rzeczypospolitej krakowskiej, ani powstało z mieszkańców tego 
obrębu, tylko powstało w tern województwie, którego glf)Wnem mia- 
stem były Kielce, a które jedynie dla historycznej pamiątki Kra- 
kowskiem nazwano; Rzeczpospolita krakowska^ wystawiła tylko oddział 
celnych strzelców zwanych „Krakow^skimi'* — których kapitan Ga- 



198 



sryn!>ki i władnych iudzi i własnym koszem uorgani2ował w kra- 
kowskiem województwie i jirzyiitowadzil do nas do Mniowa, w dniu 
15 sierpnia. 

Równo t dniem w dniu ^ września, przeszliśmy błotnista rzekę 
lizę pod wsi^ Luciny, a świeżo przybyli Krakusi, którzy w tym po- 
chodzie stanowili część przedniej straży, złożonej nadto z naszej legii 
piesiej i z Wolyńców, przyprowadzili wkrótce polem widetę nieprzy- 
jacielską z 4 dragonów i lak się zręc znie i szybko sprawili, Źe żaden 
z nich nie miał czasu uciec, lub wystrzałem przestrzedz swój oddział 
o naszem zbhżaniu się. Od pojmanych dragonów dowiedział się pól- 
kowntk Karol Różycki , źe w poUiżu znajduje się straż przednia 
dwóch szwadronów dragońskich , złożona z kilkudziesięciu ludzi. Te 
szwadrony dragonów, które znowu stanowiły siraż przednią większej 
moskiewskiej siły, będącej w mieście janowcu i przy moście, stały 
niedaleko Chodczy, przy schodzących się drogach z Iłży, Sotca i 
Lipska i wysyłały podjazdy na wszystkie strony dla bezpieczeństwa 
Janowca i mostu. Dano o tern znać jenerałowi, a ten wysłał Wolyń- 
ców na owe szwadrony dragont^w* Wolyńcy tak się rozdzielili i aiaszli 
bokiem częścią swojej siły, że dragon, stojący na czatie, mógł myśleć, 
że jazda ta od Janowca idzie, gdzie wiedzieli, że nie było polskiego 
wojska. IVzy tej części Wofyńców był Karol Różycki, któren, podsu- 
nąwszy się między dołami i zaroślami i sam tylko niewidziany od 
dragona, krzyknął na niego po moskiewsko, aby do niego przybył. 
Dragon zgłujłialy zjechał do niego z góry na dół, ale spostrzegłszy 
nienroskiewski muntlur wołającego, ze strachu czy osłupienia, zsiadł 
z konia, zamiast ostrzedz swoich wystrzaletn do Kóżyckiego. Straż 
przednia dragonów, która całą czujność zdała na tę czatę i nie była 
na koniach, spostrzegłszy to, wskoczyła na koń i zaczęła umykać do 
swoich. Ale Różycki poskoczył za nią ze swoim szwadronem i dopę- 
dzonych kitil niemilfjsiernie; zostało [jrzy życiu 25, którzy broń zło- 
żyli i między którymi byl rotmistrz Rybinin. Nie wolno było Wo- 
ły ńcom strzelać, aby nie zwrócić baczności szwadronów, które znacznie 
stały dalej i które Różycki także zabrać zamierzył, lecz jeden dragon 
z przedniej tej straży, któren się wyniknął, przestrzegł sworch, którzy 
uszli, nie czekając przybycia Wolyńc(iw» lak więc Wolyńcy tylko 
25 dragonów z kapitanem przyprowadzili do korpusu. Szwadrony te 



199 

dragonów były resztą pułku Kargopolskiego, kttłry jenerał Dwernicki 
jM>d Poryckiem rozbił. 

Wiedzieliśmy juź» ie jenerał Romarino z korpusem swoim opu* 
śuł Warszawę i poszedł w Lubelskie. Ruchy Rudigera z Radomia ku 
Wisie kazały się domyślać, ze chce jjrzeprawić przez most pod Jano- 
wcem częśi swego korpusu na lewy brzeg Wisły i wysłać ją w pomoc 
jenerałowi Kajzarowowi , obozującemu w I^ubełskif*m, it tego powodu 
zwołał jenerał Rói^ycki na radę wojenną wszystkich dowckiców 
osobnych oddziałów swego korpusu i zapytał ich o zdanie, co w la- 
kiem położeniu przedsięwziąć należy, Półkownik Karol Ró^^ycki podał 
myśl , aby jak naj spieszniej ciągnąć do Janowca i opanować most> 
a je/eliby go za nadejściem korpusu Rodigera nie można utrzymać, 
aby go spalić i nie puścić Ra<]igera na prawy brzeg Wisły. Zniesienie 
Kajzarowa , nie mającego posiłków, uwolniłoby Zamość od otoczenia 
nieprzyjaciół; chociaż bowiem są jeszcze w Lubelskiem jenerałowie 
Bułgarów i Czerkasów z małymi korpusami, sam Romarino da im 
radę i otworzy tym sposobem drogę na Wołyń, dla przeniesienia tam 
wojny, co bardzo ułatwiłoby działanie naszej głównej armii pod War- 
szawą A jeżeliby się dało utrzymać most, w takim razie miałby 
Romarino otwartą komunikacyę z Sandomierskiem i Krakowskiem, 
a po ściągnięciu rezerw z tych województw, w których było jeszcze 
15 szwadronów jazdy i 8 batalionów piechoty już zorganizowanych, 
możnaby zniszczyć korpus Rudigera. 1 ak więc w skutek takiego 
z naszej strony działania, al boby się przeniosło wojnę na Ruś, ałbo 
oczyściłoby się z nieprzyjaciela lewy brzeg Wisły. Wszyscy z we- 
zwanych na tę rałlę wojenną zgodzili się na ten plan — zarzucono 
tylko trudność wzięcia mostu, strzeżonego przez batalion piechoty, 
dwa szwadrony dragonów i 4 działa w okopie przednio itowym, do 
którego przystęp był przez bagna i mosty, które tak/e dopiero zdo- 
bywać potrzeba było. Ale Karol Różycki odpowiedział na ten zarzut, 
opierając się na doniesieniu doświadczonego szpiega, że bardzo wielka 
iłość wołów i sucharów na wozach ma przechodzić dziś w południe 
przez ten most^ zatarasowanie go więc tymi wozami i wołami ułatwi 
jego wzięcie, kióre, przy takiej pomocy, nagłym napadem samej nawet 
jazdy znajumemi niegrząskiemi miejscami uskutecznić można, tylko 
potrzeba się pospieszyć, aby natrzeć, zanim Iransport przejdzie przez 
most. Uznano slusznośi tej uwagi, a jenerał początkowo również płaa 



200 



ten przyjął. Szliśmy więc szybko ku Janowcu, dla większego bezpie 
czenslwa lasem; traktem od Zwolenia wSicedł korpus nasz do miasta, 
zostawiwszy we wsi janowcu naszą pieszą legią z legią pieszą Nad- 
wiślańską i oddział jazdy pod dowództwem półkownika Kwiatkowskiego 
w tylnej straży, dla strzelenia przejścia przez błota, W mieście były 
dwa bataliony moskiewskiej piechoty, dwa szwadrony dragonów i 
cztery działa konnej artyleryl; Moskale o[)UŚcili miasto bez oporu, 
a Jan Ledóchowski, prowadzący straż przednią^ szybko postępował 
z dwoma baialionami 6 pólku strzelców pieszych ku mostowi, pod 
działowym ogniem nieprzyjacielskim. 

VVtem» gdy t^edóchowski spieszył ku mostowi, a Wołyncy już 
^ię uszykowali do uderzenia wraz z piechotą — nagle zmienił jenerał 
Różycki pierwotne postanowienie wzięcia mostu. Gdy to zasmuciło 
spieszącyt^h do ataku, a najbardziej Karola Różyckiego i gdy jenerała 
o powód tej zmiany zapytano, wskazał tenże na I o dział, na pra- 
wym brzegu Wisły, od strony miasta Kazimierza, na wzgórzu 
ustawionych, dla obrony przedmostowego okopu i powiedział, że 
pokuszenie się o most bardzo wieleby nas kosztowało, a gdybyśmy 
go i zerwali, żadnej ztąd nie osiągniemy korzyści, bo w 24 godzinach 
nieprzyjaciel postawi nowy, a nawet i tego nie potrzebuje, bp właśnie 
jenerał olrzymał wiadomość, że moskiewski most pod ]ózefowem, przez 
klóren przechodził nje[)rzyjaciel w dniu 5 sierpnia, gdyśmy byli w Cie- 
szycy dolnej i klóren miał później zebrać, stoi ciągle : ma przeto 
Rodiger zawsze wolną komunikacyc z prawym brzegiem Wisły, zerwa- 
nie więc mostu pod janowcem i utrata mo/e polowy korpusu nie 
miałyby celu. Kazał więc jenerał ctjfnąc się batalionom, idącym ku 
mostowi, pod zasłoną dwóch szwadronów jazdy i dwóch dziab tym- 
czasem nieprzyjaciel rzucił granaty do miasta, ale gdy kapitan Karol 
Kaczanowski i porucznik Freze wprowadzili dwa działa na cmentarz 
i dali ognia, nieprzyjaciel umilkł. Gdy się już miało ku zachodowi 
słońca, a Moskale od mostu nieustannie z dział strzelali, chociaż 
dobrze wiedzieli , że kule nas dosięgnąć nie mogą — półkownik Karol 
Różycki, najniecierpliwszy ze wszystkich i naglony od swoich, chci- 
wych boju Wołyńców, prosił jenerała , aby albo rozkazał uderzyć 
w nocy na most, coby jeszcze pomyślny skutek przynieść mogło, 
albo żeby opuści! jak najspieszniej to stanowisku i cofnął się na wieś 
Chodczę, bo tu bezpotrzebne strzelanie nieprzyjacielskie z dział niczem 



201 



innem nie jest, jak tylko powoływaniem Rodigera ku pomocy, 
a nadejście jego w^ tak niekorzystnem dla nas stanowisku grozi 
pewmą zgubą całemu naszemu korpusowi. Stanowisko nasze było takie: 
przed sobą mieliśmy Wisłę, na lewo wielkie lasy, które dochodziły 
az do '1'ymienicy i dotykały jedną stroną Wisły, a drugą bagien, cią- 
gnących się w prawo naszego obozu także aż do Wisły, po nad 
rzeką Ilźa, Byliśmy więc zamknięci w trójkącie, mieliśmy do dzia- 
łania tylko niewielkie pole, do odwrotu zaś tylko długą wąską groblę 
w Chotczy. Rudiger, jak dochodziły doniesienia, był w '1'ymienicy, 
a jednym pochodem mf'>gł zająć te lasy i zagrodzić nam przejście przez 
groblę w niedalekiej Cłiotczy; szybki więc lylko i natychmiastowy 
odwrót mógł nas uratować. Ale Jenerał nie przyjął wniosku uderzenia 
na most w nocy i postanowił przenocować na miejscu, 

W nocy uwiadomiono jenerała, ^e oddział jazdy moskiewskiej 
wpadł do Solca. Jenerał dal więc rozkaz Karolow^i Różyckiemu, aby 
tamże poszedł o świcie z Wołyńcami. Gdy Wolyńcy w pochodzie ku 
Solcowi weszh już za Chotczą w las, spolkah kolo karczemki kapi- 
tana Łagowskiego. Opowiadał on, ^.e wysłany z raportami z Kielc 
do jenerała Różyckiego, jadąc bryczką, został w tym lesie zchwytany 
przez Uońców. Szamocąc się nimi, z bryczki został zrzuconym, gdy 
wtem Dońcy, spłoszeni pojawieniem się Wolynców, umknęli, zabie- 
rając jednak wróżek, w którym były powierzone mu papiery. Natych- 
miast porucznik Jan Ośmicciński poskoczył z jednym plutonem w ślad 
za nimi , dogtiaw^szy ich , odebrał bryczkę, trzech Dońców wziął 
w niewolę, a kilku położył trupem; reszta uciekła, sam zaś wrócił 
bez szkody. Pojmani Dońce wyznali przed półkownikiem, że korpus 
Rodtgera, złożony z l6 szwadronów^ jazdy, 8 batalionów piechoty i 
12 dział, idzie spiesznie od Tymienicy ku Janowcowi na odgłos tam- 
tejszych strzałów działowych i ze jenerał Kwietnicki ciągnie z dwoma 
Iiólkami dragonów i z Dońcami Floryana Rzewuskiego, dla przecięcia 
od Chotczy drogi naszemu korpusowi. Karol Różycki posłał natych- 
miast posłańca z tą wiadomością do jenerała, a sam ruszył ku Solcowi. 
Lecz spotkawszy w drodze batalion celnych strzelców Sandomierskich 
i dowiedziawszy się od nich, że gdy w pochodzie do korpusu w Solcu 
odpoczywali, wpadło tam kilkunastu dragonów, dla zabrania soli ze 
składu, ale, przepłoszeni przez nich, prędko się wynieśli, że więc 
pogłoska o wejściu dragonów do Solca z tego tylko powodu urosła, 

26 



202 



lie szli Wolyńcy dalej, ale wraz ze strzelcami stanęli na odpoczynek, 
w odległości półtorej mili od Chotczy* 

Zaraz po odejściu Wolyńc^jw, ze świtem dnia lo września, jene- 
rał nasz» nie zważając ]iiź na przeciwne /ądania niektórych dowcjtl- 
ców, dał rozkaz do pochodu i opuściliśmy Janowiec i jego okolicę, 
z wielką radościćj żołnierzy. 

Szliśmy wzdłuż Wisły, niedaleko od niej, g ly wtem koło Gnia- 
zdkowa, pokazali się nam na g<*jrach |>od wsią Tymieniccj, moskiewscy 
harcownicy, a za nimi większa niaskiewsk\ siła. Jenerał wysłał do 
rozpoznania silny patrol, złożony z części strzelców Krakowskich i 
świeżo przybyłych l\rakusów ; korpus yaś szedł dalej. I'atrol wrócił i 
doniósł o wielkim oliozie, slojącym pod Tymienicą. Był to sam Ktidi- 
ger, który, jakeśmy się później dowiedzieli, zostawiwszy w I?adomiu 
ks. Wirlemberskiego z 1 batalionami, 2 szwadronami i 4 dzinlami, 
wyruszył o^obi>cie za nami w [>ogoń, z najmniej 12000 żołnierza i 
około 30 działami. Kazano przyspieszyć pochodu , aby nas nie na- 
padnięto przed przfjściem błotnistej rzeki łłźy, a tak szliśmy szybko 
ku w^i Chotczy, bo nie było już dla nas innej drogi, choć ta, któ- 
reśmy iść musieli, była dla nas niekor/ystućj. Potrzeba było bowiem 
przechodzić groblę wąską, kilkaset sążni długą, obok rzeczki, wśród 
moczarów i niedaleko wysokiej góry, od strony zbliżających się Mo- 
skali, którym dość było postawić na górze kilka dział, aby nam zadać 
wielką klęskę* jeżeli nie zniszczyć nas zupełnie. 

Gdyśmy weszli do Chotczy, obsadził jenerał młynek przy wstępie 
na tę groblę celnymi strzelcami ICrakowskimi , dla przeszkodzenia 
zajściu korpusu z drugiej strony, a szwadronowi konnej legii Litewsko- 
ruskiej kazał postąpić ku nieprzyjacielowi, rozpuścić harcowników i 
trzymać się jak najdłużej; naszą zaś legię pieszą, wraz z celnymi 
strzelcami Podlaskimi póikownika Michała Kuszla, pod dowództwem 
naszego pułkownika Kwialkow^skiego, posłał na wzgórza, do których 
dążył nieprzyjaciel, dla wzbronienia mu opanowania ich, przynajmniej 
dopóty, dopóki korpus przez rzeczoną groblę nie przejdzie. 

Legia konna Litew^sko-ruska ucierała się dzielnie z bardzo prze- 
ważającą silą nieprzyjaciół, jednak gdy Moskale odsłonili artyleryę 
i sypnęli kartaczamij legia, straciwszy kilku łudzi , cofnęła się na górę^ 
gdzie były dworskie budynki gospodarcze i gdzie postawiono dwa 
nasze działa do odstrzeliwania się. Obok tej góry, pod którą stanęła 



203 



nasza legia piesza z Podlaskimi strzelcami , odsłonięta artylerya mo- 
skiewska rozix)czcła także mocny ogień działowy na kolumny naszego 
ko-pusu, cofające się grobla » ale nie wiele im szkodziła; przecież 
granaty, przenoszące naszą konnicę i piechotę, które stały na rzeczo- 
nych górach, wyrwaty im kilku ludzi. 

Oprócz tego bicia z dział, cały nawal konnicy i piechoty mo- 
skiewskiej ryszyl ku górze, obsadzonej u podnóża przez naszą pieszą 
legię i strzelców Po Haskich, aby szybkim pochodem zajść drogę dłu- 
giemu szeregowi naszego korjmsu , znajdującego się właśnie na grobb. 
Lecz zastąpili nieprzyjari-low^i drogę tyralierzy, złożeni z kompanii 
naszej legii i z kompanii Podlaskich strzelców i pokazali się im na 
wierzchu góry. Moskale wstrzymali się i rozpoczęła się karabinowa 
pukanina z moskiewską j)iechutą, a tymczasem korpus nasz powoli 
postępował naprzód, ale już bezpieczniejszy, bo nas właśnie dla zasło- 
nięcia jego odwrotu postawiono na tej górze. Żwawo utrzymywaliśmy 
ogień tyralierski, nie schodząc z góry, a nasze dwa działa na drugiej 
górze odpowiadały ciągle gorącemu ogniowi artyleryi nieprzyjacielskiej, 
i chociaż parci mocno nie ustępowaliśmy z miejsca. 

Gdy już korpus nasz przeszedł szczęśliwie przez groblę i cofał si 
ku Woli Soleckiej, a wysłaniec jenerała przypadł do legii konnej, 
z rozkazem cofania się z działami, przestały strzelać działa nasze i legia 
konna rozpoczęła pochód z góry drogą ku legii pieszej i strzelcom 
Podlaskim, My zeszliśmy także na d(>ł, ku lej samej drodze, nie prze- 
rywając karabinowego ognia* — Moskale, ośmieleni milczeniem dział 
naszych i odwrotem konnej legii, j>uścili na nią swoich harcowników 
i zaczęli ją zbliska razić kartaczami. Legia ta, na wąskiej drodze nie 
mając już miejsca odpowiedniego do ustawienia dział i do rozwinięcia 
się dla odporu^ parta mocno, w wielkim nieładzie wpadła na nas 
z działami, gdyimy już zeszli na drogę i szykowali się do pochodu na 
bliski mostek. 

Rozbici tym s[iosobem, już nie mieliśmy czasu sformować się, bo 
tuż za nami leciała pędem konnica i piechota moskiewska. Legia 
konna z działami, utraciwszy po drodze kilku zabitych, przebyła 
szczęśliwie mostek i już potem w (>orządku szła dałej. — Ale legia 
piesza i strzelcy Podlascy nie mieli innego ratunku, jak wyłaniać plot 
na lewo koło drogi i rozpierzchnąć się po obszernym moczarze, zwa- 
nym łąką jarontowską i dążyć samopas ku dość daleko odległemu 



204 



lasowi. Kazano nam się na tej łące rozpierzchnąć, aby nas nie tak 
bardzo raziły Icule działowe ciągłe strzelającej artyleryi moskiewskiej 
i aby moskiewska konnica, która się formowdła do prześładowania 
nas, nie zniszczyła nas do reszty. Po moczarach i bagnach wyciąga- 
łiśmy nogi, jak kto mógł, wśród świstu kuł działowych i war- 
czenia granatów, które gęsto między nami pękały, lecz przy rozstrze- 
leniu się naszem nie wiele nam szkodziły. W ten sposób przybyliśmy 
nad szeroko płynący potok; miała to być młynówka, wprawdzie z dość 
wysokimi brzegami, ale nieglęboka. jednak w^ówTzas — jak nam 
póiniej opowiadano — w skutek nagłego spuszczenia stawu przez 
Moskali, przepełniona była wodą. Wtem ucichł huk dział, a major 
Szumski, który na koniu leciał za nami, zawołał: „Formujcie się, kon- 
nica nieprzyjacielska goni nas!" Na prędce sformowała się garstka 
naszych i daliśmy kilka razy ognia do jadących kłusem długim szere- 
giem dragonów* Byli już blisko nas, a od wystrzałów naszych padło 
ich kilku* Gdy się dragoni trochę w^strzymali i stępo iść poczęli, 
usłyszeliśmy nagle z lewego boku od wsi karabinowe wystrzały. Była 
to moskiewska piechota, która nam zachodziła od lasu, z drugiej 
strony potoku, ale wstrzymana przez strzelców celnych Krakowskich, 
postawionych koło młyna, to się mierzyła z nimi, to strzelała do nas. 
Będąc tym sposobem między konnicą i ogniem karabinowym, wsko- 
czyliśmy wszyscy w potok, w którym woda dosięgała mi ramion. 
Tam zginęło wielu z naszych, jedni od kul, inni potonęli. Bardzo nie- 
sporo szedł pochód przez wodę — nareszcie, przebrnąwszy ją, mała 
tylko część naszych weszła do niedalekiego juź lasu , gdzieśmy odpo- 
częli. — Strzelcy Krakowscy, nie mogąc się oprzeć naciskowi nieprzy- 
jaciół, straciwszy kilkunastu i położywszy także wielu Moskali, niebawem 
również złączyli się z naszym korpusem. 

Gdyśmy połamali płot i byli już na Jarontowskiej łące, przybył 
tam także i nasz pólkownik Kwiatkowski na koniu, otoczony ofice- 
rami. Gdy oficerowie nalegali na niego i najusilniej prosili , aby się 
udał za żołnierzami na bagna, ku lasowi, odpowiedział z niechęcią, 
że uciekać nie będzie, ale zsiadłszy z konia, w^ezwał Boguckiego, aby 
na nim jechał za nami, bo nam jeszcze będzie potrzebnym; Bogucki 
odpowiedział na to, że pólkownika nie opuści. Wtem dragoni, którzy 
za nami gonili, zatrzymali się nasamprzód kolo naszej starszyzny i 
otoczyli pułkownika Kwiatkowskiego, kapitana Józefa Chanowskiego, 



205 



lowódcę kompanii nadwiślańskiej, lekarza Chrząszcza i kilku oficerów, 
a między nimi i mojego Boguckiego. Komendant dragonów wezwał 
ich do oddania broni , oni poodpinali na to pałasze i zostali przypro- 
wadzeni jako jeńcy wojenni do Rodigera. 

Radiger siedział na górze na krześle, przypatrywał się walce i 
ztanitąd wydawrał rozkazy. Na powitanie pólkownika wstał, podał mu 
rękę i powiedział, że chociaż nie jest obowiązanym do uważania ich 
jako jeńców wojennych, tylko za buntowników, przecież poszanuje ich 
smutne położenie, bo dzielnością swoją zasłużyU na to i znajdą u niego 
obejście się odpowiednie ich w^ojskowym stopniom, aby zadać kłam 
fałszywym po pismach rozszerzanym wieściom o barbarzyńskiem obcho- 
dzeniu się z polskimi jeńcami. Oprócz tych oficerów przyprowadzono 
jako jeńców jeszcze kilku innych z naszej pieszej legii i kilku także 
ze strzelców Podlaskich. Pojmanych oficerów z naszym półkownikiem 
było, jak nam mówiono, dziesięciu* Stratę naszą w tern nieszczę- 
snem spotkaniu w zabranych do niewoli, zabitych, rannych i tych, 
którzy dopiero później z nami się połączyli, liczono około pięciu- 
set. Jak na nasz mały korpus byl to wielki ubytek. Wielu 
później wracało do korpusu i opowiadało o swoich przygodach. Gdy 
legia nasza weszła do lasu, policzyliśmy się; było nas na razie tylko 
65 i major Szumski ; z oficerów zaś nie było nikogo. Razem z nami 
weszli do lasu i strzelcy Podlascy, również znacznie zdziesiątkowani. 

Do zagubionych należał także podoficer August Bielowski, który, 
nie mogąc zdążyć za nami do potoka, skrył się w gęstą i wysoką 
trzcinę, czyli szuwar w moczarze^ gdzie mu woda sięgała pow^yżej pasa. 
Gdy Moskale pogonili za naszym korpusem, a tylko kozacy rozbiegli 
się po łące, dla obdzierania trupów i wyłowienia ukrytych i rannych, 
spostrzegli go z brzegu potoku » w gęstwinie tych wodnych zarośli i 
wołali na niego, by wyszedł, ale on posuwał się coraz głębiej, aby się 
ukryć; strzelali do niego, lecz na próżno, a żaden z nich nie chciał 
pójść do wody. Wtem nawinął im się chłop z Chotczy na czółnie, 
któren także szukał łupu. pokazali mu więc, gdzie siedzi i kazali go 
spro^\^adzić. Chłop popłynął w zarośla, zobaczył Bielow^skiego i powie- 
dział mu, ażeby się ukrył głębiej, a kozakom oświadczył, że nie ma ni- 
kogo. Ci zagrozili mu śmiercią i kazali szukać lepiej ; chłop się WTÓcił, 
Bielowskiego dalej posunął i polecił mu, aby tam spokojnie siedział do 
nocy' a on do niego przypłynie i weźmie go, kozakom zaś powtórnie 



206 



odpowiedział, źe nie ma nikogo, a jeżeli kto byl, musiał utonąć 
i pomimo ich gróźb nie powracał juź więcej w to miejsce. W nocy 
zaś rzeczywiście przypłynął, wziął Bielowskiego na czółno, przypro- 
wadził go do swego domu, ogrzał, przebrał i za kilka dni wypra- 
wił Ale Bielowski już nie wrócił do naszego korpusu, lecz przepra- 
wiwszy się gdzieś przez Wisłę, wszedł podobnoś z korpusem Komarina 
do Galicyi. 

Gdyśmy już przeszli groblę, jenerał Różycki z obawy, aby się do 
naszego korpusu nie wkradł nieład pod ogniem nieprzyjacielskim, sta- 
nął osobiście na końcu grobli^ na wzgórzu z dwoma działami, dwoma 
szwadronami jazdy i z celnymi strzelcami Grotusa — któren po rozbiciu 
kapitana Gedroica pod Zwoleniem wrócił do nas ze swoimi ^- aby 
wstrzymać napieranie Moskali, (idy spostrzegł, źe się dragoni szykują 
do gonienia za nami na łące Jaroniowskiej , wysłał kapitana Ignacego 
Wendorfa z szwadronem strzelców konnych na odsiecz, z polecenienł, 
aby strzegł prawego skrzydła korpusu, Ale do odsiec/,y nie przyszło, 
i przyjść nie mogło, za dragonami bowiem waliła się cala masa nie- 
przyjaciela. Ledwie Wendorf odszedł z rozkazem jenerała, spostrzegł 
tenże kolumnę moskiewskiej piechoty, postępującą szybko po grobli 
ku naszemu korpusowi. Dal więc do nich ognia z dwóch działa posta- 
wionych na końcu grobli i wstrzymał jej pochód. Moskale nie cłicieli 
już iść naprzód, a cofać się nie mogli, bo ich wstrzymywali ich ofice- 
rowie, stali więc w miejscu, jenerał nasz ciągle do nich strzelał i 
padła ich tam znaczna liczba. Wtem dał znać Wendorf, że od pra- 
wego skrzydła naszego korpusu okazuje się nieprzyjaciel w znacznej 
sile i że po rozbiciu naszej pieszej legii i strzelców Podlaskich spieszy 
na nasz korpus. Opuścił więc jenerał zajęte stanowisko i posunął się 
dalej drogą ku Woli Soleckiej, 

Gdy się to działo pod Chotczą, usłyszeli Wolyńcy, którzy nie 
doszedłszy do Solca, spoczywali w lesie wraz z batalionem celnych 
strzelców Sandomierskich, huk dział od strony Chotczy. Pólko wnik 
Karol Różycki wyruszył natychmiast w tę stronę, a strzelcom wskazał 
do obsadzenia lasek na drodze z Chotczy ku Woli Soleckiej, gdzie 
się rzeczywiście z korpusem złączyli. Wołyńcy przybyli na sam czas, 
jak gdyby z ułożonego naprzód planu , bo w tej właśnie chwili, gdy 
Wendorf uwiadomił jenerała, że nieprzyjaciel zagraża naszemu prawemu 
skrzydłOj ukazali się Moskalom ze strony dla nich zupełnie niespodzie- 



207 



wanej, a nieprzyjaciel, albo bojąc się zasadzki, albo sądząc, że po«^ilki 
te były daleko większe, wstrzymał swoją pogoń. Korpus nasz już spo- 
kojniej szedł do Woli Soleckiej, w którymto pochodzie zajmowali Wo- 
ły ncy straż tylną. 

Tam korpus stanął na spoczynek, a Moskale tak byli opieszali 
w pochodzie, że zostawili nam dosyć czasu do odetchnienia, pozbie- 
rania i połączenia się tak pojedynczo rozpierzchłych, jak w tyle pozo- 
stałych oddziah>w, a naw^et jeździe do nakarmienia koni ; tylko Dońcy 
rozbiegli się swoim zwyczajem po polach, Rodiger zapewne niebardzo 
ufał dzielności swoich żohiierzy i dla tego nie ścigał nas dalej, bo ina- 
czej mógłby nam jeszcze dotkliwszy cios zadać, miał bowiem niezłą 
konnicę i ogromnie przewyźszajćicą Jiczbę dział, ale» jak mówiono, 
piechota jego była najlichsza. Nie odważył się w*icc postawić jej 
przeciw nam w linii bojowej, a tern mniej prowadzić jej na bagnety, 

W Woli Soleckiej zatrzymał się nieco nasz korpus, a odpocząwszy 
wyruszył ku miasteczku Lipskowi. Kiedy jeden szwadron Wołyńców 
z Karolem Różyckim wszedł do miasta — rozległ się tam krzyk, że na- 
sze działa biorą! Natychmiast wyprowadził Różycki swój szwadron za 
miasto, rozpędził moskiewskich harcownikuw, nacierających w nieładzie 
na naszą ariylejyę i rozwinął go na drodze przed miastem, jenerał zaś» 
spostrzegłszy przybywanie świeżych dział nieprzyjacielskich, postawił 
resztę Wołyńców w miejscu, zajmowanem dotąd przez piechotę dla 
wspierania artyleryi, częścią piechoty obsadził slodoly i cegielnię, a sam 
na czele licznych tyralierów udał się ku nieprzyjacielowi, któren ]ii% 
całą siłą opanował lasek — zdawało się, jakby tam chciał zginąć. Nie- 
przyjaciel rozwinął swoją konnicę w znacznej liczbie, a mnóstwo 
dział ustawił pod laskiem tak , że jedną ich potowćj raził naszą 
piechotę, a drugą jazdę na drodze; harcownicy moskiewscy rozsypali 
się w tej stronie, gdzie stal szwadron Wołyńców z Karolem Różyckim, 
Część piechoty i szwadron konnej legii Litewsko-wolyńskiej były już 
w mieście, a podpułkownik Chmielewski spiesznie uprowadził starą 
jazdę za miasto i szedł dalej, nie troszcząc się o to, co się z korpusem 
dzieje. I tak gdy jenerał nie chciał przyjąć bitwy w porządnym szyku, 
musiał ją przyjąć w nieładzie. Kartacze wyi*ywa!y Wołyńców na drodze 
stojących, bo gdy jazda nieprzyjacielska na nich nacierać nie chciała, 
wojowali Moskale tylko przewagą dział. Ten szwadron Wołyńców 



206 

upominał się u swego półkownika o natarcie na harcowników, Dońców, 
dragonów i strzelców konny rh, którzy ciągle, chociaż bezskutecznie pu- 
kając z karabinków, oskrzydlali ich i dosięgali miasta, ale Karol Ró- 
życki nie dawał rozkazu, bo uważał go za niewczesny i Woiyiky stali 
nieporuszeni, chociaż między nimi padały ofiary, 

Niedaleko szwadronu Wołyńców stał przerzedzony szwadron jazdy 
Podlaskiej, bez oficerów, którzy częścią wyginęli, częścią się gdzieś za- 
podzieli; jeden tylko podporucznik Ilowiecki, akademik z Berlina, stal 
przed ich frontem, 'len szwadron, z młodych żołnierzy złożony^ wołał 
na Karola Różyckiego, by mu dał swoich olkerów, a oni wszędzie 
z Wolyńcami pójdą* Różycki przypadł do nicli, kazał wystąpić [)od- 
oficerom i zastąpić miejsce oficerów i zostawi! przy nich swego adju- 
tanta. Szwadron ten nie chciał się potem odłączyć od Wołyńców. 
Drugi szwadron jazdy Podlaskiej stał także obok innych dwóch szwa- 
dronów jazdy Wołyńskiej, kióre strzegły naszej artyleryi. Gdy na le- 
wem skrzydle, mimo silnego działowego ognia nieprzyjacielskiego i wielu 
zabity dl i rannych, panował zupełny porządek, utrzymywany przez pół- 
kownika Karola Różyckiego, prawe skrzydło naszego korpusu było 
w wielkiem zamieszaniu. Jenerał Różycki byl ciągle przy tyralierach 
kolo cegiehii, którzy tak dzielnie strzelali, że zabijali kanonierów mo- 
skiewskich kł)lo dział i wiele Moskalom zrobili szkody. Gdy częściami 
w^ystępowaly coraz nowe szwadrony moskiewskie, dwa szwadrony Wo- 
łyńców, które zasłaniały działa, prosiły jenerała o pozwolenie natarcia' 
na nie, ale jenerał nie zezwolił i rozkazał cofać się, sam nie opuszczając 
tyralierów. Cofanie odbywało się w największym nieporządku, bo^ 
piechota i jazda darły się porozrywane na części do miasta, gdzie 
wszyscy razem dostać się chcieli, nie przestrzegając kolei i środków 
ostrożności. Piechota nie tylko szła drożyną między opłotkami od^ 
cegielni i stodół, gdzie stała na prawem skrzydle, ale pościła się! 
także na lewe skrzydło ku głównej drodze, gdzie byl Karol Różycki 
ze swoim szwadronem. Gdy i artylerya na główną drogę zjechała, 
nie ruszył się Karol Różycki z miejsca ze swoim szwadronem i ze 
szwadronem jazdy Podlaskiej , ale kazał się rozstąpić piechocie, aby 
przepuścić działa. Inne zaś dwa szwadrony Wołyńców, z drugim szwa- 
dronem jazdy Podlaskiej, na prawem skrzydle szły drożyną od stodoły 
kłusem ku miastu. 



^ 



209 

Jazda nieprzyjacielska^ widząc taki nieporządek na naszem prawem 
skrzydle, puściła się za niem w pogoń z kilkoma działami. Zaczęła 
się żwawa utarczka; część piechoty, która nie zdążyła jeszcze do rniasta, 
forniowata się kupkami w czworoboki i tak bezpieczniejsza od natarcia 
konnicy wchodziła powoli do miasta, odstrzeliwając się ciągle, a dwa 
szwadrony Wołynców ze szwadronem jazdy Podlaskiej obróciły się ku 
nieprzyjacielowi i dopóty się mu opierały i wstrzymywały go, dopóki 
jazda, będąca w mieście i piechotaj nie w^yszły przeciwną stroną z miasta. 
Jednak wieki zginęło tu, tak z piechoty, jak z jazdy, a kilkudziesięciu 
dostało się do niewoli. Garstka ta piechoty i te trzy szwadrony, od- 
pierając napady, cofnęły się do miasta, dokąd weszli także Moskale 
z prawej strony. 

Na lewem skrzydle, gdy harcownicy moskiewscy już wpadli do 
miasta, rozkazał* Karol Różycki cofać się obydwom szwadronom VVo- 
lyńców i jazdy Podlaskiej. Moskale wybiegali na nich już w mieście 
z pałaszami w ręku, ale odpędzeni lancami, nie śmieli natrzeć silniej, 
tyłko kartacze wyrywały naszych Na końcu miasta by I most na 
rzece, który przejść było potrzeba ; wojsko na>ze z miasta i z prawego 
skrzydła już go przeszło, tylko szwadrony lewego skrzydła zbliżały się 
ku niemu przez miasto, w którem już był nieprzyjaciel. Aby więc 
zapewnić przejście, rozkazał Karol Różycki kilkunastu strzelcom San- 
domierskim, którzy byli także na lewem skrzydle i cofali się razem ze 
szwadronem, obsadzić skrajne domy i odpierać cisnących się ku mo- 
stowi Moskali, Przeszło więc tym sposobem i cale lewe skrzydło przez 
most za miasto. Gdy się wszyscy za mostem zgromadzili, a nie widzieli 
między sobą jenerała lióżyckiego, rozeszła się w korpusie wieść, że 
jenerał zginął; ponieważ zaś dowódca w tak niebezpiecznem położeniu 
był natychmiast potrzebny, zażądali wszyscy oficerowie sztabowi różnych 
lironi od pułkownika Karola Różyckiego, aby objął dowództwo ; on też 
bez wahania stanął na czele korpusu, 

Teraz Karol Różycki już wedle swej myśli wydawał rozkazy, a 
myślą jego nie było cofanie się, ale wypędzenie Moskali z miasta i 
wyszukanie zwłok jenerała, albo wydarcie go żywego nieprzyjacielowi. 
Zatrzymał więc cofające się kolumny i kazał im się odwrócić przodem 
do miasta. Cztery działa Kaczanowskiego i Frezego ustawił na wzgórzu 
na lewem skrzydle, a szwadron konnej legii Litewsko-ruskiej w obronie 
dział. Szwadron jazdy Podlaskiej przeznaczył na rezerwę i umieścił 

27 



:>10 



za szwadronem legii Litewsko-ruskiej^ dodawszy mu dwa działa 
dla omamienia Moskali, bo działa te liyły popsule i nie użswano ich 
prawie nigdy. Rezerwa ta, wysunięta z działami z za wzgórza, wy- 
dawała się jakby czoło silniejszej kolumny. Reszla jazdy, z wyjćjtkiem 
pierW!=;zego szwadronu \Vołyik<')W, stanyła na prawem skrzydle. W środku 
postawił piechotę i uformował z niej kolumny do natarcia, a pierwszy 
szwadron Wolyńców, przy którym sam był obecnym/ obrócił ku mo- 
stowi kolo |>iecholy, dla jej zasłony. ]eszcze słychać było w mieście 
odstrzeliwanie się pojedynczych zolnitMzy od pierljoly, którzy pierwej 
nie zd^ićyłi wyjść z miasta, gdy już konne kolumny moskiewskie w*y- 
suwały się ku mostowi, Nasze dniała raziły je mocno i mnóstwo padło 
Moskali, Uderzono w bębny do natarcia i piechota nasza szła z Iia- 
gnetem naprzckl na most, przeciw pokazujfjcej się piechocie nieprzyja- 
cielskiej; jazda naszego prawego skrzydła [lorzęła przechodzić płytka 
rzekę i formowała się za picchotcj. iMoskiewskie kolumny w^strzymaly 
się, lecz gdy nasza piechota jiiź przeszła mostj natarła na niij konnica 
moskiewska, której miało być to szwadronów. I^iechota odparła j<^ 
strzałami i bagnetem; konnica powtórzyła natarcie i znowu została od- 
partej, mocno napierana z boku przez jazdę naszc^. Moskale cofnęli się 
do miasta, a jazda nasza z |>rawego skrzydła otrzymała rozkaz iść 
w lew^o po za miasto, dla niepokojenia Moskali, którzy już zaczęli miasto 
opuszczać. — Gdy tak piechota nasza wykraczała do miasta, konni a 
już miasto z lewego boku obiegła, a działa nasze inne, odpowiedniejsze 
dla rażenia Moskali wychodzących z miasta, zajnowały stanowisko, 
położenie w okamgnieniu lak się zmieniło, iż nieprzyjaciel się cofał, a 
korpus nasz szedł do natarcia; wtem nagle zjawił się jenerał Różycki 
na czele swoich tyralierów, z którymi będąc odciętym , przerżnął 
się do korpusu po rozpaczliwej w^alce, Kocłiało wojsko jenerała i 
gdy go zobaczyło, powitało najserdeczniej i z największem uniesie- 
niem* [enerał objął napownH dowództwo i pochwalił to natarczywe 
wyparcie Moskali z miasta» głównie z tego powodu, że korpus spokoj- 
niejszy będzie miał odwrót. Jednak dla bardzo przeważającej liczby 
dział moskiewskich, którym jedynie nieprzyjaciel zawdzięcza korzyści 
dnia tego i z powodu mocno już przerzedzonych szeregów^ naszych — 
bo w dniu tern pod Chotczą i jjod Lipskiem prawie czwartą część 
stracił nasz korpus — uzna! za niestosowne dalsze nacieranie i zatrzymał 
atakujące kolumny. Huk dział z obu stron trwał jeszcze czas jakiś, 



211 



jeszc2e riieprityjaciel jiruljowal nowego natarcia, widzijc już rzeczywisty 
nasz odwrót, ale c/AVorobok batalionu 22 pólku piechoty liniowej pod 
dowództwem kapitarya GcjsiorowskiegOj wspierający jazdę, tudzież ogień 
celnych strzelców (Jrotusa, ws[)ieranych przez batalion 6 pólku strzelców 
pieszych i dwa działa, usUlW^one na górze pod wsic^ Lip^, wstrzymały 
te zapędy, a korpus nasz rozpjczcił dalsze cofanie się, ścigany jeszcze 
wprawdzie przez Moskali, ale ju* bez natarczywości i tylko przez Don* 
ców^, którzy pochodowi naszemu zdaleka towarzyszyli. 

Jenerał Różycki w walce tej pod Lipskiem żadne^^o nie doznał 
uszkodzenia, lecz pólLownik Karol Różycki otrzymał lekką kontuzyę 
w szczękę. Rodiger mówił później parlamentarzowi naszemu, że w tym 
dniu miał dwóch dowódców półkowych ciężko rannych, ale ilości ca- 
łego ubytku swojego korpusu nie chciał wyjawić. 

Resztki naszej pieszej legii Litewsko-ruskiej i celnych strzelców Pod- 
laskich, tudzież kompanii strzelców Nadwiślańskich, rozbitych pod Cholczł^ 
szły ztamtad, prowadzone [irzez majora Szumskiego lasami, okrążając 
z laleka pochód Rudigera , goniącego za naszym korpusem. I tak 
manowcami, nałożywszy kilka razy więcej drogi i odpocząwszy raz 
wśród dnia, przyszliśmy już wieczorem do IJpska, po ukończonem już 
tam krw^nwcm starciu, po odejściu ztamtąd naszych nieprzyjaciół, 
W mieście nalcjano na nas, abyśmy jak najprędzej szli dalej, bo nie- 
bawem mogli tam wpaść Moskale, a mybyśmy się dostali w ich ręce, 
bo było nas za mało, aliyśmy skuteczny mogli stawić Ojjór. Odeszliśmy 
też wskazaną nam przez mieszczan drogą i już w późną noc złączyliśmy 
się z korpusem, zbliżającym się do Rzeczniowa, w odległości dwóch mil 
od Lipska. *) 



*) Opusie a my dalsay opis diialau tego korpusu, gdyż zawiera tytko rzeciy^ luane ju£ 
t „Zdania spra.vy" S^imiuln Róiyckicgo Prtyp. lied. 



XII. 

upadek powstania, 

W dniu 19 września przybył do Kunowa były Naczelny Wódz 
Skrzynecki, gdzie stal pułkownik Bartłomiej Lanckoroński z pospoHtem 
ruszeniem. Skrzynecki był po cywilnemu ubrany, wyglądał bardzo 
nędznie, nie do poznania i żądał widzenia się z Różyckim. Ten wysłał 
dwóch oficerów z zaproszeniem Skrzyneckiego do Mnichowa. Przybył 
Skrzynecki nazajutrz bardzo rano, ale gdy otrzymał ostrzeżenie, że 
osoba jego nie będzie bezpieczną w obozie, zatrzymawszy się daleko 
w polu, wezwał Różyckiego do siebie; Przyjechał do niego Różycki 
w towarzystwie swojego sztabu. Major Wielhorski czynił mu surowe 
wyrzuty z powodu jego postępowania i główną winę zaprzepaszczenia 
powstania jemu przypisywał, Skrzynecki usprawiedliwiał się, opisywał 
wzięcie Warszawy i zdradę Krukowieckiego. Reszta sztabu przyjęła 
go bardzo zimno, tylko jenerał był uprzedzającym. Wtem dano znac^, 
że w obozie jest wielkie wzburzenie i tak bezpieczeństwo osoby Skrzy- 
neckiego, jak i obawa niesubordynacyi w obozie, która teraz wobec 
nieprzyjacieła jest groźną, wymagają koniecznie natychmiastowego 
oddałenia się Skrzyneckiego, bo oficerowie i żołnierze gotują się do 
napadli na niego. Skrzynecki więc pożegnał się i odjechał do Kielc. 

Różycki dnia 20 września rano^ po odjeździe Skrzyneckiego, cofnął 
się w Świętokrzyskie góry, do miasta Nowej Słupi, dokąd także i 
szczątki naszej pieszej legii się udały i gdzieśmy do dnia 22 września 
przebyli; — półkownikowi Lanckorońskiemu i podpólkownikowi Wie- 
szczyckiemu kazał zająć z pospolitem ruszeniem miasta Bodzętyn i 
Suchedniów, a jenerałowi Kamińskiemu cofnąć się do Opatowa i roz- 
ciągnąć linię aż ku Sandomierzowi. Do Nowej Słupi przybył do na- 
szego obozu z Kielc ks. Adam Czartoryski. 

Pomimo stanowczej i surowej odpowiedzi Rodigera z dnia 19 
września wysłał Różycki nazajutrz, dnia 20 września, znowu majora 



2VÓ 



Wielhorskiego jako parlamentarza do Rodigeraj który przyjął Wielhor- 
skiego, wszedł z nim w układy, ale nic pisemnie odpowiedzieć nie chciał, 
tylko polecił Wielhorskiemu, aby to, co było umówione, napisał zaraz do 
Różyckiego. Jakoż Wielhorski doniósł pismem z dnia 20 września 
\x nocy z nieprzyjacielskiego obozu, że w tej clłwili doszła do Rudi- 
gera wiadomość, źe korpusy Rozena i Kajzarowa zaczęły się przepra- 
wiać przez Wisłę pod Zawichostem, źe jednak litiia demarkacyjna, nie 
będzie naruszoną, jeżeli obie strony wyszlą do naczelnych wodzów 
parlamentarzy. Donosił dalej Wielhorski, że Rudiger zawiera tymcza- 
sowe nowe zawieszenie broni na 36 godzin, licząc od 20 września 
w południe, dla potwierdzenia przez Różyckiego punktów przedugu- 
dnych, a gdy to nastą[>ł — zawieszenie broni będzie trwało aż do 
powrotu parlamentarzy, wysłanych do naczelnych wodzów, 

Ale Rudiger tylko dla zwłoki wchodził w układy, aby na całej 
linii wszystkie siły mógł zgrumadzić* Zwlekano też z odebraniem pisma 
Różyckiego, zatwierdzającego punkta [irzcdugodne, a wysłanego 
'przez majora Szymona Zabiellę, tak dalece, że po przybyciu Zabiełly 
przed południem do moskiewskiego obozu, l. j. do głównej kwatery 
Rodigera, pismo jego dopiero późno wieczór, a zatem po upływie już 
czasu zastrzeżonego w liście Wielhorskiego, Rodigerowi doręczono. 
Gdy go już doszła wiadomość o nastąpionem połączeniu się korpusu 
Rosena z jego korpusem, użył wykrętu niby spóźnionej odpowiedzi 
i w dniu dojjiero 22 września bardzo rano oddał list Zabielle do Ró- 
życkiego, w którym oświadczył, że z powodu spóźnienia listu z dnia 
21 września i stosownie do otrzymanych wyższych rozkazów odmawia 
zawieszenia broni, — Nim jeszcze Zabiello wrócił z tym listem, doniósł 
jenerał Kamiński Różyckiemu, że nieprzyjaciel pokazuje się w wielkiej 
sile i że on z tego powodu cofa się du Łagowa. Reszlki naszej 
pieszej legii otrzymały polecenie wyruszyć z jednem działem i jednym 
jaszczykiem amunicyi do Bodzętyna, gdzieśmy się w dniu 20 września 
z pospolitem ruszeniem, pod dowództwem polkownika Lanckurońskiego 
złączyli. 

Siła Rudigera powiększyła się o dwie brygady piechoty, jedne 
dywizyę ułanów i dwa kozackie półki z korpusu Rosena, które przy- 
były na lewy brzeg Wisły, pod dowództwem jenerałów Golowina 
i Krasowskiego, którento ostatni był szefem sztabu Rosena, 



214 



• 



Doszła nas nazajutrz do Bodzętyna pewna wiadomość o stoczonej 

wczoraj pod Łagowem przez Różyckiego bitwie z kilkakroć liczniejszc| 
silą nieprzyjaciela i o poniesionej przez naszycli wielkiej klęsce, lc 
bitwę tak nam opisywano: Różycki wyruszył dnia 22 września ze 
Słupi, a zetknąwszy się pod Piórkowem kolo Łagowa z silą nieJ 
przyjaciela o wiele przemagającą, opierał się mu przez kilka godzin, łecz 
nie mogąc juz dłużej przeciągać tego odporu przeciw coraz groźniejszej 
sile, kazał Kamińskiemu, będącemu na lewem skrzydle, cofnąć się do 
Kielcy sam zaś wieczorem ruszył z korpusem ku Rakowu. W tylnej 
straży szedł szwadron Sandoniierzanów z posjłolitego ruszenia, pod 
dowództwem Lwa Sołtyka, batalion 22 pólku liniowej piechoty i 
batalion 6 pólku strzelców. Zapadł już ciemny wieczór, a Krassowski 
z wielką siłą konnicy nieprzyjacielskiej napadł na tę straż tylną. Obrona 
była rozpaczliwa i nasi ulegli dopiero po- calkowitem prawie ich 
zniszczeniu. Soltyk padł zabity; taki los miał także spotkać dowódcę 
piechoty* Żołnierzy dostało się niewieSu do niewoli i niewielu także 
rozpierzchło się, reszta została na pobojowisku. Korpus cofnął się 
wprawdzie w porządku, ale zasłona jego zginęła, podobnie jak na52 
legia piesza ze strzelcami ł^odlaskimi pod Chotczą. 

Odtąd nam się już nic nie wiodło i od tej bitwy rozpoczął się po- 
grom i zupełne zniszczenie naszego korpusu, z wszystkimi do niego 
należącymi oddziałami, rezerwami i organizacyami, Zarzucano Ró-^ 
źyckiemUj źe pod Łagowem nie zgromadził wszystkich swoich sil 
do czego, podczas ostatnich z Rodigerem układów, przez dwa dn^ 
miał czas, a mogło się zebrać przeszło loooo i nieprzyjaciel mógł by< 
odpartym , gdy go potrafił wstrzymać w niespełna 7000, już po jegc 
wzmocnieniu się do przeszło 20000. — Zarzucano mu także, że z tą 
siłą, którą niial pod Łagowem, prędzej się ztamtąd nie cofnął, gdyl 
mógłby uniknąć dotkliwej klęski tylnej straży. Różycki znalazł takżl 
gorliwych obrońców, którzy między innemi i tę podawali przyczyna 
rozdzielenia korpusu, że nie było już dostatecznej żywności, posyłał 
więc oddziały w miejsca mniej ze wszystkiego ogołocone. 

Różycki wysyłał ciągle do Kamińskiego rozkazy tam, gdzie gc 
według różnych chwilowych doniesień mieli wysłannicy zastać. Tym^ 
czasem Kamińskiego po wyjściu z Łagowa ku Kielcom , nieustannie 
ścigały przeważne siły Krassowskiego, który wzmocniony częścią kor| 
pusu Radigera, puścił się za nim w pogoń, poraził go pod Stobnicą 



215 



tak, ze Kamiński to tanij lo w innych staniach straciwszy nieco ludzi 
i dwa działa, nigdzie się oprzeć nie mógł. 

Różycki, przybywszy z korpusem do Pińczowa, zasiał lam ks. 
Czartoryskiego i ró^.ne władze, które o s^oim odwrocie u[)rzedził, 
jako w oznaczonym punkcie zbornym ; zastał lam także akta |)owstaniaj 
i kasy, jakie się w Kielcach znajdowały. Zt%d wysiał znowu do 
Kaminskiego poslanc<jw, aby gdziekolwiek go znajdą, oddali mu 
rozkaz irzymaiiia się nad Nidc^ W Kaliskie posłał rozkaz śri^gnienia 
wszystkiego do Olkusza, a rezerwom rozlo/onym w województwie 
krakowskiem , kazał j)rzyjść d(j Miechowa, Różycki miał jeszcze 
ciągle nadzieję, źe trzymając się jakiś czas, odbierze poniyślniejszą 
niź dotąd wiadomość od głównej armii, doniesiono mu bowiem, ie 
gdy główna armia ruszyła z pod Modlina w Płockie, jenerał Dem- 
biński ma przejść i>rzez Wisłę i / od|H:)wiednią siłą przedrzeć się 
do niego I ta wieść tjic była płonną, bo Dembiński właśnie 
podtenczas w dniu 22 września poslawił most na Wiśle kolo Płocka, 
lecz gdy z przeznaczonym sobie do tego kor[msem juz przecho 
dzić go zarząl, otrzymał od ówczesnego naczelnego wodza Marcina 
Rybińskiego, odwołanie rozkazu przejścia Wisły, j iko zanadto ryzy- 
kownego i nakaz puwrotu do głównej armii, z którą w dniu 5 pa- 
ździernika wszedł do Prus. 

Wkrótce po rozesłaniu gońciiw otrzymał Różycki od Kamin- 
skiego doniesienie, ic party olI nieprzyjaciela id/Je do Szkalmierza i 
nigdzie oprzeć się nie może, 'l'a wiadomość zmusiła Różyckiego do 
opuszczenia w dniu 24 września Pińczowa, dokąd właśnie podczas wy- 
thodu korpusUj przybył z nicwoh nasz pułkownik legii pieszej Litewsko- 
ruskiej Dominik Kwiatkowski, ale nie mógł się już połączyć z resztkami 
swego batalionu, których dalsze losy niżej opowiem, tylko zostawszy 
w korpusie, nie odłączał się od Różyckiego. 

Tymczasem Kamiński nie doczekał się już w Szkalmierzu Ró- 
życkiego, bo jenerał Krassowski, goniąc za nim bez przerwy, prze- 
szedłszy z największym pospiechem ostatnich 5 mil i przebywszy 
w bród Nidę pod Zurawrńkami, napadł na niego |>od Szkalmierzem 
w dniu 24 września rano i zniszczył całą jego piechotę, a jazda roz- 
pierzchła się po dzielnej obronie. Kamiński zaś z kilkoma tylko oll- 
r cerami i niewielką liczbą piechoty i konnicy, ratował się ucieizką do 
Krakowa 



216 



' 



H 



Różycki, doszedłszy z mocno już zmniejszonym korpusem do 
Działoszyc, dowiedział się w teni mieście o zupelnem zniszczeniu pie- 
choty z oddziału Kamińskiego i o rozprószeniem się jego jazdy^ 
wysłał więc natychmiast posłańców w różne strony z rozkazem, ałiy 
ta rozpierzchnięta jazda skupiała się i zeszła się w i\liechowie» 

W Miechowie zastał Różycki lakże pólkownika Kazimierza Zwana 
z pospolitego ruszenia, nadzorującego i6 znacznych jeńców; byli to 
moskiewscy olicerowie sztabowi z dwoma jenerałami, z których jeden 
byt Ty szyn, którego major Konstanty Bobowski w Kaliszu zabraL 
Przyprowadzono ich tam od Częstochowy, miejsca na ]>obyt jeńców 
oznaczonego, gdy się pogłoska rozeszła, że Różycki mocno naciskany 
ku Krakowu dąży. Różycki uwolnił tych jeńców za odebraniem od 
nich słowa honoru, ie w tej kompanii przeciw Polakom służyć nie 
będą; co ci śmiało uczynili, wiedzcjc, źe wszystko już się kończy, 
poczem przez pólkownika Zwana prosili Różyckiego, by pozwolił po- 
dziękować sobie osobiście za uwolnienie, ale Różycki nie przyjął tego. 

W Olkuszu otrzymał Różycki pewna wiadomość, że Krassowski 
przeszedł już granicę Rzeczypospolitej krakowskiej. Wystał więc Ró- 
życki zaraz majora Wieloglowskiego do Senatu , a!>y mu pozwolił 
przejść przez kraj, nie naruszając miasta Krakowa. Uwiadomił także 
o tern rezydenta austryackiego Barona I^orenza, 

Przed wyruszeniem w dniu 26 wTześnia z Olkusza, kazał Ró 
życki rozejść się do domów pospolitemu ruszeniu. Z małą i)ozosialą 
mu garstką, wszedł w okręg krakowski i spoczął w Chrzanowe,- 
gdzie wydał Różycki do żołnierzy ostatnią odezwę, 

Z Chrzanowa , po serdeatnem przyjęciu i pożegnaniu wszystkicłi' 
żołnierzy przez mieszkańców% wyruszył Różycki w dniu 27 września^ 
do Bobrka nad Wisłą, gdzie już zastał statki do przejścia na prawy 
brzeg Wisły do Galicyi przygotowane. 

Przerwałem opowiadanie o losach resztek naszej pieszej IcŁ^ii, by 
dla całości wspomnieć o ostatnich przygodach i o upadku głównej 
siły naszego korpusy. Teraz, na zakończenie opisania tych oslatnicłi 
nieszczęść, wracam do przerwanego opowiadania o naszej pieszej legii 
Litewsko-ruskiej, której i ja do końc.i nie opuszczałem. 

Jak wyżej powiedziano, przyszła nasza piesza legia w dniu 2 
września z Nowej Słupi do liodzętyna i zastała tam pospolite ruszę 
nie pod dowództwem i>t>lkownika Bartłomieja Lanckorońskiego, W ty 



i 



217 



samym dniu może około południa, albo później słyszeliśmy mocne i 
gęste strzelanie z dział, ale do wieczora żadnej o bitwie nie powzię- 
liśmy wiadomości — dopiero w nocy tego dnia dowiedzieliśmy się 
o klęsce, zadanej przez nieprzyjaciela naszemu korpusowi pod Łagowem, 
O tej klęsce, powiększanej w pogłoskach przechodzącycli z ust do ust, 
opowiadano nam daleko straszniejsze rzeczy, niż były rzeczywiście, tak 
żeśmy z tych wieści nie mogli robić innych wniosków, jak że jenerał 
Różycki został zupełnie rozbity i że nasz korpus już nie istnieje. 
Wieści te niekt(kych przywodziły do rozpaczy, lecz uwaga, że to są 
doniesienia niepewne, złagodziła wzburzenie i oczekiwaliśmy wiado- 
mości od naocznego świadka. - — Nazajutrz, wśród takiej niepewności 
położenia, wpadli do miasta okoliczni włościanie z wiadomością, że 
się nieprzyjaciel w znacznej sile zbliża do Bodzętyna. Mieszczanie i 
włościanie, przedstawiając nam , że im nie podołamy, nalegali na nas, 
abyśmy natychmiast opuścili miasto, bo przy napadzie Moskali na 
miasto obawiali się losu Iłży. Sposobiliśmy się do w^ychodu, gdy 
przybył do nas oficer, wysłany od jenerała Różyckiego w nocy z Ra- 
kowa z rozkazem, abyśmy natychmiast opuścili Bodzętyn i wraz 
z pospolitem ruszeniem Lanckorońskiego, jakoteż z innym oddziałem 
pieszym pod majorem Tomaszem Skrodzkim, będącym w Suchednio- 
wie, zakrywali odwrót korpusu i dążyli ku Pińczowa, gdzie się 
wszystkie siły zgromadzić mają, Ten oficer opisywał nam wczorajszą 
klęskę po Łagowem, 

Gdy Lanckoronski już odszedł z pospolitem ruszeniem, czeka- 
liśmy w rynku na majora Szumskiego, który nami dowodził i nie- 
cierpliwie wysyłaliśmy do niego podoficerów, aby się spieszył; lecz 
on lubiąc się napijać, siedział za stołem w winnym szynku. Obra- 
liśmy więc, nie mając żadnego swego oficera, podoficera Erazma 
Dobrowolskiego, naszym dowódcą. Przyjął wybór i wyprowadził nas 
z miasta. Za nami szło działo i jaszczyk z oficerem, a gdyśmy już 
daleko uszli, przyleciał za nami na koniu Szumski i objął dowództwo, 
lecz miał przynajmniej tyle rozwagi, że nie robił żadnych wyrzutów, 
wiedząc, że zbłądził. Szliśmy ku Kielcom; gdyśmy przez to miasto 
nocą przechodzili, biła właśnie na zegarze północ. Rezerw naszych 
już tam nie zastaliśmy ; opowiadano nam, że w dzień przed nami oddział 
korpusu ks, Wirtemberskiego, dowodzony przez półkownika Glasenapp, 
napadł na niewielką liczbę naszych źohiierzy z 6 pólku strzelców 

28 



218 



"! 



pieszych tędy przechodzących , poraził ich i wrócił do swego korpusu 
któren idzie za nami. Nie zatrzymaliśmy się więc* I w rzeay sam< 
w kilka godzin po nas przyszedł korpus ks, Wirteml>erskicgo do Kielc. 

Idąc gościńcem ku Pinczowu, przejęliśmy w dniu 24 września 
moskiewskiego gońca, jadijLcego bryczką wprost na nas. Był tu oficer, 
v/[07Ący rozkazy orl Rodigera, z ^lc>wnej kwatery w (Mi mielniku, do^J 
ks. Wirtcmberskiego, aby w Kielcacli zaprowadzi! nowy rząd, a nif^ 
godność prezesa wojewódzkiego potwierdził Wielogłowskiego, jako 
przychylnego Moskalom. Dalej uwiadomił Uddiger, że jenerał Ró- 
zycki jest w Pińczowie i lam ma gromadzić swoje siły, /c Rózyck 
zamyśla iść do Krakowa, a zatem potrzeba się starać przeciąć m 
2 Krakowem komunikacy^. wreszcie ze jenerał Kamiński stanowi 
prawe skrzydło Różyckiego, źe więc potrzeba u/.yć największego po- 
spiechu , aby nie dopuścić ich połączenia się. Te wiaciomości rozja- 
śniły nasze położenie; widzieliśmy, z*^ połączenie się nasze z korpusem 
jest juz niepodobne, bo Rtidiger z tak wielką siłą za nim spieszy 
Postanowili więc dowódcy nasi już nie iść ku Pmczowu, ale się zwró- 
cić ku Chęcinom, by inną drogą ku Krakowu dążyć. 

Po nagłym pochodzie bez odpoczynku przez cały dzień, spo 
częliśmy w lesie, ale niedługo i ruszyliśmy dalej; — w pochodzie z 
szliśmy się z owymi pieszymi strzelcami z 6 pólku, którzy przepłoszeni 
wczoraj przez nieprzyjaciela w Kielcach, wyszli ze stratą w tę stronę, 
w którą i my dążyliśmy. 

Ciemną nocą szliśmy bardzo gęstym lasem, powiększywszy strzel- 
cami siłę naszą, ku jędrzcjewu; straż przednią stanowiło pospolite 
ruszenie pod dowódctwem Lanckorońskrego, a że to była konnica i 
niewygodnie im było iść lasem , więc wynaleźli sobie jakąś lasów 
drogę, którą już szli łatwiej. Straciliśmy wprawdzie słuch ich po 
chodu, ale tłómaczyliśniy sobie, że jazda idzie prędzej i poczeka na 
nas w Jędrzejowie. Lecz przyszedłszy w dniu 25 września do tegi 
miasta, dowiedzieliśmy się, że I^anckoroński tam nawet nie był 
w ciemnej nocy musiał zmylić drogę, poszedł gdzieindziej i jużeśmy 
się o nim nie dowiedzieli. W Jędrzejowie nie bawiliśmy długo, ale . 
poszli gościńcem dalej; w pól godziny weszli do tego miasta KozacyJ 

W drodze ku Żarnowcu spotkał nas goniec wysłany z Dzialoszyi 
od jenerała Różyckiego, z rozkazem udania się do Miechowa. Dążąi 
ku miastu Żarnowcu, odbieraliśmy co chwila wia lomości od chłopów, 



1 



i 



219 



że Moskale są juz w Miechowic, źe z miasta Pilicy wyruszyli nasi, 
zaalarmowani przez nich ; że Różycki , albo jest w Olkuszu , albo juz 
w Krakowie i źe tuż za nami i w koło nas jest nieprzyjaciel , który 
całą tę okolicę zalaL już nie było co robić, tylko myśleć o własnem 
bezpieczeństwie. Nastał więc prawdziwy sądny dzicn dla nas; łama- 
liśmy karabiny nasze o drzewa, w ponurem milczeniu wyko|ła!iśmy 
dół, gdzieśmy te kawałki broni pochowali; wykopaliśmy drugi dół i 
wsypaliśmy tam z jaszczyka proch i kule... dotćjd jeszcze słyszę szmer 
sypiących się kul... W ten sam dół wrzuciliśmy połamany jaszczyk. — 
Opodal wykopano trzeci dół i pochowano tam zagwożdżone działo 
z lawetą.... Pożegnaliśmy się wszyscy, z cichą łzą w oku każdego. .. 

Ruszyliśmy po kilku w różne strony; ja poszedłem z trzema 
podoficerami: F.razmem Dobrowolskim, Janem Woluńskim i Nestoro- 
wiczem w kierunku Sandomierza. 

[*od Złotnikami przeszliśmy przez Nidę. Trzymając się ciągle 
pola i lasów i idąc w różnych kierunkach, wedle rad spotykanych 
w drodze ludzi, błądziliśmy często, Za wsią Mosty zdarzyło nam 
się prawdziwie rzewne spotkanie ze starym chłopem, który, jak 
wszyscy od nas zagadnień!, poznał w nas żołnierzy* Zapytany o drogę, 
oświadczył się nam z gotowością przewodnictwa, idąc sam w tym 
samym kierunku. 

Gdyśmy przygody naszego korpusu opowiadali, przerwał nam, 
z widoczną chęcią wynurzenia swoich uczuć, wspomnieniem dawniej- 
szych czasów i swojego zapatryw^ania na powody upadku sprawy na- 
szej. Rozwodził się długo nad tem, źe tak teraz, jak i za Kościuszki, 
jedna jest przyczyna naszego niepow^odzenia, a tą jest niechęć pa- 
nów — nie do osw^obodzenia ojczyzny, bo i oni nienawidzą obcego 
nad sobą jarzma i chcieliby mieć kraj swój wolny, ale niechęć ich 
względem chłopów, Polska mogłaby przez chłopów uwolnić się od 
nieprzyjaciół tak za Kościuszki, jak i teraz, mówił nasz przewodnik, 
ale panowie chcieli sami zwyciężyć nieprzyjaciela, choć przecież po- 
winni byli to pojąć, źe ich jest mało, a chłopów jak mrowia. Lecz 
oboW'iązek wdzięczności dla chłopów^ zmusiłby panów do ich uw^olnienia 
po ukończeniu wojny, a nawet sami chłopi upomnieliby się o wolność. 
Otóż tego panow^ie nie chcieli, bo z utratą pańszczyzny i poddaństwa 
utraciliby dochody, które im zależność chłopów przysparza; zmniejszyłoby 
się ich znaczenie w narodzie, gdzie oni są wszystkiem, a chłop niczem. 



220 



Opowiadał nam dalej nasz przewodnik, że na wezwanie naczel- 
nika Kościuszki, aby chłopi stawali w obronie ojczyzny, on był 
jednym z pierwszych, który pospieszył w szeregi. Opowiadał o Gło- 
wackim , o zdobyciu przez chłopów dział moskiewskich pod Racła- 
wicami, o niechęci panów do naczehiika, z powodu odezwania się 
jego do włościan całej Polski, by za przykładem krakowskich łączyli 
się z nim — o stawianych przez panów, z małymi wyjątkami, 
przeszkodach tego' łączenia się; wreszcie o upadku Kościuszkowskiego 
powstania temi przeszkodami spowodowanym. Rzewnie się rozpłakał, 
narzekając, że nie będziemy mieli Polski , dopóki jej chłopi nie odbiją, 
a nie odbiją jej, nte mając przekonania, źe ją odbiją dla siebie. Zakoń- 
czył tern, że wiedzą chłopi, jak i teraz, na sejmie w Warszawie, pa- 
nowie — z wyjątkiem kilku - — sprzeciwiali się uwolnieniu chłopów, 
a przecież mimo tego szli parobcy z własnej ochoty do boju, lecz 
tylko wyjątkowo, nie w masie, coby niezawodnie byli uczynili, gdyby 
większość panów oświadczyła się za ich uwolnieniem. 1 oto przyczyna 
upadku także i teraźniejszego powstania. 

Pod Makoszynem natrafiliśmy pod lasem na kilkanaście domów 
chłopskich , dość porządnie zbudowanych i oparkanionych. Zaglądnę- 
liśmy szparą parkanu na podwórze pierwszego z tych domów. Gospo- 
darz, jakąś robotą zatrudniony, spostrzegłszy zawołał nas do siebie ; — 
weszliśmy, a on, człowiek już stary, bardzo wysoki, na którego 
chudej twarzy przebijały się ślady cierpienia, zapytał nas, czego po- 
trzebujemy. — Gdyśmy powiedzieli, że jedzenia za pieniądze, odparł 
z łagodnym uśmiechem, że jeść dostaniemy, ale nie trzeba płacić 
za nie i przyniósł do izby kwaśnego mleka i kaszy. Mówił nam , że 
każdy łatwo pozna, że jesteśmy żołnierzami piechoty, gdyż poznać to 
po wyprężonem i niezwyczajnem trzymaniu się, pochodzącem od 
dłuższego noszenia karabinu. I^ytał się o nasz półk i jego przygody; 
mówił, że dalej już śmielej iść możemy, bo prawie wszyscy Moskale 
pociągnęli za naszymi, którzy już niezawodnie przejść musieli aostryacką 
granicę. Wypytywanie się jego i sposób mówienia o wojskowości, 
zdradzały starego żołnierza. Gdyśmy go zapytali o nazwisko wioski, 
odpowiedział , że te domy nie stanowią osobnej wsi , ale należą do 
Makoszyna. Dawny bowiem dziedzic tej wsi, który na wezwanie 
Kościuszki z kilkunastoma ze swoich poddanych pospieszył do Kra- 
kowa pod rozkazy naczelnika, pobudował w tern miejscu, po upadku 



:22l 

Kościuszki, domy dla tych, którzy wtenczas służyli z nim, po wojnie 
zostali przy życiu i wrócili do wsi ; przyłączy! też z gruntów dworskich 
do każdego domu ogródek i parę morgów gruntów i tak utworzył 
osadę z Kościuszkowskich żołnierzy, do której później i innych takich 
żołnierzy przyjmował, chociaż nie byli z jego wsi i podobnie ich 
uposażał. Już tylko kilku żyje jeszcze ze starych osadników, reszta 
mieszkańców są ich potomkami. Mówił wreszcie, że i on także jest 
z Makoszyna, że służył ze swoim panem pod Kościuszką, poszedł 
potem do legionów Dąbrowskiego, był z Napoleonem w Hiszpanii, 
tam się dostał do niewoli angielskiej, a odprowadzony do Anglii, 
wstąpił w służbę angielskiej marynarki, jako żołnierz okrętowy, zwie- 
dził różne zamorskie kraje i wysłużywszy swoje lata, a podudadły na 
Siłach został uwolniony i przed kilkunastu laty wrócił do Makoszyna, 
gdzie go także, jako Kościuszkowskiego żołnierza, a ostatniego z przy- 
byłych do tej osady, jak innych uposażono* 

Po sześciodniowej podróży przybyliśmy szczęśliwie, nie napasto- 
wani nigdzie przez Moskali, wieczorem w dniu l października do 
Sandomierza. 



w~^w^^ 



n 




PAMII^JTNIK 

ALFREDA MŁOCKIEGO- ') 






KunstyUicya, nadana przez cara Aleksandra I, Królestwu Polskiemu, 
gdyby była rzeczywiście wykonaną, zabezpieczałaby Polakom swobodny' 
rozwój, tak pod względem moralnym^ jakoteż i pod względem mate- 
ryalnym. Artykuł XVI tejże zapewniał wolność druku, XVIII zatwier-j 
dził dawną zasadę „Neniinem captivari permittemus, nisi jurę victum";j 
w rozwinięciu tejże artykuł XIX stanowił, iż nikt nie może byi^i 
uwięzionym, tylko wedle przepisów określonych prawem. XX naka-^ 
zywal przedłożyć osobie uwięzionej przyczynę jej przytrzymania, XX- 
nakazywał osobę przytrzymaną najdalej do dni trzech zbadać i 
zbadaniu, jeżeliby się okazała niewinną, natychmiast uwolnić. XXn 
zastrzegał, iż nikt karanym być nie może, jak tylko na zasadzie^ 
praw istniejących i za wyrokiem sądów właściwych. XXXI zapewniał 
krajowi reprezentacyę narodową, W dziale 4, rozdziale 6 tejże k^^ 
stytucyi postanowione były rady wojewódzkie, złożone z radców, i4H 
bieranych przez sejmiki i zgromadzenia gminne, których atrybucy^ 
było wybieranie sędziów do dwóch pierwszych instancyi, sprawdzanid 
i purowanie listy kandydatów na urzędy administracyjne, oraz czuwanie' 
i kontrolowanie władz administracyjnych wojewódzkich, Zapewmioną 
więc była obywatelom Królestwa Polskiego wolność wyrażania sw 
myśli ustnie i pisemnie, wolność osobista, reprezentacya narodowa, 
zezwołenia której ani podatków nakładać, ani ustaw zmieniać, łub 
wych stanowić rząd nie był mocen; przy tem przez ustanowienie 
wojewódzkich przyznaną mieli obywatele władzę kontrolującą nad u 
darni administracyjnymi i możność ukrócenia wszelkich możliw 



') Spisany w liiiopadiic i giodniu r. 183U Przyp, EeŁ 



223 



nadużyć ^icn strony. Ale obłudny car obok tej koiistytucyi postawił 
na czele wojska polskiego swojego rodzonego brata \\\ ks* Konstan- 
tego, typ prawdziwego Mongoła Jako brat carski iiwaźal się w. 
książę wy5iszyni nad Wizelkie prawo. Konstytucya, z której drwił i 
ktiirą w poufnych rozmowacli nazywał korifuzyą,. nie mogła zabezpie- 
czyć od wybryków jego dzikiego despotyzmu obywateli, pozornie tylko 
zasłoniętych opieka prawa. Przy ekscentrycznej dzikości charakteru, w. 
książę miał wiele w^iadomosci i niemało sprytu do wyzyskiwania sła- 
bości cliarakter(»w ludzkich, Z jednej strony łamanie najsłabszego 
objawu samodzielności z bezwzglęgną srogością, z drugiej strony schle- 
bianie i pobłażanie najbrudniejszym namiętnościom tych, którzy mu byli 
ślepo ulegli, uważał on za najskuteczniejsze środki do przemienia jednych, 
do ujęcia sobie drugich^ Teroryzm i demoralizacya były to dwa środki, 
którymi dążył do przeprowadzenia swTJ wszechwładzy w kraju, poniimi» 
i wbrew konstytucyi, nadanej Knłlestwu przez brata swego, kWny 
tym sposobem osiągał dwa cele, bo sam był liberalnjm w teoryi mo- 
narchą, a za pośretlnictwem brata ekscentrycznego wykonywał W' praktyce 
despotyzm^ który nie jemu, lecz owemu dzikiemu raplusowi przypisywano. 
Systemowi temu teroryzowania i dcmaralizacyi uległo naprz(>d 
wojsko, które pod bezpośrednimi rozkazami w. księcia, jako naczelnego 
wodza zostając, zostawione było na lup jego bezwzględnej i kapryśnej 
samowolności. Najmniejsze przekroczenie form przepisanych, guzik do 
munduru źle przyszyty, kamasze źle według opinii w. księcia wyczy- 
szczone, lub lederwerki nic dość białe, a w pulkacli strzeleckich nie 
dosyć wyglancowane, przypłacah żołnierze i podoficerowie nieraz życiem 
bo w, książę albo sam bil, wywróciwszy przekraczającego na ziemię 
i łamał mu kolanami piersi i żebra, albo też zapałko wać kazał. Oficerów 
wyższych, których podejrzy wal o samodzielność charakteru, nie omie- 
szkał przy zdarzonej sposobności publicznie na placu Saskim, na którym 
się dzień w dzień parady odbywały, lżyć w sposób najbrulałniejszy, a 
nieraz w sposób hańbiący wlasnemi rękami wyrzucać z szeregu, W po- 
czątkach, kilkunastu zniew^ażonycli w^ spost^łb tak barbarzyński, odebrało 
sobie życie, inni wystąpili z wojska, reszta uległa, potldając się z po- 
korą tej kapryśnej na pozór » lecz wyrachowanej na złamanie ducha 
srogości. Tę bezduszną uległość wyższych oficerów, to poniewieranie 
nimi kapryśne, z wyrachowaną przebiegłością umiał w. książę osła- 
dzać, często dobroduszną na pozcir poufałością, a najbartlziej korzyściami 



324 



¥ 



\ 



W 



\ 



materyaloemi. Dowódcy półków oprócz pensyi rocznej w ilości 1200 zł p. 
ciągnęli ogromne zyski z administracyi pólków, na których u trzy* ^ 
nianie, umundurowanie i wszelkie przybory, oraz w półkach jazdy i ^H 
żywność koni, wyrachowane według cen targowych warszawskicnP 
pobierali kwartalnie sumy. Zakupując ryczałtem skóry, sukna, płótna, 
żywność, owies, siano, konie, uskuteczniając wszystkie roboty przez 
rzemieślników żołnierzy w każdym pólku służących, bez krzywdzenia ' 
nawet żołnierzy, osiągali ogromne zyski, zwłaszcza ci, którzy sami trudnili 
się tem gospodarstwem i prowadzili je z wszelką oszczędnością. Zyski 
te były wszystkim wiadome^ a najbardziej w. księciu, który ulubień- 
ców swych, posuwając na stopień generałów, zostawiał ich jednak przy 
dowództwie pólku, którym poprzednio dowodzili. Generał wówczas 
któremuś z swoich faworytów oficerów wydzierżawiał dochody z pólku, 
który mu ryczałtem płacił umówioną sumę. A że dochody te znaczne 
były, dowodzi to , iż niektórzy generałowie mieli po 1 20,000 z 
rocznej intraty od swoich półkowych dzierżawców. Zresztą każdy półto 
wnik byl małym w* księciem w swoim półku; jak on drżał prze 
naczelnym wodzem, tak wszyscy jego podkomendni drżeli przed nim, 
Póikownicy, dow^ódcy półków, opłacać się znów musieli sztabów^ com, 
adjutantom i faworytom w. księcia, od których opinii zależał najczęściej 
sąd jego o pólku. 

Oprócz dwóch półków gwardyi polskiej , jednego piesze 
a jednego konnego, batalionu saperów i bateryi gwardyi lekk(> 
konnej, inne półki z okolicy przyctłodzily na pełnienie służby garni- 
zonowej w Warszawie. Przybywający półk do Warszawy lustrowany 
byt poprzednio przez któregoś z generałów lub oficerów wyższych 
ze sztabu w. księcia. Od opinii delegowanego do tego przeglądu 
ulubieńca w. księcia zależało obejście się jego, gdy przed nim półk 
następnie występów- al. Jeżeli deiegow^any był oficerem sztabowym 
polskim, to była łatwiejsza sprawa; jeżeli delegowany był generał lub 
sztabowiec moskiewski, bez okopu ze strony półkownika nie obeszl 
się. Panowie ci mieli różne sposoby nastręczania zręcznego dania ii 
łapówki, a gdy się półkownik, stawający z pólkiem w Warszawie, ni 
chciał domyśleć tego, ciężko wraz z pólkiem odpowiadał za to Z 
rzyło się np,, że dowódca l pólku ułanów Tomicki, przybywszy 
Warszawy na garnizon z półkiem, lustrowanym przez generała Gendrel 
Moskala y zagadnięty przez niego, czy nie potrzebuje konia do szere 



I 

:eai 
m, 

jm, 

1 



ik 



226 



oświaclaył, źe przydałby mu się. Generał Gendrc nie omieszkał przed- 
stawić mu konia, jakie zwykle u^,ywane były do szeregu, pod lekką 
jazdę, wartości 25 dykattAv, ale ^ądał za niego dukatów 3oo, '1 oniicki, 
który był skąpy — a ufny w to, że pólk jego tak co do rynsztunku, 
jak i co do wymustrowania , nie mógł ładnemu ulegać zarzutowi, od- 
powiedział szorstko moskiewskiemu lustratorowi, '\z gdyby tak drogo 
konie pod żołnierzy płacił , sam musiałby bez butów chodzić, więc 
konia nie kupi. Moskal pigułkę połknął, ale olicerowie, dowiedziawszy 
się od Tomickiego o targu i odpowiedzi, a przeczuwając, co ich czeka, 
ofiaroWMłi złożyć się i konia od Moskala kupić; Tomicki jednak oparł się 
temu, mówiąc, iż jak i*ólk tak wymustrowany, w nowiutkich mundu 
rach, wystąpi przed w^ księcia, to żeby Gendre nie wiem co naszczekał, 
lustracya przed w księciem musi wypaść dobrze, lymczasem inaczej 
się stało; pomimo iż półk w wzorowym porządku i w nowych mun- 
durach wystąpił przed w, księcia, ten w^szystko znalazł złem, a zgro- 
miw^szy pólkownika jak najsurowiej, cały pólk wraz z 'iomickim i 
wszystkimi oltcerami skazał na 48golzinny areszt, wypędził następnie 
z Warszawy do [przyległych wsi na miesiąc, naznaczając tego samego 
moskiewskiego generała Gendre'a na cały len czas instruktorem pólku 
r ud jego opinii czyniąc zawnslym powrót półku do Warszawy i za- 
prezentowanie się go na nowo w. księciu. Naturalnie, te Tomicki 
chcąc jak najprędzej skończyć rekolekcye, na które wraz z całym półkiem 
skazanym został, rad nicrad musiał się prosić Gendre'a, aby mu raczył 
owego konia za 300 dukatów sprzedać. Gendre, nadokuczawszy pół- 
kowi, dat się w koiku przebłagać i konia sprzedał Pólk otrzymał 
rozkaz powrotu do Warszawy i wystąpienia przed w. księciem , a 
chociaż 1 omicki stare mundury kazał [irzy wdziać żołnierzom, w, książę 
był zupełnie zadow^olnionym, 

Los wojska zależał przeto nie tylko od kaprysu w, księcia, ale 
i od woli otaczających go ulubieńców, którzy swój wplyw^ dobrze sobie 
kazali opłacać. Byle się jednak z nimi dowódcy półków zyskiem 
dzielili, mogli popełniać wszelkiego rodzaju nadużycia bezkarnie. Z po- 
czątku ta samowola bezwzględna w. księcia i jego otoczenia raziła, 
lecz później dowódcy przywykli do ślepej uległości, która im zapewniała 
byt materyalny najświetniejszy. 

System demoralizacyi i teroryzmu, który mu posłużył do zapro- 
wadzenia niewolniczej uległości w wojsku, rozciągał stopniowo w. książę 

29 







226 ^^^^ 

i na cywilnych. Pomimo konstytucyi, ktokolwiek nie zdjął kapek 
gdy w, książę pr2ejeżdi:al, ten natychmiast aresztowany, stosownit 
kaprysu w. księcia od 1 2 godzin aż do dni 3 musiał na odwachu pomi^ 
włóczęgami odpokutować to swoje przekroczenie. Kai^.dy, kto 
chciał czapkować przed znienawidzonym gw^alcicielem wolności osobistejT' 
posłyszawszy huczący turkot powozu w. księcia, chronił się do kamie- 
nicy lub do sklepu; nie kaMemu się jednak udawało, a przenikli^ 
despota mścił się za tę ujemną protestacyą, 

Teroryzując całą ludność stolicy, zagarnął w, książę pod s\ 
zarząd bezpośredni policyą całego kraju, a [)OŚrednio ulegały wpływc 
jego i władze administracyjne. Sądownictwo tylko potrafiło utrzyr 
swój byt niezawisły. Wszelako w najważniejszych kweslyach , bS"* 
w kwestyach politycznych, podejrzani o nieprzychylność rządowi ulegali 
zupełnej samowoli w, księcia, który, urządziwszy oprócz zwykłej policyi 
policyą tajną, której naczelnikiem był generał Roźniecki, nie zwaiając 
na zagwarantowane bezpieczeństwo osób artykułami XVni i XłX kon- 
stytucyi, na proste przedstawienie tajnej policyi, niepoparte żadnymi 
dowodami, każdego obywatela [łozbawial samowolnie wolności i p{ 
dawał dokuczhwenui śledztw^u komisy i wybranej i złożonej przez 
księcia z jego zbirów, klórzy wszelkiego rodzaju katuszami starali 
wymęczyć na obwinionych wyznanie zarzuconej im przez nich zbroc 
stanu, Sledztw^a te ciągnęły się latami, a wielu mniemanych przestępco 
którzy przy jawnem postępowaniu zaledwie parę dni byliby naraża 
na prosty areszt, wyzionęło ducha, w skutku nieludzkiego obchodzerfB^ 
się z nimi. 

Oprócz postrachu, jakim przerażało ludność stolicy to postępo- 
wanie bezprawne i zawisłość od ludzi lak nikczemnych, z jakich się 
składała tajna policyą i cała szajka szpiegów, wietrząca za coraz nową I 
zdobyczą, która im zysk pewny przynosiła, w. książę od czasu do czasu ] 
dopuszczał się jeszcze wybryków na zupełnie spokojnych obywatelach, 
jakby dla pokazania, że wbrew swobodzie zagwarantowanej konstytucyą 
los każdego zawisł jedynie od jego łaski i dobrej woli, 1 tak doniesiono 
mu, iż u piwowarów, na ulicy Ceglanej, f>rzcchowywać się miał de«i 
zerter; — nie wchodząc, ay to jest rzeczywiście prawdą, kazał natychmil 
sześciu obywateli, właścicieli browarów w tej stronie i 7go staroi 
konnego, u którego ten mniemany dezerter miał także służyć, pra 
aresztować. Rano w sobotę kazał mustrować się całemu półkę 




227 



strzelców konnych na Saskim placu; po ustąpieniu pólku z placu> ka- 
zał przyprowadzić owych 7 obywateli, pomiędzy którymi był Wołowski, 
ojciec sławnej wówczas fortepianistki cesarskiej Szymanowskiej i za- 
przągłszy ich do taczek, zmusił ich do zamiatania placu Saskiego i 
uprzątania nieczystości, pozostawionych przez konie mustrującego się 
na nim poprzednio półku j^łzdy. 

Gwałty, dokonywane samowolnie przez w. księcia szerzyły roz- 
jątrzenie pomiędzy ludnością stolicy, a jakkolwiek wyżsi oficerowie, 
ujęci materyalnemi korzyściami, sprzyjali rządowi, niższych stopni woj- 
skowi podzielali oburzenie uciskanego i znieważanego bezkarnie narodu. 
Wprawdzie na prowincyi mniej się czuć dawała dokuczliwość wszech- 
władzy w, księcia , wszelako i tam , acz rzadziej^ ale jednak dosięgał 
wpływ ten, nienawistny wolności i bezpieczeństwu osób* Teroryzm 
skoncentrowany w Warszawie oddziaływał odśrodkowo na cały kraj, 
słabnąc ku krańcom onego, a mianowicie ku granicy południowej to 
jest w krakowskiem województwie, gdyż tam, według warunków traktatu 
wiedeńskiego, nie konsystowalo wojsko, a zatem okolica ta mniej zwra- 
cała uwagi w. księcia. 

Jakkolwiek wojsko specyalnem było zajęciem w. księcia, wszelako 
podciągnął on [>od swój bezpośredni zarząd policyę stolicy i kraju, a 
pośrednio mieszał się do całego zarządu administracyjnego, Z tego 
przywłaszczenia sobie zarządu policyi w stolicy przez w. księcia, oraz 
i municy palności miasta Warszawy, spływały na jej obywateli różnego 
rodzaju uciski, W, książę wykonywał władzę swoją przez osoby, które 
powodowane chęcią zysku, zaparłszy się wszelkich obowiązków wzglę- 
dem kraju i wszelkiego szlachetniejszego uczucia, stały się ślepymi wy- 
konawcami woli w. księcia, podniecając jego podejrzliwość, strasząc 
go niechęcią mieszkańców i żądzą spiskowania dla obalenia prawej 
władzy, aby stać się mu niezbędnymi i ślepem jego w nich zaufaniu 
zapewnić sobie bezkarność w zdzierstwie obywateli i w dokony- 
wanych na nich bezprawiach i gwałtach. Rożniecki, generał jazdy, 
naczelnik żandarmeryi i tajnej policyi, Lubowidzki, wiceprezydent miasta 
Warszawy czyli dyrektor policyi i Czarnecki, szef biura kwaterunko- 
wego, byli głównymi działaczami w tem tyranizowaniu i obdzieraniu 
miasta. Wojda , radca stanu i prezydent miasta Warszawy, wraz 
z innymi wyższymi urzędnikami municypalności warszawskiej, był po- 
średnim ich wspólnikiem, bo wolał dziełić się z nimi zyskiem, jak sta- 



228 

jąc w obronie interesów miasta^ narazić się wszechwładnym ulubieńcom 
w, księcia i ściągnąć icli i j,ego gniew na siebie. 

Trudno się było dziwić prezydentowi Warszawy, że lękał się obrazić 

w. księcia^ kiedy Rada administracyjna, kiedy ministrowie, ulegając w. księ- 
ciu, nie śmieli podnieść głosu i w^olelij nie obrażając wszechwładnego pana, 
mieć także wolną rękę i w zakresie swojego działania działać nie wedle 
rzeczywistego interesu kraju, lecz wedle swoich widoków i bezpośrednich 
korzyści. 

Tak np. prezes senatu, ordynat Zamoyski, miat do zrobienia 
piękny interes, który jednak bez woli i pobłażliwości w, księcia^ 
naczelnego wrodzą nie mógł być załatwionym. Szło tu o sprzedanie 
jako twierdzy Zamościa, a raczej tytułu własności onejże rządowi Kró- 
lestwa Polskiego, Interes ten już za rządu Księstwa Warszawskiego 
był traktowany, ale nie załatwiony ostatecznie i stanoN\czo. Twierdza 
ta pod względem strategicznym nie miała żadnego znaczenia. Opinia 
o jej ważności wojennej zależała od naczelnego wrodzą — trzeba mu 
było więc schlebiać, aby przychylną opinię uzyskać. Otrzymawszy 
ją, zyskow^ne zakończenie interesu łatwą było rzeczą, bo jak wiadomo — 
ręka rękę myje, minister wojny i minister skarbu nie mogli być zbyt 
skrupulatnymi względem prezesa senatu, jakoż zachciało się w. 
księciu Zamościa, bo kupnem tern przebiegły Moskal zjednywał sobie 
prezesa senatu. 

Szacunek własności tego miasta mógł być wyprowadzonym jedynie 
z propinacyi» bo tylko z prawa propinacyi pobierał właściciel dochód. 
Przezorny ordynat hrabia Zamoyski na lat pięć przed sprzedażą wy- 
puścił propinacyę miasta Zamościa na lat sześć p. Kickiemu, za roczną 
sumę 360.000 zł, pol. Gdy więc przyszło do układów^ stanowczych 
z rządem Królestwa Polskiego o nabycie Zamościa, plenipotent ordy- 
nata p. Hermann oświadczył, iż ordynat hrabia Zamoyski, chcąc uła- 
twić rządowi nabycie potrzebnego mu miasta, nie żąda gotówki, ale 
przystaje na zamianę w dobrach ziemskich, którychby dochód wyró- 
wnywał dochodowi, jaki ordynat pobiera z propinacyi miasta Zamościa, 
a który wynosi 360.000 zł. pol. rocznie, jak tego dowodzi kontrakt 
dzierżą w^ny. Rząd przyjął propozycye ordynata Zamoyskiego, przed- 
stawione mu przez jego pełnomocnika Hermana i w^ zamian za ku- 
pione miasto Zamość, kazał wydzielić z dóbr narodowych ordynatowi 
Zamoyskiemu taką ilość folwarków z lasami^ aby dochód z nich wy- 



i. 



^M 



229 

rownai dochodowi propinacyjnemu z miasta Zamościa, to jest aby czy- 
nił rocznie 360.000 zł. pol. A |>onicważ dochody z dóbr rządowych 
na bardzo niską skalę rachowane były, przeto w skutku tej sprzedaży 
ordynat Zamoyski otrzymał w zamian za Zamość ogromne dobra w ró- 
żnych stronach kraju. Ilząd lak byt przytem zadowól niony 2 usku- 
tecznionej zamiany, iź pełnomocnika ordynata Zamoyskiego p. Hermana 
nie tylko obdarzył orderem św* Stanisława 2 klasy, ale przeniósł go do 
służby publicznej, mianując referendarzem stanu. Wynadgrodzenie pełno- 
mocnika ordynata Zamojskiego daniem mu orderu i wzięciem do 
służby publicznej mogłoby wzbudzić podejri^enie, iż on w tej zamianie 
z uszczerbkiem pana swojego, a na korzyść skarbu publicznego działał. 
Lecz rzecz się miała przeciwnie; pełnomocnik ordynata został właśnie 
wynadgrodzonym za to, że bez względu na sumienie dbał o jak naj- 
większą korzyść swojego pana i zręcznie wyprowadził w pole skarb 
rządowy, którego zresztą zwierzchnicy, g^voIi ordynata Zamoyskiego 
w interesie z nim robionym przez zakopcone okulary patrzali. Pod- 
stawą albowiem oszacowania miasta Zamościa byt zawarty na lat sześć 
z p» Kickini kontrakt dzierżawny o propitiacyę i właśnie tak się jakoś 
wydarzyło, że po zamianie dokonanej z rządem tyłko jeden rok dzie- 
rżawca propinacyi miał dotrzymywać kontraktu ; zapłacił on więc ratę 
rządowiy ale gdy według przyjętej formy w rządowych wydzierzawia- 
niach, ogłoszono na nowo rozpocząć się mającą dzierżawę propinacyi 
miasta Zamościa licytacyę pubłiczną, dawny dzierżawca nie zgłosił- się, 
a cena propinacyi tego miasta nabytej na własność rządu, tak się 
zniżyła, iż z 360.000 zip. rocznego docbodu, który według kontraktu 
or<lynat pobierał, zeszła na 24.000 złp. rocznie, bo nikt ze spekulantów 
nie chciał dać więcej. 

Rządy więc w. księcia miały wprawdzie wiełkie niedogodności 
dla ogółu, ale pod pewnym względem i dla pewnych osób miały 
też i znakomite korzyści — bo choć się coś czasem i niekoniecznie 
zgodnie z sumieniem działało, ale gdy do tego wpływał w. książę, 
rtrwoga przed nim zamykała wszystkim gębę i jakoś każdy, choćby 
najnieczystszy interes — utarł się. Pomruczano półgębkiem w taje- 
nmicy, ale nikt jawnie nie śmiał wystąpić, bo odezwawszy się nie- 
wcześnie, mógł świata już więcej nie ujrzeć i pomimo artykułu kon* 
stytucyi „Neminem captivari permittenius*' zgnić na dobre w lochach 
u Karmelitów, lub koszarów gwardyi Wołyńców, W, książę też, pewny, 



230 



źe iiaoielnicy administracyi oporu iiiii stawiać nie h^dti, bo uległość 
ich dla jego wybryków zapewniała im także samowolność i znaczne 
korzyści, nie rządząc w urzędowem tego słowa znaczeniu, wywierał 
jednak wpływ przeważny na sprawy zarządu krajowego, a mianowicie 
na obsadzanie posad, bądź w administracyi krajowej, bądź w zarządzie 
lasów i bez względu na kwalifikacye [łrawem wymagane, polecał na 
wakujące posady ekswojskowych lub cywilnych, którzy potrafili zna- 
leść drogę do przeważnej jego protekcyi. Chociaż tedy było przepi- 
sanem, iż posady administracyjne mają być obsadzone przez ludzi, 
którzy złożywszy egzamina z nauk administracyjnych^ wykładanych 
w uniwersytecie, odbędą praktykę w urzędach^ a urzędy leśne mają 
być udziałem ludzi specyalnie w szkole leśnictwa, wzorowo urządzonej, 
wykształconych, wszelako przepisy te były zwykle lekceważone przez 
w. księcia, a władze, od których nominacya na urzędy zawisłą była, 
nie stały przy prawie, ale z pominięciem go ulegały jego skinie- 
niom. Ztąd posady administracyjne komisarzy obwodowych, burmi- 
strzów, naczelników lvomor, nadleśniczych, obsadzane były przez osoby 
protegowane przez w. księcia cywilne lub ekswojskowe, bez względu 
na to, czy miały jakąkolwiek do tego kwalifikacye lub nie. Zdarzało się 
czasem, że przy odbywaniu pro forma egzaminu, składający go okazał 
się tak nieudolnym, iż komisya egzaminacyjna, pomimo całej uległości 
dla w. księcia, nie posuwała jednak cynizmu do wydania opinii wbrew 
namacalnej rzeczywistości i uznania np. za zdolnego na nadleśnego, 
mającego administrować według prawideł umiejętnego gospodarstwa 
lasowego rządowymi lasami, człowieka, który najmniejszego pojęcia o 
tem nie miał. Wówczas odsuniętego wzywał w. książę do siebie na 
egzamin i zapytawszy go, czy brzoza ma korę białą, a dąb liście zie* 
lone, ]>o otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi, odsyłał z nakazem dania 
mu posady, bo zdał dobrze egzamin, a władza, polegając na świadectwie 
w. księcia, mianowała go na urząd, z pominięciem rzeczywiście 
uzdolnionych kandydatów. 

A jak w. książę pozwalał sobie wbrew słuszności urzędami pu- 
blicznymi szafować i rozdawać je ekswojskowym lub przedstawionym 
mu osobom przez ulubiejficów swoich, tak też i naczelnicy administracyi 
najczęściej, idąc za przykładem w. księcia, nie rzeczywiście zasłużonym, 
lecz faworytom swoim, lub protegowanym przez znakomitsze osoby, 
rozdawali urzędy* 



231 



Obsndzaiiie jednak urzędtjw w sądownictwie nie ulegało samo- 
wolności \\\ księcia* W początkach albowiem organizacyi Królestwa, 
władze sądownicze potrafiły z godnością utrzymać niezawisłość swoją, 
chociaż w. ksiąze próbował i tam wpływ swój rozciągnąć, ale zawsze 
natrałil na nieugictość w trzymaniu się zasady prawa. A że i cesarz 
Aleksander, w początkach istnienia Królestwa, dbał o utrzymanie 
w oczach Kuropy opinii o swoim liberalizmie i poszanowaniu spra* 
wiedHwości, nie chciał więc, aby niezawisłość sądownictwa jawnie 
i otwarcie gwałconą l)yła, zwłaszcza że złamanie opozycyi władz są- 
dowych, opierających się na prawie, byJoby zbyt rozgłośnem i skan- 
dahcznem : — przeto pobłażając w innym względzie dzikim W7brykom 
brata swego, przynajmniej w kweslyi sądownictwa rzeczy pozostawić 
chciał na właściwym torze. W pierwszych więc starciach się swoich 
z sądownictwem » a raczej mieszaniu się i wpływaniu na bieg spra- 
wiedliwości, natrafiając na optjr, w, książę, odniósłszy się do cara, nie 
znalazł ślepego zastosowania do swego przedstawienia, ale bezstronne 
rozważenie rzeczy i sprawiedliwy sąd o niej. 

Zdarzyło się, iż generał Rautenstrauch, szef kwatermistrzostwa, miał 
proces w roku 1819 z panami Chevalier o sumę przeszło mihona złotych 
polskich, która się tym panom z tytułu wsp;>lki, jaką prowadzili w zawo- 
dzie garbarskim z ojcem generała, należała, a którą generał tenże, jako 
s|jadkobterca majątku pozostałego po ojcu, winien byt im zapłacić* 
Generał, przegrawszy proces w pierwszej instancyi, udał się pod pro- 
tekcyę w. księcia, u którego był w łaskach i któremu z łatwością 
wytłumaczył, że wbrew wszelkiej słuszności trybunał pierwszej instan 
cyi, powodowany duchem opozycyi, przychylnie wyrokował na stronę 
Francuzów, a na jego szkodę właśnie dlatego, że jest generałem, za- 
szczyconym względami w, księcia, naczelnego wodza. W, książę 
wziął sprawę do serca i postanowił bądź co bądź, nie dopuścić po- 
krzywdzenia generała i sprawić to, aby sąd apelacyjny w^rok trybu- 
nału iszej instancyi w^ojewództwa mazowieckiego skasował, generała 
Rautenstraucha od nakazu zapłaty należytości Francuzom zwolnił i 
tychże na zapłacenie kosztów procesu skazał. W dopięciu tego celu 
użył całej potęgi swego wpływu, oświadczył ówczesnemu namiestnikowi 
I ministrowi sprawiedliwości, iż sprawę tę uważa za własną i wymaga 
po nich, by czuwałi nad tem. aby sąd apelacyjny w^rok niegodziwy 
trybunału iszej instancyi skasował. Oprócz tego wysłał z ramienia swego 



232 

generała moskiewskiego Kriwcowa ze sztabu swego do prezesa sądu 
apelacyjnego, Onufrego Wyczechowskiego, z wyraźnent oświadczeniem,' 
iż w, książę żąda , aby niegodny wyrok trybunału został uchylonym 
i aby sprawiedliwości zadosyć się stało, bo w przeciwnym razie będzie 
to uważał za osobistą obrazę i odwoła się po wymiar sprawiedliwości 
do najdostojniejszego brata swego, cesarza wszech Rosy i, a skutki, 
jakie ztąd wynikną, sądy same sobie przypiszą. Prezes sądu apela- 
cyjnego odpowiedział posłańcowi w. księcia, iż może zapewnić Jego 
Cesarzewiczowską Mość, iż sprawa ta będzie zbadaną z największą 
skrupulatnością, a za sumienność i ścisłe zastosowanie się do przepi- 
sów prawa w wydaniu wyroku przez sędziów, on, jako mający za- 
szczyt przewodniczenia sądowi ajłclacyjnemu, zaręczyć może. Namie- 
stnik z swej, a minister sprawiedliwości ze swej strony, parci przez 
w, księcia, nie omieszkali wpływać na prezesa sądu apelacyjnego, aby, 
ile się da, starał się uwzględnić życzenia w. księcia i nie narażał na 
jego gniew i prześladowanie sądownictwa, zwłaszcza wiedząc, jak 
jest pobłażającym dla niego cesarz. Ponawiał w czasie trwania pro- 
cesu i generał Kriwców z rozkazu w. księcia swoje odwiedziny u pre- 
zesa sądu apelacyjnego, starając się i przymileniem i obietnicami łask, 
i w części groźbą, nagiąć go do widoków w\ księcia. Ale prezes Ijyl 
jako sędzia charakteru niezłomnego — prawnik przy tern znakomity, 
umiejący wpływem swoim utrzymać na stanowisku zupełnej niezawi* 
stości i kolegów swoich. Przez to wmieszanie się w księcia i parcie 
jego na sądy S|)rawa ta nabyła rozgłosu i zainteresowała publiczność. 
Przepełnioną więc była izba sądu apelacyjnego mnóstwem osfjb^ {'''^cy- 
sluchujących się z zajęciem umiejętnym i wymownym obronom ad- 
wokatów, wygłaszanym przed kraikami sądowemi przez dni kilka. 
Z nadzwyczajną też ciekawością wyczekiwała publiczność orzeczenia 
Sćjduwego, które pomimo zawiłości sprawy w wewnętrzem przekonaniu 
swojem roztrzygała na korzyść pTancuzow. 

Radość była wielka, gdy [>odwoje sądu, zamknięte w czasie dłu- 
gich deliberacyj, rozwarły się i wyrok sądu apelacyjnego, potwier* 
dzający w zupełności wyrok trybunału iszej inslancyi, ogłoszonym został. 
Ale o ile publiczność zadowolnioną została tą niezawisłością i bezstron- 
nym wymiarem sprawiedliwości sądu apelacyjnego, o tyle w. książę 
był oburzonym tern buntowniczem oparciem się jego woli. Nie do- 
puścił się jednak bezpośredniego guałtu, ale czem prędzej wysłał do 



233 



Petersburga kuryera, donosząc carowi, iż sądy tutejsze, nienawistne 
prawej władzy, dla dokuczenia mu , wydały najniesprawiedliwszy 
wyrok w sprawie generała Rautenstraucha, którego on protegował 
i dla przypodobania się niotlochowi , wyrządziły Rautenstrauchowi 
największą i najdotkliwszą krzywdę, bo go skazały na zapłacenie 
miliona złotych awanturnikom Francuzom. A że sprawa generała 
Rautenstraucha stała się sprawą jego, krzywda więc temuż wyrządzona 
jest jego krzywdą, spodziewa się więc, iź cesarz nie da mu krzywdy 
zrobić, prośby jego wysłucha i skarci surowo sądy, Ittóre go w ten 
sposóli poważyły się obrazić. 

W skutku tego raportu w, księcia przystał cesarz niebawem rozkaz 
z Petersburga do ministra sprawiedliwości, aby wstrzymał wykonanie 
wyroku w sprawie generała Rautenstraucha z panami Chevalier i 
wszystkie akta, tyczące się tej sprawy, wraz z wyrokiem sądu ape- 
lacyjnego i motywami onego przysłał na ręce cesarza. Zakomuni- 
kowanie tego rozkazu cesarskiego dało powód do różnych domysłów; 
w. książę tryumfow^ał, Rautenstrauchowi dodawał otuchy, mówiąc: 
„Nauczymy rozumu tych gryzipiórków**. 

Prezes sądu apelacyjnego (który byt moim opiekunem i w któ- 
rego domu chowałem się), przyszedłszy do domu po otrzymaniu tej 
wiadomości, oświadczył żonie swej w mojej obecności: -Sprawę Rau- 
jjtenstraucha kazał cesarz z wszystkimi dokumentami przysłać sobie; 
„nie wiem, jaki jest zamiar cesarza, ale bądź co bądź, spokojne mam 
„sumienie, a przy tern zadowolenie, że sądy zachowały się tak, jak 
„przystoi stróżom sprawiedliwości; dadzą dymisyę, to będziemy skrobać 
„kartofle na wsi, ale przy czystem sumieniu śmiało każdemu s|>ojrzemy 
„w oczy". Blisko rok trwała niepewność, cesarz albowiem kazał te 
wszystkie akta przełożyć na język niemiecki, francuski i angielski i 
przesłać do fakultetów prawniczych uniwersytetów w Niemczech , 
we Francyi i w Anglii, aby tamtejsi doktorowie i profesorowie 
prawa orzekli, czy odpowiednio do tych przedłożonych aktów, 
wyrok sądu apelacyjnego, w^ydany na podstawie kodeksu cywil- 
nego francuskiego, jest zgodnym z tern prawem i odpowiada wy- 
mogom sprawiedliwości. Komisye te prawnicze, na żądanie cesarza 
obradujące nad krytycznym rozbiorem wyroku sądu apelacyjnego, 
takowy w zupełności potwierdziły. Po otrzymaniu opinii rzeczoznawców 
dal cesarz radę w. księciu, aby się do sądownictwa nie mieszał 

80 



234 



i spraw cywilnych w swoją opiekę nie bral , bo na sądy Królestwa 
zupełnie się co do wymiaru sprawiedliwości spuścić można. Do mo- 
jego zaś opiekuna, przysyłając mu order Ś. Stanisława iszej klasy, 
dołączył cesarz list własnoręczny, w którym wyraził jak najzupelniejsze 
zadowolenie z czynności jego, jako przewodniczącego sądownictwa 
pod jego sterem zostającego. 

List ten cesarski w swoim czasie ogłoszony w pismach publi- 
cznych zrobił dobre wrażenie i był niejako balsamem , łagodzącym 
rozjątrzenie umysłów, wywoływane licznemi nadużyciami, których się 
w, książę wraz z swymi poplecznikami tak w zarządzie administra- 
cyjnym, jak i w stosunkach politycznych z krzywdą dotkliwą ogółu 
bezkarnie dojjuszczał. Car przebiegły wiedział zresztą, iż tem powstrzy- 
maniem samowoli w. księcia w mieszaniu się do sporów czysto 
cywilnych , zjedna sobie przychylność i utwierdzi błędne mniemanie, 
rozszerzane przez zwolenników swoich, iż deptanie swobód, zaręczo- 
nych konstytucyą i gwałly, dokonywane na osobach przez w. księcia, 
dzieją się wbrew jego woli. Car sprawiedliwy i wspaniałomyślny 
boleje nad gwałtownością brata swojego^ ale znów ścisły związek 
krwi i przywiązanie bez granic w. księcia, którego tyle mu dał do- 
wodów, nie dozwalają mu zrywać z nim i zmuszają do pobłażliwego 
postępowania. Obydwaj więc, rozdzieliwszy pomiędzy siebie role, od- 
grywali je ze szkodą narodu. Car rzadkim gościem będąc w Warsza- 
wie, bawił się za przybyciem w liberalnego i uprzejmego pana; zo- 
stający ciągle w kraju brat jego rządził z najbezwstydniejszym dc 
spotyzmem i tamując wszelki rozw<)j wolności, dążył do zatarcia^ 
śladów konstytucyi i zmuszenia narodu do ślepej uległości. 

Pod wpływem też zgubnym w, księcia szerzyła się demoralizacya 
w sferach urzędniczych, za przykładem wszechwładnego pana coraz więcej 
smakujących w deptaniu form konstytucyjnych, Stosowanie się bowiem 
ślepe do woli w. księcia, z pominięciem i pogwałceniem konstytucyi 
zapewniało ministrom zupełną bezkarność w samowolnem ich postę- 
powaniu. Wprawił icli do tego i przykładem swoim ośmielał skrupu- 
latniejszych do przezwyciężenia wstrętu do nadużyć Ksawery książę 
Lubecki , mianowany przez cara ministrem skarbu Królestwa Polskiego. 
W służbie moskiewskiej wykształcony, przejęty zasadą, iż byle pana 
zadawał niać, motłoch^ to jest naród, można wyzyskiwać wedle własnego 
widzimisię, nie oglądając się, czy to się zgadza z prawem i z sumie- 



236 



^ 



niem, zasadę tę wprowadził z zupełną bezwzględnością w tok służby 
publicznej, zarządowi jego powierzonej. Stanowisko zresztą swoje 
w Kongresówce uważał jako środek do zyskania łaski carskiej i zo- 
stania później z ministra finansów drobnego Królestwa — ministrem 
finansów olbrzymiego carstwa moskiewskiego, Nie szło mu więc 
o rzeczywiste dobro kraju, ale o napełnienie jaktmbądź sposobem 
pustej kasy rządowej , dla utrzymania i opłacania wymaganej przez 
w. księcia liczby wojska, zwłaszcza źe poprzednik jego, dla ulżenia 
ciężarów krajowi , nie mogącemu się jeszcze podźwignąć z klęsk, 
doznanych z powodu zupełnego spustoszenia w czasie wojen Na- 
poleońskich — proponował dla zrównania w-ydatków z dochodami, 
zredukowanie wojska o dwie trzecie części. Minister- trzyma- 
jący się ściśle drogi konstytucyjnej i w zaprowadzeniu wszelkiej 
niożliwej oszczędności upatrujący jedyny środek wyjścia z kłopotów 
finansowych , w^ które zbieg poprzednich nadzwyczajnych wypadków 
kraj pogrążył, musiał ustąpić miejsca temu, który nie oglądając się 
na konstytucyą i na prawa osób trzecich, podjął się pomimo ubó- 
stwa kraju i wojsko w całości utrzymać i kasę rządow^ą zaopa- 
trzyć w zasoby, odpowiadające wszelkim wymogom tak cara» jak i 
w. księcia. Aby temu zadaniu podołać, zagarnął książę Lubecki, 
z samowolą czynów nika moskiewskiego, fundusze miast, sumy insty- 
tutowe, zaprowadził monopol tytoniu i z łatwością napełnił próżną 
dotąd kasę rządową. Adniinistracya jego samowolna obudziła nieu- 
kontentowanie w kraju , ale książę-minister nie wiele zważał na to, bo 
w. książę był zadowolonym , mając dostarczane przez ministra po- 
trzebne fundusze na utrzymanie w^ojska. 

Zaprowadzenie towarzystwa kredytowego uratowało szlachtę 
od bankructwa, otworzenie Banku Polskiego ożywiło ruch przemy- 
słowy i złagodziło przykre wrażenie, jakie samowolne postępowanie 
księcia Lubeckiego obudziło w pierwszych chwilach. Książę-minister 
dla zjednania sobie zwolenników otworzył obszerne pole dla wszel- 
kiego rodzaju spekulantów, którzy w rozmaitych przedsiębiorstw^ach, 
poparci w^szech władną opieką swojego mecenasa, ogromne osiągali 
zyski. Szał robienia łatw^ego majątku kosztem ogółu ogarnął wielu 
zmienił ich w gorliwych popleczników księcia-ministra, który jakby 
rószczką czarotiziejską ów przed chwilą ubogi kraj, przemienił w eldo- 
rado dla ludzi chciwych zysków, a niezbyt skrupulatnego sumienia. 



236 

Ministeryum skarbu stało się tym przybytkiem szczęśliwym, do 
którego gdy kto się dostał, lub wszedł z nieru w stosunki, już miał 
los zapewniony i przy jakiej takiej zręczności mógł się obłowić. Za- 
raza ta przeszła powoli i do innych minłsteryów; tani takźe^ kto po- 
trafił zjednać sobie względy przełożonych , swobodną mógł mieć 
egzystencyą i nie brak mu było obrywek, bo główny szafarz do- 
chodów, ksłążę-minister skarbu, im więcej miał wspólników swojego 
gospodarstwa, tern się czuł silniejszym; nie skąpił więc i dla drugich 
kolegów okruchów, gdy sam mógł nieograniczenie zasobami kraju 
szafować. 

System zarządzania sprawami publicznemi tak w, księcia naczel- 
nego wodza, jak i księcia-ministra skarbu, opierając się na samowoli, 
w demoralizacyi społeczeństwa upatrywał najpewniejszą rękojmię swo- 
jego istnienia, Ztąd zapewnienie dobrego bytu swoim zwolennikom, 
patrzenie przez szpary na wybryki swych wiernych, było ponętną 
skazówką dla tych wszystkich, którzy własny materyalny interes ma- 
jąc jedynie na celu, byli pewni dopięcia go, poświęcając skrupuły 
sumienia bezwzględnemu zastosowaniu się do woli wszechwładnych 
panów, którzy i powodzenie i bezkarność wiernym swym sługom 
zapewnić mogli, W skutku tej tendencyi rządu, a właściwie dwóch 
głównych kierowników zarządu krajowego, to jest w^ księcia i księcia- 
ministra, gdy namiestnik i Rada administracyjna, pomimo całego ich 
uszanowania dla konstytucyi, woleli zawsze narazić się temu prawu 
pisanemu jak w. księciu , który z tern prawem pisanem nigdy zgodzić 
się nie mógt^ — szerzyła się po kraju demoralizacya, podniecana pewno- 
ścią materyalnych zysków i zjednywała w hierarchii urzędniczej bez- 
względnych popleczników i wykonawców samowoli rządowej. 

Na prowincyi bezprawność postępowania nie tak się czuć dawała, jak- 
kolwiek prezesowie komisyj wojewódzkich w stolicach wojewódzkich, a ko- 
misarze obwodowi w swych obwodach byli to mali baszowie, wszelako 
stosunkami rodzinnymi połączeni z obywatelstwem, starali się tak rzeczy 
prowadzić, aby — jak to mówią — i wilk był syty i owca cała. Mieli 
powagę, nie zbywało im na niczem, bo szlachta hojnie grzeczności ro- 
biła, a ztąd się wywiązywał pewien stosunek przyjacielski, który łago- 
dził wszystko i byle dokuczenia komu z góry od w, księcia wyraźny 
rozkaz nie przyszedł, któremu nikt się nie śmiał opierać, to życie było 



237 

ile, bo interesa w;!ajemne kombinowały 
się i jedni drugim robili ustępstwa. 

Wszystkie dobra narodowe były wypuszczane w dzier^.awę, 
którą zwykle brała szlacbla, lub wysłużeni wojskowi. Ceny dzierżawne 
zwykle były bardzo niskie, ztąd i dzierżawcom i urzędnikom sza- 
cującym działo si<^ dobrze. Lasiimi rząd sam administrował przez 
urzędników, którzy powinni byli ukończyć szkołę leśnictwa, ale że 
w. książę system (^rotekcyi sam zaprowadził, przeto zwykle posady 
nadleśnych i podleśnych dostawały się wysłużonym wojskowym, 
protegowanym przez w, księcia, łub osobom cywilnym, protegowa- 
nym przez dygnitarzy. Urzędy te były synekurami ; płaca była licha, 
bo nadleśny miał 2000 zip., a podleśny 300 zip. rocznie, ale gospo- 
darstwo leśne tak szło dobrze, że ów podleśny, 300 złp. rocznie 
pobierający, miał 4 konie do wyjazdu, trzymał kucharza i żył jak 
obywatel, mający przynajmniej trzy folwarki dobre. Wesołe więc 
było życie* Pan prezes komisyi wojewódzkiej, jeżeli był myśli- 
wym, komisarze obwodowi i szlachta okoliczna polowali po lasach 
rządowych, razem z nadleśnymi i podleśnymi i zapominano o ucisku 
i despotyzmie w, księcia, który się zresztą nie mógł nawet tak dotkliwie 
dać uczuć w odleglejszych od stolicy punktach. Robiło się też dobre 
interesa na zakupnie drzewa, nie brakło zysków przy rozmaitych przed- 
siębiorstwach, które z powodu zakładania fabryk i dźwigania górnictwa 
przez rząd nastręczały pewne zyski każdemu, który jaki taki stosunek 
miał z władzami rządowemi. Ucisk więc w właściwym tego słowa 
znaczeniu koncentrował się w stołicy, siedlisku w. księcia i władz 
głównych krajowych, które wybrykom jego dzikiej fantazyi nie umiały 
stawić oporu, ale przeciwnie uległością bezwzględną starały się zaże- 
gnać gniew jego i zjednać sobie j>rzychylną opinię w obec cara. 

W, książę ślepe posłuszeństwo, do którego bezwzględnym terory- 
zmem przyzwyczaił wojsko* starał się rozciągnąć i na cywilnych. Pod jego 
wpływem wszelkie gwarancye wolności osobistej obywateli, zapewnione 
konstycyą, stopniowo usuwane zostały. Nikt z Warszawy wyjechać, ani 
przybyć do niej nie mógł — ^ bez zameldowania się na rogatce, po co i 
na jak długi czas przyjeżdża, lub dokąd wyjeżdża. Niektórym osobom 
wstęp do stolicy był całkiem wzbronionym. iMeldowania te tem ucią- 
żliwszemi były, iż w skutku wypuszczenia w dzierżawę dochodów nie- 
stałych i monopolu tytoniu i tabaki przez księcia-ministra, podróżni 



238 



narażeni byli na ścisłą rewizyę, którą zwykle urzędnicy wypełniali ze 
wszelką dokuczliwością, jeżeli podróżny nie był tyle domyślnym, aby 
się im opłacić 

Samowladztwo w. księcia i rządu, który się do jego fantazyi starał 
stosować, nie mogło się pogodzić z wolnością mówienia i pisania; to 
też, pomimo zagwarantowania tejże przez konstytucyą, zaprowadzono 
ostrą cenzurę, której naczelnikiem został Józef Kalasanty Szaniaw^ski. 
Człowiek ten, znakomicie wykształcony, w młodości swej przebywając 
w Paryżu w czasie wielkiej rewolucyi francuskiej, byJ najzapaleńszym 
zwolennikiem Jakobinów i miał czynny udział w ówczesnych klubach, 
gdzie nieraz, równie jak przed kratą konwencyi, namiętną odznaczał się 
wymową. Wszelako, pomimo tej egzaltacyi, kierownikiem działania tego 
człowieka był jedynie interes osobisty, chęć zysku i wyniesienia się. 
To też z odmianą wypadkcjw zmieniały się jego przekonania polityczne, 
które układał zawsze odpowiednio do woli tych> którzy dzierżą władzę 
w ręku* Z republikanina zmienił się w monarchistę, ale wolnomyślnego, 
bo była chwila, gdy to popłacało; ale gdy car, przerażony duchem opozy- 
cyi, objawiającym się w Europie^ chwycił się środków represyjnych, gdy 
wszelkie towarzystw^a surowo zabroniono^ a loże wolnomularskie rozwią- 
zane zostały, Szaniawski, wietrząc te zmiany w usposobieniu carskiem, 
starał się zastosować do nich zawczasu* Z ateusza prawie stał się 
nadzwyczaj nabożnym, co tydzień chodził do spowiedzi i komunikował 
się, w czasie uroczystości krzyżem na środku kościoła leżał, w domu 
grał na fortepianie tylko pieśni nabożne, w piątki suszył, aby służący 
widzieli tę jego pobożność, ale w restauracyi u Marego miał pokoik, 
w którym zamknięty, obiad mięsny spożywał. Zgoła, że stopniowo ów 
Jakobin, ów rewolucyonista, zmienił się w człowieka arcypobożnego, 
arcykonserw^atywnego i wyznającego cześć bezwzględną i wiarę nie- 
zachwianą dla tronów i pomazańców Bożych. Postawiwszy na straży 
dziennikarstwa i wszelkiego wydaw^nictwa dzieł w kraju wychodzących 
człowieka zdolnego, jakim był Szaniawski , a mającego na głównym 
względzie utrzymanie się na posadzie dobrze płatnej, rząd był pewnym, 
iż żadna myśl wolniejsza, żaden objaw narodowego uczucia, nie potrafi 
się wydobyć na jaw, z pod bncznego dozoru renegata wytrawnego, 
który, jak wszyscy podobni jemu ludzie, przesadną gorhwością starał 
się zatrzeć w oczach rządu, który mu dobrze płaci, wszystkie ślady 
nawet swoich dawniejszych przekonań. Szaniawski też w^ calem tego 



239 

sława znaczeniu był nieubłaganym cenzorem. Każda myśl swobodniejsza, 
Iważdy objaw narodowego uczucia, każda aluzya^ mogiica przypomnieć 
dawną świetność i niepodległość Polski, była w dziełach i [dsmach, 
mających się drukować, pilnie przez niego strzeżoną i niewypuszczaną 
na świat. 

Przesada w tej cenzuralnej skrupulatności Szaniawskiego nie 
"^pozostawiała żadnej nadziei piszącym, aby go mogli przebłagać lub 
podejść. Humnicki, nauczyciel języka i literatury polskej w liceum 
warszawskiem , napisawszy tragedyą „Żółkiewski pod Cecora", gdy 
mu cenzura nie pozwoliła drukować, a lem mniej przedstawić 
w teatrze tej sztuki, a chcąc koniecznie |łrjpisać się nią przed 
publicznością, wpadł na pomysł zuchwały i Diebezpieczny odwo- 
łania się w tym względzie do w, księcia. Pomysł mu się jednak udał, 
bo odwołanie się do sądu w, księcia podclUebiało jego próżności i na- 
miętnej żądzy mieszania się do wszystkiego. W. książę rad był z tego 
pomysłu Humnickiego, bo życzył sobie, aby za jfgo przykładem i 
w innych sprawach odwoływano się do niego, a tern samem, aby go 
uznawano za najwyższą poi każdym względem władzę w kraju. Nad 
przedłużonym sobie rękopismem przez Humnickiego nic miał ochoty 
mozolić się osobiście, ale zawoławszy Kurutę, generała piechoty i szefa 
sztabu głównego, polecił mu przejrzeć r^'kopi!^m i przekonać się, czy 
w nim nie ma co niedozwolonego i czy można tę sztukę przedstawić 
w teatrze. Kuruta, z rodu Grek, ale. długoletnią służbą w wojsku 
moskiewskiem, a mianowicie przy w. księciu, którego był domowni- 
kiem i ulubieńcem, przedzierzgnięty w ślepo uległego detiszczyka mo- 
skiewskiego, chociaż po polsku mało co rozumiał, ale skoro pan kazat, 
wolę jego spełnić widział się obowi^izanym. Mozolić się jednak nad 
pismem, którego mało co mógł zrozumieć, nie widział potrzeby, ale 
sobie wyrozumował, że skoro Homnicki przedłożył to swoje pismo 
w, księciu, toć nic w niem nie musi być złego, boby się młody na- 
uczycieł nie odważył narazić na gniew tak potężnego a gniewliwego 
pana. Potrzymawszy więc rękopism jakiś czas u siebie, zdał sprawę 
w. księciu, iż można pozwolić wydrukować i grać tę sztukę. Z wielkiem 
więc zadowolnieniem Humnickiego, nakazano z rozkazu w* księcia 
wbrew cenzurze grać tę sztukę, a w, książę zapowiedział na niej swą 
bytność* 



240 



Sztuka ta, pod względem dramatyczności niewiele warta, naszpi- 
kowaiici była zdaniami iiajlibcralniejszemi, opozycyą najgwałtowniejszą 
przeciwko samowoli monarszej, a przytem i wspomnieniami, przywo- 
dzącemi na pamięć przewagę Rzeczypospolitej polskiej nad Moskwą, 
Przepełnionym też był teatr w^ czasie jej przedstawienia. 

Ustępy jak np. gdy Koniecpolski rzuca nadeszły rozkaz Zygmunta 
Ulgo i mcjwi z oburzeniem: 

„Polak gardzi groźbami^ nie ulega dumie, 
„Na wolnej zrodzon ziemi — w^olnośc cenić umie, 
„Wielbi ojców ojczyzny — nienawidzi panów, 
„A krwią ryte rozkazy — krwią maże tyranów^ 

— lub gdy Żółkiewski w sporze z Kalinowskim zapytuje go się: 

„Gdzieżeś był, jakimżeś się wówczas wsławił czynem, 
,j Kiedym pamiętną bitwę wygrał pod Kłuszynera, 
„Kiedym świetaą stolicę potężnego państwa 
„Przymusił do wyznania królowi poddaństwa, 
^Kiedym jej dumne cary, na domiar mej sławy, 
^VV tryumfie przyprowadził z Moskwy do Warszawy*^ 

— wywołały zapal i uniesienie publiczności, a grzmiące i bezustannie 
ponawiające się oklaski przeciągały się nad miarę, pomimo obecności 
w. księcia, który, do najwyższego stopnia rozjątrzony, sztukę raz na 
zawsze zakazał, egzemplarze onej kazał zabrać, autora na kilka dni do 
kozy wsadziłj a swego szefa sztabu wy policzkował i skopał nogami. 
Ostatni, przyzwyczajony do podobnego traktowania^ przyjął je z stoiczną 
rczygnacyą, zwłaszcza że zwykle po takiej burzy horyzont dobroci 
pańskiej pogodniejszym świecił blaskiem dla uległego sługi. To też 
w początkach jeszcze organizacyi wojska polskiego, gdy generałowie 
nasi, nie przywykli do wybryków w, księcia, udali się do tego samego 
generała Kuruty, przedstawiając mu , iż oni podobnego poslępowania 
znieść nie mogą i wszywając go^ aby jako posiadający zaufanie Jego 
Cesarzewiczowskiej Mości, przedstawił mu niestosowność podobnego 
zachowania się względem nich, a zarazem i oświadczenie, iż oni wolą 
usunąć się ze służby^ jak narażać się na ubliżenie swej ludzkiej godno- 
ści — Kuruta odpowiedział im z cynizmem niewolniczym: „Moi panowie, 
^ja jestem generałem broni, szefem sztabu głównego, ozdobionym naj* 
^pierwszymi orderami moskiewskimi i innych państw, a poniimo tego 



241 

„w, książę mnie czasem uderzy, nieraz nazwie krową lub świnią, a ja 
„to wszystko znoszę bez szemrania, bo on jest cesarzewicz, mój pan, 
„a przytem^ jak go gniew ominie, pan dobry; radzę więc i panom za- 
„stosować^ się w tym względzie do mego zachowania się, a będzie 
„wam dobrze/ 

Skrępowawszy wolność druku ^ przez zaprowadzenie ostrej i po- 
dejrzliwej cenzury, wzięto się do przytłumienia oświaty, która pod prze- 
wodnictwem męzóWy znakomitych wiedzą i odznaczających się gorącym 
patryotyzmem, zbyt rażące dla cara roztaczała światło. Potocki Sta- 
nisław, minister oświecenia, Niemcewicz i Staszic, członkowie komisyi 
edukacyjnej, zostali usunięci z posad, zaszczytnie i z pożytkiem dła 
kraju dotąd przez nich zajmowanych. Miejsce Potockiego Stanisława 
zajął Stanisław Grabowski, syn naturahiy króla Poniatowskiego, czło- 
wiek encykłopedyczne mający wiadomości, ale przy tem charakteru sla- 
>ego; przy miernym majątku wyniesienie swoje na stopień ministra, 
z płacą 40.000 złp. rocznie, uważał za tak wielkie wyświadczone ma 
przez rząd dobrodziejstwo, iż czul się obowiązanym do wdzięczności 
względem rządu, nakazującej mu bezwzględną dla niego uległość. Obawa 
, narażenia się rządowi i utracenia materyalnych korzyści, zawisłych od 
'Jego łaski, zniewalały nowego ministra do ślepego wykonywania rozka- 
zów, dążących do przytłujiiienia oświaty i zatarcia w umysłach młodego 
pokolenia uczuć narodowych, Z oddaniem zarządu oświecenia pu- 
blicznego Stanisławowi Grabowskiemu nastąpiło i utworzenie kuratoryi 
pod prezydencyą kasztelana Obszelwicti, Instytucya ta była po prostu 
urządzeniem policyi oddzielnej dla szkół. Zacząwszy od uniwersytetu 
wszystkie gimnazya zostały oddane pod bezpośredni nadzór policyjny 
kuratoryi. Obszelwic^ jako naczelnik tej policyi, miał główny nadzór 
nad wszystkimi zakładami naukowymi w całym kraju. W uniwersy- 
tecie, który był pod jego bezpośrednim nadzorem, każdy wydział czyli 
fakultet miał dodanego inspektora, którego obowiązkiem było znajdować 
się na prelekcyach, lecz nie tylko w salach uniwersyteckich, ale i po za 
ich obrębem, śledzić postępowanie młodzieży i o ich zachowaniu się 
władzy donosić. Podobnie jak uniwersytet, lak każde gimnazyum 
miało swego kuratora, a każda klasa swego inspektora. 

Pod ministerstwem Sianisław^a Potockiego starano się wypływać na 
podniesienie i rozwinięcie szlachetnych uczuć w młodzieży, Profesorowie 
w szkołach gimnazyalnych, a nawet i wydziałowych, mieli jak najmocniej 

31 



m^ 



242 



zaleconem, aby w stosunkach swoich z uczniami zachowywali największą 
uprzejmość, aby w karceniu ich nawet nigdy nie używali wyrazów 
ubliżających godności człowieka. Wymyślanie i kara cielesna były 
całkiem usunięte ze szkól; areszt byl najostrzejszą karą, jaka mogła 
spotkać winnego, a i ta kara nie przez pojedynczego nauczyciela, ale 
przez gremium nauczycieli, pod przewodnictwem rektora, zasądzoną być 
mogła. Uczeń każdy, przekonany, iź ani od kaprysu, ani od samowoli 
niczyjej nie zależy, byl zupełnie swobodnym i czul i pojmował, iż 
tylko od wypełnienia obowiązków zawisłą jest ta jego swoboda. 
Z małymi też wyjątkami wzorowe było postępowanie uczniów szkół 
ówczesnych. W powszechności przemagało w nich uc/.ucie szlachetnej 
ambicyi, zasadzającej się na tern, aby nie tylko nie zasłużyć na karę, ale 
nie narazić się na naganę, która w takim razie umniejszała szacunek, 
współczucie i wziętość u kolegów, będących najbezstronniejszymi sędziami 
postępowania każdego ucznia. 

Ten kierunek wychowania publicznego, rozwijający w miodem po- 
koleniu uczucia najszlachetniejsze, zamiłowanie prawdy, przywiązanie 
do ojczyzny, uwielbienie dla wszystkiego, co wzniosłe i szlachetne, a 
obrzydzenie i wzgardę dla wszelkiej niepraw^ości, nie na rękę byl rzą- 
dowi i polityce carskiej, zmierzającej ostatecznie do pocliłonięcia tego 
kawałka Polski, któremu, wbrew tradycyjnej polityce dworu peiersbur- 
skiego, znaglony zbiegiem niezawisłych od niego wypadków, car nadal 
niezależność i swobody, w sprzeczności rażącej zostające z calyni ustro- 
jem jego olbrzymiego państwa. 

Na Litwie wziął się rząd moskiewski, za [jośrednictwem Nowo- 
silcowa, z całą gwałtownością do przytłumienia uczuć patry etycznych 
w młodzieży i przekształcenia zupełnego szkól, odpowiednio do celów 
samowładnego i nienawistnego żywiołowi polskiemu rządu. W Polsce 
Kongresowej, acz te same mając dążności, rząd carski działać zmuszo- 
nym byl z pewną oględnością. Nie popełniano więc tych gwałtów, 
co na Litwie i w tak zwanych „Zabranych prowincyach", to jest na 
Wołyniu i P^odolu, lecz skrzętnie zajęło się przygnębieniem ducha 
młodzieży i wdrożeniem go do bezwzględnej uległości. Za pośrednictwem 
kuratoryi rozciągniono nadzfir nad młodzieżą^ pozbawiając ją wszelkiej 
swobody. Zaprowadzenie w szkołach surowej karnością zaostrzonej karą 
cielesną i demoralizujący wpływ inspektorów, usil ijących rozpowszechnić 
między młodzieżą szpiegostwo, przez protegowanie wszechwładnym wpły- 



243 



weni swoim ucznitlw mniej pilnych, lecz uległych tej policyjnej władzy, 
dążyły do zdemoralizowania młodzieży, I jak wprzódy cała dążność 
wychowania publicznego skierowaną była do wykształcenia prawych i 
miłujących Icrnj obywateli, tak obecnie dążono usilnie do przytłumienia 
wszelkich uczuć szlachetnych w młodzieży, aby przyszłych obywateli 
wykształrić na ślepe narzędzia władzy. Tymczasem kuratoria, narzucona 
władzom szkolnym, niechętnie była od nich widzianą. Niezgoda między 
władzami, bezpośredni wpływ wywierającemł na młodzież, musiała 
szkodliwie oddziaływać na młode umysły i rozbudzić w nich nieufność, 
niechęć i lekceważenie tychże władz, Ucislc, który poprzednio dotykał 
tylko starszych, rozciągnął się i do dzieci. W. książę, nie poprzestając 
na drażnieniu starszych, rozjio<zął wojnę ze studentami i podniósł wy- 
bryki szkolne do znaczenia przestępstw politycznych. Rząd, pod jego 
nieograniczonym a szkodliwym wpływem, zdawał się usilnie pracować 
nad zniechęceniem wszystkich. lo też zniechęcenie to rosło rzeczy- 
wiście, a w miarę jego objawów wzmagał się ucislc i prześladowanie 
ze strony rządu, a właściwie ze strony w. księcia, w którego ręku 
koncentrowała się istotna władza, która nie w usunięciu nadużyć, ale 
w złamaniu siłą brutalną przemocy — wszelkiej, choćby najlegalniejszej 
opozycyi^ zasadzała całą sztukę rządzenia, 

W, książę, oprócz gwałtowności niezwykłej charakteru, miał jeszcze 
szczególne upodobanie w sprzeciwianiu się ludziom i robieniu im 
wszystkiego na przekór Pod tym względem zarówno traktował Mo- 
skali, jak i Polaków. Ponieważ wiedział, że Polacy nie lubią Moskali, 
przeto chociaż był naczelnym wołlzem wojska polskiego, zawsze w I^olsce 
nosił mundur moskiewski, w razach tylko bytności cara w Warszawie, 
z rozkazu jego przywdziewał polski. Na wszystkich muslrach, prze- 
glądach i uroczystościach wojskowym moskiewskim, konsy stającym 
w Warszawie, zawsze dawał pierwszy krok, czyli *miejsce honorowe 
przed wojskowymi polskimi, jedynie w celu zrobienia tym na złość. 
W przejażdżkach swoich do Petersburga, jak tylko przekroczył granicę 
Kongresowego Królestwa, przywdziewał mundur generała polskiego i 
na złość Moskalom byJ zawziętym reprezentantem wojska polskiego 
w Petersburgu. Każdy wojskowy polski, znajdujący się przyj >ad ko wo 
wraz z w. księciem w Petersburgu, był przedmiotem jego szczególnej 
uprzejmości i wyszczególnienia go, z ujmą nawet dla dygnitarzy \^oj- 
skowych moskiewskich* 



244 



Zdarzyło się, że dowódca Igo pólku liniowej piechoty wojska 
polskiego, pólkownik Bolesta, którego w. książę nie lubił i który 
w skutku tej niechęci w, księcia zmuszonym był następnie ustąpić 
z wojska, znajdował się na urlopie, z powodu swoich prywatnych 
interesów w Petersburgu, gdy tam przybył także w. książę. Ten za- 
wezwał Bolestę, aby się znajdował na pokojach cesarskich. Posłuszny 
rozkazowi przybył do sali audyencyonalnej, która zapełnioną była ge- 
nerałami i najwyższymi dostojnikami wojska moskiewskiego, Bołesta 
jako półkuwnik, a zatem o wiele niższy rangą od generałów korpuśnych i 
admirałów, umieszczonym był na szarym końcu, za półko wnikami gwardyi 
moskiewskiej, oczekując wraz z drugimi przybycia cara, Ale przybycie 
cara uprzedził w. książę, w mundurze generała polskiego i spojrzawszy 
po tłumie dostojników wojskowych moskiewskich, zawołał: „A gdzie 
Bolesta?'* — a gdy służbowi adjutanci wskazali, ze jest na właściwem 
sobie miejscu, w, książę krzyknął; „Bolesta, naprzód do mnie! nam, 
jako reprezentantom wojska polskiego, należy się tu pierwsze miejsce". 
Bolesta nie mógł się połapać, zkąd taka łaska, ale odszczególnienie 
nie pochodziło ani z przychylności do Bolesty, bo go w. książę nie lubił, 
ani do wojska polskiego, ale z chęci dogryzienia moskiewskim dostoj- 
nikom wojskowym, którzy dotkliwie czuli się obrażeni tem odszczc- 
gólnieniem i przyznaniem niejako wyższego znaczenia oficerowi polskiemu, 
tak nizkiej rangi w porównaniu z ich stopniem w hierarchii wojskowej. 
To też z powodu tej nieprzepartej chęci w. księcia robienia na złość 
ludziom i drażnienia ich, półkownik sztabu moskiewskiego Zas, który 
miał tajne polecenie śledzenia w Warszawie czynności w. księcia i zda- 
wania o nich sprawy carowi, w jednym z raportów, przesłanych wprost 
carowi Mikołajowi — którego kopię znaleziono w papierach tegoż Zasa 
po zabiciu go w nocy 29 listopada 1830 — oświadczył: „iż rewolucya 
„musi nastąpić w Polsce, bo postępowanie w, księcia, drażniące i do- 
„kuczliwcj nie tyłko u Polaków, ale nawet u Wiedeńczyków wywołałoby 
„niechybnie rewolucya", 

Ludzie, przejęci miłością ojczyzny i głębiej zastanawiający się nad 
jej położeniem, od chwili ogłoszenia Królestwa Polskiego i zespolenia 
go z państwem moskiewskiem^ nie dali się złudzić i uśpić liberałnym 
na pozór oświadczeniom i przyrzeczeniom cara, który, z natury sta- 
nowiska swojego będąc samowladcą despotycznym, znaglony zbiegiem 
okoliczności chwilowych, zmuszał się do odgrywania w matem Kró- 



245 



iestwie Polskieni roli monarchy konstytucyjnego, wprost przeciwnej 
jego przekonaniom i zasadom , na których się opierała jego nieogra- 
niczona władza w olbrzymiem państwie moskiewskiem. Patryoci ci 
jasno widzieli, ii prędzej lub później liberalna komedya, odgrywana 
w malem Kongresowem Królestwie, jako wprost przeciwna zasadom 
rządu moskiewskiego, skończyć się musi i źe car, kierując się rzeczy- 
wistym interesem swoim, dla utrzymania swej nieograniczonej władzy 
będzie dążył nie tylko do stopniowego ukrócenia swobód, nadanycłl 
Królestwu Polskiemu, ale i do zatarcia śladów jego niezawisłości, 
czyli innemi słowy, że czy prędzej, czy później, pod rządem moskiew- 
skim Polsce grozi zagłada, to jest wcielenie jej do carstwa moskiew- 
skiego. Zaczęto więc myśleć o środkach, za pomocą których Polska 
mogłaby się uchronić od grożącej jej ostatecznej zguby. 

Wiekopomny twórca legionów, sędziwy generał Henryk Dąbrowski, 
styrawszy cały żywot na usługach ojczyzny, zstępując do grobu niepoko- 
jony był tą smutną przyszłością Polski, której odbudowanie było zadaniem 
całego jego życia. Na krótki czas przed śmiercią swoją, która w r. 1818. 
nastąpiła, wyjawił przyjaciołom zaufamy m ten niepokój duszy o przy- 
szłość ojczyzny. „Nic nam nie gwarantuje" — rzekł — „zabezpieczenia istnie- 
^nia naszego i formy konstytucyjnej rządu obecnego, ICażdy dzień 
„wzbudza obawę, jaki los spotkać nas może jutro, Zaien węzeł, któ- 
„ryby stanowił rzeczywistą potęgę Polski, nie jednoczy jej synów. Bez 
„związku, rozdwojeni, są na łasce wypadków, które ich mogą zasko- 
„czyć nieprzewidzianie. Słabość nasza jest nieuniknionem następstwem 
„jedynie naszego rozdwojenia i czyni nas igrzyskiem pierwszego lepszego 
„zdobywcy. Czemuż nie można zjednoczyć do jednego celu tych uczuć 
^szlachetnych, klóremi tyle serc pojedynczych jest ożywionych! Czemuż 
„nie mogę wlać tego przekonania, że nie potrzeba, jak tylko ufać 
„własnym silom, aby odzyskać dawną niepodległość i potęgę. Pomimo 
•jjarzma wtłoczonego na nas, pomimo ludzi kierujących rządem, zje- 
„dnoczmy tylko nasze przekonania, naszą całą usilność do jednego 
„wielkiego celu, niech rozstrzelone siły narodu zespolą się w jedną 
„całość, a wówczas odrodzenie się Polski i jej niepodległość będzie 
„tylko kwestyą czasu"*. Zdania te, wypływające z głębokiego przekonania 
szlachetnego weterana niepodległości Polski , który w przeczuciu 
bliskiego zgonu , tę wiarę swoją w żywotność ducha polskiego i nie- 
spożytą jego potęgę, chciał przelać w pozostałych obrońców ojczyzny, 



246 

nie pozoslaly bez skutku. Zaczęto myśleć o zespoleniu wszystkich sil 
narodowych ku jednemu celowi naszego wyswobodzenia. 

Łukasiński, major 4 pólku liniowej piechoty polskiej, gorący patryota, 
zajął się utworzeniem w r. 18*9 stowarzyszenia, pod nazwą Wolnego 
Mularstwa Narodowego, które, nie wyłączając nikogo, miało głównie na 
celu stowarzyszyć oficerów i urzędników tak w czynnej służbie zostają- 
cych, jak i pensyonowanych. Wzajemna pomoc we wszelkich przygodach 
życia, a obok tego obrona narodowości polskiej, była glówncm zada- 
niem stowarzyszonych. W skutek jednak wzmagającej się reakcyi 
w Europie, loże massotiskie i wszelkie stowarzyszenia przez rząd mo- 
skiewski zupełnie zakazane zostały. Zakaz ten nie powstrzymał działa- 
nia patryotów, zniewolił ich tylko do większej ostrożności. Stowarzy- 
szenie Wolnych Mularzy Narodowych rozwiązanem zostało, a w miejsce 
onego zawiązano sprzysięźenie polityczne w celu wyswobodzenia 
Polski, stosownie do przedłożenia przybyłych z Poznańskiego człon- 
ków Mularstwa Narodowego ; Umińskiego generała i Szczanieckiego, 
bj'lego oficera wojsk polskich, osiadłego w W, Księstwie Poznańskiem. 
Twórcami tego nowego związku byli Umiński generał, Szczaniecki 
były wojskowy, podpułkownicy w czynnej służbie Prądzyński i 
Kozakowskij Dobrogojski, były podpólkownik wojsk polskich, Łuka- 
siński major, Wierzbołowicz referendarz w Radzie stanu, Cichowski, 
były urzędnik w ministeryum skarbu, Sobański obywatel z Wołynia, 
Morawski, były redaktor. Obywatele ci, w\chodząc z zasady, iż obo- 
wiązkiem jest I^olaków, rozszarpanych przez trzy zaborcze rządy, dązyt*. 
do zjednoczenia się i działania wspólnego dla odzyskania niepodległości, 
zawiązali w tym celu „'l^o warzy stwo narodowo-patryotyczne*'. Dzia- 
łaniem tego towarzystwa kierował komitet centralny, mający siedlisko 
swoje w Warszawie. Cala Polska podzieloną została na 7 części, 10 
jest: i. Królestwo Kongresowe, 2. Wielkie Księstwo Poznańskie z wo- 
jewództwem kałiskiem, 3. Galicyę, 4. Litwę, 5. Wołyń, 6, l^zeczpospo- 
litę Krakowską, 7. wojsko. Zastrzeżono prawo każdej z tych 7 części 
przysłania jednego delegata do Warszawy, z których to delegatów 
miał się składać ów komitet kierujący centralny. I^ecz że na razie 
przybycie tych 7 delegatów było niemożliwem, dla zyskania więc 
czasu do działania, ustanowiono tymczasowy komitet centralny, do któ- 
rego wybrani zostali: Łukasiński, Kozakowski, Prądzyński, Wierzbo* 
łowicz, Kiciński, Morawski i Sobański. Postanowiono zarazem, iź całeJ 



247 

to stowarzyszenie podzielone zostanie na gminy, nie liczące więcej jak 
członków dziesięciu. Kitka gmin takowych będą tworzyć obwód, kilka 
lub kilkanaście obwodtiw obejmą prowincyę, gdyż stowarzyszenie to 
powinno sięgać^ jak daleko sięga język polski i ogarnąć całą dawną 
Polskę, 

Działanie stowarzyszenia , jakkolwiek skryte, nie mogło ujść 
baczności władz moskiewskich, hczna policya tajna wpadła niebawem 
na jego trop i w skutku jej odkryć nastąpiło uwięzienie w r. 1822 
majora Łukasińskiego*), kt<iry, wycierpiawszy dwuletnie męki w wię- 
zieniu śledczem, skazanym został wyrokiem sądu wojcnneg^ł na utratę 
stopnia i 7 lat ciężkiego więzienia w fortecy Zamościu, z przykuciem 
do taczek, który to wyrok spełniony został na nim wobec wojska 
polskiego i moskiewskiego stojącego w Warszawie, i października 
1824. Spełnienie srogiego i hańl>iącego wyroku na mężu, który tak 
między kolegami broni, jak i między wspriłziomkami , zasłużył sobie 
na szacunek i w^spókzucie, zmiiast przera/enia og^łlu, na jakie racho- 
wał rząd moskiewski, wzbudziło w nim przeciwnie oburzenie i tem 
więlcszą potrzebę przygotowania środków do pozbycia się wrogiego 
rządu. Stowarzyszenia więc tajtie polityczne szerzyły się we wszystkich 
prawie warstwach społeczeństwa, a chociaż liczna i nader czynna 
połicya co chwila nowemi ofiarami zapełniała więzienia śledcze, nie 
położyło to jevinak tamy spiskowaniu rozgałęzionemu w Polsce, na 
[Jtwie i w Zabranym kraju. 

Dzięki szlachetnej wytrwałości trzech skazanycli i wielu uwię- 
zionych członków Towarzystwa patryotycznegOj nie udało się komisyi 
śledczej, ani wykryć rzeczywistych onego celów, ani jego właściwej 
organizicyi. Działanie więc tego towarzystwa nie zostało powstrzy- 
manem, lecz przeciwnie koniitet onego centralny, do którego weszli: 
Krzyżanowski, podpólkownik wojsk polskich, książę Antoni Ja- 
błonowski, PlicłUa, sekretarz Kady stanu, Grzymała referendarz 
Raly stanu i Stanisław Sołtyk, senator-ka<ztełan» gorliwie zajął 
się rozszerzaniem działalności Towarzystwa na całym obszarze Polski i 



*) Wrax z ŁukasiiWkim uwłęztotio: Dobrogojskicgo byłego findparkownika . Dobrjyckiego 
kontrolora kasy województwa kaliskiego, Kuscuckiego asesora tr) btina I u kaliskiego, Machnickiego 
Stefa sitabu i Siredcra adwokata. Łukasiiiski , Dobrogojski i Dobraycki tostali skaiani na kary 
hai'kbi4<^e^ S2redcr, Koszucki, Macliaicki i wietu innych » uwolnieni dla braku dowodów i oddani 
pod nad 6r policyL P. A. 



248 



zawiązał stosunki z sprzysiężeaiem, ktrtre w armii moskiewskie], stojącej 
w Zabranych prowincyach polskich , utworzyło się w celu obalenia 
rządu despotycznego w Moskwie, Stosunki te nie nadwerężyły w niczem 
odrębności działania Towarzystwa patryotycznego polskiego, którego 
głównym celem było odbudowanie Polski. Sprzysiężenie moskiewskie 
dzieliło się na trzy odrębne prawie towarzystwa, to jest: północne, 
południowe i Słowian połączonych. Członkowie towarzystwa południowo- 
moskiewskiego, lękając się, aby w razie ich powstania Połacy nie 
wsparli w. księcia Konstantego, chcieli się w tym względzie porozu- 
mieć i w naradach ztąd wynikłych, Polacy przyrzekli nie dozwolić 
w, księciu działać przeciw powstaniu moskiewskiemu, członkowie zaś 
towarzystwa pcłudoiowo-moskiewskiego zobowiązali się nie kłaść tamy 
zamierzonemu odbudowaniu Polski, w dawnych jej granicach. Niespo- 
dziewana śmierć cara Aleksandra, zaszła w Taganrogu w Krymie przy 
końcu roku 1825, przyspieszyła wybuch sprzysiężenia moskiewskiego, 
które dopiero na wiosnę roku 1826; w obozie mającym się zebrać 
w okolicy Białocerkwi na Ukrainie, nastąpić mialo. Lecz to powstanie 
wojskowe w Petersburgu, wybuchłe w dniu 26 grudnia r, 1825, nie 
opierając się jak tylko na cząstce garnizonu , ani też poparte współ- 
działaniem martwej i zbydlęconej długą niewolą ludności, z łatwością 
w kilku godzinach przez nowego cara Mikołaja zgniecionem zostało. 

Komisya śledcza, ustanowiona w Petersburgu 29 grudnia do wykrycia 
doniosłości stłumionego sprzysiężenia i zbadania uwięzionych Moskali, 
dowiedziała się i o istnieniu tajnego towarzystwa politycznego w Polsce. 
Z polecenia więc cara utworzono w pierwszych dniach lutego 1826 
w Warszawie komisyę śledczą mieszaną, złażoną z Polaków i Moskali, 
do badania już uwięzionych w Polsce członków Towarzystwa patryo- 
tycznego. Do składu rzeczonej komisyi śledczej należeli: Stanisław hr, 
Zamoyski, prezes senatu, Stanisław hr. Grabowski, senator-wojewoda, 
Franciszek Grabowski, senator-wojewoda, Hauke, generał artyłeryi oraz 
minister wojny, Rautenstraoch, generał dywizyi wojska polskiego. No- 
wosilcow, tajny radca i komisarz carski, dozorujący rząd polski, Mohren- 
heim, rzeczywisty radca stanu, dyrygujący kancelaryą w. księcia, Kriwców 
generał brygady, Kolzakow, kapitan komodor z marynarki moskiewskiej. 
Wobec konstytucyi utworzenie podobnej komisyi śledczej było wy- 
brykiem samowoli carskiej, Za złe więc wzięto Stanisławowi Zamoy* 
skiemu, który jako prezes senatu, z obowiązku urzędu swojego 



249 



powinien był stać na straiy ustaw krajowych, że nie tylko nie zapro- 
testował przeciwko temu pogwałceniu konstytucyi, ale przyjmując 
urząd prezesa w nielegalnie utworzonej komisyi śledczej, przyjęciem 
tern uprawniał ją i czynił jawne wyznanie, źe według jego przeko* 
nania wola carska wyiszą jest nad konstytucyą, Z zeznań uwięzionych 
Moskali w Petersburgu, jakkolwiek komisya śledcza trafiła na ślad 
spisku w Polsce istniejącego, nie wieleby to jej było pomogło do 
wykrycia onego celów i doniosłości , ale zadanie to ułatwił jej książę 
Antoni Jabłonowski, który przerażony uwięzieniem Moskali, zapo- 
mniawszy o obowiązkach swoich względem wspulspiskowych, a myśląc 
jedynie o ocaleniu swojem i uwolnieniu się od kary, jaka mu zagra- 
żała , pospieszył do l'*etersburga ł padłszy do nóg Mikołajowi, wyznał 
wszystko, oskarżeniem innych okupując dla siebie bezkarność. Tchó- 
rzliwy i nikczemny czyn księcia Antoniego Jabłonowskiego sprawił 
powszechne oburzenie. Nastąpiły liczne uwięzienia na całym obszarze 
Polski, Zwożono zewsząd obwinionych lub podejrzanycłi , zapełniając 
więzienie dla przestępstw politycznych, urządzone w klasztorze Kar- 
melitów na Lesznie, oraz i w koszarach gwardyi wołyńskiej. Ponieważ 
samo ustanowienie komisyi śledczej wskazywało samowolne postępo- 
wanie rządu względem przestępców politycznych, ogarnęła wszystkich 
obawa, iż i sąd względem nich równic samowolnie postanowiony 
wymierzy karę jak najsurowszą. 

Ale na szczęście uwięzionych, dwaj najwięcej wpływu mający 
czynownicy carscy, książę Luberki i Nowosilcow, zawziętą ku sobie 
Lpałali nienawiścią. Ponieważ Nowosilcow był za sądem wojennym 
i ukaraniem winnych według całej surowości kodeksu wojennego, 
tern samem na przekór Now^osilcowowi książę Lubecki był za za- 
chowaniem form konstytucyjnych i poddaniem winnych pod sąd 
sejmowy, złożony z członków senatu polskiego. Gdy zdanie Nowo- 
silcowa usilnie popierał w. książę, a Mikołaj chętnie sprzeciwiał 
się w, księciu » przeto odrzucił radę Nowosilcowa i aby dokuczyć 
w, księciu, postanowieniem z dnia 19 kwietnia 1827 według opinii 
księcia Lubeckiego, nakazał senatowi, pod prezydencyą wojewody 
Piotra Bielińskiego (bo Zamoyski, jako członek komisyi śledczej, został 
wykluczony ze sądu) sądzić obwinionych. Wyrok sądu sejmowego nie 
zawiódł otuchy, jaką przyjęta była opinia publiczna, iź senatorowie polscy 
nie mogą potępić tych, których całą zbrodnią była miłość ojczyzny 

32 



250 



i chęć zjednoczenia jej rozdartych części. Oprócz jednego Krzyżanow- 
skiego, którego skazano na sześć lat więzienia, resztę obwinionych 
skazano na dwu- i trzy-letnie areszta, wszystkim jednak wliczając 
w czas kary więzienie w śledztwie, które już blisko dwa lata trwało. 
Car i w, książę, rozgniewani obrotem, jaki ta sprawa wzięła, nie 
mogąc pod sąd oddać senatorów, przynajmniej ukarali ich poli- 
tycznym aresztem, bo przez rok cały nie pozwolili żadnemu wyje- 
chać z Warszawy* Jeden tylko wojewoda generał Wincenty hrabia 
Krasiński, kióry w senacie^ wbrew opinii wszystkich swoich kołegów, 
wotowal za karą śmierci , zjednał sobie laskę cara, ale zyskał za to 
pogardę wszystkich współziomków. Car, nie zważając na wyrok sądu 
sejmowego, według którego wszyscy obwinieni powinni byli być uwol- 
nieni, kazał ich przewieść do Petersburga i tam w kazamatach warowni 
Petropawlowskiej osadzić jako zbrodniarzy. 

Cały ten przebieg sprawy członków Towarzystwa patryotycznego 
przyczynił się do rozbudzenia i spotęgowania ducha narodowego; podnie* 
cało go jeszcze tern bardziej samowolne znęcanie się nad więźniami 
bezprawnie zatrzymanymi, oraz szaleństwa w, księcia, który, wy- 
rokiem sądu sejmowego oburzony i drażniony przez cara, wpadał 
w wściekłość i wywierał ją z całą bezwzględnością na wojsku pol- 
skiem i mieszkańcach Królestwa Polskiego, zostawionych mu na pastwę. 
Wrzało więc w Polsce, a między młodzieżą w^ojskową zawiązano 
w r, 1828 sprzysiężenie, mające na celu wyswobodzenie Polski z pod 
jarzma moskiewskiego przez zbrojne powstanie. 

Tymczasem Mikołaj, korzystając ze spalenia floty tureckiej podNawa- 
rynem w r, 1827 i z wyrżnięcia janczarów przez sułtana Mahmuda, wypo- 
wiedział w^ojnę Turcy i, pozbawionej floty i wojska* Lecz owa oslaw^iona 
potęga moskiewska w kampanii 1828 r, nie tylko nad ową bezsilną Tur- 
cyą nie odniosła żadnych korzyści, ale przeciwnie, poniósłszy dotkliwe 
straty w ludziach, bo półki chorobami i orężem Turków zdziesiątkowane 
zostały, straciła i całą artyleryę oblężniczą pod Sylistryą, której 
w nagłym odwrocie uprow^adzić nie zdołała. Niefortunna kampania 
turecka wpłynęła na zmianę postępowania cara względem nas; rozpo- 
czynając z wiosną 1829 r. nową przeciw Turcyi kampanię, car obja- 
wił chęć koronowania się królem polskim i rzeczywiście w maju 
przybył do Warszawy z żoną i synem Aleksandrem, uwolniwszy 
politycznych więźniów polskich, trzymanych bezprawnie w warowni 



251 

Petropawlowskiej. W ciągu całego pobytu swego starał się popu- 
larnością ująć ludność i zatrzeć przykre wrażenia, obudzone w niej 
dotychczasowem postępowaniem rządu i szalonymi wybrykami brata 
swego w. księcia. W drodze do Warszawy syn jego Aleksander, 
bratał się niemal z studentami , którzy go w miastach, gdzie były 
szkoły gimnazyalne, witali. Wszędzie rozmawiał po polsku, a nawet 
ojciec, przedstawiając go posłom zebranym na audyencyę oświadczył, 
iż stara się dać mu takie wychowanie, aby jako przyszły król Polski 
odpowiedział oczekiwaniom Polaków. 

To nagle przymilenie się cara Polakom^ uroczyste obrzędy przedko- 
ronacyjne, w skutku których heroldowie, w strojach rycerskich jeżdżąc na 
koniach, okrytych wspaniałemi dekami, w orły polskie srebrne haftowa- 
nemi, ogłaszali po placach w Warszawie, i'/ Mikołaj Iszy koro- 
nować się będzie na króla polskiego, a podając to do wiadomości 
publicznej wzywali, aby ci, którzy mają coś przeciwko temu, wystą- 
pili do rozprawy z nimi; — a nadewszystko sam akt koronacyi, w któ- 
rym car schizmatyk, samowladca Moskwy, korzył się przed prymasem 
Królestwa Polskiego, czcigodnym Woroniczem, w7konywal przysięgę 
na konstytucyą, słuchał jego nauki, nim na swe skronie włożył pol* 
ską koronę, to wszystko było zagadką dla wielu niewytlómaczoną. 

Do nie mogących sobie te) nagłej zmiany wytlómaczyć należałem i ja 
także. Wytłómaczył nii ją generał jazdy Rożniecki, naczelnik żandar- 
meryi i tajnej policyi, człowiek znakomitych zdolności, rozległej wie- 
dzy, ale na nieszczęście swoje i kraju — podłego charakteru. 

Miotany niepohamowaną żądzą robienia majątku , a przytcm marno- 
trawnik, w zaprzedaniu się rządowi moskiewskiemu widział jedyny środek 
zadowolnienia tych żądz swoich. Przy swoich zdolnościach i podłości, 
łatwo sobie zjednał zupełne zaufanie w. księcia i względy cara. Jako 
słuSŁalec moskiewski i powiernik jako też ślepy wykonawca woli w. księ- 
cia był przedmiotem nienawiści i pogardy własnych wspóJziomkciw, 
U tego człowieka miałem dług, z powodu kupna dóbr przez 
niego, na których wierzytelność moja była hipoteko waną; ztąd też 
i moja z nim znajomość. Do wszystkich wad łączył i tę, iż był naj- 
nierzetelniejszym dłużnikiem i trudno było od niego coś wykolataćj 
wszelako o tyle był lepszym od generała Wincentego Krasińskiego, 
iż ten nie tylko nie płacił, ale i bił swoich wierzycieli; Rożniecki przy- 
najmniej był dla swoich grzecznym. Ja zaś szczególnych od niego 



262 



doznawałem względów, które mi sam tern tłómaczył, iz obowiązanym 
jest do wdzięczności dla mojej rodziny, bo wuj mój Piotr Borzęcki, 
będąc z nim razem w korpusie kadetów, wiele mu świadczył, pierw^szy 
zaś mąź mojej matki , polkownik Dembowski, wyjednał mu stopień 
porucznika w kawaleryi narodowej Wiedząc, jak jest zohydzonym 
w opinii publicznej, może chciał się choć w opinii mojej rehabilitować 
i przy nader uprzejmem obejściu się ze mną, nieraz prowadził roz* 
mowę w ten sposób, aby mnie przekonać, iż on jest w duszy dobrym 
Polakiem i że jedynie dlatego się podjął naczelnictwa tajnej policyi, 
aby to się nie dostało w ręce jakiego Moskala, któryby z całą bez- 
względnością prześladował obywateli, a on stara się ich ile możności 
osłaniać i trzymać w karbach podrzędnych agentów. Tak w rozmo- 
wach sam na sam ze mną, jak też gdy mu się jaka nadarzyła spo- 
sobność, starał się okazać, iż on nie jest tak złym, jak się zdaje i że 
w duszy brzydzi się agentami policyi. Raz, gdym był u niego, zamel- 
dowano Dulfusa, pułkownika żandarmeryi, Różańskiego, kapitana żan- 
darmeryi i Haakiewicza; referendarza stanu ; chciałem odejść, zatrzymał 
mnie, a gdy ci weszli , a ja w przeciwległej stronie dużego salonu 
stałem obok Rożnieckiego, ten mi szepnął: „Patrz — łotry weszły, 
„tylko księdza i kata brak; bywaj zdrów, nie masz tu między nami 
„co robić". 

Otóż korzystając z tej dobrej komitywy z Roźnieckim» poszedłem 
do niego i zapytałem się go, zkąd tak nagła łaska dla nas cesarza 
i ta uroczysta koronacya? — ^Z kampanii tureckiej"* — odpowiedział mi — 
„Moskale nie mają dow^ódców, sam cesarz nie posiada także żadnych 
„talentów wojennych, a zachciało mu się dowodzić w pierw^szej kam- 
jjpanii; rezultat był taki, że wojsko i artyleryę stracili, ale to wszystko 
„byłoby cesarza nie zrobiło dla nas łaskawszym^ gdyby nie Metternich**. — 
„A czyż Metternich wstawiał się za nami?"* — „Ani mu to w myśli 
„było, ale mu szło o w^łasny interes. Trzeba ci wiedzieć" — mówił dalej 
Różniecki — „że cesarz Aleksander od r. l8l3» a właściwie od bitwy 
„pod Baiitzen, po której Austryacy złączyli się z Moskalami i Prusakami 
„przeciw Napoleonowi, płacił rocznie Metternichowi 6000 dukatów 
„złotem. Pensyę tę pobierał regularnie ze skarbu rosyjskiego aż do 
„śmierci cesarza Aleksandra. Ale od roku 1825 cesarzowi Mikołajowi 
„nie zdawało się potrzebnem opłacać dalej Metteroicha, Ten^ nie odbie- 
„ rając pensyi czas dłuższy, w liście wprost zaadresowanym do cesarza 



253 



I 



I 



I 



I 



I 



„przypomniał się o nią Cesarz MikoJaj zwrócił mu list przez swego 
^ambasadora w Wiedniu^ z oświadczeniem, iż prośby od osób pry- 
„walnych powinny mu być przesłane za pośrednictwem ambasadora, 
j^ale nie wprost. Melternich połknął pigułkę, ale czekał ok^zyi, w ktu- 
^rejby się mógł za nią odpłacić. Nieszczęśliwa kampania przeciw 
^Turcyi nastręczyła mu do tego sposobność. Postawił więc korpus 
„obserwacyjny znaczny na granicy tureckiej i zawiadomił Karola X, iż 
„teraz nadeszła najstosowniejsza pora ukrócenia przewagi rosyjskiej, a 
„nawet i odbudowania Polski; że rząd austryacki chce korzystać z tej 
„sposobności i wesprze swoją potęgą Turcyę przeciw Rosyi, byleby rząd 
„francuski zacłiował się neutralnie. Ale Karol X, który był wielbicie- 
;,lem Mikołaja, oświadczył, iz nie tylko nie zostanie neutralnym, ale 
„w razie działania zaczepnego Austryi przeciw Rosyi on wkroczy do 
,, Włoch. Metternich, z obawy zajęcia Włoch przez Francuzów, musiał 
„zaniechać swego zamiaru. Cesarz Mikołaj, zawiadomiony przez Karola X. 
^o propozycyi Metternicha, jakkolwiek kazał mu wypłacić zaległą pensyę 
„wraz z bieżącą, bo się domyślił, źe o to szło ministrowi głównie, 
^pWSzelakoj chcąc się na wszelki zabezpieczyć przypadek, uznał za po- 
„trzebne ująć sobie nas i dla tego koronował się jako król Polski." 

Koronacya Mikołaja i przymilania się jego w czasie pobytu 
w Warszawie nie wzbudziły ufności, ani przytłumiły niechęci, rozbu- 
dzonych samowolnem postępowaniem rządu i gwałtami w. księcia* Do- 
kuczliwość tej dyktatury brata carskiego nigdzie się tak dotkliwie czuć 
nie dawała, jak w Warszawie, gdzie ludność stolicy narażoną ciągle 
była na wyskoki dzikiej fantazyi carewicza i nadużycia policyi i mu- 
nicypalności, którym protekcya w* księcia zupełną zapewniała bezkarność. 
Przy rozbudzonem uczuciu godności narodowej ucisk, dotąd znoszony 
cierpliwie, coraz nieznośniejszym się stawał. Każde nadużycie w, księcia 
i władz, które osłonione jego wszechwładną prutekcyą. z coraz bez- 
względniejszą postępowały samowolą, rozdmuchiwało ukryty żar, który 
przy nadarzonej sposobności mógł się zamienić w niczem nie wstrzy- 
maną pożogę. A nie zbywało na tych nadużyciach, mianowicie w sa- 
mej Warszawie. Municypalność warszawska, której wiceprezydent Lu- 
bowidzki był naczelnikiem policyi, zmieniła się pod kierunkiem tego 
ulubieńca w. księcia w dyktaturę, rozrządzającą dowolnie wolnością i 
majątkiem obywateli stolicy. Zdzierstwa, przybrane w różne pozory 
i kradzież grosza publicznego, były tam na porządku dziennym. Nikt 




254 



nie śmiał protestować, bo wiceprezydenr, jako naczelnik policyi, wnet 
uprzątnął zuchwalca, jako politycznego przestępcę. Ale ta nieograni- 
czona potulność obywateli względem władzy od czasu sądu sejmowego 
zaczęła ustępować oburzeniu na tyloletni ucisk, który był tern dotkli- 
wszym, iż był wykonywanym wbrew prawom obowiązującym. 

Obłuda ze strony w^ladzy podwaja dokuczliwość jej nadużyć. Obol 
konstytiicyi wyuzdana samowola, nie tylko carewicza, ale i wyrzutków spo- 
łeczeństwa, którycb on swojem zaufaniem obdarzał, oburzała każdego 
uczciwego człowieka. Władza, zaś tyloletnią rozzuchwalona bezkarnością, 
coraz zuchwalszą i bezwzględniejszą stawała się w swych nadużyciach. 

Na prowincyi prezesowie komi^yj wojewódzkich i komisarze obwo- 
dowi, w bliższych zostając z obywatelstwem stosunkach^ mniej też samo- 
wolnie zachowywali się względem właścicieli ziemskich, poprzestając na 
bezwzględnem postępowaniu z miastami, w których posady burmistrzów 
były zwykle synekurami dla ekswojskowych, wyzyskujących dowolnie 
potulnych mieszczan i dzielących się zyskiem z obwodowymi adjunktami, 
pod których bezpośrednim nadzorem zostawali burmistrze. W municy- 
palności zaś warszawskiej policya, zamiast zajmować się jedynie bezpie- 
czeństwem osób i majątków i stanowić część słu/by miejskiej, czuwa- 
jącej nad dobrem mieszkańców i porządkiem w mieście, zmieniła się 
w władzę śledczą i prześladowczą, nie odpowiadającą za swe czynności 
nikomu, bo zostając pod bezpośrednimi rozkazami carewicza i jemu za 
narzędzie prześladowania służąc, zapewnioną miała sobie bezkarność. 
Ten stosunek potworny władzy policyjnej nadal jej zupełną przewagę 
w municypalnoścł w^arszawskiej. 

Prezydent i naczelnicy innych oddziałów służby municypalnej, za- 
miast stawić opór nadużyciom policyi i narazić się carewiczowi, woleli 
iść ręka w rękę z wiceprezydentem , to jest z wszechwładnym na- 
czelnikiem policyi i z generałem Rożnieckim, naczelnikiem tajnej policyi 
i żandarmeryi, bo to wspólniclw^o zaręczało im bezkarnośr za wszystkie 
nadużycia, a mianowicie za wszystkie zyski nieprawne, którymi ze 
szkodą miasta swobodnie zbogacać się mogli. 

Rożniecki był najzręczniejszym w wynajdowaniu środków, którymi 
pod pozorem porządku mógł swoją i swoich wspólników napełnić 
kieszeń. Doszedłszy, że w Warszawie znajduje się 20,000 służących, 
urządził w magistracie biuro służących, którego zadaniem było 
utrzymywać kontrolę służących i mieć nadzór nad nimi. Kto potrze- 



iowal służącego, mógł go jedynie za pośrednictwem biura służących 
otrzymać, które zarazem sądzito i rozstrzygało stanowczo wszelkie 
mogące wyniknąć spory między służącymi a ich sluźbodawcami. 
W skutek utworzenia biura nakazano wszystkim służącym kupić 
sobie książeczkę, bez której żaden służby otrzymać nie mógł. Za ksią- 
żeczkę tę służący każdy musiał dwa złote, a pan ze swojej strony także 
dwa złote zapłacić; opłata ta za każdą zmianą służby ponawiała się; 
miała ona być hamulcem dla służących, aby niezbyt często i lekko- 
myślnie zmieniali miejsca. Rzeczywiście porządek między służącymi 
został zaprowadzonym , ale i to niemniej było rzeczy wistem , że pie- 
niądze, które przy zaprowadzeniu biura służących panowie i służący 
zapłacili, a które wynosiły okrągłą sumę 80,000 złp., przeszły do 
kieszeni Rożnieckiego, Lubowidzkicgo wiceprezydenta, Wojdy prezy- 
denta i innych dygnitarzy municypalności* 

Nierównie większe zyski z pokrzywdzeniem obywateli miasla przy- 
nosiło kwaterunkowe. Pomimo licznych i wspaniałych koszar, w któ- 
rych cały garnizon tak polski , jak moskiewski, wygodne znajdował 
pomieszczenie, miasto opłacało nader wysoką kontrybucyę kwate- 
runkową* Opłacali ją nie tylko właściciele domów, ale wszyscy prze- 
mysłowcy i nie było przekupki, któraby przynajmniej 10 złotych 
rocznie nie płaciła. 

Naczelnikiem biura kwaterunkowego był niejaki Czarnecki. Czło- 
wiek ten przebiegły, służąc za chłopca u jednego z znaczniejszych 
obywateli warszawskich, wyuczywszy się czytać i pisać, jeszcze za 
czasów Księstwa Warszawskiego przez wpływy swego chlebodawcy, 
wśrubował się do magistratu. Gdy w ow^ych czasach wszystka prawie 
młodzież garnęła się do służby wojskowej, wielki brak byl ludzi mło- 
dych, chcących służyć w zawodzie cywilnym; każdy, który wstępow^ał 
do służby cywilnej, był bardzo pożądanym i |>rzy jakiej takiej pilności 
i zdolności z łatwością mógł się dosłużyć wyższego stopnia. Czarnecki, 
sprytny z natury, potrafił sobie zjednać przychylność swych przełożo- 
nych^ a mając na celu zbogacenie się, wyjednał sobie kierowniclw^o i 
zarząd biura kwaterunkowego, które mu nastręczało obszerne pole do 
nieprawych zysków, a zarazem zapewniało bezkarność, przez przypu- 
szczenie do spółki w obdzieraniu obywateli dygnitarzy, w bezpośrednich 
stosunkach zostających z carewiczem, A było się czem dzielić, bo 
kwaterunkowe wynosiło przeszło dwa miliony złotych rocznie, Czarnecki 



256 



dzieląc się % prezydentem, z wiceprezydentem, z Pożnieckim, genera* 
łeni Gendre'm, totumfackim w. księcia, z Nowosilcowem i innymi tegol 
kalibru ludźmi, stał się im potrzebnym i wsparty ich protekcyą mie- 
szał się do wszystkich czynności miejskich, przy których zarobić coś 
można było. W miarę jak mu się kradzieże udawały, rosła jego 
zarozumiałość i bezczelność w tym względzie, a ponieważ był naj- 
zręczniejszym w napędzaniu grosza i do kieszeni swych dostojnych 
protektorów, przeto stal się potęgą w ratuszu, bez którego opinii nic 
nie zalatwiatyo. 

Gdy car Mikołaj miał przybyć na koronacyą, polecono mu- 
nicy palności warszawskiej postawić drugi pływający most na WijJłe, 
naprzeciw koszar Aleksandrowskich, aby car, przybywający szosą od 
Jabłonny, nie potrzebował jechać przez Pragę do mostu, będącego na 
wprost Bednarskiej ulicy, ale żeby wprost od rogatki mógł wjazd od- 
prawić do stolicy i większą liczbą ulic dążyć do zamku królewskiego. 
Zrobienie kosztorysu mostu mającego być postawionym połecił magistrat 
budowniczemu Szycowi. 

Szyc, obywatel warszawski, jako człowiek sumienny rzetelne zrobił' 
wyrachowanie kosztów budowy mostu wraz z planem, które gdy przed- 
stawił na sesyi , na której zasiadał także Czarnecki, został przez tegoż 
zgromionym, iż nie umie kosztorysów robić. „Cóż W. Pan nam za głupi 
„plan i kosztorys przedłożyłeś** — rzekł Czarnecki, — „musisz przecie 
„wiedzieć, że przy takiej budowie powinno każdemu z nas przynajmniej; po 
„2.000 ztp. się okroić, a jeszcze i dla W. Pana zostać choć z 5.000 zip, 
„Według wyrachowania W, Pana zaledwie na wystciwienie mostu wy- 
„starczy, a o dochodzie dla nas ani mowy być nie może, plan ten więc 
„trzela przerobić stosownie do moich uwag." Szyc, wiedząc co się za 
łotrostwa w zarządzie funduszami miasta dzieją, oburzony niemi, jak 
wszyscy uczciwi ludzie, nie mógł powściągnąć gniewu swojego na tę 
bezczelną apostrofę Czarneckiego i wspólnictwo w niej obecnych pre- 
zydenta i innych członków magistratu, którzy milczeniem swojem za- 
twierdzali jawne Czarneckiego lotrostwo • — i odrzekł , iż jest budo- 
wniczym przysięgłym miasta, ale nie złodziejem i planu swego nie 
przerobi dla dogodzenia złodziejom. Czarnecki, zamiast starać się nadać 
inny obrót swym nikczemnym wyznaniom i ułagodzić poczciwego 
Szyca, rozzuchwalony dotychczasow^em powodzeniem swojem i protekcyą 
faworytów carewicza, znieważył najzelżyw^szemi słowy prawego urzę- 



257 



dnika i kazał go natychmiast uwięzić. 

Gwałt ten, dokonany na obywatelu i urzędniku, znanym z prawości 
charakteru i szanowanym powszechnie, zatrząsł Warszawą. W jednej 
prawie chwiU stu najznakomitszych obywateli miasta udało się 
w deputacyi do carewicza do Belwederu , z zażaleniem i z żąda- 
niem najprzykladniejszego ukarania Czarneckiego, który czynem tym 
przebrał miarę niegodziwości swojej i cierpliwości obywateli. Ca- 
rewicz, ktńry nienawidził wszelkie samodzielne objawy ze strony 
obywateli, tym razem jednak pomiarkował, iż trudno lekceważyć opinię, 
która po tylu latach uległego milczenia, objawia się w sposób tak 
stanowczy; przeto wysłuchawszy cierpliwie zażalenia, oświadczył, iż 
rzecz każe sprawdzić i surowo w^innego ukarze. Śledztwo rozpoczęte 
zgubnem być mogło i dla dostojników, z którymi Czarnecki zyskiem 
się dzielił, ale wyzwoliło ich od trwogi samobójstwo głównego prze- 
stępcy. Nie czekając bowiem aresztowania, Czarnecki wystrzałem 
z pistoletu uwolnił się od indagacyi. Różnic o tem samobójstwie mó- 
wiono, pozwoliło ono jednak całą winę niegodziwej administracyi miejskiej 
zwalić na nieboszczyka. Majątek jego, wynoszący około 3 milionów, 
w sumach, lokowanych po większej części w bankach zagranicznych, 
jako pochodzący z kradzieży grosza publicznego, zabrano na skarb. 

Po latach kilkunastu pierwsze energiczne wystąpienie obywateli 
przeciwko nadużyciom władzy, nie oglądających się na gniew w, księcia, 
było niezaprzeczonym dowodem, iż cierpliwość obywateli wobec nad- 
użyć, dotąd z uległością znoszonych, wyczerpniętą została* Rzeczywiście 
też duch samodzielności coraz wyraźniej we wszystkich warstwach spo- 
łeczeństwa zaczął się objawiać. Spotęgowała go jeszcze wriadomość 
nadeszła o rewolucyi lipcowej w Paryżu i wypędzeniu Fiurbonów; 
Władza zaczęła tracić urok nietykalności, który ją dotąd otaczał. 

Skutków tego usposobienia doznał najpierwszy radca stanu, pre- 
zydent miasta Wojda. Byl on, jak wszyscy dygnitarze, przyzwyczajony 
z góry traktować strony, a tern bardziej, gdy te o łaskę jaką prosiły. 
Zdarzyło się właśnie, że niejaki Janikowski, konkurując o wakującą 
posadę w municypalności, nie tylko żadnej odpowiedzi na prośbę swoją 
nie otrzymał, ale gdy przyszedł do biura prezydenta, przypomnieć swój 
interes, zgromiony przez tegoż za drzwi wyproszonym został. Oburzony 
tern niewlaściwem postępowaniem, spotkawszy prezydenta na ulicy 
Długiej, zaczął go okładać kijem* 

88 



25fi 



Takie jednak było zniechęcenie publiczności w ogóle do wszystkich 
wyższych urzędników, a szczególniej do zwierzchników municypalności 
warszawskiej, iż nikt nie stanął w obronie okładanego kijem prezy- 
denta i dopiero nadeszły pólkownik artyleryi polskiej Chorzewski, 
uwolnił go od napastnika, którego kazał aresztować nadbiegłynn na 
jego rozkaz z odwachu źołnierzoni. Strach padł na wszystkich dygni- 
tarzy; każdy prawie mniej więcej poczuwał się do tego, iź niejednego 
mógł sobie narazić; przestali więc używać przechadzki, a stali się na- 
der dla stron uprzejmymi. 

Jakiś żartobliwy akademik spotkał po wypadku z Wojda chłopa, 
sprzedającego laski; wybrawszy sobie z nich jedną, gdy zapytał o jej 
cenę a chłop zażądał 20 groszy za nią, powiedział chłopu: „Sam nie 
„wiesz, co masz; takie laski nazywają się wojdówki i każda warta 
„pięć złotych; nie chcąc cię oszukać, daję ci pięć złotych, to jest tyle, 
„co warta, a ty tylko chodź po mieście i wołaj: wojdówki na sprze- 
^daż — sztuka pięć złotych — obaczysz, że zaraz je rozkupią". Chłop, 
korzystając z objaśnienia, rzeczywiście sprzedał parę wiązek lasek po 
pięć złotych sztuka, ale gdy z trzecią wiązką zaszedł pod ratusz i tam 
zaczął wykrzykiwać „wojdówki na sprzedaż", wzięto go do kozy. je- 
dnak po zbadaniu i wyświeceniu, iż chłop bezwiednie powtarzał, za co 
mu tak hojnie płacono, wypuszczono go z aresztu *). 

Po piętnastu latach ciszy zupełnej i potulnoŚci stolicy i kraju ca- 
łego, życie, jakie zaczęła objawiać opinia publiczna, zaniepokoiło w. 
księcia i władze nawykłe do istniejącego porządku, Policya podwoiła 
swoją czynność, pogadanki o wybuchu rewolucyi coraz się rozpo- 
wszechniały, ale kiedy ona nasiąpi i kto do niej da hasło, ogół ani 
wiedział, ani się nawet domyślał. 

O spisku, zawiązanym w szkole podchorążych i pomiędzy niższej 
rangi oficerami, wiedziała tylko garstka wtajemniczonych do tego. 
Powszechność ani przypuszczała, żeby wyżsi oficerowie i dowódcy, 
którzy do wybryków w* księcia przyzwyczaili się, a do stopni swoich, 
które im ogromne zapewniały korzyści, przylgnęli duszą i ciałem, chcieli 
powstawać. Niższe zaś stopnie i żołnierze tak byli wdrożeni straszliwą 
subordynacyą do ślepego posłuszeństwa, iż nikt nie przypuszczał, aby 
. byli w stanie nie tylko sami powstać, ale w razie powstania cywilnych 



•^j Por* wyłej sir. 2, ^i^pn Mtdt 



269 



w mieście nie uderzyć na nich, gdy im rozkaz z góry będzie dany. 
Mówiono więc o rewolucyi, bo każdy żywił największą niechęć przeciw 
Moskalom i gdyby wybuchła, każdy byłby się z nią chętnie zttjLCzył; 
ale zkąd jej początkowanie wyjdzie i czy przy czujności w, księcia i 
stepem posłuszeństwie wojska możliwą będzie, dla powszechności było 
nader wątpliwem. Przy nadzwyczajnem rozgałęzieniu policyi tajnej 
zdawało się nawet, że wszelkie sprzysiężenie, zaczem dojść będzie mogło 
do siły, niezbędnie do działania potrzebnej, zostanie wyśledzonem i 
w zarodzie swoim zgniecioncm. 

Jeden z cywilnych, należących do spisku podchorążych, Nasiorowski, 
były mój kolega uniwersytecki, zwierzywszy mi się, zachęcał i mnie 
do sprzysiężenia, alem mu odpowiedział, że zginąć za kraj mój w boju 
otwartym w każdej chwili jestem gotów, ale zgnić w więzieniu, nic nie 
zrobiwszy, nie mam ochoty. 

Z tern wszystkiem wieści o mającej nastąpić rewołucyi coraz po- 
wszechniejszemi się stawały. W. książę wydał nawet rozkazy do do- 
wódców oddziałów wojskowych, które ponkta w mieście zająć mają, 
na przypadek rozrucliu. Oddziały te robiły w tym względzie próby 
nawet, aby w razie danym z wszelką precyzyą rozkaz wypełnić. Sam 
w, książę niespokojny jeździł po nocach^ aby się przekonać, czy po- 
licya i patrole pełnią swoją powinność. 

Ponieważ więc wszyscy się rewołucyi spodziewali, a rewolucya się 
nie zjawiała, wiara w jej wybuch zaczęła słabnąć powoli. l'en, co miał 
największą przyczynę jej się obawiać, to jest w. książę, znudzony 
długiem jej oczekiwaniem i donosami o niej policyi , nie opartymi na 
żadnych dowodach, pierwszy zwątpił o jej możliwości, gniewał się na 
policyę i szydził z jej głupoty i urojonych strachów. Tymczasem po- 
licya nie przestawała myszkować; przybył jej w pomoc l^etrykowski, 
major z 8 półku piechoty, który, wziąwszy dymisyę, polecony wice- 
prezydentowi Lubowidzkiemu przez Skrzyneckiego, dowódcę pólku 8, 
znanego z swej ślepej i bezwzględnej przychylności dla rządu, osiadł 
w Warszawie i udając rolę prześladowanego patryoty, zawiązał stosunki 
z młodzieżą. W skutku jego denuncyacyi zaczęły się aresztowania; 
powieziono wiele młodzieży, na ognisko sprzysiężenia nie trafiono 
jeszcze , ale mianowanie komisyi śledczej, pod przewodnictwem Stasia 
Potockiego, generała piechoty, przekonywało, iż rząd wpadł na trop 
i że lada cłiwila może o wszystkiem się dowiedzieć. Wiadomości naj- 




260 



sprzeczniejsze krążyły po mieście i utrzymywały ludność w gorączko- 
wej niepewności. Powiadano o rozkazie zabrania wszystkich pie- 
niędzy z kasy głównej Królestwa i Banku polskiego dla przewiezienia 
ich do Petersburga; o zamierzonym wymarszu całego wojska polskiego, 
według jednych do Prus, według drugich w głąb Rosyi, a obsadzeniu 
Królestwa przez korpus wojska moskiewskiego, pod wodzą generała 
Osten-Sackena, Wśród tych niepokojących wieści w. książę usunął 
dowódcę szkoły podchorążych pieszej, zbyt łagodnego pułkownika 
Olędzkiego, a oddał szkolę pod rozkazy generała Trębickiego, suro- 
wego nader człowieka, a przy tern ślepo oddanego w. księciu, który 
całą szkołę prawie aresztował, zabroniwszy jej wszelkiej styczności 
z miastem. 

Sprzysięźeni wojskowi byli zagrożeni niewątpHwem wykryciem 
przez rząd ich działań, bo już jednego z głównych działaczy, Urbań- 
skiego, porucznika z gwardyi grenadyerów, aresztowano, a z drugim 
Wysockim, porucznikiem przydzielonym do szkoły podchorążych, 
Trębicki generał rozpoczął indagacye. Jakkolwiek więc sprzysiężenie 
bardzo nieznaczną liczbę towarzyszy miało, bo cała jego siła ograni- 
czała się na dwustu podchorążych pieszych i drugie tyle oficerów 
niższych stopni, w wojsku zjednanych dla powstania, wszelako rozpa- 
czliwe położenie, w którem się znajdowali spiskowi, a przy tern obawa, 
aby rząd^ przez zabranie pieniędzy, wyprowadzenie wojska z kraju i 
obsadzenie go wojskiem moskiewskiem, nie odebrał na długie lata 
narodowi możności wydobycia się z jarzma, spowodowała ich do 
zrobienia rozpaczliwego kroku i przyspieszenia rewolucyi, która rze- 
czywiście w dniu 2y listopada 1830 wybuchła. 

Rozpoczęła ją wieczorem dnia tego szkoła podchorążych, napadem na 
stojące w pobliżu jej koszar, koszary trzech pótków jazdy moskiewskiej, to 
jest ułanów, zwanych Konnopolcami, huzarów grodzieńskich i kirasyerów 
podolskich. W tej samej chwili kilkunastu cywilnej młodzieży i kilku 
podchorążych wpadło do Belwederu, mieszkania w. księcia, tam zabili 
generała Gendre'a, zausznika Konstantego, poranili i za zabitego zosta- 
wili Lubowidzkiego, wiceprezydenta Warszawy i naczelnika policyi, 
który właśnie z raportami byl u w. księcia — a nie znalazłszy go 
wynieśli się z Belwederu , aby się połączyć z kolegami, którzy prze- 
płoszywszy konnicę moskiewskiej gwardyi, podąiali 3o miasta, aby 
tam ruch wywołać i znaleść siły potrzebne do dokonania rozpoczętego 



261 



I 



dzieła* Pałac Belwederski, w którym mieszkał w, ksićj,że i w pobliłu 
którego była szkoła podchorążych i koszary trzech półków konnych 
gwardyi moskiewskiej, znajdował się na wschodnim ostatecznym krańcu 
miasta, przy okopach, otaczających miasto, na przeciwległym zaś za- 
chodnim krańcu miasta były koszary, w których się mieściły dwa 
półki piesze gwardyi moskiewskiej i pólk gwardyi pieszej polskiej, tak 
że prawie milową odległością oddzielony był w. książę od tych naj- 
wierniejszych sil swoich. Na całej tej przestrzeni rozciąga się miasto 
Warszawa. Podchorążowie spieszyli do miasta, aby je do powstania 
pobudzić, a tern samem połączeniu się sił moskiewskich nieprzepartą 
tamę postawić. 

Byłem właśnie tego wdeczora w hotelu Litewskim, przy ulicy 
Now^osenatorskiej, u przyjaciela mego Teodora Śląskiego, posła kie- 
leckiego i właśnie rozmawialiśmy o draźHwem położeniu publi- 
cznem , gdy przybiegł około 9lcj Ulmann , dyrektor główny górni- 
ctwa i wchodząc rzeki: „Panowie siedzicie spokojnie, a tam rewu- 
lucya". Ponieważ właściwie rewolucyi spodziewano się dopiero w marcu, 
nie chciehśmy więc wierzyć Ulmanowi, Lecz niedługo wpadł mój były 
kolega szkolny Molinari, malarz i zawolaw^szy na mnie: „Nasi się biją, 
pójdź ze mną!" — przekonał nas^ iź tu nie ma żartu. Gdyni z hotelu 
wychodził, szwajcar mnie w pól złapał, nie chcąc puścić, abym nie zgi- 
nął; wydarłem mu się, a gdym stanął na ulicy, zatrzasnął za mną 
bramę i posłyszałem trzask zamykających się wszędzie bram i w różne 
kierunki zmykającą ludność. Poniew^aż od paru lat byłem żonaty i 
miałem dwoje malutkich dzieci, Molinari mnie zaklął, abym pobiegł 
do żony uspokoić ją, gdyż rzeczy są bardzo wątpliwe; jeżeli wojsko 
nie złączy się, to powstanie upaść musi, a czy jedna ofiara mniej, czy 
więcej padnie, to sprawie nie pomoże, przeto ruszaj 'do domu. 

Tak rozmawiając, gdyśmy podeszli na plac ku ratuszow^i , on 
ścisnąwszy mnie za rękę, zaklął jeszcze raz ^ abym szedł do domu 
i pożegnał się mówiąc, że Danielowiczowską ulicą pobiegnie ku arse- 
nałowi, bo tam się rozstrzygnie, czy rewolucya górą, a natenczas 
z karabinem wziętym z arsenału przybiegnie do nas. Idąc za jego 
radą, udałem się lvu domowi. Róg Bielańskiej ulicy zastałem obsa- 
dzony przez oddział piechoty naszej. Ulica ta , z którą się łączy Wierz- 
bowa, przytykająca do Saskiego placu, leżała na najprostszej linii ko- 
munikacyjnej z Belwederu do arsenału i koszar Wołyńskiej gwardyi 



262 



pieszej moskiewskiej, a tern samem była traktem wszystkich posyłek 
od w, księcia do komend półków, które całą miasta przestrzenią od- 
dzielone były od Belwederu , mieszkania w. księcia. Właśnie gdym 
dochodził do posterunku, pędził bficer służbowy i dwóch Icozaków 
za nim; oddział piechoty naszej, po przed frontem którego przebiegał 
ten oficer z kozakami, dal ognia do nich. To mnie przekonało^ że 
oddziały wojska polskiego, które według danych od dawna rozkazów 
przez w, księcia zajmowały posterunki, spełniały tylko w części udzielone 
rozkazy, ale zamiast strzelać do powstańców^ strzelały wraz z nimi do 
wspólnych wrogów. Spostrzeżenie to serdecznie mnie ucieszyło, bo 
dawało rękojmię udania się nieco na chybił trafił rozpoczętej rewolucyi. 
Ogól i ta garść młodzieży, która zuchwale powstała przeciw 
obcej poniżającej i nieznośnej przemocy, tak była przejętą świętością 
sprawy, w której imieniu powstała , iż oceniając miarą uczucia swo- 
jego wszystkich bez wyjątku Polaków, nie pomyślała nawet o kiero- 
wnikach, o rządzie, lecz pewną była, źe gdy rozpocznie walkę z cie- 
miężącą nas Moskwą, każdy generał polski stanie chętnie na jej czele. 
Tymczasem praktyka nocy tej pokazała wprost przeciwny wypadelc. 
Zbyt dobrze się działo tym panom, aby się chciało któremu z nich 
narażać swoje tak dogodne stanowisko, dla przedsięwzięcia według 
nich niemożliwego* To też niektórzy z generałów jak Roźniecki, 
Wincenty i Izydor Krasińscy, Kurnatowski, na wieść o rozruchu wy- 
nieśli się zaraz z miasta, pod opiekę w; księcia. Drudzy czy mniej 
przezorni, czy więcej odwagi mający, chcieli osobistym swym wpły- 
wem stłumić w pierwszej chwili tę, według nich, burdę niesfornej 
młodzieży. Jak młodzież, według miary swych uczuć patryotycznych 
oceniając uczucia generałów polskich, nader przerachowala się, tak 
równie generałowie, miarą swych przekonań oceniając działanie mło- 
dzieży, fałszywy na zgubę swoją zrobili rachunek. Hauke, generał 
artyłeryi, Meciszewski, półkownik, Trębicki, generał dowódca szkoły 
podchorążych pieszej, Siemiątkowski, generał szef sztabu głównego, 
Staś Potocki, generał piechoty, Blumer, generał brygady, każdy z osobna 
w różnych punktach miasta, usiłując stłumić powstanie i z pogardą 
odrzucając wszelkie przedstawienia , prośby i błagania powstańców, 
ażeby objęli nad nimi dowództwo — zostali w końcu jako zdrajcy i od- 
stępcy sprawy narodowej zabici. Jeden tylko generał brygady Nowicki, 
Bogu duszę winien, zginął wbrew nawet woli tych, co go zabili. 



263 



Jadąc karetą, trafił na oddział, który zapytał: „Kto jedzie?" ^ — odpowie- 
dziano niezro7Ai miale z karety, a że byl nienawidzony od wszystkich 
moskiewski generał Lewicki, komendant miasta, sądzono, że to Le- 
wicki jedzie; zawołano: „Wysiadaj!*' — a gdy Nowicki, siedzący w ka- 
recie, czy nie usłyszał, czy nie usłucliał wezwania, utwierd/Jlo to 
powstańców w wniemaniu, \z Moska! siedzi w karecie, dali więc 
ognia i zamiast Lewickiego, z wietkiem s wojem zdziwieniem i żalem, 
zabili Nowicl<iego. 

Oprócz młodzieży, czeladzi rzemieślniczej i najbiedniejszych 
z Nadwiśla mieszkańców, nikt się tej pierwszej nocy nie wychylił 
na ułicę. Lud prosty tylko, nie obliczający możliwych strat, łecz 
kierujący się popędem uczucia, przystał czynnie do rewolucyi i 
do tej garici podchorążych, która tern samem, co lud, uauciem kieru- 
jąc się, pewna ł>yla, iż dawszy hasło do powstania^ całe miasto usłucha 
go i stanie, jak jeden mąż. Wszystko jednak możniejsze siedziało 
w domach zatarasowanych tej nocy pamiętnej, oczekując z bolesną 
niespokojnością dalszych następstw rozpoczętej rewolucyi. Oprócz tych 
kilku generałów, którzy padli trupem, nikt z Polaków jej szerzeniu się nie 
przeszkadzał, Lud z pomocą wojska zajął arsenał i rozebrał znajdującą się 
w nim broń. Pow^stanie wzrastało w silę, ale ta siła nie miała żadnej 
spójni, żadnego wytkniętego kierunku; wałęsało się po nocy wojsko 
i lud uzbrojony, bez pewnego cełu, skupiając się to tu, to owdzie, 
w miarę tego jak zasłyszeli, że ztąd lub z owad Moskale idą. Tym- 
czasem Moskale z miejsc, gdzie stali, ani się ruszali, tylko patrole 
półku polskiego gwardyi strzelców konnych uganiały po ulicach i biły 
się z własnymi braćmi, dla ocalenia lioaoru w^ojskowego, który według 
ich wyobrażenia więcej ważył , jak obowiązki względem ojczyzny. 
Pólk ten złożony byl z doborowych ludzi, a mianowicie oficerowie onego 
uiywałi przed nocą 29 listopada opinii najlepszej. Zdawało się powsze- 
chnie, że w razie danym najniezawodniej powstanie liczyć może na 
nich; tymczasem, gdy nadeszła chwila stanowcza, pólk ten zawiódł 
najhaniebniej te oczekiwania i z oajzajadliwszą zaciętością walczył 
w pierwszych chwilach z powstaniem, a w następnej wojnie 2 Moskwą 
najmniej okazał dzietności* 

Podobnego zawodu doznała opinia i od pojedynczych ludzi, któ- 
rych uważała przed pow^slaniem za najszlachetniejszych patryotów, 
gotowych służyć z calem poświęceniem sprawie ojczystej, przy pierwszej 



264 



nadarzaj c-jcej się sposobności. Fałszywe to wyobrażenie pochodziło 
najprzód ztąd, iż ci ludzie w młodości swojej rzeczywiście gorliwie 
służyli sprawie ojczystej, a pod despotycznym rządem w. księcia 
zachowali niezawisłość swoją. I\tokolwie!v więc z zajmujących wyższe 
stanowisko w narodzie nie spodlił się całkiem^ nie dal się zdeptać i nie 
chciał służyć za narzędzie ucisku i dzikiej fantazyi w. księcia, ten już 
zyskiwał opinię wielkiego patryoty i przypisywano mu przekonania, 
o których mu się nawet nie śniło. 

W, książę na paradach » odbywanych na Saskim placu, kazał ge- 
nerałom dywizyi maszerować na skrzydle plutonu i wyciągać raźno 
nogi z żołnierzami, wraz z nimi na rozkaz w, księcia w jednej 
chwili z marszu paradowego lecieć biegiem i znów na jego komendę 
z biegu w jednej chwili powrócić do kroku paradowego, bez skrzy- 
wienia się na włos frontu plutonu. Hecy tej poddawali się nie tylko 
generałowie dywizyi, ale nawet i generałowie korpuśni; nieraz wi- 
dziano starego i brzuchatego generała artyleryi Sierakowskiego, jak 
zasapany uganiał po Saskim placu z żołnierzami^ którym nie mógł 
nastarczyć, a z czego w. księże niezmiernie się cieszył. Temu więc 
ubliżającemu ćwiczeniu nie cłicąc się poddać, generał Chłopickij prze- 
mówił się z w. księciem i podał się do dymisyi. Cesarz Aleksander 
dymisyi nie przyjął , Chtopicki w^ięc w czynnej służbie pozostał, 
wszelako służby nie pełnił. Patrzano na to przez szpary, bo rząd 
carski nic chciał zniechęcać sobie generała, o którego zdolnościach 
wojskowych miał wysokie wyobrażenie i pozwalał mu bezkarnie dąsać 
się niby. Chłopickij przychodząc czasem na płac Saski w czasie parady 
w długim szarym surducie cywilnym, zyskiwał sobie niesłychaną po- 
pularność, nie domyślając się nawet tego. Ogół, z pozoru sądząc i 
w bujny ustrój swojej wyobraźni przybierając ulubierka swego, wy- 
obrażał sobie w Chlopickim męża, pałającego nienawiścią ku Moskwie, 
przemyśliwającego tylko, jakby jej jarzmo złamać i całą Polskę z pod 
niego wyswobodzić. Tymczasem ów przyszły zbawca ojczyzny by I 
sobie dobrym żołnierzem, ale zresztą najpospolitszym człowiekiem. 
Ani mu to w głowie postało, aby on miał się zrywać przeciw carowi, 
który był królem Polski, któremu on przysięgę na wierność wyko- 
nał i o którego potędze zresztą tak miał przesadne wyobrażenie, że 
uważał za czystą waryacyą marzyć o jej złamaniu. Nie dał on sobie 
po nosie jeździć \\\ księciu , bo to obrażało dumę Napoleońslciego 



2f>5 

żołnierza, ktory nie na Saskim placu stopnic swoje zdobył, jak sani 
mawiał; ale właśnie, ie był Napoleońskim żołnierzem, ślepe posłu- 
szeństwo i bezwzględna cześć dla głowy koronowanej, stało się dla 
niego drugą naturą. Oprócz nabytej praktyką wiedzy wojskowej i 
wrodzonych zdolności, Cłiłopicki nigdy nic nie czytał, był gwałtownym, 
gburowatym , dni całe trawił na gratiiu w karty i rozmowie z pró- 
żniakami i utracyuszami, dla których był wyrocznią. Publiczność jednak, 
nie wiedząc o tych ujemnych stronach Chłopickiego, uważała go jako 
jedynego przyszłego zbawcę Polski. 

Podobnie przesadnej stosunkowo opinii używało wielu ludzi, ze 
wszech miar zacnych, którzy rzeczywiście w młodym wieku byli gorącymi 
patryotami i znakomite oddali ojczyźnie usługi, Icez przy schyłku wieku, 
spoczywając wygodnie na poprzednio zdobytych laurach, ograniczali się 
na krytykowaniu rządu, wyśmiewaniu cichaczem dziwactw w. księcia, ale 
myśleć o zwaleniu istniejącej władzy było w ich przekonaniu szaleństwem, 
nie mającem najmniejszego prawdopodobieństwa udania się, a z pewno- 
ścią pogrążającem kraj w odmęt nieszczęść, których zgubnych na- 
stępstw obliczyć nawet trudno było. Zresztą zgodzili się z losem 
Polski i przyzwyczaili się do tego stanu rzeczy, który rzeczywiście 
nader był dla nich wygodnym. Rząd nie urażał się ich nieszkodliwą 
i zupełnie niewinną względem niego opozycyą. Przez nią utrzymywali 
w całej świeżości urok swych dawnych zasług, byli niejako boży- 
szczami opinii publicznej uważającej ich za przewodników i zbawców 
niezawodnych narodu , gdy przyjdzie chwila wydobycia się z pod 
przemocy moskiewskiej. W części więc z przekonania, że walka na- 
sza z Moskwą, z powodu zbyt wielkiej nierówności sil, jest niemożliwą, 
w części zaś z obawy narażenia na niepewność zbyt dogodnego i powa* 
żanego stanowiska, które zajmowali w istniejącym rzeczy porządku, 
przeciwnymi byli wszelkiej gwałtownej onego zmianie. Z tego też 
powodu ruch, rozpoczęty przez podchorążych, a poparty przez naj- 
niższe warstwy, tak wojska, jak i mieszkańców stohcy, uważali za 
największe dla kraju nieszczęście, które przypłacą głowami zapaleńcy, 
a kraj utratą swobód, dotąd mu przyznawanych. Żaden więc z owych 
mężów, uważanych przez opinię publiczną za przyszłych przewodników 
narodu w walce jego z Moskwą, w chwili, gdy ta walka właśnie 
się rozpoczęła, nie wychylił się na ulicę i nie mieszał się do rzeczy, 
którą za niedorzeczną uważał. Powstanie więc bez głowy, bez kierunku 

01 



26fi 



caHnego, pozostawione było na los szczęścia i na laskę w. księcići, przez 
tych wszystkicli, na kt<)rych patryotyzni i gotowość do działania liczyło. 

We wszystkich naszych zapaskach z wrogiem zwykle ludzie 
tak zwani przezorni, twierdząc, iź nie damy rady wrogowi, bośmy 
zasłabi, nie tylko sami nie wspierają powstania, ale działają, o ile 
w^ ich mocy, aby i te^ według ich przekonania, zbyt wątłe siły, czem- 
prędzej zniweczyć ; występne też to zaślepienie ułatwia zawsze wrogowi 
przewagę nad nami. Po upadku po wystania przezorni jeszcze z try- 
umfującą miną mówią: ,^A nie przepowiadaUśmy tego''. Nie baczą na 
to, że właśnie ich krótkowidząca przezorność, parahżując siły powsta- 
nia, byJa główną i jedyną przyczyną jego upadku; boć jeżeli dwóch 
walczy, a trzeci,, który winien był słabszemu w tej walce pomagać, 
podrywa mu jeszcze nogi, mówiąc: nie dasz mu rady — zapewne, te 
słabszy ulodz musi. Ale gdyby był ten trzeci, zamiast słabszemu nogi 
podrywać, odważył się poderwać je mocniejszemu , niezawodnie mo- 
cniejszy runąćby musiał. A przezorni wolą zawsze słabszemu nogi 
podrywać, aby w^alka, która ich niepokoi, jak najprędzej się skoń- 
czyła i aby mocniejszy poczytał im za zasługę , że o ile mogli, starali 
się przyczynić do jej skrócenia. 

W nocy z 29 na 30 listopada przezorni, usuwając się od czyn* 
ncgo uczestnictwa w rozpoczętym ruchu i zostawiając go bez prze- 
wodnictwa wobec zorganizowanego wroga, tern samem w walce, którą 
powstanie rozpoczęło, ułatwiali pośrednio w^ księciu pokonanie onego* 
Lecz na szczęście powstania w. książę, jak się to często tyranom 
wydarza, nie miał odwagi, w niebezpieczeństwie więc stracił przy- 
tomność, a będąc otoczony podobnymi sobie ludźmi, myśląc tylko o oso- 
bistcm ocaleniu, nie chciał się narażać na wypadek niepewny walki 
z powstaniem warszawskiem , którego potęga w wyobraźni jego, ogar- 
niętej trwogą, do olbrzymich urosła rozmiarów. Pomimo więc, iż lu- 
dzie energiczniejsi z jego otoczenia ra^lzili mu i przedstawiali możność 
stłumienia ruchu, w^ którym nikt z poważniejszych osób nie brał 
udziału, w. książę nie dał się nakłonić do walki z powstaniem. Rzeczą 
jest Jednak nie ulegającą w\ątpliwości , iż przy energicznem działaniu 
ze strony w, księcia powstanie w zarodzie swoim mogło być stłu* 
mionem, bo mu zbyw^alo na najważniejszym warunku, to jest na 
władzy, któraby siły powstania zespolić i w pewnym obmyślanym 
kierunku działanie onych skierować mogła. Paręset podchorążych 



267 



2 piechoty i kilkunastu młodzieży cywilnej dało hasło do powstania, 
które załoga i ludność całej stolicy miały wesprzeć, a znakomici woj- 
skowi i cywilni patryoci kierować niem* Oprócz gwardyi załoga skła- 
dała się z 24 kompanii wyborczych piechoty polskiej, z pólku 4 liniowej 
piechoty, batalionu saperów i batalionu weteranów czynnych, Gwardya, 
składająca się z dwóch pólków pieszych moskiewskich, jednego pólku 
polskiego grenadyeróWj z trzech pólków jazdy gwardyi, moskiewskich 
ułanów, huzarów i kirasyerów i jednego pólku polskiego strzelców 
konnych gwardyi, w pierwszej chwili wybuchu powstania stanęła pod 
rozkazami w. księcia, gotowa do walki z powstaniem. Z dwudziestu 
czterech kompanij wyborczych piechoty polskiej, sześć mimow^olnie 
zaprowadzone zostały pod rozkazy w. księcia; to samo stało się ze 
szkolą podchorążych konnicy, tudzież z czterma działami polskiemi. 
Wprawdzie pozostałe w mieście ośmnaścle kompanij wyborczych pie- 
choty polskiej, pólk czwarty liniowy i batalion saperów sprzyjały 
powstaniu, a po wzięciu około północy arsenału, mogły być poparte 
przez lud uzbrojony i stanowić dosyć pow^aźną do odporu silę, gdyby 
tą silą ktoś kierował. Ale nikt nie objął dowództwa, bo sprzysię/eni 
tak rachowali na patryotyzm generałów i wyższych oficerów polskich, 
iż o najważniejszych czynnikach powstania, to -jest o wodzu onego 
i rządzie, nie pomyśleli. Silą więc powstania, z braku właśnie do- 
wództwa i rządu, w pierwszej nocy składała się z oddziałów luźnych, 
tchnących wprawdzie najlepszym duchem, ale nie mających żadnego 
co do działania związku między sobą i kierujących się, rzec można, 
instynktem, bez żadnego planu. 

W. książę, mający pod rozkazami sw^oimi trzy półki piechoty, 
sześć kompanij wyborczych i cztery półki jazdy, a oprócz tego mając 
po sobie rząd krajowy i wszystkich wyższych oficerów wojska pol- 
skiego, miał tern samem ogromną nad powstaniem przewagę, bo jedno- 
litość dowództwa i możność skupienia sit swoich nader ułatwiała mu 
zaczepne działanie jłrzeciwko pojedynczym i rozstrzelonym oddziałom 
powstańców. Wszelako strach, a w skutku niego rodzaj jakiegoś 
obłędu, nie dozwolił w. księciu w pierwszych chwilach powstania 
korzystać z rzeczywistej swojej nad niem przewagi. Noc więc, w której 
obydwie strony przypisywały sobie mylne zamiary, noc pełna obaw 
przeszła nareszcie; powstańcy kontenci, że się utrzymali na bruku 
warszawskim i że ich w, książę przewagą swxj siły nic zgniótł, 



268 

w. książę ucieszony, że go powstanie, korzystając z nocy, nie napadło 
i nie zabrało w niewolę. Dzień pokazał , iź Moskalom ani się śniło 
atakować powstania w Warszawie i że tylko półk polski gwardyi 
strzelców konnych^ przez zbytnią gorliw^ość i przywiązanie do cara i 
swego wodza naczelnego, chciał gwałtem pokonać powstanie, nie wspie- 
rany przez resztę sil zostających pod dowództwem w. księcia. Posu- 
nął się wprawdzie aż do kolumny Zygmunta na Krakowskiem Przed- 
mieściu, strzelając, rąbiąc i płazując pojedyncze osoby; ale gdy się 
rozwidniło, parę kompanij piechoty, wiernej sprawie ojczystej, z po* 
mocą uzbrojonej gawiedzi ulicznej, wypędziło z miasta i zagnało do 
alejów ten pólk, który zapoznawszy obowiązki swoje względem 
ojczyzny, nie naglony do walki nawet przez obcą w^ladzę, której słu- 
żył, ale z własnego jakiegoś bezmyślnego i służalczego popędu, prze- 
lewając bezowocnie krew sw^oich , okrył się piętnem niezatartej hańby. 

Po wypędzeniu z miasta strzelców koonycli gwardyi, ulice Warszawy 
oczyszczone zostały z wrogów, około 1 1 godziny przed południem 30 
listopada; pomimo tego trwała niepewność, bo nikt nie wiedział, co 
dalej będzie, gdyż żadna władza nowa, której objawu i od której 
kierunku wyglądali wszyscy, nie dała znaku życia. Wreszcie pojawiła 
się odezwa, ale Rady administracyjnej, która w imieniu cara Mikołaja, 
ubolewała nad wypadkami smutnymi, które zaszły minionej nocy i 
wzywała ludność do porządku, zaręczając, źe będzie się starała o utrzy- 
manie swobód konstytucyjnych. Odezwę lę poprzylepiano po rogach 
ulic i rozrzucano po mieście. Kupa ludzi, znajdujących się na Królew- 
skiej ulicy, zażądała, abym przeczytał taką odezwę; gdym zaczął od 
stów': „Rada administracyjna "w imieniu Mikołaja 1,** żołnierz stojący przy 
mnie krzyknął na całe gardło: „Nie czytaj! a to osły! myśmy pobili jego 
„generałów, wypędzili jego brata, powstaliśmy, aby go wraz Moskalami 
„z całej Polski wygnać, a te durnie jakieś odzywają się do nas w imie- 
„niu Mikołaja L" — Wyrzekłszy to, szarpnął mi z rąk odezwę i krzyknął: 
„}3racia! zamiast głupstw słuchać, idźmy lepiej pod złote krzyże, bo tam 
„wszyscy nasi idą dla rozbrojenia tych szelmów Moskali i w^-swobodzenia 
„naszych żołnierzy, których Burłak (miano dawane w. księciu) w^ięzi*'. 
Wszystko ruszyło za żołnierzem, który prostym rozumem lepiej odgadywał, 
co należało w tej chwili robić, jak Czartoryski, Niemcewicz, Pac i Radziwiłł. 

Odezwa Rady administracyjnej, dająca znak, iż pomimo po- 
yrstania, władza dawna utrzymała się, nie wpłynęła jednak na 



269 

uspokojenie większej części mieszkańców, którzy wiedząc, iż w. książę 
stoi na czele znacznych sił, a powstanie w mieście pozostaje bez 
żadnego dowództwa » lękali się napadu na miasto, walki w niem i 
następstw jej, zawsze okropnych dla mieszkańców. Miasto więc, 
pomimo odezwy Rady administracyjnej czuło się bez opieki; po- 
zamykane sklepy dobitnie wskazywały trapiącą mieszkańców nie* 
pewność. 

Kupy uzbrojonych łudzi, snujących się po mieście, oddziały wojska, 
które na znak przystąpienia ich do powstania pozrzucały pióropusze, 
kity olbrzymie z włosów końskich, lub wyrabiane z włóczki, zdo- 
biące ich kaszkiety lub kapelusze stosowane, wszystko to nadawało 
postać wojenną miastu, ale nie zmniejszało niepokoju wynikającego 
z niepewności, w jakiej wszyscy pozostawali, nie wiedząc ani co w. 
książę zamyśla, ani co Rada administracyjna zrobić zamierza. Bo cho- 
ciaż faktycznie zrobiono powstanie, ale o władzy powstańczej, któraby 
otwarcie swój cel wypowiedziała i do ostatecznego pokonania grożą- 
cego miastu wroga poczyniła kroki, nikt w mieście nie wiedział* 

Nie było nadużyć, zwykle wywiąziijących się przy podobnych 
wstrząśnieniach , bo poczciwy lud warszawski uzbroił się rzeczywiście 
w celu walki z wrogami j ale nie w zamiarze popełniania gwałtów. 
Wszelako obawa, aby wśród tylu lodzi uzbrojonych nie znaleźli się i 
tacy, którzy korzystając z powszechnego zamieszania ^ zechcą się 
obłowić, spowodowała Radę admini!>tracyjną do mianowania prezyden- 
tem Warszawy Węgrzcckiego, staruszka popularnego, a wiceprezyden- 
tem Bolestę, byłego pułkownika i f)ółku piechoty liniowej, oraz do 
utworzenia gwardyi bezpieczeństwa, do której wezwano wszystkich 
nieco możniejszych obywateli i młodzież* Oprócz tego młodzież aka- 
demicka zawiązała się w legion, pod dowództwem profesora swego 
I^cha Szyrmy, 

Rada administracyjna, wzmocniona przez przybranie członków po- 
pularnych jak: Niemcewicza, Paca, Radziwiłła, księcia Czartoryskiego, 
Kochanowskiego kasztelana, a usunięcie znienawidzonych jak: Grabow- 
skiego, Kosseckiego, Rautenstraucha, przeniosła siedzibę swoją, za po- 
radą księcia Lubeckiego, do Banku, Noc powstania i dzień po niej 
j>rzeszedł, a nikt nie miał jeszcze jasnego przekonania, co dalej z tego 
wyniknie. Powszechność była zdecydowaną na walkę z Moskwą, dla 
wydobycia się z jej jarzma, ale od tych^ których uważano za prze- 



270 



"odników narodu, oprócz lichej odezwy, oburzającej wielu, nic na jaw 
nie wyszło , głuche tylko rozchodziły się wieści, iz rokują z w, księ- 
cieTn» obozującym za rogatką Mokotowską, ale czy go wzywają do 
poddania się, czy też błagają o przebaczenie, wiadoniem nikomu nie 
było. Niepokoiło i to wszystkich, źe bohatera, na którego wszyscy 
rachowali, który — jak wielu zaręczało — juź w nocy 29go dowodził, 
jak się potem pokazało — nikt nie widział i że go nawet przez cały 
dzień wtorkowy odszukać nie udało się. 

jak wszystko w Warszawie było niespokojnem o generała Chlo- 
pickiego, tak ja oprócz tego byłem niespokojnym o brata mego przy- 
rodniego Antoniego Dembowskiego, o któregom się także dopytać 
nie mógł. Był on odemnie starszym o lat dziewięć, a chociaż 
w wielu zdaniach różniliśmy się z sobą, wszelako, oprócz bliskiego 
pokrewieństwa, zostawaliśmy w stosunkach ścisłej przyjaźni. Wie- 
działem, iż Antoś, lubiący wygodne życie, stosunki z panami i hu- 
lankę z nimi, nie jest pochopnym do wałki z rządem, który bawić 
się, polować, nikomu nie przeszkadzał; i owszem osoby, które 
innego nie miały celu, jak te niewinne rozrywki, były najlepiej wi- 
dziane i pewne jego opieki. Ale wśród nocy powstania mógł i naj- 
obojętniejszy przypadkiem zginąć, a w dzień, gdy lud ucieszony zdobytą 
wolnością, dla okazania ochoty strzelał sobie po ulicach na wiwat 
ostrymi nabojami, można było oberwać najniewinniejszym sposobem, 
a nawet i przenieść się do wieczności — jak tego o włos sam nie do- 
świadczyłem, bo na Żabiej ulicy, wśród strzałów wiwatowych, kola 
przeszła na cał od głowy mojej i wybiła szybę w oknie, przed którem 
stałenij a w tej chwili druga utkwiła w biodrze rozmawiającego ze 
mną urzędnika z komisyi skarbu Chylińskiego. 

Raniutko 30go, pobiegłszy do mieszkania brata i dowiedziawszy się 
od służącego, iż wyszedł wczoraj popołudniu i jeszcze nie wrócił, 
obiegłem miasto, widziałem konie zabite i ludzi, których nie 
uprzątnięto jeszcze — na szczęście brata mego pomiędzy zabitymi 
nie było, alem się też od nikogo nie mógł dowiedzieć, co się z nim 
stało. Dowiadując się kilkakrotnie bez skutku, późnym wieczorem zaj- 
rzawszy do mieszkania brata zastałem go wreszcie. „A niech ci Bóg 
„nie pamięta, ileś mi niepokoju narobił! Gdzieżeś się przez ten czas 
„obracał?*^ — były pierwsze moje słowa, witając brata, który mi na 
to odpowiedział: „liylem wczoraj z generałem {ten tytuł j?ar excellence 



271 

oznaczał Chłop ickiego, z którym brat byl w dobrej koniilywie) „^^e^ 
^atrze Rozmaitości i wystaw sobie, gdy się w najlepsze bawimy^ wpada 
^jakichś dwóch zapaletków oliccrów i jeden z nich z dobytym pałaszem 
„wrzasnął na cale gardło; „Wy się bawicie, gdy Moskałę naszycłi 
j, „mordują** — możesz sobie wyobrazić, jaki się popłoch zrobił i jakie 
^wrażenie straszliwe zdziałać musiało na wszystkich tak niespodziewane 
^oświadczenie. Nie było co robić w teatrze. Ja nie odstąpiłem gene- 
„rała, ki(*ry mi rzekł, gdyśmy na ulicę wyszli: „Półgłówki zrobiły burdę, 
, którą wszyscy ciężko przypłacić mogą. Mieszać się do tego nie na- 
f^^leży, ażeł)y więc wbrew woli nie być wciągniętym w to głupstwo^ 
^ńnajbliiej mamy kwaterę półkownika Sobieskiego w minisleryum wojny, 
„„tam pójdźmy ]jrzeczekać bezpiecznie, bo to się nie długo skończy/'" 
U Sobieskiego więc siedzieliśmy cały czas. 

„Generał wydziwić się nie może niedołęstwu w. kbięcia, ze w pier- 
jiWszym momencie nie stłumił tej burdy i dał je] się rozwinąć, bo tylko 
^więcej ofiar namnoży; marzyć o walce z Rosyą, która trzema kroć 
„sto tysiącami wojska zalać nas może, gdy my ledwie pięćdziesiąt ty- 
„sięcy mieć możemy — jest pomysłem głów, łctórym piątej klepki brakuje. 
nGdy jednak powstanie, czy przez głupotę, czy przez wyrachowanie 
„w, księcia, aby więcej osób skompromitować, stłu mionem nie zostało 
„i motlochowi może zgubną chwilowo jłrzcwagę zapewnić, przeto wie- 
„czór generał udał się do Kady administracyjnej, aby ją wesprzeć i jak 
„mi mówił, z burdą skończyć i porządek przywrócić, l^ożegnaliśmy się 
„więc, on do banku, a ja przyszedłem nareszcie do domu/ 

Wysłuchawszy brata powiedziałem mu, źe mam zamiar zaciągnąć 
się do wojska, bo rzeczy tak zaszły, że tu idzie o nasze wyswobo- 
dzenie Itib zagładę, przeto każdego obowiązkiem brać czynny udział 
w walce, od której szczęśliwego rozwiązania byt nasz zależy. Zapyta- 
łem się go, co on zamyśla zrobić. „Mój kochany'*- — ^odpowiedział — „wam 
„się w głowach pali, lecicie na zgubę bezowocną; miałem czas nagadać 
„się o tern z generałem, którego zdanie, przyznasz mi, w tym względzie 
„więcej waży, jak w^asze niedoświadczone marzenia. Generał mi wyraźnie 
„powiedział, źe chcieć z trzydziestu tysiącami wojska pokonać Rosyą, 
„która w jednej chwili trzykroć sto tysięcy rzucić na nas może, a gdy* 
abyśmy, przypuściwszy, zdołali się oprzeć temu, to drugie trzykroć sto 
„tysięcy przyjdzie i zgniecie nas na miazgę w końcu — jest szaleństwem, 
„pomysłem półgłówków^ któremu każdy rozsątlny człowiek w^zelkiejiri 



272 

„siłami oprzeć się powinien. Dalej mi m(5wił generaK że złe wielkie 
„się stało, ale ocalić kraj od ostatecznej zguby moina jeszcze; pochwy- 
cę! wszy silną ręką władzę, ukróciwszy wybryki półgłówków, przywro- 
^ciwszy porządek i traktując z cesarzem, można będzie wyjednać prze- 
„baczenie dla narodu za ten wybryk niewczesny garstki szaleńców. Radzę 
^ci więc szczerze** — mów ii brat — - „abyś głupstwa nie robił, do wojska 
„się nie zaciągnął, bo wojny nie będzie, a jeżeli waryaty górę wezmą, 
„to będzie rzeź, która się w krótkim czasie skończy; ty masz żonę i 
„dzieci, o tych naprzód myśleć powinieneśj najle[>iej więc zrobisz, jak 
„zawczasu wyniesiesz się z rodziną do Krakowa,** — „A ty co zrobisz?*^ — 
zapytałem się. — „I ja podążę później do Krakowa, jeżeli generał nie 
„potrafi przywrócić porządku i przejednać cesarza," — Zdaje mi się, 
odrzekłem mu, źe niebawem do Krakowa wyjedzie, bo Chlopicki ani 
rewolucyi powstrzymać, ani cesarza przejednać nie będzie mógł i sam 
się przekona, że nie pozostaje nam nx, jak bić się z Moskalami. 

Rozmowa la z bratem nader przykre na mnie wrażenie zrobiła, 
przekonała mnie albowiem, że ów generał Chłopicki, w którym wszyscy 
upatrywali gorącego patryotę, przyszłego dowódcę powstania i zbawcę 
ojczyzny, w rzeczywistości nie był tym, za co go wszyscy mieli. 
A najważniejszą i najbardziej smutną było rzeczą, iż nie wierzył w silę 
powstania. On, żołnierz, machina wyrobiona w warsztacie Napoleońskim, 
wierzy! tylko w* wojsko regularne, wyrobione i dopasowane według 
form przyjętych — w potęgę powstańczą narodu nie wierzył. Smulny 
nader objaw, w jedynym możliwym wodzu powstania brak wszelkiej 
wiary w siłę powstania. 

Iłozczarowanie, jakicgom doznał, oświecony o rzeczy wistem uspo- 
sobieniu Chtopickiego przez brata mego» zataiłem w^ sobie, bom sądził, 
że Chlopicki przekonawszy się, iż powstania przytłumić nie podobna* 
i że walczyć trzeba, weźmie się do tego z całą dzielnością, jaką mu 
powszechnie przyznawano. Przeto uważałem za rzecz szkodliwą roz- 
gadywaniem o jego rzeczywistem zapatrywaniu się na lę całą sprawę 
psuć zaufanie do tego przyszłego i nieodzownego wodza powstania. 

Niepewność, co dalej będzie, ciężyła nad miastem; snujące się 
tłumy uzbrojonego ludu , strzelającego kiedy niekiedy na wiwat, nie 
dodawały otuchy możniejszym mieszkańcom. O zamiarach w, księcia 
nikt dotąd nie wiedział, wiedziano tylko, że ma 4 półki jazdy, 3 półki 
piechoty i do 40 dział, z któremi mógł lada chwili zaatakować miasto, 



273 

w klórcm wprawdzie była silą, ale bezładna, bez dowództwa, któreby 
w pewnym wyra:inie objawionym celu działało. 

Wprawdzie przy nieporadności i przerażeniu^ jakie ogarnęło w, 
księcia, łatw^o było go pokonać, rozbroić i wyswobodzić miasto od 
tej ciągle grożącej mu napaści, ale o tein nikt z ludzi, którzy posiadali 
zaufanie obywateli, nie myślał. Powiększała niepokój ztąd wynikający 
niepewność, jak się zachowają półki nasze, stojące na prowincyi, czy 
przystąpią do sprawy powstania, czy też, idąc za przykładem pólku 
strzelców konnych gwardyi, złączą się z w. księciem, aby przytłumić 
powstanie. Niepewność ta niepokoiła umysły, cokolwiek zastanawiające 
się i dosyć smętną nadawała postać miastu, którego wesołości nie 
mogły obudzić kupki młodzieży, na koniach przejeżdżającej po mieście, 
zatrzymującej się na placach i śpiewającej dla podniesienia ducha pa- 
tryotyczne pieśni. 

Rada administracyjna postąpiła w tym dniu o krok dalej na drodze 
rewolucyjnej, przybierając do grona swego Lelewela, Dembowskiego 
Leona, Władysława Ostrowskiego, Gustawa Małachowskiego* Ale w tej 
radzie rej wodził Lubecki, wierny carski sługa, jak się później okazało. 
Za jego wjilywcm w miejsce Bolesty mianowano wiceprezydentem 
miasta Tomasza Lubieńskiego, a dowódcą gwardyi bezpieczeństwa brata 
jego Piotra Łubieńskiego. Dla obrony mieszkańców od rabunku mo- 
żliwego, o którym się nikomu nie śniło, bo wszyscy ci, co broń chwy* 
ciii, myśleli o biciu Moskali, ale nie o napadaniu swoich, gdy Moskal 
stał nad karkiem — pozaprowadzano odwachy z straży bezpieczeństwa, 
kazano jej patrolować po mieście, Czas był przecudny — - przy pełni 
księżyca, oświecającego ulic<? miasta, widno było w nocy, jak wśród 
dnia, przymrozki ułatwiały chodzenie i biwakowanie wojsku po pla- 
cach i ulicach, na których palono ugnie dla ogrzania się. Rzeczą jest 
niewątpliwą, że stan powietrza wielki wpływ wywiera na usposobienie 
umysłów; to też ta cudna tych dni pogoda zdawała się błogosławić 
rozpoczętemu powstaniu, a jasność nocy nie dozwalała popełnić niecnego 
czynu. Zresztą taka serdeczność ogarnęła wszystkich z powodu wy- 
pędzenia Moskali, iż choć się znalazł w mnóstwie takiem niejeden i 
2ły człowiek, któryby chciał niegodziwość popełnić, przemówienie 
pierwszego lepszego człowieka, naprowadzającego tłum na drogę uczciwą, 
skutkowało natychmiast i niejeden kusiciel do złego ciężko odpoku- 
tował za swoje złe zamiary, zl>yt otwarcie objawione. 

35 



274 

Pomimo nieograniczonej wiary w dobre chęci ludzi, sloJ4cych u 
steru władzy, znaleźli się ludzie bystrzej i gruntowniej rzeczy zgłębia- 
jący, którzyj jeżeli nie o zdradę, to przynajmniej o nadzwyczajną nie- 
udolność, zaczęli obwiniać całą Radę administracyjną, nie wyłączając! 
i łych patryotów, którzy dla dodania jej ducha rewolucyjnego weszli 
do jej składu. 

Między tymi ludźmi, którzy ze stanowiska rewolucyjnego, mającego 
na celu wyzwolenie całej Polski dawnej z pod jarzma moskiewskiego, 
oceniali powstanie, Maurycy Mochnacki, młody człowiek, miał naj- 
bystrzejszy pogląd; on jasno widział, ze rokowania niedołężne z w\ 
księciem Rady administracyjnej, działającej w imieniu Mikołaja, do 
zguby tylko mogą doprowadzić powstanie; że aby powstaniu siłę na- 
dać, trzeba w* księcia pokonać, rozbroić, cały naród powołać do broni, 
ruszyć na Litwę i powstaniem Zabranych ziem spotęgowawszy siłę 
pow^stania, zapewnić mu niewątpliwą nad Moskwą przewagę* Tą mysią 
powodowany zachęcił do zawiązania klubu, któryby z pomocą ludu 
zmusił Radę administracyjną do wstą[>ienia na drogę rzeczywiście re- 
wolucyjną. W skutku jego zabiegów zgromadziła się znaczna liczba 
osób we czwartek, w salach redutowych starego teatru. Prezesem tego 
klubu obrano Lelewela, członka Rady administracyjnej, wiceprezesem 
Ksawerego Bronikowskiego a sekretarzem Grzymałę, duszą jednak 
klubu był Maurycy Mochnacki. Kiedy klub zaczął swoje narady i 
gorące przemowy członków jego oświecały publiczność tłumnie zgro- 
madzoną, co trzeba robić i jak trzeba działać, aby powstaniu czyli 
Polsce z\^ycięstwo zapewnić, wówczas Pada administracyjna wyprawiła 
z grona swego deputacyę do Wierzbna, wsi za rogatką Mokotowską, 
w której w. książę obozował, złożoną z księcia Lubeckiego, księcia 
Czartoryskiego, Władysława Ostrowskiego i Lelewela. Wyjazd tych 
panów sprawił niemiłe w mieśde wrażenie. Zaniepokojona publiczność 
zatrzymywała ich, badając w jakim jadą celu; tlómaczyli się, że celem 
ich rokowań z w\ księciem będzie uchronienie miasta od napadu i zba- 
danie zamiarów w. księcia. 

Ludności, która myślała o rozbrojeniu w. księcia, trwożliwe i na* 
der oględne postępowanie Rady administracyjnej nie było do smaku. 
E>aleko bardziej przypadały do przekonania śmiałe zdania^ objawiane 
w klubie, które odrzucały wszelkie z w. księciem rokowania i zachę* 
cały do stanowczej i otwartej walki z Moskwą, do której nieodzownym 



275 



stępem powinno było byc rozbrojenie Moskali stojących pod Warszawą, 
wzięcie w niewolę w. księcia jako zakładnika i pochód na Litwę i 
do Zabranych krajów, aby wywołanem i fam powstaniem silę onego 
spotęgować, a moskiewską tern samem sparaliżować Wysłańcy klubu, 
uwijając się pomiędzy kupami ludności niespokojnej i rozdrażnionej tą 
niepewnością o rzeczywistych zamiarach rządu, starali się rozbudzać 
w niej ducha i przekonywać, iż gdyby w. książę sam się nie bał i 
czut się na mocy, toby dawno miasto napadł, a gdy tego dotąd nie 
uczynił, jasno się pokazuje, iż sam jest w strachu, a napadnięty obro- 
nićby się nie zdołał. 

Obeznaniem ludu i oddziałów wojska z tern, co nale>ało zrobić, 
aby módz Moskwie sprostać, zajmował się klub przez cały dzień 
czwartkowy* Przekonawszy się, iz zdanie jego w tym względzie po- 
dzielał lud, pewny jego poparcia, wyprawił wieczorem deputacyę 
z grona swego do l^ady administracyjnej z kategorycznem żądaniem, 
aby nakazano generałowi Chłopicki^mu natychmiast rozbroić i zabrać 
w. księcia, aby cały kraj wezwać do powstania i uzbrojenia się, aby 
ministrów cara wziąć pod dozór, ruwnie jak i żony oficerów moskiewskich, 
pozostałe w mieście, oraz nakazać wszystkim dowódcom wojska po- 
łączenie się z powstaniem, pod karą ogłoszenia za zdrajców. 

Deputacyę, w asystencyi kilkunastu tysięcy ludzi przybywającą na 
plac bankowy, rząd rad nierad musiał przyjąć. Ale łatwo pojąć, co 
się dziać musiało w sercach tych powag, a prawie przed chwilą tych 
boźyszczów narodu, gdy ujrzeli przed sobą ludzi nieznanych, którzy, 
bez żadnego od władzy legalnej upoważnienia, śmieli im, mężom uprzy- 
wilejowanym przez urodzenie i przez zasługi położone dla kraju, do 
rządzenia i czuwania nad jego losem, nnrzucać [)omysly swoje 
według ic!i [)rzekonania niewykonalne, a co gorsza w wąt|>liwość 
podawać nie tylko ich gruntowną znajomość rzeczy publicznej, ale na- 
wet ich dobrą wiarę, Oczekujące tłumy na placu bankowym powrotu 
deputacyi i rezultatu jej misy i dowiedziały się w końcu, iż rząd wziął 
pod rozwagę uczynione mu przedłożenia* 

U ludności, przez lat kilkanaście będącej p id najsurowszą karnością, 
uszanowanie dla władz stało się prawie drugę naiurą; u tejże ludności 
zrosła się z jej przeltonaniem wiara w patryoiyzm i mądrość polityczną 
pewnych osób; ztąd też rewolucyjna deputacya klubu, podejrzy wająca 
patryolyzm i rozum stanu tych ojców ojczyzny, była rzeczą tak nad- 



276 

zwyczajną, iż i rzą«l i [Jiibltczność odurzoną prawie została tym całkiem 
nieprzewidzianym przez wielu wypadkiem. Rozmaite też objawiały się 
zdania pomiędzy publicznością o tem wydarzeniu, które ją żywo za- 
jęło. Ludowi w ścisłym tego słowa znaczeniu, który do czynu po- 
cliopny, nie wdaje się w rozumowania i w subtelności kwestyi poli- 
tycznycłi, żądania postawione przez klub zdawały się rzeczą zupełnie 
właściwą. Boć jeżeli zrobiło się powstanie, to nie na to, aby wypę- 
dzić Moskali z miasta, a potem ręce założyć i pozwolić im za miastem 
gospodarować, ale na to, aby ich z całej Polski wygnać. Należało 
więc najprzód tych wybić lub zabrać, którzy z miasta wyparci zostali, 
a następnie wyswob<idzić Litwę i Zabrane kraje od Moskwy, a to stać 
się mogło jedynie, jeżeli wojsko, jakie jest i wszyscy zdolni do broni 
odrazu pójdą na Lilwę i do Zabranych krajów, dla wyswobodzenia 
braci z pod moskiewskiego jarzma. Wielu i z wyksztalceńszych klas 
podzielało przekonanie ludu o potrzebie energicznego działania i nic 
układów, lecz walki jak najprędszej z Moskwą; ale właśnie dla tem 
skuteczniejszego jej przeprowadzenia uważali za niezbędny warunek 
zgodę i jedność zupełną w narodzie. 

Zdanie, iż Polska niezgodą zginęła, brzmiało złowrogo wszystkim 
w uszach i dla tego wszyscy lękali się jak dżumy wszelkiego rozdwo- 
jenia i w ogóle 2 obawy tej niezgody wpadli w drugą ostateczność 
ślepej wiary i bezwzględnego zaufania w patryotyzm i mądrość nieo- 
mylną pewnych osób, które, słusznie czy niesłusznie, miały utrwaloną 
powagę w opinii publicznej. Ta dążność do zgody, nader chwalebna 
w pewnych granicach, jak każdy, choćby najlepszy, przymiot posunięty 
do przesady, stawała się szkodliwą, bo wykluczała wszelką krytykę 
osób, stojących u steru rządu i wpływ publiczny na zmianę ich po- 
stępowania, uważanego za nieomylne. Nastręczała przytem ludziom zlej 
woli pod hasłem zgody i jedności łatwą sposobność — zohydzenia i zni- 
w^eczenia najzbawienniej<zych dla sprawy narodowej pomysłów i czyn- 
ności. Ta obawa rozdwojenia sil narodowych, od których skupienia 
do jednego celu, jak czuł każdy, nasze zależało zbawienie, wstrętnenii 
czyniła dla ludzi myślących i umiarkowanych te działania rewolucyjne 
klubu i ruch, wywołany niemi pomiędzy ludnością. 

Wpadnięcie obcesowe deputacyi klubu do rządu, dyktowanie 
przez nią rządowi co ma robić, wiele osób oburzało, „jak to"* — mówili: — 
Jakiś tam Mochnacki, Nabielak, Gaszyński, młokosy, których nikt nie 



.^i. 



27? 

5 zna, których całą zasługij, że do spisku należeli i w Belwederze 
,byli, niaJ4 poniewierać i w podejrzenie podawać mężów, których 
t,cale życie stwierdza ich poświęcenie dla ojczyzny: To nie dobrze się 
jjdzieje; kto wie, czyja w tern ręka, chcą nas pokłócić, żeby lem 
„łatwiej za leb wziąć; przecież trudno, aby młokosy narodem rzą- 
„dziły; należy się to ludziom wytrawnym, doświadczonym, których 
jpzresztą cały żywot jest niezćii^rzeczoną rękojmią i przywiązania do 
„kraju i odpowiednej zdolności*. 

flozumowania te wskazywały, iż ludzie nieznanie choćby najzdro- 
wiej rzeczy widzący i najod[>uwiedniej do okoliczności mogący działać, 
nic zdołają solne pozyskać zaufania, jakiego używali shisznie, czy nie- 
słusznie, ludzie oddawna przez opinię publiczną za przewodników narodu 
uznani. Ogół tak był zreszlą przejęty koniecznością walki z Moskwą, 
wyswobodzenie całej Polski tak mu się naturalnym wynikiem po- 
wstania zdawało, że ani mu przez myśl przejść nie mogło, aby kto- 
kolwiekbądź mógł myśleć o czem innem. Naturalnem więc tego 
następstwem było, iż wolał, aby walką tą z Moskwą kierowali lu- 
dzie, znani z zdolności i patryotyzmu swego, niż tacy, o których 
przetl napadem na Belweder nikt wprzódy nie słyszał. Z tern wszy- 
stkiem zawiązanie się klubu, traktowanie w nim jawne i publiczne 
spraw bezpośredniu tyczących się powstania budziło ogromne zajęcie 
i ożywiało ducha ludności miarkującej, iż to, co uzna za dobre i poży- 
teczne dla sprawy, będzie mogła sama postanowić i wykonać, nie po- 
trzebując koniecznie czekać, aż się tam u góry zechcą naniyśleć. 

Pomimo tego poczucia własnej sily lud ten uzbrojony, nie dopuścił 
się żadnego nadużycia, któreby mu zakałę przynieść mogło; własność 
wszelka była szaimwaną święcie, nawet i tych, kti^rzy znienawidzeni 
byli dla swej nikczenmości, jak Makrut, szpieg znany w całej War- 
szawie. Lecz jakkolwiek usposobionym był łagodnie uczciwy lud 
warszawski , uzbrojenie onego niepokoiło kupców, bankierów i mo- 
żnych właścicieli , zbyt przywiązanych do pieniędzy, aby mogli 
przypuścić, iż ci, co ich nie posiadają, ntc zapragną korzystać 
ze sposobności i nie będą się kusić o nabycie ich przemocą. Nie- 
mniejsza trw^oga ogarniała i wszystkich urzędników wyższych, nawy- 
kłych do martwego porządku despotyzmu. Zdawało im się, że świat 
ze swych posad wysadzony runąć i w swych gruzach wszystko za- 
grzebać niebawem musi. Jakże nie miało to nastąpić, Itiedy ich upo- 



278 




waznionych i jedynie kompetentnych do rządzenia krajem, nikt się o ni<r 
nie pyta, kiedy smarkacze gwałtem się do rządów mieszają, a mo- 
tloch uzbrojony jest panem w mieście i choć dotąd nie rabuje jeszcze, 
ale szuka do tego powodu i ośmiela się kontrolować czynności naj- 
wyższych dostojników w kraju. Zdarzyło się albow^iem, iż tłum ludzi 
uzbrojonych zatrzymał się przed pałacem ordynata Zamoyskiego, (który 
jako prezes komisyi śledczej, poprzedzającej sąd sejmowy, zjednał so- 
bie niechęć powszechną) i zaczął objawiać przeciwko niemu nieprzy- 
jazne uczucia swoje* Ozwały się głosy, iż trzebaby zajrzeć do pałacu 
i dowiedzieć się, co on myśli robić i niech przynajmniej ze skarbów 
swoich zloźy część znaczną na ołtarzu ojczyzny, aby tą ofiarą nieco 
brudów moskiewskich spłukać ze siebie. Zachęcony temi uwagami 
tłum rzeczywiście zaczął szturmować do bramy dziedzińcowej; wkrótce 
też pojawił się na dziedzińcu jakiś mężczyzna, a zawiadomiony, 
o co rzecz idzie, oświadczył przez kratę zebranemu na ulicy ludowi, 
iż ordynat sam pojechał do dóbr sw^oich formować powstanie, a prze- 
znaczył milion, aby synowie jego usztyftowali półk jazdy. Lud dobro- 
duszny, który przed chwilą się srożył na ordynata, posłyszawszy 
o jego patryotycznych czynnościach, kilkakrotnie wykrzyknąwszy: „Niech 
żyją Zamoyscy I"" — pociągnął dalej, nie dochodząc nawet, o ile w tem 
prawdy było, ale wierząc na słowo czło wieko wij którego wcale nie znał. 
Łatwowierność ta była właśnie dowodem wielkiej poaciwości tego 
ludu, który wielu o niecne posądzało zamiary. Sam szczerze pragnący 
i wierzący w wyswobodzenie ojczyzny, gotów do wszelkich dla niej 
ofiar, nie mógł przypuścić, aby znajdowali się ludzie, którzyby mogli 
w tej uroczystej chwili mieć inne przekonania. Łatwo więc uwierzył, 
że ordynat pospieszył do dóbr powstanie formowaćj gdy tymczasem 
ordynat, jako dyplomata, wyjechał z Warszawy, ale nie do dóbr, tylko 
wprost do Petersburga, pod skrzydła opiekuńcze cara. Zwykle pano- 
wie nasi, dbający przedewszystkiem o całość swoją, wśród zaburzeń 
krajowych trzymali się tej przezornej zasady, aby zawsze jeden z ro- 
dżiny służył ojczyźnie, a drugi wrogom, Bo jeżeli sprawa ojczysta 
górę weźmie, to patryota wziętością, zyskaną zasługami swojemi, ocali 
krewniaka odszczepienca i zdrajcę; jeżeli wrogi górą, to ich służalec 
wytarguje przebaczenie i ocali fortunę skompromitowanego krewnego 
patryoty. Tą też polityką kierując się ordynat Zamoyski, wymknął 
się zawczasu do carskiej stolicy, aby nieowionięty zarazą rewolucyjną, 



279 



całej czystości wiernego poddanego stanął przed carem i jeżeli 
powstanie kark skręci, wytargował przebaczenie dla synów, którym 
jako młodym uchodziło waryować. 

Napad, jak go nazywali, na pałac hrabiego ordynata Zamoyskiego, 
trwożył i oburzał tych dygnitarzy, którzy nawykli do rozkazywania i 
wygodnego nader życia » nie mogli przebaczyć rewolucyi, że powa- 
żała się zakłócać ten błogi porządek^ tak dla nich dogodny i z duszy 
pragnęli j aby tej krwawej farsie, jak ją nazywali, jak najprędzej po- 
łożono koniec. Z tern wszystkiem w, książę nie myślał o ziszczeniu 
cichych ale gorących życzeń wiernych sług rządu; rewolucya, zosta* 
wioną samopas, z wielkim żalem i zgorszeniem ludzi legalnych, coraz 
potężniała. Ogłoszenie rokowań z w. księciem, dokonanych przez wy- 
słańców Rady administracyjnej — z czego się pokazało, iż ci^ zamiast 
stanowczo zażądać od w. księcia złożenia broni, przeciwnie błagali go, 
aby wyjednał u cara przebaczenie za pogw^ałccnie jego władzy i 
smutne nadużycia, wynikłe w nocy 29 listopada — obudziło powszechne 
nieukontenlowanie, które zaczęło podkopywać wiarę w patryotyzm i 
dobre chęci osób, naUżących do składu Rady administracyjnej. Po- 
waga klubu, który naslawał na rozbrojenie w. księcia, na jak naj- 
szybsze uzbrojenie całego narodu, a po wyswobodzeniu Litwy i ziem 
Zabranych dopiero przypuszczał możliwość rokowania z Moskwą, wzro- 
sła i utwierdzać się zaczęła w przekonaniu ludu, który instynktowo 
odgadywał, iż należy naprzód pobić Moskwę, aby módz następnie się 
2 nią z korzyścią układać. Lecz klub nie był władzą, był tylko wy- 
razem opinii publicznej tej przeważnej części narodu, której nie szło 
o zapewnienie sw^obód konstytucyjnych, danych przez cara, ale o zwa- 
lenie jego jarzma i odbudowanie całej Polski. Tymczasem władza, 
uznana faktycznie za takową , a będąca pomimo powstania dalszym 
ciągiem władzy legalnej, nie myślała o odbudowaniu całej Polski, bo 
w przekonaniu mężów ją składających było to rzeczą niemożliwą, ale 
miała na celu wyproszenie, a w ostatecznym razie wytargowanie z bronią 
w ręku rękojmi, zabezpieczających Królestwu Kongresowemu konsty- 
tucyą, przez cara Aleksandra nadaną. 

Jakkolwiek pojęcia i działania władzy faktycznej nie zgadzały się 
2 przekonaniami ogółu, wszelako, w skutku kilkunastoletniego przy- 
gnębienia, urok władzy i osób, wysoko w hierarchii społecznej poło- 
żonych , miał wielkie [>oszanuwanie w powszechności. Widziano, że 



280 



rzeczy nie idą tak , jak powinny, ale się znów Ic^kano bezrządu, który 
mogła wywołać niezgoda domowa, w razie targnięcia się na władzę 
faktycznie istniejącą, zwłaszcza gdyby to dokonanem zostało przez 
łudzi całkiem nieznanych. Ogół cłiciał walki z Moskwą, ale nie będąc 
wykształconym politycznie, nie odgadywał, iz powstanie, które nie 
umie korzystać z czasu i zamiast przyspieszonym biegiem posuwać 
się naprzód i zagarniać największą przestrzeń, zatrzymuje się w miejscu, 
tern samem pozbawia się sił i gotuje sobie upadek niewątpliwy; ^.e 
zatem i kierownicy powstania, zwłaszcza powstania mającego jedynie 
na względzie wywalczenie niepodległości kraju , tak jak było powstanie 
naszCj jeżeli paraliżują jego ruch i rozwinięcie się — są może bezwiednie, 
ale są zdrajcami, których, jeżeh nie ukarać — bo są występnymi nie 
ze złej woli» ale z głupoty — to bezwzględnie usunąć należy. Ogół, 
nie pojmując calcj doniosłości pierwszych kroków powstania i kierunku, 
jaki mu rząd jego wytknie, nie mógł być tem samem, jak należało, 
drażliwym na niedołężne postępowanie rządu. Wierząc w patryotyzm 
jego członków, pewnym byl, iż nie odstąpią sprawy narodu i prze- 
konawszy się o niemożli^^'ości układów z Moskwą, będą z nią szcze- 
rze walczyć; zapomniał tylko, iż czas, zmarnowany na rokowaniach 
z Moskwą, był właśnie zmarnowaniem tej siły, która nas mogła od 
zagłady uchronić* 

Klub, pomimo ukonstytuowania się, był tylko zbiorowiskiem naj- 
rozmaitszych ludzi, których większa część przez ciekawość, dla posły- 
szenia, co też tam gadają i czy czego nowego się nie dowie, zbie- 
rała się. Oprócz Mochnackiego, który miał zdrowe i jasne pojęcie, jak 
działać należy, a przy tem i odwagę cywilną do przeprowadzenia tego, 
co uważał za zbawienne dla sprawy powstania, bez oglądania się na 
powagi krajowe, nikt ani w klubie, ani w calem mieście nie umiał 
ocenić ważności jego zapatrywania się i przejąć się konieczną potrzebą 
przeprowadzenia bezwzględnego rad jego zbawiennych. 'l\vórcy po- 
wstania, do których i Mochnacki należał, nie pomyślawszy, z powodu 
wiary w patryotyzm uznanych w kraju znakomitości, ani o naznacze- 
niu wodza , ani o utworzeniu rządu powstańczego, któryby zaraz przy 
wybuchu powstania objął władzę, uświęcił ją i ugruntował pobiciem 
załogi moskiewskiej i wzięciem w niewolę w. księcia, zostawili tem 
samem powstanie na łasce tych osób, których powaga ugruntowaną 
była w narodzit% a kiórzy przez stanowisko swoje społeczne i wiek 



281 



podeszły inaczej się na całą zapatrywali sprawę, Ani Rada admini- 
stracyjna nie czulą się na silach » aby wyraźnie i stanowczo objawić 
kierunek, w jakim postępow^ać zamierza, ani klub nie zyskał na tyle 
wziętości» aby opierając się na niej» mógł znaglić Radę administra- 
cyjną do spręzystszego i rzeczywiście powstańczego działania, a w razie 
oporu z jej strony, usunąć ją — bez wywołania niezgody domowej. 
Jednem słowem nie było żadnej powstańczej władzy, bo ta, co fakty- 
cznie istniała, była dalszymc iągiem władzy upadłej, a w klubie dopiero 
był zarodek, z którego się mogła wytworzyć władza powstańcza, jeżeli 
jakie znakomitości przyłączą się do niej. Pomimo tego braku whidzy 
powstańczej, powstanie było faktem dokonanym w przekonaniu i w du- 
cłiu całej ludności warszawskiej, która nie wątpiła, że cały kraj po- 
dziela to jej przekonanie. Lud więc, zbrojny i gotowy do walki 
z Moskalami, czekał jej hasła i aby je posłyszeć, częścią gromadził 
się przed I^ankiem, gdzie faktyczna urzędow^ała władza, częścią na placu 
Krasińskich przed teatrem^ w którego salach redutowych obradował klub. 

Trzeciego grudnia rano, gdy masy zbrojne i niezbrojne zale- 
gały płac przed Uankiem, siedliskiem rządu faktycznego, od Leszna 
na Rymarskiej ulicy pojawiła się fura, na której siedział jakiś człowiek, 
otoczony kilkoma ludźmi na koniach . uzbrojonymi w strzelby. Gdy 
ta fura z konwojem przedzierała się zsvoIna przez tłumy na plac Ban- 
kowy, nagle rozległ się krzyk: „Petrykowskiego przywieźli!'* W tej 
chwili ujrzałem, jak fura, porwana przez ludzi, wyniesioną została w górę, 
razem z siedzącym na niej człowiekiem i w powietrzu przewrócona tak, 
że siedzący upadł na ziemię. Ozwaly się glosy: „Na latarnię z nim!*^ — 
Porwany z ziemi i podniesiony do góry, Petrykowski okropny przed- 
stawiał widok. Przestrach przedwczesnej śmierci piętnem okrył podlą 
twa(z tego nikczemnika, który przekonany wewnętrznie o swojej winie, 
wpadłszy w ręce wzburzonego ludu, straci! wszelką nadzieję ratunku. 

Ow Petrykowski, dymisyonowany major 8 połku piechoty linio- 
wej, jak się to wyżej rzekło, zawiązawszy stosunki z młodzieżą, 
spiskował z nią i zanim go poznano» kilkadziesiąt osób za pośredni- 
ctwem jego uwięziono u Karmelitów, a nie wuele brakło, iż wszy- 
stkich spiskowych ten sam los nie spotkał. Gdy powstanie wy- 
buchło i utrzymało się, Petrykowski, nie czując się bezpiecznym 
w mieście, najętymi w Warszawie końmi zmierzał ku Krakowu, Gdy 
dojechał do 1 arczyna, o 4 mile od Warszawy odległego, chłopak, który 

da 



go wiózł, nic chciał dalej z nim jechać, gdyż najętym by! tylko do 
Tarczyna i jego pan nie kazał mu dale] jechać. Peirykowski, któremu 
na teni zależało, aby jak najprędzej oddalił się z okolic Warszawy, 
gdzie mf)gł być łatwo jioznanym, nie mogcic |»rośb<i i datkiem chłopca 
do dalszej jazdy nakłonić, zaczął go bić. Na krzyk chłopca zbiegli się 
ludzie, którzy stanęli po stronie chłopca i rzecz cala wytoczyła się do 
burmistrza, który poznawszy I^etrykowskiego, kazał go związać i pod 
strażą mieszczan napo wrót do Warszawy odstawić. 

Zycie tego nikciteninika l>ylo na włosku, już nuano go ciągnąć na 
latarnię, gdy ktoś odezwał się: „Obywatele! mamyż się kalać morderstwem 
„tego łotra? w^szak on i tak nie ujdzie zasłużonej kary, ale niech go ręka 
„sprawiedliwości ukarze; my nie pełnijmy obowiązku kata, do którego on 
„już należy**, — Na ten głos Petrykowski porwany został do góry 
i w powietrzu na kułakacli . więcej do trupa jak do żywego czło- 
wieka potlobny, po nad głowami tłumu jak piłka podrzucany, wtrą- 
cony został do bramy budynku bankowego, do dalszej dys|)Ozycyi 
rządu. Okropna to była scena, ale dowodząca wszelako wyrozumia- 
łości i wstrętu do dokonania mordu u lidu, który jednem przemó- 
wdeniem skłoni! się do uw^ilnienia od śmierci nędznika, sprzedającego 
życie tylu w^s[)ulobyW'ateli dla marnego zysku. 

Zaledwie masy ludu znajdujące się na placu przed Bankiem ochłonęły 
z niemiłego wrrażenia, jakie sprawiło [>oja>\ienie się i w części uknranie 
Pelrykowskiego, owego podłego wyrzutka społeczności — gdy z ulicy Ele- 
ktoralnej pojawiło się czoło pólku i strzelców pieszych z brygady gene- 
rała Szembeka, który pierwszy z wojsk konsystujących na prowincyi 
przybył do Warszawy. Zrobiła mę cisza w tym tłumie dotąd gwarnym* 
zalegającym plac l3ankowy, który widząc wkraczający półk, nie należący 
do załogi warszaw^skiejj zawahał się, bo nie wiedział w tej chwdi, 
czy ma w żołnierzu wchodzącym powitać brata i pomocnika, czy 
wroga. Chwila tej niepewności trwała nader krótko, bo muzyka półku, 
wchodząc na plac Bankowy, zagrała z catą serdecznością .^Jeszcze 
Polska nie zginęła" i tą mciodyą czarodziejską przemieniła w jednej 
chwili smętną niepewność w szal radości i rozrzewnienia, którego 
niepodobna 0[)isać. -Niech żyją bracia nasi, niecli żyje Szembek!" — było 
odpowiedzią na tę muzykę, z tysiąca piersi wydobywającą się; — pła- 
kano, ściskano się w^zajemnie, a przyczyną tej radości i tego rozrze- 
wnienia, węzłem miłości braterskiej łączącego wszystkich bez różnicy 



283 

stanu , było przekonanie, vi jak pólk i strzelców piesatych połączył 
się z narodem, tak i wszystkie inne pułki pójdi| za jego przykładem. 
Rzeczywiście też \H}\k i strzelców pieszych i generał Szembek dowo- 
dzący nim, I4CZ4C się z powstaniem, dopiero stanowczo rozstrzygnęli 
rzecz na jego korzyść i uchronili kraj od możliwej wojny domowej 

O ile leź z przybyciem do miasta jfółkii Szt-mbeka i połtjczeniem 
się jego z narodem przybyło ducha powstaniu, u tyle zwątpienie i 
zamieszanie powstało w obozie w. księcia. NiecierpliwiUł to lud war- 
szawski i wojsko z mm trzymające, u przeciwko w, księciu, który 
zagraża Warszawie, nic dotąd nie przedsięwzięto. Puszczona pogłoska, 
iż w, książkę gwałtem zatrzymuje [irzy sobie ptilki polskie, które pra- 
gną połączyć się z narodem, powiększyła tern więcej rozjątrzenie, 
a gdy i sił do wykonania napadu na w. księcia przys|łorzylo przy- 
bycie pólku K strzelców, lud postanowił łącznic z wojskiem odbić 
naszych żołnierzy i rozbroić w. księcia. Zapał oyarnąl całą ludność 
VV^arszawy; — wyroiwszy się z domów na ulice, sejmikowała swo- 
bodnie, a nie mogąc się posiąść z radości , że wyzwoliła się z pod 
tyrahskiej opieki w. księcia, lem prędzej chciała wyzwolić i brari 
żołnierzy, których on [jrzemocą zatrzyjnaK 

Rada aministracyjna nie czuła się na silach, aby odwrócić ten napad 
na w, księcia, do którego się ludność i wojsko w mieście będące gotowało; 
uważając to jednak za gwah, który zniweczy wszelką możliwość porożu 
mienia się z znieważonym w osobie swego brata carem, a lem samem 
pchnie kraj na drogę bezwzględnie rewolucyjną', kt<ira jej się nader wy- 
dawała zgubną, dołożyła wszelkich starań, aby w. księcia ostizedz o niebez- 
pieczeństwie, jakie mu grozi i skłonić go, dla zaspokojenia gorączkowego 
usposobienia ludności, do pozwołenia półkom jolskim przy nim będącym, 
aby powróciły do Warszawy. Tymczasem, widząc wzburzenie umysłów i 
popularność klubu zwiększoną zjawieniem się w nim generała Szcmbeka, 
Rada administracyjna, dla uchronienia się od zupełnego w dniu tyfii 
upadku, powołała do grona swego członków klubu tkonikowskiego 
i Mochnackiego, Ostatni odgadując, iż z całej Rady administracyjnej 
najsprytniejszym, ale zarazem najbez względniej oddanym Moskwie jest 
książę Lubecki, zażądał na \vslę(>ie, aby ministrowie Mikołaja ustąpili 
z Rady, co też i pozornie nastąpiło, ale pomimo podania się księcia 
Lubcckiego do dymisyi, wpływ jego na Radę i n.i generała Chło[)i- 
ckiego został nieograniczonym. 



284 



Zawiadomiona Rada, iż masy lodu ł wojska, zebrane na Kra- 
kowskiem przedmieściu i ulicach mu przyległych, rozpoczęty pochód 
ku Mokotowu, uprosiła generałów Chlopickiego i Szembeka, dwie 
najpopularniejsze osobistości, aby wpływem swoim starali się, o ile 
możności, gwałtowność tego pochodu powstrzymać i nie dopuścić do 
starcia się, gdyż jest prawie pewne, ń po przesłaniu depeszy, wyja- 
śniającej groźne położenie, do w. księcia przez adjutanta jego Zamoy- 
skiego, którego w. książę jako pośrednika używał, w. książę półkom 
polskim pozwoli natychmiast wrócić do Warszawy. Chlopjcki rzeczy- 
wiście potrafił wstrzymać przez jakiś czas tę nawałę ludu i wojska na 
Nowym Świecie pod Złotymi Krzyżami, na wstępie do ulicy, a wtem 
nadciągnęło wojsko j»olskie z obozu w. księcia. Radość i powitanie 
było serdeczne, zapomniano naw^et, że szasery przelewali trzy dni temu 
krew bratnią. Potrafiono też korzystać z tej radości i uniesienia i czem 
prędzej nawrócono do miasta, prowadząc wyswobodzonych braci żoł- 
nierzy. Pochodem tym, rzeczy w^iście tryumfalnym, udało się przeciwni- 
kom stanowczego działania rewolucyjnego oszołomić lud i odwieść go 
niepostrzeżenie od rozbrojenia i wzięcia w niewolę Moskali i w. księcia, 
co było rzeczywiście głównym celem zamierzonej wyprawy, której 
dokonanie byłoby zupełnie inny obrót nadało całemu ruchowi i nie- 
obliczone korzyści sprawie naszej zapewniło. 

O ile wyrozumiałym i pobłażliwym był lud dla żołnierzy i niższych 
stopni oficerów z pólku gwardyi strzelców konnych, o tyle oburzał 
się na dwóch głównych dowódców : generała brygady Kurnatow- 
skiego, dowódcę pólku powyżej rzeczonego i Krasińskiego Wincentego, 
generała broni, dowodzącego pólkami gwardyi polskiej i moskiew- 
skiej, W miarę pochodu w miasto oburzenie to się wzmagało, a gdy 
te masy ludu, pomieszanego z wojskiem , zatrzymały się na placu 
Bankowym, ozwaly się złorzeczenia przeciwko tym dwom w oczach 
ludu zdrajcom. Porwano ich z koni i zamierzono krótko się sprawić 
z nimi; wpływ tylko czarodziejski, jaki wywierali na lud Chłopicki j 
Szembek, uratował od niechybnej śmierci obydwóch już zadekretowa- 
nych na latarnię generałów. Chłopicki i Szembek zasłonili ich wła- 
snemi osobami, a gdy odtrącili grożące winowajcom bagnety i rusznice 
i zapewnili lud, iż potępieni |>rzez niego generałowie są dobrymi Po- 
lakami, wówczas Krasiński Wincenty padł na kolana, przysięgał, ze 
zawsze serce jego gorąco bilo dla Polski i że teraz dla dowiedzenia, 



o ile ojczyznę kocha , będzie walczy! w szeregach , ale jako prosty 
żołnierz^ aby zmazać winę, jakiej się dopuścił, nic usłuchawszy w pierwszej 
chwili głosu powstającej ojczyzny i błagał ludu o przebaczenie mu tej 
winy, ponawiając przysięgę służenia jako prosty żołnierz w szeregach 
ojczystych. Kurnatowski nic nie obiecywał, żadnych przysiąg nie składał, 
i przez cały ciąg rewolucyi zamieszkiwał w Warszawie, do niczego 
się nie mieszając; Krasiński pomimo przysiąg w parę dni uciekł do 
Petersburga, służby swoje ofiarując carowi 

Grzmiało miasto radością z powodu odbicia bratnich szeregów i 
niewątpliwego przekonania, iż całe wojsko podziela postanowienie na- 
rodu wyzwolenia się stanowczo z pod moskiewskiego jarzma. Oświad- 
czenie w. księcia, iż rozpoczyna odwrót do Moskwy i prośba do na- 
rodu, aby mu dozwolił len odwrót bez przeszkody wykonać, przeko- 
nało i najtrwożliwszych, iż w. książę nie tylko nie jest w stanie zaczepnie 
działać przeciw miastu, ale przyznaje się do niemocy, nie dozwalającej 
mu, bez zezwolenia narodu, dokonać i zamierzonego odwrotu* Nastrę- 
czyło się więc pytanie, czy unieść się wspaniałomyślnością, do której 
się w. książę odwoływ^ał i pozw^olić mu odejść spokojnie, czy też in- 
teres powstania mając na celu , zmusić go, wraz z pięcioma pólkami 
i trzydziestu kilku działami, do poddania się. Pytanie to dla ogółu, 
który żadnej wiary do rokowań z Moskwą nie przywiązywał i całą 
nadzieję wydobycia się z pod jarzma moskiewskiego pokładał w orężu, 
nie miało żadnej wątpliwości; zabranie nieprzyjacielowi kilku tysięcy 
karabinów, paru tysięcy koni pod jazdę z rynsztunkiem i trzech bateryj 
dział 2 zaprzęgiem, prawie przed rozpoczęciem właściwej kampanii, 
było korzyścią tak ważną i tak w oczy bijącą, iż zrzekać się tej ko- 
rzyści zdawało się, jeżeli nie zbrodnią przeciw ojczyźnie, to przynaj- 
mniej największą niedorzecznością, pozbawiającą kraj, gotujący się do 
walki, tak ważnej pomocy wojennej. 

Ogół więc, rozbrojenie korpusu moskiewskiego uważając za rzecz 
konieczną, nie przypuszczał, aby stojący u steru mężowie, w których 
przezorności i patryotyzmie ślepą pokładał wiarę, mogli mieć w tym 
względzie inne przekonanie. [Pocieszano się, iż chociaż nie rozbro- 
jono już dziś Moskali, to niezaw^odnie jednak to nastąpi, a tymczasem 
ci, co nie chcieli rozbrojenia, aby przez to nie zerwać wątku układów 
z carem, w których całą pokładali nadzieję, zręcznie starali się zapo- 
biedź rozbrojeniu Muskali. 



286 



Potęgą, któraby mogła znaglić mężów, u steru rządu stoją- 
cych, do tego kroku stanowczego, mógł być jedynie klub, gdyby się 
istotnie zorganizował i zyskał czas do zjednania sobie zaufania ogółu. 
Stronniawo więc w układach z Moskwą upatrujące zbawienie kraju 
zajęło się skrzętnie usunięciem tego zbiorowiska, z którego mogła się 
wyłonić władza rzeczywiście rewolucyjna. Zadanie to było nader łatwem, 
bo powizecliność, jak wierzyła silnie, iź walka śmiertelna z Moskwą 
jedynym była środkiem do zrzucenia jej jarzma, tak samo wierzyła, 
że nikt z Polaków nie może mieć innego przekonania^ a tern mniej 
mężowie stojący obecnie na czele narodu; że aby tę walkę 2 tryumfem 
dla narodu poprowadzići potrzebną jest przedewszystkiem zgoda i ufność 
w mężach, których poprzednie czyny są dostateczną rękojmią dla na- 
rodUj iż sprawa jego w najszlachetniejszych spoczywa rękach; że przelu 
ten, któryby chciał tę zgodę i harmonię, tak potrzebną powstającemu 
narodowi, psuć, rzucając oszczercze podejrzenie na mężów, których cześć 
narodu otacza, nie może być prawym Polakiem, ale musi być albo 
bezrozumnym zagorzalcem, albo płatnym sługą Moskwy, 

To też gdy na wieczornem zebraniu klubu Mochnacki, który, przy- 
znać należy, sam jeden rzeczy jasno widząc, powstał przeciw niedołężnemu 
postępowaniu owych bożyszczów narodu i posunął odwagę swoją do tego, 
iż wypowiedział, źe Chłopicki zdradza powstanie, obudził tem wypowie- 
dzeniem prawdy, której nikt nie zrozumiał, taką zgrozę, ie porwany i zrzu- 
cony ze stołu, który miejsce zastępował mównicy, o włos życiem nie przy- 
płacił tej zbrodni, źe jaśniej widział rzeczy, jak drudzy. Nieomieszkali z tego 
wypadku korzystać ci, którym klub solą był w oku. Krzycząc więc, 
ie zgromadzenie, w którym podobne pot w arze i oszczerstwa podko- 
pujące zgodę w narodzie, ośmielają się głosić, nie może nadał istnieć, 
zgasili światła i garstkę upierających się pozostać w sałi wyprosiwszy 
bagnetami, faktycznie rozwiązali i zamknęli klub, a tem samem zniwe- 
czyli możliwość porozumienia się i działania tym, którzy nie rokować, 
ale bić się chcieli z Moskwą. 

Po rozwiązaniu klubu najdzielniejszy w nim agitator Mochnacki 
stał się chwilowo celem najbez względniejszej nienawiści. Chwiej ność 
jego charakteru przed powstaniem, stosunki jego ze znienawidzonym 
radcą stanu, cenzorem Szaniawskim, kióry w swoim czasie miał przed- 
łożyć memoryał, podający środki zwichnienia oświaty i skażenia ducha 
narodowego młodzieży, wszystko to, przywiedzione przez nieprzyjaznych 



287 



mu, nastręczyło im pozór łatwy do wystawienia go jako agenta 
moskiewskiego. Gwałtownie propagowana bezwzględna walka z Mo- 
skalami i zuchwałe oikarźanie o zdradę ludzi nieskazitelnych, przed- 
stawione zostały jako środki, użyte przez Mochnackiego do wywołania 
niezgody, bezrządu i powszechnego zamieszania, aby Moskalom ułatwić 
możność stłumienia powstania. A że Mochnacki był od ogółu mało 
Jtnanym, a pomiędzy młodzieżą nie miał przyjaciół, wieści te zręcznie 
puszczone łatwo wiarę znalazły i taką przeciw niemu obudziły niena- 
wiść, iż nieszczęśliwy ten człowiek, dla ocalenia się przed nieochybną 
śmiercią, nie tylko ustąpił t widowni politycznej, ale zmuszonym został 
na czas pewien ukryć się tak, iż wieść o nim w Warszawie zaginęła 
przez czas jakiś* 

Gwiazda nieszczęśliwa dla t^oUki nie dozwoliła, aby jakaś znako- 
mitość, mająca ustaloną w kraju opinię, przyswoiła sobie zdrowy po- 
gląd Mochnackiego na sprawę Polski. Ci właśnie, którzy go mogli 
w czyn zamienić^ opanowani byli obłędem, pochodzącym z przecenienia 
sił moskiewskich, a z zupełnego zapoznania sił własnego narodu* Oni 
widzieli te krocie wojsk moskiewskich, które istniały w ich chorobliwej 
wyobraźni i na papierze, ale których w rzeczywistości nie było. 

Armia moskiewska po kieskach, doznanych w dwóch kampaniach 
tureckich, przed rokiem prowadzonych, przy najniegodziwszej admi- 
nistracyi i zakorzenionej w niej kradzieży, była w rozprzężeniu i nie 
trzykroć, ale zaledwie tylko 130.000 ludzi mogła mieć do boju goto* 
wy eh. Myśmy mieli 30.000 ludzi pod bronią, 24.000 wysłużonych 
żołnierzy, ludzi w^ sile wieku i 24000 popisowych, a wiadomo, że 
gdy Moskal dopiero po trzech latach ciągłej służby może się nazywać 
żołnierzem, nasi popisowi w ciągu sześciu miesięcy stają się wybornymi 
żołnierzami. Zajęciem Litwy podwoilibyśmy nasze siły, a mogliśmy zająć, 
bośmy mieli 54X)Oo wyćwiczonego wojska, gotowego do pochodu. 
Z tych powodów pułkownik Chrzanowski przedłożył generałowi Chło- 
pickiemu gotowy plan tej zimowej kampanii, a raczej pochodu na 
Litwę, gdyż korpus litewski, który ją zajmował, złożony w większej 
części z Litwinów i Polaków, według wszelkiego prawdopodobieństwa 
byłby nie tylko nie stawił oporu, ale byłby się z nami ztączyL Lecz 
generał Chłopicki, który w najwyższym stopniu owładnięty był tern 
przesadnem wyobrażeniem o moskiewskiej potędze, podtrzymywanem 
zręcznie przez ks. l^ubeckiego, stronnika Moskwy, zgromił półkownika 



sds 



Chrzanowskiego za ten pomysł i aby go nie rozgłaszał w stolicy, kazał 
mu wyjechać do ModUna, czyli za pomysł zbawienny dla sprawy po- 
wstania ukarał go czasowym aresztem w fortecy. 

Kiedy półkownik kwatermistrzostwa , któremu ranga nadawała 
powagę, a specyalność służby upoważniała do robienia planów, naraził 
się na karę aresztu za projekt zaczepnego działania przeciw Moskwie, 
trudno się dziwić, ze każdy niefachowy człowiek, który twierdził, ii 
czasu nie tracćjc trzeba isć na Litwę, był ze strony władzy uważany 
je/eli nic za wichrzyciela, to przynajmniej za waryata. Tymczasem 
ogól mniej więcej cały cierpiał na ten rodzaj pomieszania. Wszyscy 
instynktowo czuli, źe zaczepne działanie i wtargnięcie obcesowe na 
IJtwę może nam jedynie zbawienie przynieść. Wszyscy tak myślący 
byli za przytrzymaniem w. księcia jako zakładnika i rozbrojeniem 
gwardyi nłoskiewskiej, pod jego rozkazami będącej, co przyniosłoby 
znakomitą pomoc powstaniu tak w broni, jak w koniach, działach 
i przyborach wojennych. Lecz inne było przekonanie członków 
Rady administracyjnej , którzy wzmocniwszy się ludźmi z poza kola 
urzędowego przybranymi, dla zyskania popularności — szóstego dnia 
po wybuchu powstania, w odezwie, wystosowanej do narodu, nazwali 
się Rządem tymczasowym, 

W Rządzie tymczasowym zasiadał Lelewel mający opinię gorą- 
cego patryoty. Pobiegłem do niego z Teodorem Sbskim, posłem 
kieleckim i przedkładaliśmy mu , że wzięcie w. księcia ł rozbrojenie 
Moskali, pod jego dowództwem bęJćicych, nie tylko ważne zdobycze 
materyalne przyniesie, ale pod względem moralnym nieobliczone będzie 
miało korzyści, bo postawi od razu na właściwej drodze powstanie, 
przetnie wszelkie rokowania i obudzi otuchę w całej Polsce, Mó- 
wiliśmy mu przy lem, iż może śmiało rachować, że cala ludność 
i wojsko nawet poprze go, gdyby mu w Rządzie chciano stawić opór. 
Podzielał on nasze przekonanie, a że wybiera! się właśnie na sesyę Rządu, 
odprowadziliśmy go lamże i nim wszedł do gmachu, ponowił nam 
najuroczystsze zapewnienie, iż nie dozwoli, aby w. księciu i gwardyom 
moskiewskim pozwolono bez rozbrojenia ich wrócić do Moskwy. Oka- 
zało się. źe na sesyi, na której się rozstrzygał los tych gwardyj, a ra- 
czej los Polski, Lelewel, pomimo najuroczystszych zapewnieii, jak to 
powiadają — języka w gębie zapomniał. Był lo albowiem znakomity 
uczony, najzacniejszy człowiek, ale w całem tego słowa znaczeniu nie- 



289 

dołęga polityczny. To cechuje najlepiej, jak opaczne o znakomitościach 
ówczesnych wyobrażenia wyrobiła sobie opinia publiczna, kiedy takiego 
mazgaja politycznego, jakim był Lelewel, nazwano Robespierrem polskim* 

Z największem oburzeniem przyjęła ludność wiadomość o danem 
pozwoleniu w. księciu i gwardyom pod jego rozkazami będącym, opu- 
szczenia Polski z bronią i całym rynsztunkiem wojennym* 1 rzeczą 
jest niewątpliwą, źe gdyby by I którykolwiek z wyższych oficerów, nie 
zważając na postanowienie Rządu, stanął na czele wojska i rozbroił 
w. księca, byłby zyskał uznanie całego narodu. Myśl tę powziął półko- 
wnik Kicki , były adjutant w. księcia , oficer używający popularności 
wielkiej w wojsku. Uczestnicząc w zajęciu Modlina wraz z ogromnymi 
zapasami wojennymi, nagromadzonymi tamże przez rząd moskiewski, 
właśnie zamierzał uprzedzić w. księcia, ciągnącego ku województwu 
lubelskiemu, zabrać tamże stojącą dywizyę ułanów, brygadę piechoty 
i 40 dział i na czele tej siły zastąpić drogę w. księciu^ klóry w po- 
chodzie swoim znajdując się wśród przeważnych sił polskich, nie mógł 
nawet stawić oporu. Właśnie dla uskutecznienia tego zamiaru Kicki 
puścił się z Modlina prawym brzegiem Wisły, dążąc w Lubelskie, 
gdy na trzeciej stacyi, wywrócony z powozem przez niezgrabnego 
poczty liona, na nieszczęście ~ rzec można — całej Polski, złamawszy 
nogę, nie mógł zamiaru swojego do skutku doprowadzić, a żaden 
z oficerów wyższych nie miał odwagi wziąć oa siebie odpowie- 
dzialność za ten czyn wprawdzie zuchwały, ałe dla zbawienia ojczyzny 
konieczny. 

W, książę więc pomaszerował sobie wraz z swymi Moskalami bez 
przeszkody na Wołyń, wbrew woli ogółu. Odwrót jego swobodny 
z kraju, który powstał dla wybicia się z pod jarzma moskiewskiego, 
był nieodgadniona zagadką dla całej Polski, a mianowicie dla ziem Za- 
branych, nie mogących sobie zdać sprawy z tego czynu, który stał 
w oczywistej sprzeczności z dokonanem powstaniem. Lecz nasi mę- 
żowie stanu z taką byli względnością dla w. księcia, iż nie dopomnieli 
się nawet o uwolnienie majora Łukasińskiego^ a w. książę uprowadził 
go ze sobą. Zdaje się , iż jak Chtopicki , tak i członkowie Rządu 
tymczasowego, którym znany byJ gorący patryotyzm^ energia, a przy- 
tem i wziętość w wojsku majora Łukasińskiego, nie chcieli wyzwolić 
z więzów moskiewskich tego zacnego męża» bojąc się jego wpływu, 
i aby im nie przeszkadzał, zostawili go na pastwę w, księciu. Przez 

37 



290 



szczególną zawziętość w. książę, zamiast odesłać Łukasińskiego do Za- 
mościa po zapadłym nań wyroku w r, 1824, trzymał go w Warszawie 
w koszarach gwardyi Wołyńskiej i pomimo Irwogi, jaką go przejęło 
powstanie, nie przeponiniał uprow^adzić swojej ofiary. Wydanie na za- 
gładę tego szlachetnego męczennika sprawy narodowej, właśnie w chwili, 
gdy dla sprawy tej działanie Łukasińskiego mogło być najprzydatniej- 
szem, jest czynem nikczemnym , którego hańba » niczem nie dająca się 
usprawiedliwić, spada na dzierżących w^ówczas wsadzę w ręku. 

Pomimo tych wielkich usterek na niekorz>ść powstania i dążności 
stojących u steru władzy do rokowań z Moskwą, ogół, zaufawszy 
pewnym znakomitościom, wyrozumiale pogłądal na ich działanie, go- 
tując się gorliwie do walki, która w^edług powszechnego przekonania 
ostatecznie los Polski rozstrzygnąć miała. 

Objęcie w dniu 5 grudnia dyktatury przez generała Chlopickiego, 
sprawiło wielką radość w stolicy i w kraju, bo utwierdziło przekonanie, 
iz walka z Moskwą z całą sprężystością rozpoczętą zostanie. Przeko- 
nanie 10 błędne wypływało z złudnego ocenienia tak Chło[)ickiego, jak 
innych członków^ rządu przez powszechność, która tych ludzi zużytych 
oceniała według gorących natchnień swego patryotyzmu. Wszyscy 
więc, według swojego zapatrywania się na sprawę krajową wnioskując 
o czynnościach ludzi kierujących tą sprawą, wnosili, ze Chlopicki nie 
dla czego innego ogłosił się dyktatorem, jak tylko aby z całą dzielnością 
żołnierza Napoleońskiego rozpocząć walkę dla wyswobodzenia z jarzma 
moskiewskiego całej Polski. Tymczasem Chlopicki ogłosił się dykta- 
torem dła utrzymania w ryzie ^motłocłiu'*, jak zwykł był lud nazywać, 
i dla powściągnienia przesadnej gorliwości jego patryotycznej, aby nie 
obrazić Moskwy, z którą zamierzał się układać. Nie mając nadziei 
zwalczenia jej silą, chciał ją na drodze układów wyprowadzić w pole 
dla zbawienia ojczyzny, której się na przewodnika narzucił. Popełnia! 
on ten sam błąd, który popełnili wszyscy żyjący przed nim, a rów^ni 
mu rozumem politycznym mężowie stanu, zacząwszy od Augusta i 
Michała Czartoryskich, bo nie wierząc w^ potęgę żywotną narodu* 
chcieli go zbawiać w^brew jego woli, a według swojego w^idzimisię, za 
pośrednictwem i pomocą jego wrogów. Z tem wszystkiem, pomimo iź 
dyktator i Rząd, obok niego istniejący, wszelką nadzieję wybrnięcia z tego 
— według ich mniemania nieszczęścia — pokładali w^ układach z carem, 
naród cały żadnej do nich nie przywiązując wiary, gotował się do 



291 

walki z prawdziwym zapałem i ochotą serdeczną, W skutku tej ogromnej 
różnicy w pojmowaniu polo^.enia i ocenieniu stosunków, jaka istniała 
między narodem a jego rządem, działanie ostatniego było nacechowane 
niezdecydowaniem się i rażącą sprzecznością. 

Rząd lękał się obrazić cara, a nie ukarał tych, co znieważyli jego 
herby, pobili jego najwierniejsze sługi; wypuścił w, księcia z ca- 
lem wojskiem, którego broń, działa, konie, zgolą cały rynsztunek wo- 
jenny byłby dla powstania wielką pomocą, a przytrzymał generałów 
i urzędników moskiewskich, pozostałych w Warszawie, których koszta 
utrzymania stały się ciężarem dla skarbu, a intrygi, przez nich prowa- 
dzone, prawdziwą klęską dla powstania; wysilał się, aby omamić cara, 
IŻ władza jego w niczem naruszoną nie została , a lękając się narodu, 
chcącego stanowczo zrzucić z siebie jarzmo carskie, nakazał formować 
3cie i 4te bataliony z dymisyonowanych żołnierzy i w^szystkim mie- 
szkańcom stanąć pod bronią. Słowem — rząd. stojący pomiędzy carem 
i własnym narodem, odgrywał rolę Herkulesa na rozstajnych drogach; 
nie śmiał obrazić cara stanowczem złączeniem się z powstaniem i roz- 
poczęciem zaczepnego działania, nie śmiał narazić się ludowi otwartem 
mu wypowiedzeniem^ iż według jego przekonania — o wojnie z carem 
nie ma co myśleć, tylko go przeprosić należy. 

Przy zupełnej nieznajomości tak stosunków i położenia własneŁ^o 
narodu, jak i stosunków i położenia moi^iewskiego państwa, działanie 
rządu chwiejne nie umiało na razie z korzyścią zużytkować ogromnych 
zasobów maleryalnychj a co ważniejsza, zapału i gotowości do wszelkich 
poświęceń całego narodu, jakiemi rozporządzać mogło. Przeciwnie, całe 
jego działanie zdawało się być wymierzone ku zmarnowaniu sil matę- 
ryalnych i ku wyziębieniu tego zapału, który w pierwszej chwili ogarnął 
naród i pchał niepowstrzymanie do wAk\ ostatecznej z Moskw^ą. Dy- 
ktator, z czysto żołnierskiego stanowiska oceniając stosunki, nie widział 
tylko 30.UOO wojska regularnego i ani chciał przypuścić, aby po za 
tą garstką mógł rachować na jakąkolwiek siłę. To też 30000 dymi- 
syowanych żołnierzy i 240.000 popisowych, którymi mógł rozrządzać 
i użyć ich na obronę kraju, nie licząc w to rut hawki, dla dyktatora nie 
istniało wcale. On na wszystkie przedstawienia odpowiadał stanowczo, 
iż ruchawki za nic nie uważa, a z trzydziestu tysiącami wojny Moskwie 
wydawać nie myśli. Z zaślepienia tego skrzętnie korzystał książę Lu- 
becki i szajka adherentów jego, między którymi cala rodzina Łubieńskich, 



292 



w trzymaniu z Moskwą upatrująca najskuteczniejszy środek do zboga- 
cenia się, dzielnie księcia eksministra wspierała. 

Dyktator, który sobie wymarzył, iż powstrzymaniem powstania 
zyska zaufanie cara i wyjedna u niego całkiem niezawisłą administracyę 
dla Krółestw^a Kongresowego, oraz pozwolenie utworzenia gwardył na- 
rodowej na wzór landwery pruskiej, znalazł w Łubieńskich silne po- 
parcie tego swojego niepraktycznego urojenia. To go utwierdziło 
w przekonaniu » iż car, w zamian za usługi mu oddane, przyzwoli na 
te jego żądania i ztąd wywnioskował, że szaleństwem byłoby z małemi 
porywać się siłami i na klęskę niezaw^odną sprawę całą narażać, gdy 
przez rokowania z carem będzie moina po latach kilku mieć dwakroć- 
slotysięcy wyćwiczonego żołnierza i 400 dział i wówczas śmiało po- 
targować się z nim o resztę Polski. Dyktator uroiwszy sobie, że wy- 
wiedzie w pole cara i że ten będzie tak dobrodusznym, iż się nie pozna 
na tem i — jak to powiadają — da na siebie bicz ukręcić, popadł 
w zależność tych niecnych ludzi, którzy, jedynie swoje widoki mając 
na względzie, korzystali z jego zaślepienia i potakując jego nieprakty- 
cznemu urojeniu, zjednali 
W skutku tego dyktator 
karcił tych wszystkich, którzy wiedzeni czystym patryotyzmem przy- 
bywali do Warszawy, dla przedstawienia mu gotowości do walki swoich 
wspólobyw^ateli i zamiast udzielić im zachęty i rozporządzić w sposób 
najskuteczniejszy tworzącą się ochoczo silą powstania, zbywał ich mro- 
żącą odpowiedzią: „Nie mam jednej skałki dla powstania! nie chcę ru- 
„chawki, siedzieć cicho w domach!** 

Łubieńscy pozajmowawszy posady, które 
wszelkie zasoby powstania, gospodarowali w 
wszy dla niego, a najkorzystniejszy dla siebie. 
w Augustowskiem, wiedząc dokładnie, iż jeżeli 
do walki , to ta odbędzie się pod Warszawą, 
niądze narodu na zakupno zboża, z którego 
użytkować miały, dwojaką na tym frymarku odnosząc korzyść : bo się 
zasługiwali Moskalom i nieprawnymi zyski napełniali swoje kieszenie, 
O zakupnie zaś broni ani myśleli, chociaż skarb, jak Polska Polską, 
nigdy nie był tak bogaty, bo miał sto milionów do dyspozycyi. Z tych 
stu milionów była znaczna część w srebrze, samych rubli było 3 mi- 
liony. Należało więc te ruble i srebro w sztabach przebić w mennicy 



sobie u niego nieograniczone zaufanie. 
z popędliwością gburowatego żołnierza 



w ich ręce oddały 
sposób najszkodli- 
Zakładali magazyny 

ostatecznie przyjdzie 
Trwonili więc pie- 

moskiewskie wojska 



293 



na monetę polską krajową, mającą nominalną wartość wyższą, aniżeli 
rzeczywistą, aby zapobiedz wywożeniu jej za granicę. Tymczasem po- 
starano się o jak najprędsze pozbycie się srebra , które przeszło do 
kieszeni niecnych spekulantów. Gospodarstwo podobne zniweczyło za- 
soby pieniężne kraju; brak drobnej monety zachwiał kredytem ban- 
knotów, w których wypłaty czyniono wojsku. Wypłaty te, w skutku 
tego niegodziwego gO'>podarstwa , stały się w następstwie iluzyjnemi, 
bo 50- złotowy eh banknotów nikt nie chciał i nie miał czem mieniąc, 
a takimi żołd wojsku wypłacano. 

Skutkiem niedołęstwa i zaślepienia owych powag krajowych, 
których złe pojęte stanowisko przedrewolucyjne wyniosło na prze- 
wodników powstania, nie przez nich i wbrew ich zdziałanego woU, 
jasnem już było dla ludzi nieco zgłębiających rzeay, iż powstanie^ 
zbite z właściwego tropu, nie pójdzie drogą zaczepną, ale po zmarno- 
waniu najdroższego czasu na złudnych i bezowocnych rokowaniach, 
ograniczy się na najniekorzystniejszej dla siebie walce odpornej, której 
nader wątpliwy wypadek rozstrzygnąć się musi pod murami War- 
szawy, Wszelako obowiązek każdemu dobrze myślącemu nakazywał 
nie usuwać się od wspólnej obrony, ale owszem garnąć się do woj- 
ska, aby pomnożeniem szeregów możliwszem uczynić odparcie nawały 
moskiewskiej, której najście, pomimo złudzeń dyktatora niewątpli- 
wem było. 

Postanowiłem więc zaciągnąć się do wojska, ale niedawno oże- 
niony, mając dwoje drobnych dziatek, nie chciałem ich i żony mojej 
wystawiać na okropne skutki wojny, które jak wnosić łatwo było z po- 
stępowania niedołężnego rządu, w razie przegranej bitwy, Warszawę 
spotkać musiały; przeto zamierzyłem to, co miałem najdroższego, umieścić 
na wszelki wypadek w bezpiecznem miejscu, a takiem zdawał mi się 
Kraków, jako miasto wolne i niepodległe. Aby jednak nie ściągnąć na 
siebie podejrzenia hańbiącego, iż się wynoszę w celu opuszczenia świętej 
sprawy, zamierzyłem w drugiej połowic grudnia zaciągnąć się jako prosty 
żołnierz do 4 pólku piechoty liniowej i prosić zaraz o urlop, potrzebny 
mi do umieszczenia żony i dzieci w Krakowie. Lecz gdy zamiar mój 
objawiłem przyjacielowi mojemu Teodorowi Śląskiemu, posłowi kiele- 
ckiemu, ten stanowczo zaczął mnie od niego odwodzić, „Pochwalam 
„w zupełności chęć twoją służenia krajowi*" — rzekł do mnie — „ale nie 
„dosyć jest służyć, głównie idzie o to, aby służyć najskuteczniej. Jako 



294 



„żołnierz prosty niewielką zrobisz przysługę krajowi, a otwarcie ci wy- 
„znam , że w szeregu będziesz mniej przydatnym, jak każdy nasz Ma- 
„ciek, któremu silą fizyczną i wytrwałością sprostać nie będziesz mógł. 
^W szeregu ani wiedzy twej, ani prawości kraj spożytkować nie będzie 
„mógł. Nie jesteśmy zresztą w stanie normalnym, ale w stanie 
» nadzwyczajnym, obronę naszą musimy podnieść do najwyższej możli- 
„wej potęgi powołaniem do szeregów wszystkich zdatnych do noszenia 
„broni. Liczba wojska naszego przez to ośm razy będzie większą jak 
„była, skądże wziąć oficerów do przewodniczenia tym masom?" 

„Dawna armia, pomimo posunięcia wszystkich jej podoficerów na 
„oficerów, nie zapełni jednak ich braku; konieczność nakazuje, aby 
„ludzi inteligentniejszych mianować odrazu oficerami. Boć nie zaprzeczysz, 
„że ty, co skończyłeś szkoły i uniwersytet, daleko prędzej obeznasz się 
^z taktyką » jak człowiek prosty, który żadnej nie posiada nauki, 
„Zresztą przy organizacyi i tworzeniu nowych pólków, potrzebni s%j 
„ludzie i z wiedzą i z prawym charakterem, którzyby z całą sumien- 
„nością szafowali groszem publicznym, a znając cię osobiście, przeko- 
„nany jestem, iż pod tym względem z większym pożytkiem dla krajid 
„poleconą ci służbę wykonasz, aniżeli niejeden sztabsoficer z dawnego 
„wojska, któremu w drugą naturę się przemieniło ciągnienie korzyści 
„z grosza publicznego. Z tych tedy powodów protestuję jak najmocniej 
„przeciwko wstąpieniu twojemu jako prosty żołnierz w szeregi naro- 
„dowe, bom przekonany, że daleko pożyteczniejszym będziesz, pełniąc 
„służbę oficera, jak prostego żołnierza. Zresztą regulaminu łatwo się 
,, nauczysz, a ponieważ przew^ertowałeś wszystkich autorów wojsko- 
„wych od Folarda aż do ostatnich czasów, przeto masz i pod tym 
j, względem obszerniejsze wiadomości, jak niejeden oficer dawny". 

Zdanie to mego przyjaciela poparł gorąco Henryk Dembiński , 
obywatel z Krakowskiego, dawny oficer z czasów Księstwa War- 
szawskiego; przybył on właśnie do Warszawy w towarzystwie Rzo- 
chowskicgo, byłego pólkownika krakusów z czasów Napoleońskich, 
który objął dowództwo formującego się w Krakowskiem pół ku 
pierwszego krakusów. „Panie Alfredzie*^ —rzekł — „usłuchaj rady do- 
.,brze tobie i krajowi żjczących. My więcej mamy doświadczenia^ 
„w tym względzie, bośmy już przez to przechodzili. Słusznie powiać 
„pan Teodor, że jako prosty żołnierz zmarnujesz się bezpożytecznie 
„dla kraju; daleko pożyteczniejszym będziesz, gdy jako oficer przy 



295 



^nowej organizacyi zajmiesz się konskrypcyą, odbiorem potrzebnych 
1^ przyborów, bo przekonany jestem, ze poruczongt czynność wy- 
, pełnisz gorliwie, sumiennie i wiele się przyczynisz do szybkiego 
„sformowania się nowych pólków, które obywatele na obronę ojczyzny 
„postanowili własnym kosztem wystawić. Właśnie województwo nasze 
^potrzebuje podobnych tobie ludzi, przeto nie wdając się w dalsze do- 
j, wodzenia, spodziewam się, ze usłuchasz rady doświadczonych w tym 
j, względzie swoich przyjaciół. Ja nie zwlekając idę do Małachowskiego 
,i przynoszę ci nominacyę na porucznika, a że wiem żeś myśliwy i 
a dobrze strzelasz, a my w Krakowskiem formujemy strzelców celnych, 
„przeto nastręczy ci się w^krótce sposobność bicia niedźwiedzi zamiast 
„zajęcy i kuropatw, na któreś dotąd polował. Chociaż dyktator, u któ- 
^rego w4aśnie byłem — mówiąc między nami — zżyma się na formacyą 
„nowych pólków i nie chce teraz o nich słyszeć, my jednak będziemy 
^swoje robić, boć z batiuszkami musi przyjść do bilki, a wtenczas i 
,, dyktator przeprosi się z nowymi pólkami i będzie rad, jak ich będzie 
„miał najwięcej na zawołanie**. 

Uwagi te trafiły do mego przekonania, a nadewszystko nadzieja 
szybkiego uorganizowania strzelców celnych i wyruszenia z nimi na 
linię bojową, zachęciła mnie do usłuchania rad tych dobrych przyjaciół 
moich, Z radością wyobrażałem sobie, jak na czele przynajmniej plutonu 
dzielnych strzelców będę mógł naprzykrzać się Moskalom i niejednemu 
z nich odjąć na zawsze możność uciskania nas, Dembińskiemu latw^o 
było spełnić obietnicę, bo rząd, nie troszcząc się o nowo formować 
się mające półki, zdał całą sprawę na dwóch regimentarzy, którym 
nadał władzę mianowania oficerów do stopnia podpółkownika w tak 
zwanej gwardyi ruchomej , z której powstać miały nowe półki. Regi- 
mentarzem po lewym brzegu Wisły byl mianowanym Stanisław Ma- 
łachowski, były półkowiiik i dowódca kirasyerów z czasów Księstwa 
Warszawskiego, Od niego więc Dembiński przyniósł mi nominacyę na 
porucznika w gwardyi ruchomej. Zaniepokoiło mnie to, bo ja chcia- 
łem służyć w strzelcach celnych , w^ tern przekonaniu , iż ochotników 
z gajow^ych, strzelców, leśniczych i amatorów myślistwa dobrze strze- 
lających łatwo będzie zebrać w w^ojewództwie kilkuset ludzie którzy 
wprawni juz do użycia broni i zwykle inteligentniejsi od prostycti 
chłopów, w ciągu kilku tygodni obznajomiwszy się z potrzebną dla 
nich taktyką, bętlą mogli zaraz stanąć na linii bojowej, gdy gwardya 



296 

ruchoma, jako złożona z ludzi całkiem surowych , zanim się obezna 
z użyciem broni i z mustrą^ daleko później będzie mogła być użytą. 
Wyraziłem tę moją obawę Dembińskiemu, dziękując mu za nominacyę, 
która mnie do celu nie doprowadzi, ale on odparł mi na to, że sam 
będąc dow^idcą gwaidyi ruchomej, nie będzie za piecem siedział, tylko 
doh ży wszelkiego starania, aby z zebranemi i uorganizowanemi silami 
w województwie pospieszyć jak najprędzej na linię bojową. „Załatwij 
„więc** — ^ rzeki mi — „twoje interesa, odwieź żonę i dzieci do Krakowa, 
„a sam wracaj, zamelduj mi się w Kielcach i bądź spokojnym o to, 
^że zajrzysz Moskalom w oczy". 

Zaspokojony tern zapewnieniem Dembińskiego, starałem się za- 
łatwić jak najprędzej moje interesa, aby odwieść żonę i dzieci do 
Krakowa, a umieściwszy je tam wTÓcić do Kielc, gdzie służbę 
moją wojskową miałem rozpocząć Pomimo najszczerszej chęci jak 
najprędszego opuszczenia Warszawy, niezbędne załatwienie interesów 
nie dozwoliło mi wcześniej jak l stycznia 1831 wyruszyć w drogę. 
Na szczęście czas byt prześliczny^ przymrozki do sześciu stopni do- 
chodzące utrzymywały drogę w dobrym stanie i ułatwiały podróż, 
ale krótkość dnia i wzgląd na dzieci, z których jedno miało trzy lala, 
a drugie rok drugi, zmuszały do w^cześniejszych i dłuższych noclegów, 
tak że dopiero 7 stycznia przybyłem do Krakowa. Znalezienie mie- 
szkania, umieszczenie żony i dzieci zabrało znów dni kilka, nareszcie 
dopełniwszy tego obowiązku i pożegnaw^szy, może na zawsze, to 
co miałem najdroższego, opuściłem Kraków, a choć mi smutno było, 
nie traciłem otuchy, że sprawa nasza, po niejednej krwawej roz- 
prawie, musi się wysw^obodzeniem naszem zakończyć. Utwierdzał mnie 
w tem przekonaniu wzgląd na to, iż Polska pod względem zasobów 
nigdy tak świetnie nie stała. Sześćdziesiąt tysięcy blisko wojska, licząc 
w to dymisyonowMnych żołnierzy, tak wyćwiczonego, jak prawie 
w żadnem w^i wczas państwie europejskiem nie było, zapasy amunicyi 
nagromadzone w Modlinie przez samą Moskwę, sto milionów w skar- 
bie i dwakroć czterdzieści tysięcy popisowych, ochoczych do chwy- 
cenia za broń, w samem Królestwie, nie licząc Litwy i krajów Za- 
branych — było zaiste potęgą, która śmiało mogła się z Moskwą 
mierzyć. 

Przejeżdżając granicę w powrocie do kraju, w Wilczkowicach 
zagadnięty zoslalem przez naczelnika komory Jerzmanowskiego, co de- 



297 



klaruję; oświadczyłem, iź oprócz kilku łokci sukna potrzebnego na 
mundur, kilku pałaszy i dwóch par pistoletów nic nic wiozę. Pan na- 
czelnik oświadczył mi, iż rzeczy tych przewieść mi nie dozwoli. Zdzi- 
wiony i oburzony lem orzeczeniem naczelnika komory, odpowiedziałem 
mu , iź chyba sobie żartuje, boć musi mu być wiadomo, iź cały na- 
ród powstał, źe przeto co tylko odnosi się do uzbrojenia, nie może 
ulegać przepisom, przed rewolucyc^ obowiązującym i że robiąc ml 
w tym względzie trudności , narazić się może na odpow^iedzialność. — 
Pan naczelnik z zimną powagą odpowiedział mi na lo» iż rewolucya 
jest w Warszawie, ale nie na komorze, k'óra żadnej w tym względzie 
nie otrzymawszy instrukcyi, musi się stosować do obowiązującycłi ją prze- 
pisów*; „powinienbym'* — rzekł — „ściśle wypełniając moje obowiązki, rze* 
rtCzy zabrać i karę jeszcze panu kazać zapłacić, ale przez wzgląd, iż pan 
„rewolucyjnymi wypadkami w błąd wprowadzony zostałeś, nie będę 
„wymagał zapłaty, lecz rzeczy na komorze zatrzymam, jako towar zaką- 
szany, a wolno panu udać się do komisy i wojewódzkiej z prośbą o ich 
^wydanie^. 

Dziwnem mi się zdawało, iż do kraju, będącego w pow^staniu i 
zagrożonego najazdem, zakazanem było broń wprowadzać, wszelako 
nie mogąc przeprzeć uporu służbowego p. naczelnika komory, rad 
nierad pozostawiwszy sukno, pałasze i pistolety, puściłem się w dalszą 
drogę w dosyć złym humorze* ł^rzybywszy do Kielc 17 stycznia, za- 
meldowałem się dowódcy gwardyi ruchomej Henrykowi Dembińskiemu, 
mającemu główną swoją kwaterę w dolnem mieszkaniu gmachu bisku- 
pów krakowskich, zbudowanym w wieku XVłl przez biskupa Zadzika, 
i opowiedziałem mu, jaka mnie przykrość spotkała na komorze w Wilczko- 
wicach. Oburzył się na tę niewczesną isłużbistość naczelnika komory 
Dembiński i zapewnił mnie, iż Wielogłowski , prezes komisyi, nakaże 
naczelnikowi, aby niezwłocznie kosztem swoim rzeczy zatrzymane mi 
odesłał. Następnie dodał Dembiński: „Pamiętam, iż życzeniem twojem 
„było służyć w strzelcach celnych, ale organizacya tychże jeszcze się 
„odwlecze, a tymczasem zajmiemy się zbieraniem jak najprędzej dosta- 
„tecznej liczby ludzi do utworzenia dwóch pólków piechoty. Postano- 
,, wiłem użyć ciebie jako adjutanta przy dowódcy kadrów, majorze Heni- 
„szu, bo zależy mi na tern wiele, aby tę czynność powierzyć w ręce 
„człowieka na którego gorliwość, a zarazem i uczciwość, z pewnością 
„rachować mogę. Bo najprzód idzie mi o to, aby od zaciągu, czy 

88 



29d 



, przez protekcyą, czy innym środkiem, nikt się nie uwalniał, a powtóre 
„aby obywatele, zobowiązani rozmaite przybory dostarczać, rzeczy- 
„ wiście i podług przepisu dostarczyli je w swoim czasie. Dalszą 
„instrukcyc otrzymasz od majora Hcnisza , który tu niebawem na- 
„dejdzie i pod którego rozkazami będziesz zostawała a ponieważ tu 
„idzie o powiększenie siły zbrojnej krajowej, pewny jestem, iź do- 
„lożysz wszelkiego starania, aby zebranie jej w zakresie ci poru- 
jjCzonym jak najs[>ieszniej uskutccznionem zostało^'. — Oświadczenie to 
Dembińskiego nie bardzo mi było milem^ bo niweczyło marzenia moje 
o strzelcach celnych i prędkim pochodzie z nimi na linię bojową, ale 
bacząc, iź posłuszeństwo jest pierwszą cnotą żołnierza, postanowiłem 
rozkaz mi dany sumiennie wypełnić. 

Dowódca mój, major Henisz, dosłużył się rangi kapitana jeszcze 
za czasów Księstwa Warszawskiego i w tym stopniu po nowej orga- 
nizacyi wojska Królestwa Kongresowego przydzielony do sztabu ge- 
nerała Zajączka, namiestnika Królestwa, pozostawał w kancelaryi 
przybocznej namiestnika przez lat parę, a potem wziąwszy dymisyą od- 
dal się gospodarstwu, dzierżawiąc w Krakowskiem dobra rządowe* 
Obarczony rodziną, której utrzymania jedynym środkiem l>yla zapobiegli- 
wość jego w prowadzeniu gospodarstwa, nie usunął się jednak od 
służby jako wojskowy i przyjął dowództwo kadrów w województwie, 
czyli właściwie pobór nowo się tworzyć mających zaciągóv\^ Formacya 
tychże, o której dyktator nie chciał wiedzieć, a której dla zapału i 
oclioty do zbrojenia się całego narodu — nie czuł się w mo/ności z góry 
urzędownie zakazać, zostawiona była, pomimo mianowania regimentarzy, 
na łasce ministra spraw wewnętrznych i komisyj wojewódzkich. Wła- 
dze te, którym tak błogo było pod rządem poprzednim , niechętne 
były temu według ich przekonań szalonemu poruszeniu, wyrzucają- 
cemu ich z kołei dla nich dogodnej, w którą się wżyły. Zmuszone na- 
ciskiem opinii do brania udziału w tym zamęcie, który zagrażał ruiną 
ich spokojnej i ustalonej egzystencyi, marząc w duszy o jak najprędszem 
przywróceniu obalonego, dla nich dogodnego porządku, starały się, 
o ile w ich mocy tylko było — utrudniać organjzacyą siły zbrojnej, 
w czem zresztą stosowały się w zupełności do natclinień z góry 
od rządu im dawanych. A że dowódcy wojewódzcy tak zwanej gwar- 
dyi ruchomej nic bez współudziału komisyj wojewódzkich przedsiębrać 
nie mogli, wynikały wit^c ztąd ciągłe spory i zatargi, które tak pod 



290 

względem zgromadzenia jak i zaopatrzenia tych nowych zaciągów naj- 
jjiekorzystniej wpływać musiały* 

W skutku polecenia regimentarza nakazano formować w woje- 
wództwie krakowskiem lo batalionów gwardyi ruchomej. Dowódca 
mnj, major Henisz. kazał mi udać do miasteczka Chęcin, połoJ:onego 
na trakcie krakowskim o dwie mile o Kielc, gdzie miałem czynność 
moją rozpocząć i stosowne na miejscu od niego ofrzymać instrukcye. 
Przybyłem do tej mieściny ig stycznia. Ruiny zamku na górze, panu- 
jącej nad tem miasteczkiem , w którem Władysław Łokietek odbywał 
wiece, a Kazimierz Wielki sprawował rządy, świa lezą o jego starożytności 
i zamożności w dawnych czasach. Dziś nędzne i przeważnie zamie- 
szkałe przez Żydów, odznacza się tem, iż mając w pobliżu łomy mar- 
murowe (z nich Władysław IV. kazał wykuć kolumnę, na której 
sroi posąg Zygmunta 111 w Warszawie), jest cale zbudowane z mar- 
muru« Nikt się jednak tego nie domyśli, bo ściany domów są otyn- 
kowane wapnem. Domy te nader są niedogodne, bo marmur, z na- 
tury swej nader czuły na wszelkie zmiany powietrza, w klimacie 
ostrym i tak zmiennym jak nasz, sprawia to, iż domy te są nader 
wilgotne i zimne, o czem się miałem sposobność przekonać. 

Po przybyciu tamże zakwaterowano mnie do byłego burmistrza 
Chęcin Lisieckiego, który w młodych swych latach służył jeszcze za 
Rzeczypospohtej w pólku pieszym, zwanym kn^lowej Jadwigi i był 
jednym z pierwszych, których piersi ozdobiono medalem „Virtuti mi- 
litaria za odznaczenie się pod Dubienką, Poczciwy staruszek, przejęty 
gorącą dla kraju miłością, przyjął mnie z otwartemi rękami, ciesząc 
się nadzieją, iż usiłowania nasze o wyswobodzenie ojczyzny pomyśl- 
niejszym może uwieńczone będą skutkiem, jak ich przed laty. Zasta- 
łem już w tem miasteczku paręset chłopów uzbrojonych w kosy, 
jako przyszły zawiązek siły zbrojnej, pod dowództwem dwóch ofice- 
rów z czasów Księstwa Warszawskiego, z kiórych jeden nazywał się 
Kizewski, a drugi Malczewski, Przybyły major Henisz oświadczył mi, 
iż bezzwłocznie zajmiemy się według rozkazu poborem ludzi i odbio- 
rem efektów, które się mają składać, dla każdego odstawionego i wzię- 
tego do wojska, z kożucha, nowej białej sukmany, nowej czerwonej 
czapki, spodni sukiennych, spodni płóciennych, butów nowych, kosy 
prostej i siekiery, Po kilkudniowej wspólnej robocie, major oświadczył 



soo 

mi, iż się przekona!, że może się na mnie w tym względzie zupełnie spu- 
ścić, co mu jest nader dogodnem* ^Gdyż wyznaję ci szczerze* — dodał — 
„iż oderwanie się zupełne od gospodarstwa, przy szauplych moich za- 
„sobach, zrządza mi niemałą szkodę, a tu trzeba właśnie' dołożyć sla- 
„rania, aby jak [>QwoJają na linię bojową, nie zostawić dzieci bez 
„funduszu i samemu mieć jakiś zapasik. Dotąd nie miałem się tu kim 
„zastąpić, bo ci dwaj oficerowie przysłani z Warszawy, Kizewski i Mal- 
„czewski , nie w^zbudzają we mnie zaufania ; pierwszy utrzymywał po 
„prosto zakład publiczny w Warszawie, w domu radcy stanu Sumińskiego, 
„byłego dyrektora poczt i policyi — drugi zakrawa na szuję i awantur- 
„nika. Oni, pod pozorem służenia ojczyźnie, przybłąkali się tu dla za- 
„robku, na ludzi wit^c takich nie mogłem się spuścić, bo za pieniądze 
„połowę rekrutów uwolniliby od służby i efektaby posprzedawałi. 
„Lekarz tutejszy Rohrich, także nie odmówi łapówki, musiałem więc 
^sam rzecz prowadzić, ale teraz, kiedy mi cię Pan Bóg zesłał i gdy 
„tydzień pracy wspólnej przekonał mnie, iż to, co Dembiński mi o tobie 
„mówił, zupełnie jest zgodncm z rzeczywistością, mogę, zdawszy 
„całą robotę na ciebie, spokojnie zająć się moją chodobą, bo w^iem, 
„że sprawa publiczna nic na tern nie ucierpi. Obznajoniiłeś się z mani- 
„pulacyą, będziesz więc sam prowadził czynności; z kolegami bądź 
„grzecznie, ale zdaleka, bo oni ci pewnie poczciwej nie udziełą rady ; 
„raporta będziesz mi przesyłał co tydzień. Co do uwolnień kieruj się 
„własnym rozsądkiem i przekonaniem, nie polegając na zdaniu leka- 
„rza, ani naw^t na zdaniu delegowanego do pomocy komisarza oby- 
„WPtelskiego Krzyckiego". 

Po odjeździe majora zabrałem się do roboty z całą energią mło- 
dego wieku; od 8 rano do 12 w południe, od 1 do 5 wieczór, ma- 
jąc dwóch pisarzy do pomory, bezprzestannie mierzyłem i wraz z do- 
ktorem rewidowałem liagicli chłopców. Czynność ta, w mieszka- 
niu dosyć szczupłem, z powodu nadzwyczajnej zaduchy była dosyć 
uciążliwą. Nakaz dostawy powyżej wymienionych efektów w zna- 
cznej liczbie i w dosyć krótkim czasie po hiiósł ich cenę i stał się 
uciążliwym dla obywateli. Starali się też uw^olnić od tego ciężaru 
i proponowali mi wedle ułożonej ceny wypłatę pieniężną, wyró- 
wnywającą wartości mających się dostawić efektów. Chociaż starsi 
koledzy doradzali mi, abym zamianę tę przyjął, bo i obywatelom 
dogodzę i sam mogę na tern skorzystać, oświadczyłem, iż według 



301 



instrukcyi danej mi, nakazany mam odbiór efektów w naturze i tego 
nakazu ślepo trzymać się będę, chociaż według mego przekonania da- 
iekoby odpowiednie] było, gdyby to, co te rzeczy kosztują, obrócono 
na odpowiedne umundurowanie nowozaciężnych. Dodałem przytem : 
-Kiedy panom iiciązliwem jest skupowanie tych rzeczy, ułóżcie się 
,z jakim hwerantem, a pozbędziecie się kłopotu''. Poszli też za moją 
radą i wkrótce zjawił się w mieszkaniu mojem zamożny spekułant Zyd 
Horowitz, który mi się zameldował jako ugodzony przez obywateli do 
dostawy rzeczy dla wojska liwerant. Powiedziałem mu: ^Panu wia- 
„domy jest zapewne przepis, jalcie i jakiego rodzaju mają być te rzeczy; 
„skoro mi je pan dostarczysz w dobroci odpowiedniej, nie omieszkam 
„panu dać zakwitowania , zapowiadani jednak , iż rzeczy nie mających 
„odpowiedniej miary i jakości nie przyjmę i za zawód do surowej od- 
„powiedzialności pociągnę, gdyż czasu tracić nie możemy". Pan liwerant, 
zbliżywszy się do mnie, starał oii się wetknąć w rękę rulon biletów 
bankowych; odsunąłem się od niego, a zmierzywszy okiem pogardy, 
rzekłem; „Pomyliłeś się paninie radzę ci ponawiać próby, bo cię na- 
„tychmiast aresztować każę"". Natenczas Żyd zdziwiony, uchylając krymki, 
powiedział: „Bez urazy i z przeproszeniem Wielmożnego Adjutanta, nie 
„pierwszy raz w życiu liweruję, ale pierwszy raz w życiu trafiłem na 
„dziwnego człowieka, który nie chce brać, gdy mu dają*, — „To cię 
„mój panie" — odrzekłem — „przekonać może, że efektów byle jakich nie 
„przyjmę i terminu dostawy ściśle przestrzegać będę. Slarajże się więc 
„jednemu i drugiemu zadosyć uczynić, jeżeli nie chcesz się narazić na 
„nieprzyjemność.** 

Niepraktyczność tej dostawy, narażającej na znaczne wydatki oby- 
wateli, pokazała się wkrótce. Z nagromadzonych bowiem rekrutów 
utworzone dwa półki piechoty liniowej, oznaczone numerami 9 i lo 
i liczące 6 batalionów, nie przedstawiały jak tylko masę ludzi, nie 
różniących się w niczem od prostych włościan i nie mających postawy 
żołnierskiej. Ubiór włościański, niedogodny do obrotów wojskowych, 
był przytem pobudką do licznych dezercyj, których się bezkarnie, 
w niemożności rozróżnienia nowozaciężnych od pozostałych przy roli 
kmieci, dopuszczać mogli. Zresztą chłop w sukmanie uważał sam sie- 
bie za chłopa, a nie za żołnierza IVzeciwnie, gdyby pieniądze te, które 
obywatele wydać musieli na ubranie kosynierów, obrócone zo- 
stały na odpowiedne ich umundurowanie, byłyby im nadały od razu 



802 



postawę żołnierską, natchnęły duchem wojskowym, utrudniły dczercyę, 
a nadewszystko oszczędziły podwójnych kosztów przebrania ich całko- 
witego przez komisyę wojny. 

Masy te chłopów podzielono na bataliony, z których trzy, nazwane 
pólkiem g piechoty liniowej, przeszły pod dowództwo Samuela Ró- 
życkiego, niegdyś za czasów Księstwa Warszawskiego szefa batalionu, 
a od czasów organizacyi Królestwa pełniącego cywilną służbę komi- 
sarza obwodu stobnickiego ; — drugie trzy pod nazwą pólku lo. 
przeszły pod rozkazy Spytka Jordana, dawniej wojskowego, a obecnie 
właściciela ziemskiego^ Nie były to strzelcy, o których marzyłem, 
ale zaliczony do pólku 9go pocieszałem się tą nadzieją, iż niebawem 
wyruszę z tym pólkiem na linię bojową, bo do tego wszystkie czy* 
niono przygotowania. Tymczasem Dembiński, który zabierał się do 
wyruszenia z tymi dwoma półkami do Warszawy, zdawszy dowództwo 
województwa na Józefa Mieroszewskiego, dzierżawcę dóbr rządowych 
KacicCi a w r, 1813 adjutanta generała Weissenhofa, wezwał mnie 
do Kielc i oświadczywszy mi w obecności nowego dowódcy woje- 
wódzkiego zupełne zadowoloienie z wypełniania poruczonego mi dotąd 
obowiązku, zaklął mnie na wszystko, abym nadal tą samą zajmował 
się czynnością, ;,bo największą" — rzekł — „przysługę ojczyźnie oddasz, 
„jeżeli z tą samą jak dotąd gorliwością i sumiennością zajmiesz się 
„zbieraniem kadrów i dosytaniem ich do kompletowania ubytku, który 
»,w skutku walki nastąpić musi." 

Przemówienie a raczej rozkaz Dembińskiego, abym nadal pozostał 
przy organizacyi kadrów, nader przykrym byl dla mnie ; oświadczyłem 
mu więc, iż nigdym się nie spodziewał, aby mi taką krzywdę wyrządzał. 
„Ja zaciągnąłem się do wojska" — rzekłem^ ^abym jak najprędzej mógł 
„być czynnym na linii bojowej, ale nie na to, abym za piecem siedział. 
„Usłuchałem rady pańskiej, żem się nie zaciągnął jako prosty żołnierz do 
„starego pólku, boś mnie zapewnił, że w krótkim czasie województwo 
„krakowskie zorganizuje strzelców celnych, którzy niebawem pójdą na 
„linię bojową; strzelców tych nie ma dotąd; sądziłem więc i miałem 
„wszelkie prawo spodziewać się tego, iż choć z pólkiem gtym kosy- 
„nierów pomaszeruję. Pozostawienie mnie na miejscu uważam za nader 
„bolesną dla mnie krzywdę i upraszam najgoręcej pana dowódcę, abyś 
„postanowienie swe zmienił i przychylił się do mojej prośby, przydzie- 
„lając mnie do pólku 9go, do którego i tak juz się zaliczam," 



I 
4 



303 



Dembiński rzeki: „Nie bądi taki gorący, wszak się nłkt jeszcze 
„nie bije; nie bój się, przyjdzie jeszcze i na ciebie czas, bo to się tak 
„prędko nie skończy, pociągnie się pewnie miesiące, a może i lata. 
„Uważam dla dobra służby za konieczne, abyś pozostał na miejsca i 
„zajmował się czynnością, w której nabyłeś wprawy i którą z wielkim 
„dla obrony krajowej pożytkiem dotąd spełniałeś. Zres/tą, jako woj- 
„skowy, powinieneś się poddać woli twoich przełożonych i zastosować 
„się do ich poleceń. Szczerze ci oświadczam, iż postanowienia mego 
jjzmienić nie mogę, bo uważam za najodpowiedniejsze pozostawienie cię 
„na miejscu dla dobra służby krajowej. Jesteś gorUwy, a nadewszystko 
„uczciwy, ująć się nie dasz żadnymi względami, a tem samem przy 
„poborze i nowej organizacyi obrony krajowej, takiego nam tu człowieka 
„jak ty potrzeba. Spuścić się na ciebie zupełnie może i dowódca wo- 
„jewódzki i dowódca kadrów, przeto rad nierad musisz pozostać. Zape- 
jjWnić cię tylko mogę, iż zbyt długo nie pozostaniesz, bo nie będziesz 
„wiecznie odsyłał popisowych do półkow, ałe województwo będzie się 
„starało sformować półk, a z nim i ty dostaniesz się tam, gdzie pra- 
„gniesz". 

Przeciwko tak stanowczemu oświadczeniu dowódcy, bacząc na 
subordynacyę nie mogłem stawić oporu, pozostałem więc na miejscu, 
zajmując się znów odbiorem ludzi i rekwizytów, oraz przeglądem nad- 
syłanych i z innych punktów województwa oddziałów, sprawdzaniem, 
czy są zaopatrzone wedle przepisów i czy żołd rzeczywiście doszedł 
ich rąk. Wśród tych zatrudnień w lichych Chęcinach doszła mnie 
wiadomość o złożeniu dyktatury przez generała Chlopickiego, o krwa* 
wych pod Grochowem z najazdem moskiewskim zapasach, a w^ końcu 
i o objęciu naczelnego dowództwa wojsk naszych przez generała Skrzy- 
neckiego. 

Zazdrościłem szczerze tym, którzy już starli się z barbarzyńcami, 
ale ostatnia wiadomość nader przykre na mnie zrobiła wrażenie. Wątpi- 
łem, aby sprawa nasza w rękach Skrzyneckiego pomyślnym mogła być 
uwieńczona skutkiem. Złe wyobrażenie ^ tym człowieku powziąłem 
jeszcze przed rewolucyą. Sztab pólku 8go piechoty liniowej, którym 
on dowodził, stał w mieście Pułtusku. Mieszkał tam także komisarz 
obwodu pułtuskiego. Władysław Slaski, dobry mó\ przyjaciel i powi- 
nowaty, u którego pólkownik Skrzynecki był częstym gościem. 



304 



I 

t 



Właśnie w roku 1830 miałem zamiar kupienia części dóbr rzą- 
dowych, zwanych księstwem sieluirskiem , przeznaczonych na sprzedaż 
a położonych na szosie pomiędzy miasteczkiem Różanem i Ostrołęką. 
Jeździłem więc do Sielunia dla obejrzenia i rozpoznania części tych 
dóbr, którą zamierzałem nabyć i zwykle w przejeździe, przez Pułtusk 
nie omieszkałem odwiedzić Władysława Śląskiego, u którego najczęściej ' 
parę dni bawiłem. Wkrótce po rewolucyi lipcowej znajdowałem się 
u mego przyjaciela Śląskiego, wracając z Sielunia, gdy przed wieczo- 
rem przyszedł w odwiedziny półko wnik Skrzynecki, wraz z swoim ulu- 
bieńcem, podpólkownikiem Zwolińskim. l-lozmowa nie mogła się 
w owej chwili nie toczyć o nadzwyczajnem wydarzeniu, które pozba- 
wiło tronu starszą linię Burbonów. Skrzynecki mówiąc o tem wpadł 
w konwulsyjny gniew i nie szczędząc wszelkiego rodzaju obelg na 
deputowanych opozycyi, najbardziej jednak oburzonym był na wojsko 
francuskie. ,, Wojsko to" — wolał — ^okryło się hańbą na wieczne czasy, 
„złamało wiarę zaprzysiężoną prawemu monarsze, zniesławiło sztandary 
„swoje, łącząc się z motlochcm, który należało zmasakrować. Ach! gdy 
„bym tam był, toby m był im j>okazał, jak należy bronić prawej władzy; 
„kartacze i bagnety są najlepszym środkiem do poskromienia zachcia- 
„nek ludowych"*, Podpółkownik Zwoliński przyświadczał energicznie 
swojemu dowódcy i żadnym sposobem nie mogliśmy obydwaj ze 
Śląskim uspokoić ich gniewu, przeciw nikczemnej, według ich przeko- 
nania, armii francuskiej^ ani też us]jrawiedli\vić powstania narodu prze- 
ciwko władzy^ która najświętsze swoje obowiązki depce ze szkodą na- 
rodu. Według ich przekonania — nic nie mogło usprawiedliwić powstania, 
ono jest zawsze zbrodnią, zasługującą na karę. 

Człowiek, wyznający podobne zasady, jakimże mógł być kierowni- 
kiem potęgi rewolucyjnej? W przekonaniu jego car był prawym władcą,* 
a powstanie buntem karygodnym. Dodawszy do tego, że jeden z jego 
powierników, major Fetrykowski, był z jego nastręczenia szpiegiem 
moskiewskim, a drugi, Zwoliński podpułkownik, pierwszy, a na szczęście 
i ostatni, w samem rozpoczęciu kampanii przeszedł do Moskali, nie 
można sobie było nic dla sprawy narodowej dobrego rokować z wodza 
naczelnego, który takie miał przekonania i takich przyjaciół. 

Wkrótce kazano mi się z kancelaryą przenieść z Chęcin do Kielc 
i tam dalej czynność moją prowadzić, Kielce bowiem, jako stolica 
województwa były punktem zbornym wszystkich oddziałów nowoza- 



30a 



ciężnych, które polecono mi lustrować i zakwitowywać z dostawienia 
tych/:e dowódców powiatowych* Przeniesienie się do Kielc zetknęło 
mnie z komisyą wojewódzką, najwyższij władzą cywilną w województwie. 
Stanąłem kwaterą u Bogdańskiego, sekretarza generalnego komisyi 
wojewódzkiej. Wszyscy ci panowie, jak się następnie przekonałem, 
niechętni byli ruchowi i udział w nim biorących, uważali w ogóle za 
ludzi ekscentrycznych, zakrawających na terorystów z czasów pierwszej 
rewolucyi francuskiej. Pan Bogdański przyjął mnie tez z niedowierza- 
niem na kw^aterę i z zakłopotanej jego miny — aczkolwiek starał się 
ją osłonie przesadną grzecznością — widziałem^ że obrońca ojczyzny 
nic jest mu zbyt miłym gościem. [*o kilku dniach pobytu mojego 
w jego mieszkaniu przekonał się nareszcie, źe chociaż zaciągnąłem się 
do wojska powstańczego, nie jestem jednak ludożercą. 

Bogdański był sobie w całem tego słowa znaczeniu epikurejczy- 
kiem, a większa część jego kolegów^ mniej więcej hołdowała tym sa- 
mym przekonaniom. Zyć i użyć było ich glównem zadaniem. A źe 
rząd poprzedni wszelkie im dawał rękojmie do osiągnienia tego celo, 
tern samem niechętni byli nowemu stanowi rzeczy, który zakłócał ich 
błogą spokojność i psuł im swobodę życia , do której nawykli. Nie 
mieli oni na tyle energii, aby jawnie okazać swoje niezadowolntenie 
i otwarty stawić opór zapałowi narodu, który ich zewsząd ogarniał, 
ale w duszy pragnęli powrotu do dawnego stanu rzeczy, który im 
tak był dogodnym Durzyli się nadto przekonaniem, że z upadkiem 
tego niewczesnego, w^edług ich przekonania, wybryku rewolucyjnego, 
stan dawny rzeczywiście wróci i oni na swych posadach znów życie 
swobodne prowadzić będą, jeżeli się niczem w obec rządu moskie- 
wskiego nie skompromitują. Starali się więc, o ile to bez rzeczy- 
wistego narażenia się na odpowiedzialność możiiwem było, w niczem 
się nie przyczyniać do podniesienia, czy to pod względem moralnym, 
czy materyalnym, siły powstania. W ich oczach potęga moskiewska 
tak była olbrzymią, iż mierzyć się z nią było szaleństwem, Pocóż 
podtrzymywać walkę bez nadziei wygranej ; im prędzej się skończy, 
tem łepiej dla kraju będzie, bo mniej ollar poniesie. Według tej po- 
stępując zasady spełniali powierzone sobie czynności, jakby za pań- 
szczyznę. Nie uwzględniając położenia wyjątkowego, wymagającego 
nadzwyczajnej energii działania i jak najszybszego wzmocnienia po- 
w^stania silami, które kraj mógł dostarczyć, zastawiali się drobiazgow^ą 

39 



306 



aKuratnością w przestrzeganiu form, usprawiedliwiając blichtrem po- 
zornej legalności niechęć swą rzeczywistą dla powstania. Nie poprze- 
stając na urzędowem paraliżowaniu powstańczego działania, gdzie tylko 
nadarzyć im się mogła sposobność, nieomieszkali występować z swojemi 
uczuciami patryotycznemi, ubolewali nad nieszczęściami, grożącemi uko- 
chanej przez nich ojczyźnie i rozpaczliwą swoją wymową wplywah na 
ostudzenie ducha i rozpowszechnienie zwątpienia, którem sami przejęci 
byli, Z takimi pomocnikami łatwo odgadnąć, jak żmudną i przykrą 
była organizacya sil powstańczych. O każdą rzecz trzeba było się 
targować i trzeba było tydzień deptać i kłócić się o to, co mogło być 
w 24 godzinach zatalwionem, A na usunięcie tego niedołęztwa nie 
było lekarstwa, bo komisye wojewódzkie działały w duchu, jakim były 
przejęte wyższe hierarchie, tak cywilne jak i wojskowe, dzierżące 
kierunek powstania. 

Ponieważ najazd moskiewski, w skutku niedołężnego działania Rządu 
narodowego, zagarnął część Królestwa po prawyjn brzegu Wisły po- 
łożoną, przeto cały zasób pomocy, jaką zasilać się mogło powstanie^ 
ograniczał się na części województwa mazowieckiego i trzech całych 
województwach: kaliskiem, krakowskiem i sandomierskiem. Te więc 
części, wolne jeszcze od najazdu moskiewskiego, dostarczały ciągłe łudzi, 
już po części przcmustrowanych, do za[jelnienia ubytku w^ półkach, 
będących na linii bojowej. Dopilnowanie więc jak najrychlejszego 
zebrania ludzi, przećwiczenia ich w służbie i utrzymanie w komplecie 
odpowiednim kadrów, aby na pierwsze wezwanie ruszyć mogły na 
linię bojową, było głównem zadaniem oficerów, odkomenderowanych 
do tej czynności. 

Wśród nudnych a mozolnych zajęć zbierania rekrutów i lustro- 
wania nadchodzących z innych obwodów oddziałów tychże do Kielc, 
doszła nas wiadomość o świetnem zwycięstwie i rozbiciu korpusu Ro- 
zena przez wojska nasze w dniu 31 marca. Wiadomość ta wzbudziła 
w nas radość nic do opisania ; zazdroszcząc wojsku działającemu tego 
szczęścia, ubolewaliśmy nad położeniem naszem, iż zamiast dzielić jego 
trudy i wawrzyny, w spokojnych Kielcach zbieramy rekrutów, których 
uważaliśmy za szczęśliwszych, gdyż prędzej jak my zajrzą wTogowi 
w oczy, połączywszy się z zwycięskimi zastępy. W przekonaniu tern, 
iż wódz naczelny, zadawszy taką klęskę Moskalom, nie da im się opa- 
miętać i korzystając z popłochu i zwątpienia wrogów, znękanych 



807 

porażką i trudami koczowania zimowego w polu otwartem, będzie ich 
pędził na czele zwycięskich zastępów, sądziłem, że główną armię Dy- 
bicza musi niebawem ten sam los spotkać , który spotkał Rozena. 
Pewny więc byłem, że po rozbiciu zupełnem głównej armii moskiewskiej, 
nie tylko Polska, ale i Litwa i Zabrane ziemie, wyswobodzone od na- 
jazdu moskiewskiego, stanowić będą laką potęgę, i^, carowi wobec niej 
nie i>ozostatiie nic innego, jak prosić o pokój i uznać niepodległość 
naszą. Bojąc się więc, aby tak świetnie rozpoczęta kampania nie skoń- 
czyła się bez mego bezpośredniego w niej udziału, napisałem do mego 
przyjaciela, posła powiatu kieleckiego, iż dłużej nie pozostanę w Kiel- 
cach, prosząc żeby jak najprędzej starał się o przeniesienie mnie do półku 
4go liniowej piechoty, lub innego starego pólku, jeżeli nie w stopniu 
porucznika, jaki obecnie posiadam, to w stopniu sierżanta, a choćby 
i żołnierza i prosiłem go o jak najprędszą odpowiedź, gdyż w prze- 
ciwnym razie sam przybędę do Warszawy i zaciągnę się na prostego 
żołnierza, zataiwszy mój stopień. 

Nie długo czekałem na odpowiedz mego przyjaciela, „Rozbi- 
„liśmy" — pisał mi — „korpus zostawiony przez Dybicza dla obserwo- 
„wania Warszawy, gdy on zamierzał w Lubelskiem przejść na lewy 
„brzeg Wisły i ubiedz Warszawę z główną sw^ą armią. Czternaście 
„tysięcy tego nędznego bydła wziętego w niewolę napędzono do War- 
„szawy. Popłoch między nimi po rozbiciu był taki, iż oddziały z kil- 
„kunastu, a nawet z kilkudziesięciu ludzi złożone, sltladaly broń przed 
„prostym chłopem, wołając; „Wiedy na Warszawo". 1 zapewne gdyby 
„wódz naczelny korzystał z zapału wojska naszego i zwątpienia w obecnej 
„chwili Moskali, a Dybicza nie puścił na szosę do Siedlec, możeby i 
„od razu kampanię skończył. Ale wódz naczelny nie jest tak gorącym, 
„nie chce^ jak powiada, wszystkiego na karlę stawić, mając wiadomość 
„o nadciąganiu gwardyj moskiewskich od Łomży. Bądź więc spokojny, 
jpbo ta kampania nie tak prędko się skończy. Wódz naczelny nie lubi 
„ryzykow^ać, a jak się pokazuje i korzystać z powodzenia ; wojna w ten 
„sposób prowadzona trwać może lata, dostanie się więc i tobie, zwłaszcza, 
„że mogę cię zapewnić, iż obywatele krakowscy, którzy już własnym 
, kosztem wystawili dwa półki piechoty i dwM półki jazdy i ciągle do- 
„ starczają rekrutów, podali przedstawienie do Rządu narodowego, iż 
,, wystawią pótk strzelców z trzech batalionów po looo ludzi własnym 
„kosztem, byle ich już uwolniono nadal od dawania ciągłego rekrutów* 



308 

„Rząd przystał na tę ich propozycyę; w półku tym, do którego orga- 

„nizacyi należeć będziesz, znajdziesz pomieszczenie. Im prędzej półk 
^zorganizujecie, tern prędzej będziecie czynnymi na linii bojowej. Nie 
, potrzeba ci więc opuszczać stanowiska, na którem zjednałeś sobie za- 
„slugi i puszczać się tam, gdzie może i niechętnem okiem patrzanoby 
„na ciebie, jako na obcego, zabierającego miejsce innym, zasłużonym już 
j^w półku. Radzę ci więc, nie bądź w tak gorącej wodzie kąpany, 
„uzbrój się jeszcze w trochę cierpliwości, a daleko więcej będziesz mógł 
,być użytecznymj pozostając w pólku, do którego organizacyi sam bę- 
jjdziesz należał, jak narzucając się tani, gdziebyś był zupełnie nieznanym 
jfi gdzie stanowisko, które już masz, musiałbyś sobie z wielkim mozo- 
„łem i stratą czasu zdobywać". 

Niedługo po odebraniu tego listu, który co do przypuszczonej 
przezemnie dzielności wodza naczelnego nader mnie nieprzyjemnie roz- 
czarow^at, pocieszyło nas urzędownc zawiadomienie o postanowieniu 
Rady województwa krakowskiego formowania pólku strzelców pod 
nazwą ,, braci Krakowian", mającego się składać z trzech batalionów 
po looo ludzi. 

Prezes komisy i w^ojew^ódzkiej, Kasper Wielogłowski, którego cala 
działalność przed rewolucyą zasadzała się na tern, aby się w niczem 
rządoVv^i, a mianowicie w^ księciu nie narazić, a uprzejmością pozornie 
dobroduszną ujmować sobie obywateli i zyskać ich pobłażliwość, za 
zaniedbanie wobec Rządu interesów województwa, miał dar szczególny 
do tworzenia projektów, których wprawdzie do skutku nie doprowa- 
dzał nigdy, ale którymi w teoryi zdawał się najgoręcej zajmować. 
Tymi różnymi pomysłami zyskał sobie pomiędzy obywatelami opinią 
twórczego umysłu — a chociaż województwo, pod jego zostające 
sterem, w porównaniu z innemi województwami najpośledniej admini- 
strowanem było, to nie przeszkadzało szlachcic, oszołomionej jego po- 
mysłami, uważać go za niepospolitych zdolności administratora. 

Rada wojewódzka, zamierzywszy wystawić półk strzelcóws nie 
mogła nie zasięgnąć rady i pomocy prezesa komisy i w-ojewódzkiej. Pan 
Kasper, jak go powszechnie nazywano, jedynym był właśnie do pro- 
jektów, za wspólnem przeto z nim porozumieniem przyjęto zasadę, 
iż półk nowo utworzyć się mający, tak co do doboru ludzi, jak co do 
ubrania i uzbrojenia, miał, jeżeli nie przewyższyć, to wyrównać półkom 
organizowanym za rządu przedrewolucyjnego. Nie ^cwrócono jednak 



809 

na to uwagi, iż obywatele, poniósłszy już znaczne ofiary, jedni z rzeczy- 
wistej niemożności, drudzy przez obojętność, nie będą zbyt skorzy 
do nowych wysileń i że łatwiej było mniej wykwintnie umundurować, 
a starać się dokładnie uzbroić dwa bataliony, jak stawiać trzy bataliony, 
kiedy środków po temu czy nie było, czy nie umiano ich wydobyć, 

To też organizacya półkii tego szła żółwim krokiem i nieodpo- 
wiednio celowi. Zajęto się przedewszystkieni dostarczeniem mundurów, 
lederwerków, ładownic, furażerek, a nawet i kaszkietów, które bezuży- 
tecznie pozostały w Kielcach na składzie, a zapomniano o najważniejszej 
rzeczy, to jest o broni, tak że gdy dwa nareszcie sformowane bataliony 
dostały rozkaz do pochodu , okazało się, że oprócz 400 sztuk kara- 
binów, które w początku plutonom tyralierskim rozdano, nie było ani 
jednego karabina, tak że pólk przedstawiał śmieszną sprzeczność z swoją 
nazwą, bo był pólkiem strzelców, w których Ys żołnierzy uzbrojo- 
nych było kosami. Zebranie potrzebnej ilości popisowych, do zapełnie- 
nia szeregów w trzech batalionach, odbyło się dosyć raźnie. Dowódca 
pólku, odkomenderowany z i go pólku strzelców pieszych, podpół- 
kownik Jutrzenka, dawny żołnierz z czasów jeszcze Napoleońskich i 
ciągle służący w wojsku, był jednym z rzadkich sztabowców, który 
z całą gorliwością i znajomością swego zawodu, służył sprawie powsta- 
nia. Masy zgromadzonych rekrutów podzielił na bataliony , kom- 
panie, plutony, poprzydzielawszy do nich oficerów, podoficerów i in- 
struktorów, których z sobą przyprowadził. W skutku tego podziału 
przydzielony zostałi-m do drugiego batalionu, którego dowództwo 
objął major z I pólku strzelców pieszych Obiedziński, pierwszym zaś 
batalionem dowodził major Henisz, mój poprzedni zwierzchnik. 

Ponieważ ofiarowanego mi obowiązku płatnika półkowego nie 
przyjąłem, dowódca nasz, podpólkownik jutrzenka przeznaczył mnie 
w stopniu porucznika, w którym dotąd służbę pełniłem, do drugiej 
kompanii karabinierskiej. Sztab pólku pozostał w Kielcach, kompanie 
pierwszego batalionu rozłożono po wsiach w pobliżu Kielc, drugiego 
batalionu w pobliżu Chęcin. Ćwiczenie żołnierzy w obrotach wojsko- 
wych i wprawienie ich do karności wojskowej, równie jak obznajo- 
mienie się oficerów i podoficerów ze służbą polową, było przedmiotem 
naszych zatrudnień. Tymczasem nasz dowódca przeprowadzał żmudne 
a mozolne targi z prezesem komisyi wojewódzkiej i l^adą wojewódzką 
p dostawę potrzebną mundurów, przyborów wojskowych i broni, 



310 

aby półk jak najprędzej ubrać, uzbroić i zdolnym zrobić do wyrusze- 
nia na linię bojową. Oczekujcie tej chwili z upragnieniem, nader dłu- 
giem zdawało nam się wyczekiwanie na dostawy, bez których pólk 
zorganizowanym być nie mógł, a z któremi Rada wojewódzka i pan 
Kasper nie bardzo się spieszyli* Ta ich opieszałość psuła nam hu- 
mor, bo nas więziła na miejscu , a spieszno nam było, żeby się nie 
spóźnić na plac boju, 

Z biciem serca wyczekiwaliśmy wiadomości z pola walki, a pewni 
będąc, iż powtórne spotkanie się naszych zakończy się stanowczą dla 
Moskali klęską, radzibyśmy byli w jednej chwili ubrać się i uzbroić, 
aby w tych godach wyzwolenia brać czynny udział* Wśród tych 
obaw» aby się nie spóźnić, doszła nas wiadomość o niefortunnej wy- 
prawie na gwardye, a co gorsza o krwawej - — nie bitwie, ale bezo- 
wocnej rzezi — pod Ostrołęką, w dniu 26 maja. Wiadomość ta była 
straszliwym cio>em dla nas; nie mogliśmy sobie wyobrazić, aby woj- 
sko nasze, taką moralną przewagę mające nad moskiewskiem, ponieść 
mogło takie straty i pomimo nich nie utrzymać się na placu boju. 
Klęski tej nie mogliśmy przypisać jak tylko nadzwyczajnej nieudolności 
naczelnego wrodzą, nie umiejącego zużytkować dzielności wojska, któ- 
remu przywodził. Wnosiliśmy więc, że zapewne Rząd narodowy nie- 
dołęgę tego będzie się stara! jak najprędzej usunąć i kierunek wojska 
odda niebawem w ręce zdolniejsze, 

Wnioski jednak nasze okazały się mylnymi; spodziewana i jak 
się nam zdawało, konieczna zmiana wodza nie nastąpiła. To też coraz 
smutniejsze o obrocie prowadzonej wojny, pod kierunkiem tego nie- 
fortunnego wodza, zaczęły nas dochodzić wieści, które aż nadto zga- 
dzały się z rozpaczliwem zdaniem, objawionem poprzednio w liście 
mego przyjaciela, iż pod naczelnictwem Skrzyneckiego o prędkiem 
i pomyślnem rozstrzygnięciu wojny myśleć niepodobna. I rzeczywiście 
z toku następnych działań zdawało się, iż ten niezdarny wódz, jakby 
naumyślnie, wysilał się na to, aby jak najnieudolniej wykonanymi ru- 
chami zdemoralizować wojsko i rozchwiać w niem zupełnie zaufanie 
we własne siły. Niebawem doszła nas wiadomość o wyprawie na kor- 
pusik liudigera, z 11. 000 Moskali złożony. Niepojętą dla nas było 
zagadką, jak korpus ten, otoczony przez naszych 23000, nie tylko nie 
uległ zupełnej zagładzie, ale przeciwnie wyszedł niemal zwycięsko, 
zabrawszy nam pod Łysobykami w dniu 19 czerwca kasę, park amu- 



311 



nicyi i kilkuset jeńców. Wiadomości te krwawiły serca szczerze przy- 
chylnych sprawie powstania, a majijcych przyteni nieprzeparte prze- 
konanie o niewątpliwej wyższości wojska naszego nad moskiewskiem. 
Przekonanie to opierało się na faktach. Pod Stoczkiem i Kurowem 
dwa razy liczniejsi od naszych Moskale rozbici zostali ; poi Grocho- 
wem, gdzie trzech prawie Moskali było na jednego Polaka, brakowi 
jedynie wszelkiego dowództwa z naszej strony zawdzięczała Moskwa 
swoje ocalenie; a tu pod Łysobykami , gdzie właśnie, szczególnem wy- 
darzeniem dwóch dzielnych naszych wiarusów miało przeciw sobie 
jednego Moskala, tak fatalny wypadł rezultat, 

W wojnie, a szczególnie w wojnie o niepodległość, nieudolność 
wodza równa się zdradzie, bo te same sprowadza następstwa, to jest 
ujarzmienie narodu. Pobłażliwość więc względem wodza , który nie- 
udolnością swoją prowadził naród do tej straszliwej katastrofy, pod- 
kopywała zaufanie do rządu, który zatrzymując tego — czy zdrajcę, czy 
niedołęgę na czele wojska, stawał się jego na zgubę narodu wspólwi- 
nowajcą. 

Wypadki te, o ile oburzały pragnących wyzwolenia narodu z pod 
przewagi moskiewskiej i mających wiarę w możliwość dopięcia tego 
celu, o lyle były na rękę tym, którzy znów durzyli się przekona- 
niem, iż z upadkiem powstania powróci wszystko do stanu dawnego, 
w którym materyalne korzyści sowicie im wynadgradzaly utratę nie- 
zawisłości, o którą niewiele się troszczyli. Społeczność arystokratyczna, 
wyższe hierarchie wojskowe i urzędnicze stanowiły ten zastęp w na- 
rodzie, dążący do pojednania się z carem, owym królem konstytu- 
cyjnym, w którego władzy upatrywali rękojmię swojej pomyślności i 
przewagi w kraju. Stanowili oni wprawdzie szczupłą mniejszość 
w narodzie, ale po większej części dzierżyli władzę w swem ręku. 
A dążąc skrycie do pojednania się z carem , starali się stawić mu 
opór o tyle, aby módz wytargować dla siebie najkorzystniejsze wa- 
runki, unikając wszelkiego zaczepnego i stanowczego działania, aby 
faktycznie przekonać naród, iż o złamaniu potęgi moskiewskiej siłą 
oręża, a tem samem i o odbudowaniu Polski, myśleć niepodobna. 

Działanie to niedołężne i odporne wywierało rzeczywiście wpływ 
demoralizujący na kraj, który po kilkomiesięcznych wysiłeniach niemal 
potroiwszy siły swoje, w gorszym się widział stosunku do najazdu, 
jak w pierwszych chwilach rozpoczętej walki. Dotąd powstanie bory- 



312 



kalo się z najazdem [>o prawym brzegu Wisły i przynajmniej cztery 
i pół województw nietkniętych onego stopą na lewym brzegu sta- 
nowiły spiżarnią i zbrojownią, z których powstanie cały swój czer- 
pało zasiłek; lecz w drugiej połowie lipca główna armia moskiewska 
przeszedłszy na łewy ^ brzeg Wisły i nie doznając najmniejszego oporu, 
ani przy przeprawie, ani następnie, posuwała się bez przeszkody ku 
Warszawie, zagarniając mazowieckie i kaliskie województwo, a tem 
samem do dwóch tylko województw krakowskiego i sandomierskiego, 
redukując możliwą dla powstania pomoc. Kiełce, stolica województwa 
krakowskiego, zostały przepełnione tłumem rozmaitych wojskowych, 
których pochód moskiewski wypłoszył z Kaliskiego i Mazowieckiego* 
Byli to po największej części oiicerowie jazdy, zajęci umontowaniem 
dwudziestu czterech rezerwowych szwadronów, którzy przez ciąg kilku 
miesięcy nie mogli w czterech województwach wyszukać koni pod 
gotowych jeźdźców. 

Ministeryum wojny, kierując się winowajczą dla sprawy powsta- 
nia obojętnością, oficerów znanych z służalcze] dla rządu moskiewskiego 
przychylności, lub niezdatnych do służby frontowej dla tchórzostwa^ 
opilstwa i szulerstwa , zamiast wydalić ze służby, odsyłało do rezerw. 
Nałogowi pijacy, jak generałowie Weissenhof, Stryjeński, Suchorzewski, 
mieli sobie poruczoną organizacyę rezerw, a do pomocy dano im po- 
dobnych ludzi jak iMaciej Dembiński, podpułkownik z 3 pólku strzel- 
ców konnych, znanych popleczników moskiewskiej władzy. To też 
uorganizow^anie rezerw jazdy w czasie, gdy w^ojewództwa na lewym 
brzegu Wisły zupełnie wolne były od najazdu , nie posunęło się na 
krok. Cdy Moskwa, zająwszy Łowicz, wypłoszyła rezerwy do Kielc i 
z powodu grożącego niebezpieczeństwa, tem naglejsza okazywała się 
potrzeba jak najszybszego wsadzenia oa koń tych 24 spieszonych 
szwadronów, nakazano wcjwczas wszystkie konie zdatne w dwóch wo- 
jewództwach, krakowskiem i sandomierskiem, oraz części kaliskiego, 
zabrać w rekwizycyą. Lecz oficerowie, wyznaczeni do tego odbioru, 
bacząc więcej na swoje zyski , jak na gwałtowną kraju potrzebę, naj- 
niesumienniej postępowali w danem zleceniu, a okup właścicieli o zda- 
tnuści i istnieniu koni wyrokow^ał. 

Dow^ódcy zaś rezerw, jedni niedołężni całkiem z powodu opil- 
stwa, drudzy nienawistni nowemu porządkowi rzeczy, który ich po- 
zbawił wszystkich nieprawych zysków, jakie im dawny rząd zapewniał, 



3lS 

korzystając z zamieszania, jakie zwykle zagrażającemu niebezpieczenslwu 
towarzyszy, bardziej o napełnieniu szkatuł swoich, jak o sUiżbie kra- 
jowej i całości ojczyzny myśleli, l^oz^^łaszane przez nich wieści o nie- 
przeliczonej liczbie zastępów moskiewskich nie przyczyniły się do 
podniesienia ducha w władzach wojewódzkich, które i tak nie bardzo 
były skore do popierania powstania. Nie ośmielano się jeszcze jawnie 
wypowiedzieć, że wszelki opór jest nadaremny, ale władze wojskowe 
i cywilne, tak działały, aby go rzeczywiście niemożliwym uczynić. 

Wśród zamieszania i nieładu, których przyczyną była nie tak 
rzeczywista doniosłość niebezpieczeństwa, jak raczej zła wola i nieu- 
dolność władz, nadeszła do Kielc w dniu 31 lipca wiadomość o prze* 
kroczeniu korpusu moskiewskiego t^Udigera na lewy brzeg Wisły. 
Złowroga dążność da roznoszenia trwogi nie omieszkała uczynić do- 
dodatku, iż Rcidiger, na czele 15000 wojska i 40 dział przeprawiwszy 
się przez Wisłę, dąży wprost do Kielc, \yieść la co do spieszenia 
Rudigera ku Kielcom okazała się całkiem mylną, bo generał ten, jak 
się następnie okazało, miał rozkaz zajęcia Radomia dla zabezpieczenia 
głównem-U najazdowi działania pod Warszawką, a na przypadek klęski 
i odwrotu przez górę Kalwaryą» przeto nie mógł się z zajętego sta- 
nowiska ruszyć i działać zaczepnie. 

Z tern wszystkiem wieść ta niemałego narobiła zamieszania i po- 
płochu , gdyż województwo krakowskie, pomimo iż mieściło w sobie 
fabryki broni i amunicyi i było szpichlerzem pow^stania, a pod względem 
topograficznym najodpowiedniejszem do obrony, zagrożone od nieprzy- 
jaciela, znalazło się w skutku apatycznego niedołęstwa Rządu w naj- 
lichszym stanie obrony. Jakoż cała siła zbrojna pod dowództwem ge- 
nerała dywizyi Weissenhofa, który za czasów Napoleońskich miał być 
dziehiyni żołnierzem, ale jeszcze przed rewolucyą, jako dywizyoncr 
ułanów, znanym był jako nałogowcy opój — składała się z dw*udziestu 
szwadronów jazdy pieszej, z czterech szwadronów^ rezerwowej jazdy 
na koniach, z czterech szwadronów jazdy podlaskiej i półku 6 strzel- 
ców pieszych. Pułk ten, po trzechmiesięcznej organizacyi, miał dwa 
bataliony, liczące po 760 ludzi, czyli 1520 ludzi ubranych i uzbrojo- 
nych w 400 karabinów^ i w kosy, trzeci batalion skutkiem niedołę- 
stwa i złej woli władz wojewódzkich dotąd ani ubranym, ani uzbro- 
jonym nie był. W dniu 9 sierpnia nakazano dwom batalionom naszego 



40 



314 



pólku wyruszyć z Kielc ku Daleszycom, zkąd właśnie trzeci batalion 
naszego pólku przybył do Kielc, dla ubrania się uzbrojenia i pozo- 
stawszy tam/e, już się z nami nie połączył. Dowódzca onego Skrodzkł, 
kapitan z l pułku strzelców, awansowany na majora, należał do tych 
patryotów^ którzy ceniąc wysoko swoje przymioty, nie chcą ich 
na szwank i niepewność boju narażać i pomimo najstraszniejszej 
zawziętości na wrogów, gdy są zdaleka od nich, zetknąwszy się z nimi, 
nie mają na względzie, jak tylko chrześciańską cnotę darowania 
uraz. To tez i major Skrodzki, pomimo całej swojej w słowach 
energii, nie szukał starcia z Moskalami, a gdy oni sami zbliżyli się ku 
niemu, pierwszy na czele batalionu wykrzyknął: „Niech żyje Mi- 
kołaj l*^ — i broń złożył. 

W dniu 9 sierjjnia dwa bataliony naszego pólku, to jest i i 2 
przybyły do miasteczka Daleszyc, na wschód od Kielc położonego, 
l^ozłozyliśmy się za tern miasteczkiem obozem na polu, otoczonem 
lasami, jakkolwiek wyszliśmy z Kielc pod wrażeniem niezbyt pocie- 
szających wiadomości, ze względu jednak, iż przecie raz już skoń- 
czyła się nasza bezczynność i że rozpoczniemy stanowczo działać, 
w dobrym byliśmy humorze. Przyzwyczajonym sypiać na łóżkach i 
pod dachem dziwnym nam się zdał ten pierwszy nocleg pod golem 
niebem i na gołej ziemi, bez rozbierania się Nie tylko bowiem o ba- 
rakach !ub namiotach, ale nawet i o słomie nie pomyślano dla nas 
Sztab tylko zajął ostatnią za mia<iteczkicm chalu|)c, kompanie zaś ns 
polu otwarteni, gdzie której wyznaczono miejsce, zaległy gohi ziemię 
do spoczynku. Czujnie się też spiło, a chłodna i przejmująca rosa 
dobrze przed świtem już orzeźwiła wszystkich. 

W czasie trzydniowego naszego pobytu pod Daleszycami liczne 
patrole jazdy, wysiane w kierunku ku Wiśle dla przekonania się 
o bytności tamże nieprzyjaciela, nigdzie go nie spotkały. Dnia więc 
12 sierpnia wyruszyliśmy na powrót ku Kielcom , a przeszedłszy 
przez to miasto, rozłożyliśmy się o pół mili od niego w lesie, na 
trakcie warszawskim. Nazajutrz obóz nasz licznie był odwiedzany 
przez mieszkańców Kielc. Ochłonąwszy ze strachu , żartowali sami 
z łatwowierności swojej i popłochu, w jaki ich wprawiła wieść o zbli- 
żaniu się przeważnych sil moskiewskich. 

W ciągu trzydniowego pobytu pod Kielcami doszła nas wieść 
pomyślniejsza, iż generał Henryk Dembiński, który znamienitym odwro- 



815 

lem z Litwy zyskał sobie uwielbienie Warszawy, został mianowaiiy na- 
czelnie dowodzącym w województwach krakowskiem i sandomirskiem. 

Wiadomość ta ucieszyła nas nadzwyczajnie, znaną nam była 
bowiem czynność i energia tego dowódcy. PewniŚmy więc byli, że 
potrafi w krótkim czasie zorganizować i zgromadzić dosyć liczne siły, 
w bezładzie rozrzucone po tych województwach i że niemi niedługo 
przefjędzi Rodigera zbieraninę za Wisłę. Z wielką więc radością opu- 
ściliśmy dnia 15 sierpnia obóz nasz i po kilkogodzinnym pochodzie 
złączyliśmy się o godzinie 10 w nocy w Mniowie^ z bardzo przy krem 
dla nas rozczarowaniem, z odrlzialem generała Samuela Różyckiego, pod 
którego przeszliśmy dowództwo. Zamiana ta utwierdziła nas w miemaniu 
o prawdziw^ości tego twierdzenia, iż wódz naczelny komendy odrębnie 
mających działać korpusów powierzał zawsze najnieudolniejszym gene- 
rałom, a to z obawy współzaw^odnika. Tej to obawne przypisywano 
wybór Giełguda i Jankowskiego, tak zgubny dla sprawy naszej. Po- 
nieważ w obecnej chwili Dembiński zyskał był sobie wielką wziętość 
i [>rzy puszczać należało, iż dowództwo powierzone nastręczy mu spo- 
sobność nowego odznaczenia się, w^ódz naczelny, kierując się widokami 
samolubnej zawiści, ważne dowództwo w zagrożonych w^ojewództwach 
nie jemu , ale o wiele mniej zdolnemu powierzył generałowi. 

Samuel Różycki w czasie wyprawy Napoleona na Moskwie 
był szefem batalionu, po upadku cesarza wystąpił z wojska, a po 
wskrzeszeniu Królestwa Kongresowego sprawował urząd komisa- 
rza obwodu stobnickiego w^ województwie krakowskiem. Gdy na- 
ród powstawszy powołał do działania wszystkich dawnych w^oj- 
skowychj Różycki Samuel pospieszył zwiększyć szeregi ojczyste i 
objął dowództwo nowoutworzonego w w^ojewództwie krakowskiem 
g pólku piechoty liniowej, który jeszcze w miesiącu lutym przypro- 
wadził do Warszawy. Po powrocie z wyprawy litewskiej, mianowany 
generałem brygady, powierzonem miał sobie dowództwo w woje- 
wództwach sandomierskiem, krakowskiem i kaliskiem, z zupełną mocą 
działania według woli i okoliczności. IWżycki nie był w stanie odpo- 
wiedzić tak ważnemu zadaniu , albowiem, pomimo osobistej odwagi i 
najlepszych chęci, nie posiadał ani wiadomości, ani przymiotów wodza, 
a będąc kiedyś dobrym szefem batalionu, okazał się następnie najnie- 
udolniejszym generałem. Nie posiadając bystrego umysłu , a przytem 
pełen dobroduszności , utworzył sobie sztab z ludzi młodych, niedowa- 



316 



rzonych, nie mających ani doświadczenia, ani zdrowego rozsądku, pod 
których wpływem zostawał. Sam nieporadny, cóż mógł dobrego z ta- 
kimi doradcami zdziałać?,.. Ztąd też całe działanie generała Różyckiego 
w tej krótkiej kampanii nacechowane jest zupełną nieudolnością. Mając 
nieograniczoną władzę nad trzema województwami ^ mógł z łatwością 
zebrać prawie gotowe, lecz rozrzucone i w nieładzie zostające siły. 
Nastręczało mu do tego zupełną sposobność położenie Radigera, który 
zasłaniając tyły głównego najazdu, zbieraniną swoją nie mógł zaczepnie 
działać i narażać się na klęskę, Ictóraby najfatalniejsze skutki wywarła 
i na położenie głównej armii moskiewskiej, działającej pod Warszawą. 

Z tego unieruchomienia korpusu l^liidigera nie umiał Różycki 
zupełnie korzystać, zamiast więc ściągnąć i do porządku przyprowa- 
dzić znaczne siły, znajdujące się w województwach jego wszech- 
władzy powierzonych i z tą poważną siłą rozpocząć z całą energią 
zaczepne działanie przeciwko l^udigerowi, Różycki ograniczył się na 
przyłączeniu do swego szczupłego korpusu półku 6go strzelców pie- 
szych , zostawiając resztę sił , któremi mógł rozporządzać, rozprószo- 
nych po województwach i bez związku zostających z sobą* Sam nie 
wiedząc dostatecznie ani o sile, ani o położeniu nieprzyjaciela, krążył 
bezmyślnie przez miesiąc około jego stanowiska, nie 'śmiejąc na niego 
uderzyć, gdy potemu była pora, aby potem, bez stoczenia bitwy, 
w sposób niegodny polskiego żołnierza, najprzód z pozycyj najodpo- 
wiedniejszych do działań zaczepnych i odpornych, a następnie i z ziemi 
ojczystej, której bronić nie umiał, być wypartym. 

'Korpus Różyckiego Samuela składał się z dwóch batalionów 
pólku 2 2 piechoty liniowej, z dwóch batalionów pólku 6 strzelców 
pieszych, z 1 batalionu strzelców celnych, z batalionu legii pieszej 
Litewsko- Wołyńskiej, z 4, szwadronów jazdy Podlaskiej, z 2 szwadro- 
nów dzielnej jazdy Wołyńskiej, pad dowództwem Karola l^óżyckiego, 
i z 3 szwadronów jazdy rezerwowej. Artylerya złożożoną była z dział 
6. między któremi jeden był granatnik, trzy dział óciofuntowych, a 2 
trzy funtowe. Czyli ogółem piechoty 3600, a jazdy 1080 koni. Po- 
zostawiono niepotrzebnie na kwaterach batalion oci półku 6 strzelców 
pieszych, liczący 800 ludzi, 2 bataliony 11 pólku strzelców pieszych, 
liczące 1300, 2 bataliony 21 półku liniowego, liczące iooo ludzi, od- 
dział strzelców celnych, liczący 240 ludzi i dwadzieścia cztery szwa- 
dronów jazdy, którym wprawdzie zbywało na koniach, ale tych nie 



317 



brakowało w wojewydztwach i przy spręży stem działaniu łatwo tę 
jazdę można było umontować. Gdyby generał Różycki, przybywszy 
w Krakowskie, natychiiiiast zajcjł się był wcieleniem tych oddzialcjw 
do swego korpusu, byłby podniósł jego siłę do 10.800 ludzi, aź nadto 
dostateczną nie tylko do zaczepienia, ale i do pobicia Rodigera, którego 
żołnierz nie był liczniejszy, a pod wzgl(^dem ducha o wiele niższy od 
naszego. Ta nieporadność Różyckiego w skupieniu sil pozbawiła go 
możności stanowczego i skutecznego działania i zredukowała cał^ jego 
czynność do marszów i kontrmarszów bezskutecznych, które w końcu 
i najdzielniejsze wojsko znużyć i zdemoralizować muszcj. 

Półk nasz, zostający od 15 sierpnia pod rozkazami generała Ru* 
życkiego, dnia 16 wraz z całym korpusem udał się do Odrowąża, 
17 do Brodów ruskich, 18 do Borkowic, w nocy z dnia 18 na 19 
do Szydłowca, dnia zaś 20 sierpnia stanęliśmy pod Mirowem, nieda- 
leko miasteczka Wierzbicy, pod którem przednie nasze straże starły 
się z moskiewskiemi, zk^d z wielkcj naszą radością wynosiliśmy, iż na- 
deszła długo przez nas oczekiwana chwila zmierzenia się z nieprzyja- 
cielem. 

Wojsko nasze, acz znużone kilkodniowym pochodem, ożywione 
było najlepszym duchem i życzyło sobie najrychlejszego spotkania, 
jakoż rano 21 sierpnia wyruszyliśmy ku Wierzbicy, w niewątpliwej 
nadziei stoczenia bitwy. Przed wymarszem, dowódca nasz podpól ko- 
wnik Jutrzenka dal mi rozkaz, abym z drugą kompanią karabinierską 
objął straż bagażów, a przeto abym pozostał w tylnej straży. Nic nie 
pomogły moje przedstawienia i prośby, aby mi tej krzywdy nie robił, 
że najserdeczniejszem mojem życzeniem jest mieć udział w lej pierwszej, 
a tak długo oczekiwanej bitwie. Na moje przedstawienia poczciwy 
nasz dowódca odpowiedział mi: „Nie chcę panu krzywdy robić, ale 
,jOwszem daję panu dowód zaufania mojego, że mu powierzam straż 
^bagażów, bo mam przekonanie, że w razie napadu, co się łatwo przy- 
„ darzyć może, pan potrafisz sobie dać radę i będziesz się starał obro- 
„nić to, co straży twej powierzonem było. Zresztą nie potrzebuję 
„panu przypominać, że obowiązkiem wojskowego jest tam pełnić swoją 
„powinność, gdzie mu się ją wypełnić poleca". 

Po kilku strzałach armatnich, które zagrzmiały na czole naszych 
kolumn, rozkazano bagażom zwrócić się na drogę do Odechowa, 
w którym miały się z korpusem połączyć. Bagaże te składały się 



318 

z furgonów półkowych, bryczek sztabsoncerów i mnóstwa pod wód 
chlopskichj wiozących niepotrzebnie furaż dla jazdy, gdy w tej porze 
roku wszędzie go byto podostatkiem, Specyalnie zaś mojej straży 
powierzonem było czterdziestu jeńców moskiewskich, siedmiu Zydów^ 
o szpiegostwo obwinionych i do stu sztuk bydła i owiec, przeznaczo- 
nych na żywność dla wojska. Do zabezpieczenia tych bagażów prze- 
znaczono cztery szwadrony jazdy, 149 strzelców celnych, 23 ludzi 
z pólku 2 2 piechoty liniowej i kompanię 2 karabinierską z pólku 6 
strzelców pieszych, którą ja dowodziłem, gdyż rzeczywisty jej dowódca, 
kapitan Aleksander Różycki, krewny generała, powołanym został do 
pełnienia służby przy sztabie. 

Bagaże z pow^odu ogromnej ilości fur i dla nikczemności zaprzęgów, 
ojiózniających pochód, tworzyły rozwlekłą przeszło na 7^ mili kolumnę. 
Poniatowski, kapitan z 2 pólku ułanów, któremu generał główne do- 
wództwo nad tym całym taborem powierzył, nie zniósłszy się ze mną 
ani mi dawszy żadnej instrukcyi, na czele 3 szwadronów 1 149 strzel- 
ców celnych ruszył przodem na czele tego taboru, zostawiwszy moją 
kompanię, 23 ludzi z 22 pólku i 3 plutony jazdy pod dowództweni 
porucznika Witkowskiego z 2 pólku strzelców konnych, dla zamknięcia 
onego końca , nie pomyślawszy o uporządkowaniu tych w nieładzie 
postępujących fur, skróceniu tego rozwlekłego taboru przez uszyko- 
wanie w dwa szeregi fur i o zabezpieczeniu jego boków od napadu. 
Wlekliśmy się więc caluteńki dzień bezładnie, a gdy noc zapadła, ka- 
pitan Poniatowski, bez żadnej ostrożności prowadząc ten tabor, około 
północy wyszedłszy z lasu na pole odechowskie, wypadł na Moskali, 
a zwróciwszy na prawo z jazdą i strzelcami umknął szczęśliwie, zo- 
stawiwszy cały tabor na lup nieprzyjacielowi. 

Trzask wywracających się wozów, krzyk w^ożniców, wycie mo- 
skiewskich żołnierzy, świst kul wśród ciemnej nocy, rozjaśnianej tylko 
błyskiem wystrzałów — wszystko to tworzyło jakiś piekielny zamęt, 
w który niespodzianie wpadłszy i najwytrawniejsi żołnierze zachwiaćby 
się mogli, a nie dopiero pierwszy raz do ognia idący, lo też 
moje karabiniery, którzy na pół senni kroczyli za taborem, raptem 
zaskoczeni podobriem przywitaniem, stracili przytomność i myśląc je- 
dynie o wydobyciu się żywo z tego piekła^ zbiwszy się w bezładną 
kupę, zaczęli uciekać. Zaledwie z pomocą podporucznika Mierosła- 
wskiego udało mi się tę kupę bezładną i słowem strofując i płazem 



319 

okładając, przywieść do upamiętania. Zasapanych karabinierów ledwieśniy 
uszykowali w porządną kolumnę, gdy na błysk strzałów cała kompania 
legła jak długa na ziemię. „Osły!" — krzyknąłem ^ — „jak nie wstaniecie, to 
jpWas Moskale potratują jak robactwo, a jak wstaniecie i kosy nasta- 
„wicie, to wam nic nie zrobią j bo to jazda.** Fortel ten udał mi się, 
powstawali wszyscy. „Teraz** — przemówiłem — ^ „stać i słuchać mojej ko- 
„mendy; widzicie, że stoję, a przecie mnie dyabli nie wzięli, to i was 
„nie wezmą. Moskale nie głupi rzucać się na nas po ciemku, bo nie 
„wiedzą wielu tu nas jest." 

Po uspokojeniu moich karabinierów, widząc po błyskach strzałów, 
iź linia moskiewskiego frontu paręset ludzi liczyć moźc i że górują, 
bo wszystkie kule ponad głowami naszemi przechodzą, wysunąłem 
czterdziestu ludzi zao[)atrzonych w karabiny naprzód i rozstawiwszy ich 
w pewnych odstępach, kazałem z pod pachy, nie przykładając do 
twarzy, strzelać pojedynczo od prawego. Po kilku wystrzałach z na* 
szej strony, posunąłem ludzi o kilkadziesiąt kroków naprzód ; po rozpo- 
częciu ognia z naszej strony, linia strzałów moskiewskich zaczęła się 
oddalać i słabnąć, wycie kręcących się poprzed nami Kozaków ucichło. 

Wśród nocy ciemnej niepodobieństweni było myśleć o zebraniu 
fur, które wśród zamieszania ogólnego rozpierzchły się, szukając oca- 
lenia przed strzałami i nahajkami kozackiemi. Bogiem a prawdą kon- 
tent bylenij żem się pozbył tego niepotrzebnego taboru, który wszelki 
pochód szybszy niemożliwym czynił, l^omimo zamieszania, jakie wyni- 
kło z tego nieprzewidzianego spotkania się z Moskalami, nie straci- 
łem ani jednej sztuki bydła i owiec. Do pilnowania ich przeznaczyłem 
jeńców moskiewskich j zapowiedziawszy im surową odpowiedzialność 
za każdą straconą sztukę. Moskaliska, którym stokroć lepiej było 
w niewoli jak w szeregu, bo lepszą żywność mieli bez dodatku pałek, 
wiernie pilnowali poruczonej im trzody, lo teź w pierwszej chwili 
zamieszania spędzili do kupy bydło i owce i pokładli się w kolo 
nich, przemawiając z cicha: „Hospody ł3oh pomiłuj!'* — nie myśleli 
zupełnie o ucieczce, którą łatwo mogli wykonać, ale owszem najwięcej 
im o to chodziło, aby się nie dostać w ręce swoich* 

Z siedmiu Żydów sześciu uciekło, siódmy chłop ogromny, który 
o głowę był wyższy odemnie, stojąc przy mnie, jako najwięcej podej- 
rzany, przy pierwszych strzałach padł ugodzony w głowę, o czem się 
namacalnie przekonałem, sądząc, ie udaje zabitego dla wymknie- 



I 



II- 



\ 



cia się. Nie wiedząc, jakij siłę Moskali mamy przed sobą, ani nie 
znając położenia miejsca i kierunku, którym mamy iść dalej, ba 
2 zniknięciem kapitana Poniatowskiego, który tabor prowadził , tako- 
wyśmy stracili, postanowiłem wrócić przez las do wsi, przez którąśmy 
przechodzili, aby tam zasięgnąć v/iadomości, potrzebnych do przed- 
sięwzięcia dalszego naszego pochodu. Porucznik Witkowski, dowódca 
owych trzech plutonów jazdy, zgodził się na moją propozycyę, oświad- 
czając, iź ze względu na nasze w^spólne bezpieczeństwo nie odłączy siCf 
ale owszem zastosuje się do moich dyspozycyj. Ruszyliśmy więc przez 
las nazad do wsi, a przybywszy do niej, dowiedzieliśmy się, d obóz 
polski znajduje się pod Kowalkowcji) , w^sią o ćwierć mili odległą. 

Chłop, który nam dał te wyjaśnienia, ofiarował się nas tamże 
doprowadzić* A ponieważ, jak twierdził, ćwierć tylko było mili do 
Kawałkowa, nie chcąc na gołosłowne tw^ierdzenie nieznanego mi czło- 
wieka puszczać się z oddziałem, wyszedłszy ze wsi i przeszedłszy las, 
wstrzymałem na wyjściu z niego cały oddział i postanowiłem tegoż 
chłopa z kilku żołnierzami wysłać do Kowalkowa dla przekonania się, 
czy rzeczywiście nasz obóz tam się znajduje. W tym celu wezwałem 
porucznika Witkowskiego, aby dla prędszego przekonania się o tern J 
wysłał czterech konnych żołnierzy z chłopem do Kowalkowa, aby ^B 
gdy ci przekonają się o bytności tam naszych, natychmiast jednego 
galopem wyprawili z wiadomością tą do nas. Porucznik Witkowski, 
który oświadczył się z gotowością do wypełnienia moich dyspozy- 
cyj, gdyśmy byli w kłopotach, oświadczył teraz, iż z ludzi swoich 
żadnego nie wyśle. Nie chcąc czasu drogiego tracić na sw^arach , po- 
stałem podoficera obrotnego z trzema żołnierzami, ażeby z chłopem do 
Kowalkowa dotarł, naocznie się przekonał o stanic rzeczy i jak naj- 
prędzej wracał z wiadomością tak nam potrzebną. 

Niedługo po odejściu moich wysłanników wystrzały z dział i 
ręcznej broni, któreśmy słyszeli i widzieli na polu w kierunku Ko- 
w^alkowa, przekonały nas, iż rzeczywiście obóz znajdował się tam, 
lecz me moghśmy wiedzieć, czy naszych, czy też Moskali mamy przed 
sobą, postanowiłem przeto czekać powrotu naszych wysłanników. 
Śmiertelnie długiem zdawało nam się to oczekiwanie, nareszcie gdy 
dnieć zaczęło, wrócili nasi i przyprowadzili z Kowalkowa drugiego 
przewodnika^ który mnie upew^nił, iż rzeczywiście pod ich wsią obo- 
zowali nasi, ale w nocy naj>adnięci przez Moskali cofnęli się i że aby 



321 



się z nimi polączyći trzeba rzekę Kamionkę przeLyć, Nic tracąc czasu, 
kazałem ruszyć oddziałowi do wyźcj rzeczonej rzeki. Chłop z Ko- 
wałkowa, który nam sluźył za przewodnika, wskazał nam bród pod 
lasem, któryśmy przeszli, majćjc wody powyżej pachy, a niektórzy i po 
szyję. Po zapuszczeniu się w las, widząc znużenie ludzi, którzy dwa* 
dzieścia cztery godzin o głodzie maszerowali i zamiast posiłku rano 
kąpiel przymusową wzięh, pozwoliłem im na chw^ilę w miejscu spocząć 
Niebawem rozległo się jednogłośne chrapanie, które mnie pobudziło 
do tern w^iększcj czujności; po półgodzinnem chodzeniu w około 
śpiących towarzyszy, spostrzegłem zbliżających się trzech naszych strzelców 
celnych, którzy zbliżywszy się do mnie, powiedzieli mi, iż gdy Moskale 
w nocy nastąpili na nasz obóz, oni, będąc w młynie kowalkowskim, 
nie mogli się dostać już do obozu i schronih się do lasu, w którym 
przespawszy się, gdy rano chcieli wrócić do Kowalkowa dla powzięcia ję- 
zyka, ujrzeli na polu placówkę dragonów moskiewskich z kilkudziesięciu 
koni złożoną. Jakoż podprowadzony przez nich na kraj lasu, ujrzałem nie 
wychylając się z gąszczu, na trzysta najdalej kroków od lasu, na polu ze 
sześćdziesięciu dragonów. Z placówki tej wnosząc, iż obóz moskiewski 
znajduje się blisko, postanowiłem nie zatrzymywać się dłużej w tern 
sąsiedztwie i z pomocą strzelców pobudziwszy w cichości ludzi moich, 
ruszyłem zaraz w dalszy pochód drożyną lasową, która mnie wypro* 
wsadziła do wsi za lasem będącej, gdzie dowiedziałem się, iż o świcie 
korpus nasz przechodził gościńcem ku Iłży. Pocieszeni tern doniesie- 
niem, które nam wskazywało kierunek pochodu naszego, pospieszyliśmy 
do tego miasteczka. Po marszu forsownym w dniu 2 2 sierpnia o go- 
dzinie iszcj z południa połączyliśmy się nareszcie z korpusem — a że 
kapitan Poniatow^ski usprawiedliwiając swoją ucieczkę roztrąbił, iż na- 
padnięty silami zbyt przeważnemi, zaledwie z jazdą swoją zdołał się 
wycofać, a nas wszystkich Moskale zabrali do niewoli, przeto witano 
nas radością, jakby z tamtego świata powracających. General wyraził 
mi nawet podziękowanie za przyprowadzenie w całości powierzonego 
mi oddziału. 

Nie wyszło i pół godziny po przybyciu mojem do obozu, gdy 
ukazały się kolumny moskiewskie , zmierzające ku nam. Poznałem 
wówczas całe niebezpieczeństwo, jakieby mi groziło, gdybym się był 
pół godziny spóźnił z przybyciem mojem do obozu. Za ukazaniem 
się Moskali stanęliśmy w szyku bojowym na polu pod liżą, przy go- 

41 



322 



ścincu wiodącym do Ostrowca, z tylu mając las na kilka mil rozcią- 
gający się i na przypadek niepowodzenia dający nam bezpieczne schro- 
nienie. Wszystkim nam się zdawało, \i tak długo oczekiwane spotkanie 
niezawodnie teraz nastąpi, gdy tymczasem generała rozpoznawszy kolumny 
nieprzyjacielskie, jak najwolniej zbliżające się ku nam, dal znak do 
odwrotu, dając za przyczynę przewagę nieprzyjaciela tak co do liczby 
wojska, Jak co do ilości dział. Tego skrupulatnego obliczania nie 
robił w początkach naszej kampanii generał Dwernicki i dla tego bil 
wrogów...... 

Nakaz odwrotu przykre zrobił na wszystkich wrażenie, a wyrzeczone 
przez generała zdanie o przewadze nieprzyjaciela, działało niepociesza- 
jąco na żołnierzy, którzy dotąd jak najlepszym był i ożywieni duchem 
i mieli ochotę zajrzeć zbliska Moskalom w oczy. Radzi nieradzi ru- 
szyliśmy ku Ostrowcowi gościńcem ^ ciągnącym się przez las w dłu- 
gości czteromilowej. ja i kompania moja byliśmy już godzin 40 w cią- 
głym pochodzie bez najmniejszego pożywienia, odbywszy kąpiel w cal- 
kowitem ubraniu, które w marszu wyschło na nas. W pochodzie przez 
las doW'ódca naszego batalionu, major Obiedziński, przez wzgląd na w y- 
głodzenie moje, poczęstował mnie kawałkiem wiciowego mięsa. Jak- 
kolwiek przeszło zupełnie potem końskim, gdyż wisiało parę dni 
przytroczone do siodła, zjadłem jednak, przyciśniony głodem, pomimo 
największego wstrętu. 

Przywlókłszy się już wieczorem do Ostrowca, rozłożyliśmy się obo- 
zem pod tą nędzną mieściną; na dobitkę z naszem przybyciem puścił 
się deszcZj który się wkrótce zamienił w ulewę. Szałasy, które na- 
prędce żołnierze dla siebie i dla oficerów sklecili z gałęzi sosnowych, 
miały tę niedogodność, iż przy dłużej trwającym deszczu nie tylko nie 
ochraniały od sloty, ale nadto działały przeciwnie, bo każdy koniec gałęzi 
tworzył rynnę zalewającą legowisko. Zdrowym zupełnie łatwiej było 
znosić ten nocleg w kałuży, lecz dla cholerycznych przeznaczono chałupę 
jedną, w której przynajmniej na głowę się nie lalo. Całą noc z 22 na 
23 sierpnia lał deszcz jak z cebra; niedogodność ta tem dokuczliwszą 
była dla mnie, iż po kaw^alku wyschłej i zaprawionej potem końskim 
wołowiny, zjadłszy u Żyda mleka z kaszą, rozchorowałem się, 
Doczekaw^szy się wreszcie dnia, zameldowałem się dowódcy półku, 
prosząc, aby mi pozwolił się schronić pod dach pomiędzy cholery- 
cznych, ze względu na stan zdrowia mojego i trwającą słotę. Otrzy- 



323 



mawszy przyzwolenie mego dowcjdcy, zakwaterowałem się pomiędzy 
biedaków trapionych cholerą. Leżeliśmy pokotem jeden kolo drugiego, 
ale przynajmniej na suchej słomie i na głowę nam się nie lalo, wszakże 
jęki cierpiących, straszliwe zmiany w całej lizyognomii i kształtach pa- 
sujących się z tą okropną słabością, nader przykre sprawiały wrażenie. 
Przed wieczorem poczciwy mój dowódca, podpółkownik Jutrzenka, przy- 
słał mi talerz ryżu i szklankę zagrzanego czerwonego wina; po zje- 
dzeniu i wypiciu tego posiłku, żołądek mój się ustatkował, noc prze- 
byłem dobrze i dopiero rano przebudziwszy się, dowiedziałem się, iż 
w nocy czterech sąsiadów moich przeniosło się do wieczności. Rano 

24 sierpnia deszcz ustał, opuściłem przeto lazaret i pospieszyłem do 
pólkownika naszego, aby mu się zameldować do służby, a zarazem i 
podziękować za ojcowską troskliwość i za przysłany posiłek, który 
zdrowie mi przywrócił. 

Dnie 23 i 24 sierpnia przeleżawszy pod Ostrowcem, ruszyliśmy 

25 rano pod Sienno, gdzie przenocowawszy, nie w innym jak się 
zdaje celu, jak tylko aby nas pochodem rozweselić, 26 obeszliśmy znów 
koło Iłży, w^ której schwytano kilku dragonów i stanęliśmy w lesie 
pod wsią Seredzicami dalszemi, gdzieśmy i dzień 27 sierpnia przebyli. 
Następnego dnia nocowaliśmy pod Jagodnem, 29 i 30 sierpnia pod 
Skarżyskiem kościelnem, 31 sierpnia i 1 września pod Bieszkowem, 
2 i 3 pod wsią Gatki, gdzie przysłane odezwy RCidigera, wzyw^ające 
nas do poddania się, kazano spalić. Wyruszyliśmy następnie w pochód 
i dnia 4 września w lesie pod wsią Osiny zatknęliśmy nasz obóz. 
Czas był słotny; po północy wśród najrzęsistszego deszczu obóz został 
zaalarmowany, wszystko stanęło pod bronią, lecz ciemność była taka, 
że aby się przekonać, czy rzeczywiście moi żołnierze wszyscy są w sze- 
regu, musiałem ręką ich dotykać, bo żadnego nie widziałem. Staliśmy 
więc tak wśród największej ulewy przez całą noc, aż nadedniem pa- 
trole, wróciwszy do obozu, oświadczyły, iż nigdzie w bliskości 
większej siły nieprzyjacielskiej nie ma i że tylko włóczący się kozacy 
zaalarmowali obóz, jedynie w celu nużenia niepokojem i niewywczasem 
wojska. 

Przez dzień 5 września pozostaliśmy w tern samem stano- 
wisku. Parę szwadronów z pólku jazdy Podlaskiej i jedna kompania 
strzelecka z 1 batalionu pólku naszego starły się z kozuniami i drago- 
nami. W utarczce tej podpółkownik moskiewski , dowodzący tym 



324 



oddziałem nieprzyjacielskim, poległ od lancy naszego ulana. Nieprzy- 
jaciel po stracie dowódcy i kilku żołnierzy cofnął się. 

Dnia 6 września ruszyliśmy znów ku Iłży, która była jakby osią 
zaklętą, około której mieliśmy się ciągle kręcić bezowocnie. Mijając 
w naszym poctiodzie wieś Zalesie, ujrzeliśmy na boku, niewięcej jak o 
małe ćwierć miłij uciekające furgony i bagaże moskiewskie. Nie dosyć 
wczesne i szybkie wysianie pogoni dozwoliło tym uciekającym po- 
wózkom dopaść lasu, przed który wystąpiło kilka szwadronów konnicy 
nieprzyjacielskiej, Kawalerya ta> przywitana ogniem z naszych dwóch 
dział, po krótkiej utarczce z jazdą naszą Wołyńską, w^ której i>oległ 
kapitan Bielak, żałowany powszechnie przez Wołyniaków — cofnęła 
się do lasu. Zostawiwszy na lewo drogę, którą się Moskałę udali, 
zwróciliśmy na prawo ku Iłży ; w pochodzie tym przednia straż nasza, 
złożona z jazdy Wołyńskiej, napadła placówkę moskiewską z trzydziestu 
dragonów i kozaków złożoną. Spostrzegłszy naszych, Moskałę pierzchli, 
lecz doścignięci, straciwszy czterech w zabitych, poddali się. W tej 
utarczce bral osobisty udział prezes województwa sandomirskiego Ja- 
nuszewicz, który nam wszędzie towarzyszył i gorliwością w opatrywaniu 
we wszelkie potrzeby korpusu naszego, przez cały ciąg tej krótkiej 
kampanii, szczególnie się odznaczał. 

Nie spotkawszy następnie nigdzie nieprzyjaciela , po kilkogodzin- 
nym pochodzie stanęliśmy obozem pod wsią Modrzejowicanii. Tu do- 
piero doszła nas wiadomość o wypadkach, zaszłych w Warszawie 
w dniu 15 sierpnia, o zmianie rządu i wodza naczelnego. Zmiana ta 
nie wiele nas obeszła, bo rząd i wódz dotychczasowy odznaczali się 
jedynie najzgubniejszą dla sprawy nieudolnością. General Krukowiecki, 
nowomianowany prezesem rządu, przystał zarazem rozkaz generałowi 
Różyckiemu, aby niezwłocznie udał się nad Wisłę do janowca i tam 
znajdujący się most opanował. Dla w^y pełnienia polecenia tego trzeba 
było albo uderzyć poprzednio na Rttdigera, pobić go i uwolniwszy 
się od jednego nieprzyjaciela, zwrócić się dopiero przeciwko dru- 
giemu, lub też pozostawiwszy za sobą Rodigera, pospieszyć do Ja- 
nowca przeciwko Dawidowowi , który strzegł mostu. W pierwszym razie 
przepłoszywszy Riidigera, wyprawa do janowxa nie groziła żadnem 
niebezpieczeństw^em, lecz w drugim razie narażała nasz kor[ms na 
wzięcie we dwa ognie i niezawodne zniszczenie, jeżeli nie zdołamy 
z pod Janowca, na przypadek niezdobycia mostu, ujść wcześnie, nim 
nam Radiger w tej bagnistej okolicy odwrotu zupełnie nie zamknie. 



325 



Ani zdolności, ani usposobienie generała Różyckiego nie czyniły 
Igo sposobnym do ruchów śmiałych zaczepnych, zwłaszcza, że miał 
przesadne wyobrażenie o potędze Rudigera* Zamiast więc zmierzyć się 
z nim, on wolał pozostawić go za sobą i puścić się na zdobywanie 
według rozkazu mostu w Janowcu, ufając szybkości nóg swych żoł- 
nierzy, iź potrafią wymknąć się zawczasu z tej matni, do której ich 
prowadził. Wyprawiwszy więc kilkudziesięciu jeńców dnia 7 września 
do Kielcj cały korpus wyruszył z Modrzejowic ku Janowcowi. W po- 
chodzie tym w dniu 8 września jazda Wołyńska, tworząca zawsze 
przednią straż naszą, ubiła kilkunastu kozaków pod miasteczkiem Cie- 
pielowem, a następnie dnia g września schwytała 20 dragonów wraz 
z kapitanem wysłanym na zwiady* Wzięty w niewolę kapitan oświad- 
czył generałowi Różyckiemu, iż korpus Radigera o parę tytko mil na 
lewo za nami znajduje się. Ta wiadomość nie wstrzymała naszego po- 
chodu i o godzinie lej z południa stanęliśmy pod Janowcem. 

Za przybyciem naszem do lasku, będącego pod miasteczkiem, wy- 
słano ku niemu tyralierów, za zbliżeniem się których Moskale z mia- 
steczka pierzchli, nie zdążywszy zal^rać sucharów i chleba, któ- 
rego pieczywo właśnie co ukończyli. Następnie kazał generał 6 pół- 
kowi strzelców pieszych zająć Janowiec, co natychmiast wypełnionem 
zostało ; reszta zaś wojska pozostała w wyżwspomnionym lasku. Po za 
miastem ku Wiśle rozciąga się obszerna płaszczyzna , oddzielona od 
niego rzeczką, na której znajdujący się most ułatwiał przejście, 
W prost zaś tego błonia, zewsząd odslonionego, znajdował się most 
łyżwowy na Wiśle, do którego przystęp broniony był przez usypane 
baterye na prawym brzegu tej rzeki, znacznie wyższym od lewego. 
Baterye te strychów aly całe błonie i mogły łatwo zniszczyć Janowiec 
po lewej stronie rzeczonego błonia położony. Batalion iszy pólku 6go 
strzelców pieszycli otrzymał rozkaz wyjścia z miasta i uszykowania 
się na błoniu, naprzeciw bateryj moskiewskich; batalionowi 2 tegoż 
pólku kazano pozostać w mieście. Jak tylko batalion rozwinął się na 
wskazanem mu miejscu, natychmiast Moskale rozpoczęli ogień z je- 
dnych bateryj do stojącego na błoniu batalionu, z drugich do miasta; nasze 
dwa działa wprowadzone na górę. panującą nad miasteczkiem, odpowia- 
dały na ten ogień. Żołnierze Igo batalionu, znajdujący się pierwszy raz 
w ogniu j okazali jak najzimniejszą krew, a stojąc na otwartem miejscu 
pod rzęsistym ogniem bateryj moskiewskich, wzorowy zachowali po- 



326 



rządek. Szczęściem dla nas, strzelanie, acz nader szybkie, z powodu, 
zdaje się, nieumiejętności artylerzystow moskiewskich, ani nam, ani 
miastu żadnej prawie nie zrządziło szkody; jeden tylko żołnierz czere- 
pem pękniętego granata w głowę zranionym został. 

Pod zasłoną rzeczonego batalionu , generał przekonał się, iż o zdo- 
bywaniu mostu myśleć niepodobna, albowiem most na łyżwach Mo- 
skale mogli każdej chwili rozwieść i wzięcie oncgo uniemożliwić* 
Rozkaz zdobywania mostu pływającego nie wielkie nam dał w^yobra- 
żenie o rozsądku now^ego prezesa Rządu narodowego, generała Kru- 
kowieckiego, bo idąc do Janowca przypuszczaliśmy, że most jest trwały, 
na palach zbudowany. Po zrobionym rekonesansie, generał rozkazał 
1 batalionowi cofnąć się do miasta, co tenże pomimo ciągłego i rzę- 
sistego ognia bateryj moskiewskich w jak największym porządku 
uskutecznił* Za powrotem i batalionu do miasta, rozkazano batalio- 
nowi drugiemu ustąpić z miasta i rozłożyć się na polu za cmętarzem. 
Moskale nie przestawali rzucać granatów do miasta, lecz bezskutecznie; 
wszystkie albowiem pociski po największej części przenosiły lub w gó* 
rze w powietrzu pękały— ze zmrokiem ogień ustał, a natomiast usta- 
wiona nad Wisłą muzyka moskiewska, zaczęła grać „Jeszcze Polska 
nie zginęła* — wśród wycia i śmiechu sotdatow, jak się zdaje, na urą- 
gowisko nam. Ponieważ wzięcie łyżwowego mostu okazało się niepo* 
dobnem, nie pozostawało jak tylko uskutecznić odwrót, nim go nam 
pozostawiony za nami Rudiger zamknie. Dla utrudnienia, a przynaj- 
mniej opóźnienia Dawidowowi posuwania się za nami, nakazał generał 
zniszczyć most na rzece, przerzynającej drogę od Wisły do Janowca. 
Kompania l karabinierska pólku 6 strzelców pieszych, pod do- 
wództwem porucznika Kulczyckiego wykonała ten rozkaz już zmrokiem, 
pomimo gęstego ognia, jaki Moskale z dział sypali dla przeszkodzenia 
tej robocie. 

Panująca następnie cisza w obozie nagle o pierwszej po północy 
przerwaną została kilkakrotnym wystrzałem z bateryj nieprzyjacielskich. 
Posłyszawszy te strzały, wstałem i poszedłem do naszego dowódcy, 
który o kilkanaście kroków na pagóreczku piasczystym spoczywał. 
Za zbliżeniem się mojem zapytał mnie: „Co pan myślisz o tych wy- 
strzałach?" „Ja myślę" — odrzekłem — „że Dawidów^ zawiadamia tym 
sposobem Rildigera, że my tu jesteśmy i że nam nie pozostaje, jak tylko 
czasu nie tracąc, wynieść się z tej matni, żeby jej nam Rudiger cał- 



327 



I 



kiem nie zatkał.** ^ — ^ja zupełnie podzielam zdanie pańskie** — odrzekł puł- 
kownik — „i idę do generała przedłożyć mu potrzebę jak najspieszniejszego 
ustąpienia ztąd**. General z swym sztabem zakwaterowany był w mie- 
ście. Pólkownik nasz udawszy się do głównej kwatery i wprowadzony 
do generała, przedłożył mu, iż strzały o tej porze nie mogą mieć 
innego celu, jak tylko ostrzeżenie Rodigera w niezbyt wielkiej odle- 
głości ztąd znajdującego się, iż my tu znajdujemy się i że przecięcie 
nam odwTOtu i wzięcie nas w^e dwa ognie jest możliwem* Aby więc 
uniknąć tego nam grożącego niebezpieczeństwa , radził pólkownik ge- 
nerałowi nie zwlekać odwrotu i najpóźniej o godzinie 3 rano kazać 
takowy uskutecznić, 

O słuszności tego twierdzenia przekonywał przyprowadzony wła- 
śnie do głównej kwatery schw^ytany Moskal, wysłannik Dawidowa do 
Rudigera» który w^yznal, iź ich trzech wysiano do Rudigera , aby go 
uwiadomić o naszym pobycie pod Janowcem, a tern samem i o możno- 
ści przecięcia nam odwrotu w miejscach tych bagnistych. Na nie- 
szczęście przestrogi doświadczonego pólkownika Jutrzenki, poparte 
zeznaniem schwytanego Moskala, nic tratily do przekonania generała, 
który, jak to się zdarza wszystkim miernościom, ulegał bezwzględnie 
wpływom swego otoczenia. W otoczeniu tem złożonem z młodzików 
rej wodził kapitan Kaczanowski. Oficer ten, będąc jednym z najnieu- 
dolniejszych konduktorów kwatermistrzowstwa przed rewolucyą, a na- 
stępnie nader lichym oficerem, wybrany został właśnie przez generała 
Różyckiego na kwatermistrza i inżyniera korpusu. On był więc tą 
wyrocznią, której głosu generał słuchał, a że Kaczanowskiemu jak i 
adjutantom wygodnie było w Janowcu , oparli się więc propozycyi 
pólkownika i pomimo grożącego nam rzeczywiście niebezpieczeństwa 
pozostaliśmy na miejscu. 

Nazajutrz dnia 10 września, na usilne dopiero nalegania naszego 
dowódcy, podpółkownika Jutrzenki, generał o godzinie 8 rano odwrót 
nakazał. Na drodze, którąśmy mieli obecnie przebywać — gdyż tą, 
którąśmy do Janowca przybyli, odwrót uskuteczniony być już nie 
mógł — jest wieś Chotcza górna, w której ciągnąca się długa i wąska 
grobla pomiędzy stawem i moczarami, jakie tworzy przepływająca 
tamże rzeka Chotcza, mogła się była stać grobem dla nas w razie 
ubiegnięcia jej przez Moskali, którzy nawet bliżej byli od niej, jak my. 
Ale na szczęście nasze i \w otoczeniu Rodigera musieli się znajdować 



328 



Kaczanowscy i adjutancij podobni do naszych, którym nic spieszno było 
opuszczać legowisko. To tez bagaże i przednia straż nasza zastała 
ową groblę, ten jedyny przesmyk, przez ktciry wymknąć mogliśmy 
się, wolnym i bez szwanku go przebyła, rówaież jak i część jazdy 
i pólk 2 2 piechoty. Lecz gdy 6 pólk strzelców^ zbliżał się ku grobli, 
ujrzeliśmy wysuwający się z za wzgórza, rozciągającego się przed wsią 
po prawej stronie drogi, którąsmy maszerowalr* oddział wojska^ który 
się w tejże chwili ukrył za wzgórza. Zwnkileni na to uwagę naszego 
majora Obiedzińskiego, a sam poskoczylem ku wzgórkowi. Major 
wysłał za mną pluton jazdy, kt(try wyjechawszy na wzgórze ujrzał 
wraz ze mną kolumny moskiewskie, biegiem prawie pędzące ku wsi 
i grobli , lecz pos[)iech ten byt za późny, bo staw^ od prawej właśnie 
strony zasłaniający groblę, bronił Moskalom przystępu do niej. Legia 
piesza Litewsko-wolynska wraz z strzelcami celnymi Krakowskimi 
obsadziła wieś, dla zasłonienia naszego odwrotu , a dwa nas/e działa, 
ustawione na wzgórzu, zaczęły ogień do kolumn nieprzyjacielskicli , 
który jednak niedługo trwał, gdyż działa nasze, pozostawione bez 
asekuracyi musiały się cofnąć, Artylerya nieprzyjacielska , zająwszy 
w półkole wzgórza, wznoszące się poza stawem i slrychujące groblą, 
zaczęła ją z zwykłą sobie szybkością ostrzeliwać. Właśnie w chwńli 
rozpoczęcia tego morderczego ognia w^szedł na groblę i dla szczupłości 
miejsca maszerować musiał sekcyami batalion drugi pólku G strzelców 
pieszych. 

Spacer ten przez groblę pod strzałami kilkunastu dział, z w^ielką 
szybkością miotających pociski , groził nam okropną klęską, zwłaszcza 
biorąc miarę z tego, iż wstępując na groblę, za pierwszym strzałem 
w szeregu, poprzedzającym mnie, czterech ludzi zostało zabitych. Lecz 
posuwając się dalej, przypadki śmierci lub skaleczenia były rzadsze, 
gdyż gęsto rzucane granaty i kule, albo przelatując nad głowami na- 
szemi, rykoszetowały po bagnie, po lewej stronie grobli będącem, albo 
tez nie doszedłszy do grobli, pękały w stawie, w^yrzucając stupy wody 
do góry; czasami tylko jęk ostrzegał, iż ktoś się z nogą lub ręką, 
albo i z życiem pożegnał Przed znajdującym się w pół grobli mo- 
stem, półkownik nasz Jutrzenka kazał nam się zatrzymać; rozkaz ten 
nie przypadł nikomu do smaku , bo każdy pragnął jak najprędzej 
wydobyć się z tej gorącej łaźni, którą nam Moskale sprawiali. Pomimo 
niewielkiej ochoty trzeba było jednak stać w tern nader niewygodnem 



329 



stanowisku, w któreni służyliśmy za bezbronny cel artyleraystom 
moskiewskim. Nie wiem, jak ja tam wyglądałem, bom nie miał 
zwierciadła, abym się mógł zobaczyć, ale moi koledzy niebardzo 
mieli pocieszne facyaty, a nasz major Obiedziński, zsiadłszy z konia^ 
mienił się jak kameleon, a nie tylko broda mu drżała, ale i szlify 
trzęsły się* Zrobiwszy to spostrzeżenie, wzięła mnie ciekawość 
dowiedzieć się od pułkownika, dlaczego przyszła mu ochota raptem 
samemu się zatrzymać przed mostem i nas na taką dyabelską wy- 
stawić próbę. Posunąłem się więc ku mostowi; pólkownik siedział 
sobie na koniu z tak spokojną miną, jak gdyby najmniejsze nie gro- 
ziło niebezpieczeństwo, patrząc na wzgórza, z których prażyła do nas 
artylerya moskiewska. Przysunąwszy się do niego, odezwałem się : 
„Za pozwoleniem półkownika, nie łaskawby mi był pólkownik po- 
-wiedzieć, dia czego nas tu pólkownik zatrzymał'*. — nO^o dlatego, 
#,ie dochodząc do mostu spostrzegłem , iż nieprzyjaciel cały swój ogień 
„skierował na most i jak pan widzisz, poręcze na nim pogruchotał; 
„nie chciałem więc w ten war pocisków wprowadzać batalionu i na- 
„ próżno tracić ludzi i właśnie dla tego wstrzymałem go, bo po pewnej 
„liczbie strzałów^ armaty kierunek zmienią z powodu samych strzałów, 
„a natenczas bez straty przejdziemy most"*. 

Niebawem też po wróceniu mojem na miejsce, usłyszeliśmy ko- 
mendę: „Baczność! — ^naprzód-biegiem-marsz!" — która z ochotą i z pre- 
cyzyą wypełnioną została. Przejście grobli , które przy większej 
zręczności artylerzystów moskiewskich mogło nasz batalion grubo 
kosztować, opłacił on stratą kilkunastu ludzi. Po za groblą grunt 
nieznacznie wznosił się i tworzył wyżynę, w pewnej części okrytą 
lasem ; droga idąca wprost z grobli prowadziła na wzgórze lesiste. 
Oddziałom naszym, które się po przejściu grobli formowały na pła- 
szczyźnie, nakazał generał dalszy pochód, a postawiwszy dwa działa 
na wzgórzu, na drodze na prost grobli, zostawił drugą kompanię 
karabinierów 6 półku strzelców w asekuracyi ; mnie z jednym pluto- 
nem tyralierskim kazał obsadzić na lewo od drogi w nizinie będącą 
olszynę , a na prawo od drogi moczary zarosłe obsadził trzema pluto- 
nami tyralierów z 2 batalionu 6 pólku strzelców pieszych. Działa 
nasze ustawione na drodze, będącej przedłużeniem grobli, w całej 
długości takową strychowaly, to też dosyć długi czas kolumny mo- 
skiewskie, usiłujące przebyć groblę, za każdym posunięciem się na nią 

42 



330 



rażone morderczym ogniem, w nieładzie z niej uchodziły; — wreszcie 
Moskale, przekonawszy się, iż pochód przez groblę oplacićby musieli 
ogromnemi stratami, przeprawili na prawo od grobli przez blola 
znaczną częic swoich tyralierów, którzy pod zasłoną zarośli prze- 
brnąwszy strumień od stawu płynący, zaczęli się ucierać z trzema 
plutonami naszymi , które zajmowały l>rzeg lasu. 

General kazał natenczas działom naszym zejbć z pozycyi i dalej 
odwrót uskuteczniać; trzy nasze plutony, ostrzeżone o cofnięciu się 
dziat, odparłszy tyralierów nieprzyjacielskich, udały się w dałszy 
pochód za działami. Z lewej strony drogi i>iechota moskiewska, okrą- 
żywszy staw, rozsypała swoich tyralierów w zaroślach naprzeciw 
olszyny, której ja z moim plutonem strzegłem. Przedzielało mnie od 
Moskali kilkadziesiąt do stu krokciw szerokości mające trzęsawisko, 
przez nie więc zaczęliśmy się odstrzeliwać Moskalom. Położenie nas/e 
było korzystniejsze, bo gruba olszyna i wysokie kępiny służyły nam 
za ochronę, a który Moska! wychylił się na obnażoną irzęsawicę, 
tegośmy zaraz sprzątnęłi ; nic mogli także odgadnąć, jaką siłą zajmujemy 
olszynę, przeto i niebardzo kwapili się naprzikl. Aby nas więc wy- 
parować z olszyny, artyłerya ich zaczęła z wzgórza, [)onad stawem 
ciągnącego się, rzucać trranaty w olszynę. 

Wśród ognia z ręcznej broni, huku dział i pękających granatów^ 
nie mogłem usłyszeć, że nasze działa przestały strzelać i cofnęły się, 
a nie będąc ostrzeżony o odwrocie naszych i nie wiedząc, jakie mi 
grozi niebezpieczeństwo, z moim tylko plutonem, z którego czterech 
mi ubito łudzi, przez blisko trzy kwatiranse po zupełnem cofnięciu 
się naszych, przeciągnąłem w tym punkcie walkę. Dopiero gdy się 
opatrzono, że mnie nie ma, dowódca batalionu naszego wysiał po 
mnie podoficera Gerharda, który przybiegłszy do olszyny, ostrzegł 
mnie, abym minuty czasu nie tracił, gdyż korpus już o ćwierć mili 
się znajduje. Zebrawszy więc czem[>rędzej tudzi, wylłicgłem z olszyny 
na p(jle i ujrzałem draguncłW i kozaków zw(jlna postępujących drogą, 
którą poprzednio zajmowały działa nasze. Jazda ta jednak, chociaż 
najwyżej czterysta kroków oddaloną była odemnie, nie ścigała mnie, 
i jaz moim plutonem wolnym maszerując przed nią krokiem, nie za- 
czepiony dostałem się do tylnej naszej straży, a następnie do pułku. 

Wypoczywanie sztabowców w Janowcu drogośmy opłacili. I^e- 
gia piesza Litewsko-wolyńska wraz z strzelcami cehiymi Krakowskimi, 



331 

która zajeb wieś dh wstrzymania pochodu moskiewskiego i zapewnie- 
nia odwroty korpusowi » nie wsparta i zostawiona bez wytkniętego 
kierunku y rażona przez artyleryę nieprzyjacielską, a następnie odcięta 
od grobli i obskoczona przez przeważne siły moskiewskie, po mężnej 
obronie cała prawie zniszczoną została. Dowódca jej, podpułkownik 
Kwiatkowski dostał się do niewoli, a z pięciuset ludzi 80 tylko uszło. 
Ten sam los spotkał 149 strzelców celnych Krakowskich, z których 
20 wydobyło się z tej gorącej łaźni* Dowódca ich, Wacław Gaszyński, 
bacząc zapewne, iż nadal może być użytecznym ojczyźnie, zawczasu 
pomyślał o odwrocie i bez szwanku wycofał się z niebez]jieczeństwa. 
Gdyby był korpus godziną tylko wcześniej wyruszył z Janowca, byłby 
uniknął zupełnie tej ciężkiej, a nie dającej się powetować straty, Ale 
gdy przez lekkomyślne dogadzanie wywczasom swoim, sztab narażał 
na oczywistą klęskę korpus, powinien był |łrzynajmniej dołożyć wszel- 
kiego starania, aby jak najmniejszą stratą okupić swoją nieoględność 
winowajczą. Tymczasem całe działanie generała Różyckiego i jego 
sztabu odznaczało się zupełną nieporadnością i rzec można bezmyślnością. 

Kazano legii i strzelcom zająć wieś i trzymać się w niej, ale 
o wsparciu jej i umożliwieniu odwrolu — jedynego, jaki jej pozosta- 
wał, przez groblę, nikt się nie troszczył. Zostawiona legia za groblą 
znikła z ich myśli, znikając im z oczu, a przypomnieli sobie o niej 
dopiero, gdy ośmdzłesiąt jej niedobitków wróciwszy, złączyło się 
z resztą wojska. 

Po półgodzinnym wypoczynku, za zbliżeniem się przedniej straży 
moskiewskiej, nakazano odwrót. Odbywał on się w szachownicę 
w największym porządku. Zatrzymywano się na każdej dogodniejszej 
pozycyi, z której działa nasze raziły nadchodzące kolumny moskiewskie. 
Ustępując w ten sposób zwolna przed nieprzyjacielem, przyciągnę- 
liśmy pod miasteczko Lipsko. Tu jazda nasza, która dotąd stanowiła 
tylną straż naszą, otrzymała rozkaz cofania się naprzód, dla utworze- 
nia przedniej straży; minąwszy więc piechotę, przeszła przez mia- 
steczkOj pozostawiwszy szwadron jazdy Wołyńskiej, szwadron jazdy 
Podlaskiej i szwadron 2 pułku strzelców konnych dla asekuracyi dział, 
które w tylnej straży postępując, zająwszy pozycyę pod samem mia- 
stem przy krzyżu stojącym nad drogą, ogniem swoim wstrzymywały 
natarczywość pochodu moskiewskiego, a tymczasem korpus, przez 
miasto i przez wąwóz znajdujący się za miastem , uskuteczniał swój 



332 



dalszy odwrót. Dla teni skuteczniejszego zabe2pieczenia dział obsa- 
dzono cmętarz, znajduji^cy się pod miastem na lewem skrzydle dzial 
naszych , czterema plutonami tyralicrskimi z 6 pólku strzelców pie- 
szych, a miasto samu oddziałem strzelców celnych Kuszla i Grotusa. 

Półkowi naszemu, który minąwszy miasto, puścił się w wąwóz, 
rozkazał generał wziąć się na prawo i wyjść na wzgórze, a gdy 
to uskutecznionem zostało, kazał obydwu batalionom sformować się 
w kolumny do ataku po lewej stronie cmętarza, w niewielkiej od 
niego odległości; na lewem zaś naszem skrzydle uszykował się szwa- 
dron 2 pół ku strzelców konnych. Gdyśmy wychodzili z miasta, jazda 
nieprzyjacielska z głośnem „hura*" uderzyła na działa nasze, lecz przy- 
witana kartaezami i ogniem tyralierów naszych ukrytycli na cmętarzu, 
a w chwili zamieszania, sprawionego w jej szeregacłi tern przywita- 
niem, napadnięta przez nasze dwa szwadrony, poniósłszy dotkliwe 
straty, cofnęła się w największym nieładzie. Z tego korzystając działa 
nasze, opuściwszy zbyt niebezpieczne stanowisko, przeszły przez miasto 
udając się w dalszy pochód. Niebawem nadbiegła artylerya moskiewska 
i zaczęła walić do miasta, w którem znajdowały się cofające oddziały 
naszej jazdy i strzelców celnych. Działa moskiewskie uszykowały się 
na polu przed miastem w niewielkiej odległości od nas, lecz ogień 
i cała ich baczność skierowane były ku miastu. Wtem generał Ró- 
życki nadjechał do naszych dwuch batalionów i zaśpiewawszy -Jeszcze 
Polska nie zginęła", rozkazał czterem naszym plutonom tyralierskim 
ruszyć w^prost na działa. 

Pewniśmy więc byli, że ten rozkaz wydany nam został w celu 
zabrdnia rzeczonych dział i że wsparci będziemy przez nasze dwa 
bataliony i szwadron jazdy, stojący na naszem lewem skrzydle. Ru- 
szyliśmy więc ochoczo: ja, Mierosławski, Dietz i Szczepanowski 
Franciszek, na czele naszych plutonów wprost ku działom nieprzyja- 
cielskim, których paszcze, wówczas zwrócone do miasta, w ukośnym 
do nas były kierunku. Wkrótce jednak nieprzyjaciel, dostrzegłszy nas, 
odwrócił działa ku nam. Na ten jego manewr Mierosławski, ly-letni 
ale żwawy chłopaczek, zaw^ołal; „Patrz, jak nas poczęstują karta- 
ezami;" — na co mu odpowiedziałem, że niedługo im się to uda. 
Przyspieszyliśmy więc kroku, a wtem otrzymaliśmy pierwsze po- 
czestne, na które szwadron, postępujący na naszem lewem skrzydle, 
zamiast, co koń wyskoczy, ruszyć naprzód, ruszył w tył, zostawiając 



333 



swego dowódccj który załamawszy ręce zaklął i zawrócił za nimi. 
Ucieczka strzelców konnych nie odjęła nam jednak otuchy i [joniinio 
szybkich strzałów Moskali posuwaliśmy się rączo naprzód, a doszedł- 
szy tak, żeśmy widzieli, jak jeden z kanonierów nabijających działo, 
nie mógł z ładunkiem do wylotu trafić, zakomenderowaliśmy „biegiem**^ 
i w tej chwili obejrzawszy się, nie ujrzeliśmy za sobą nikogo. Rażenie 
piorunem nie byłoby tak strasznem, jak to opuszczenie od swoich; 
wrażenie, jakiegośmy w lej chwili doznali, nie da się wysłowić. Roz- 
pacz, zwątpienie, wstyd, wszystkie męki moralne spotęgowane 
upokorzeniem w obec wrogów, których szydercze wycia dolatywały 
do uszów naszych, moralnie zniweczyły nas w tej chwili. Przejście 
w jednej chwili z największej otuchy do najrozpaczliwszego zwątpienia 
jest zabijającem. Nie pozostawało więc, jak ratować się ucieczką. Mo- 
skale, zamiast złapać nas, zrobili nam ten zaszczyt, iż za uciekającymi 
trzy razy z sześciu dział kartaczami sypnęli. Gdyśmy w pewnych od 
siebie odstępach zaczęli uciekać, ja, jakby siłą jaką pchnięty z tyłu, 
padłem na ziemię; zaledwiem się wywrócił, gdy cały strzał kartaczowy 
[przeleciał nademną, o dziesięć kroków od głowy mojej wybił dziurę 
głęboką w ziemi. Podziękowałem Bogu Najwyższemu za to mimowolne 
padnięcie moje, bo gdybym był stal, ten nabój rdzenny kartaczowy 
byłby mnie w pół przeciął. 

Uszedłszy łaską Bożą od nieochybnej śmierci, znękany moralnie 
i fizycznie, dostałem się szczęśliwie do swoich. Nie mogłem się jednak 
dowiedzieć, co było przyczyną tej komedyi z atakiem na działa i nie 
ostrzeżenia nas, iż to była demonstracya tylko. Zauważano jednak, iż 
gdzie była gorętsza rozprawa, zwykle sztab cały znikał i generał 
pozostawał sam, nie mając się kim posłużyć, 'lak też do naszych 
dwóch batalionów sam przyjechawszy, adjutanta naszego półkowego 
i dwóch adjutantów batalionowych posłał z rozkazami do miasta i do co- 
fających się oddziałów naszych, a nastę[>nie nakazawszy odwrót, nie 
miał już nikogo do nas posłać z uwiadomieniem o tern swojem posta- 
nowieniu. 

Korpus nasz cofał się wąwozem czyli drogą głęboką, która 
się ciągnie z miasteczka Lipsko ku wsi Lipie; — na skręcie tej drogi, 
wychodzącej na dolinę, generał, który zatrzymał się przyspieszając po- 
chód oddziałów naszych ciągnących od miasta, wezwał mnie do siebie 
i kazał mi z 200 ludźmi zatrzymać się w tym punkcie i strzedz wą- 



334 



wozu, który oddzielał wyżynę* ciągnącą się na prawo od drogi, po 
której nasz odwrót się odbywał, dopóki oddziały strzelców celnych 
Kuszla i Grotusa^ stanowiących ostatnią kończynę tyhiej straży naszej^ 
nie nadciągną do tego punktu. W zamiarze ostrzeliwania drogi, po 
której uskutecznialiśmy nasz odwrót, Moskale zbliżyli się na pochyłość 
wyżyny, na której stoi Lipsko i ustawiwszy działa swoje, gęsto 
puszczali granaty, nad naszemi głowami, bo nie widzieli od- 
działu naszego , który ustawiłem za wzgórzem , sam tylko od czasu 
do czasu na wierzch onego wychodząc, dla obserwowania ich ruchów. 
Kanonada ta trwała przeszło godzinę; ani jazda nieprzyjacielska, ani 
nawet piechota, która powoli nadciągnęła, nie odważyła się zapuścił? 
w wąwóz, dla odcięcia cofających się naszych oddziałów. Po nadcią- 
gnięciu naszych strzelców celnych, uskuteczniliśmy jak najwolniej dal* 
szy odwrót. Kanonada ta acz nader głośna, szkody nam w ludziach 
nie zrobiła, ja tylko, stojąc na obserwacyi na wzgórzu , ogłuszony zo- 
stałem od granatu, który, [>rzcleciawszy z szumem straszliwym kolo 
głowy mojei, pękł zaraz w bliskości, nie uszkodziwszy mnie; przez 
48 godzin nic jednak nie słyszałem* Nadchodzący wieczór wstrzymał 
dalszy pochód nader ostrożnego nieprzyjaciela, z którym od godziny 
wpół do dziesiątej przed południem, aż do zachodu słońca wciąż wal- 
czyliśmy. Strata nasza w zabitych po wydobyciu się z Chotczy, była 
prawie nic nieznaczącą, nieprzyjaciel przeciwnie musiał znaczny |)onieść 
uszczerbek w zalntych i rannych, bo artylerya nasza z szczególną cel- 
nością rdzennymi strzałami przez cały nasz odwrót ciągle przeciw 
nadciągającym kolumnom jego działała; temu też przypisać należy 
nader oględne i opieszałe następowanie nieprzyjaciela na nas, 

l'rzy duchu, jaki ożywiał żołnierzy naszych, a biorąc na uwagę, źe 
korpus Rodigera w większej części składał się z rekrutów i z łada- 
jakiej zbieraniny, można było śmiało się z nim zmierzyć. Lecz generał 
Samuel I^óżycki, ulegając jakiemuś przesadnemu wyobrażeniu o prze- 
wadze liczebnej nieprzyjaciela, nie postarawszy się o pewne pod tym 
względem wiadotiiości, wyrzekł się zaczepnego działania, a przybrawszy 
rolę odporną, najnieodpowiedniejszą w wojnie powstańczej, uczynił się 
zawisłym od ruchów i woli nieprzyjaciela, co musiało sprowadzić naj- 
smutniejsze dla nas rozwiązanie tej krótkiej pod jego dowództwem^ 
prowadzonej kampariii. 



885 






Po długim pochodzie stanęliśmy około północy pod wsią Rze- 
czniowem, spragnieni wypoczynku po całodziennych trudach o gło- 
dzie. Lecz wypoczynek był nader krótkim » bo zaledwie się roz- 
widniło, ruszyhśmy do Kunowa. W pochodzie tym Moskale posu- 
wali się za nami, ale tak oględniej iż nigdzie do starcia nie przyszło. 
Za wejściem naszem do lasu rozległego za miasteczkiem Grabowcem, 
ozwaly się działa moskiewskie, wszelako strzelcy celni, rozstawieni na 
brzegu lasu, wstrzymali pochód Moskali, niezbyt kwapiących się w na- 
cieraniu i korpusowi dozwolono wypocząć przez godzinę. W czasie 
tego wypoczynku działa moskiewskie, puszczające w las granaty, 
umilkły, gdyż przybył do naszej tylnej straży wysłaniec moskiewski 
z oświadczeniem, iż w tej chwili generał Rudiger otrzymał kuryerem 
przesłaną mu wiadomość o poddaniu się Warszawy; komunikując ją 
przeto, uważa wojnę za skończoną i wzywa uprzejmie generała łióży- 
ckiego, aby zaniechawszy nadaremnego już krwi rozlewu, wszedł z nim 
w układy i zdał się z korpusem swoim na laskę prawego monarchy, 
jak to już uczynił naczelny wódz wojska polskiego, generał Kazimierz 
Małachowski. Różycki na propozycye Rudigera odpowiedziałj iż nie 
wierzy, aby Warszawa zdobytą została, a tern mniej, aby się wudz na- 
czelny |)oddał, że zresztą, gdyby i lak było, on póki nie utrzyma roz- 
kazu od Rządu narodowego, Cesarza Mikołaja za pana nie uzna i broni 
nie złoży, lecz przeciwnie ma sobie za najświętszy obowiązek bronić 
niepodległości ojczyzny do ostatniej kropli krwi. 

Po udzieleniu tej odpowiedzi wysłannikowi moskiewskiemu 
ruszyliśmy w dalszy pochód i o godzinie pierwszej z południa rozło- 
żyliśmy obóz nasz tuż za miasteczkiem Kunowem, w stanowisku jak- 
najodpowiedniejszem do odparcia wszelkiej napaści. W dniu 14 wTze- 
śnia odstawionym został z obozu moskiewskiego, przez klóry miał 
wolny przejazd, do przednich czat naszych Nieszokoć, oficer artyleryi 
naszej, wysłany przez naczelnego wodza Małachow^skiego z urzędową 
do korpusu naszego wiadomością, iż Warszawa rzeczywiście kapitulo- 
wała, że zawartem zostało zawieszenie broni pomiędzy glcwnemi armiami, 
nie obowiązujące jednak w niczem odrębnie działających korpusów i że 
generał Krukow^iecki zdradziwszy zaufanie narodu* przestał był pre- 
zesem Rządu, wszelkie więc mogące wyjść od niego rozkazy, nikogo 
tem samem nie obowiązują. General Różycki udzielił zwołanemu przez 
siebie kor|>usowi olicerów tej rozpaczą przejnmjącej wiadomości. 




336 



Zarazem oświadczyła iż jakkolwiek wiadomość ta nader bolesną jest 
dla każdego Polaka, wszelako on pewnym jest, iż to nie zachwieje 
wierności korpusu oficerów dla sprawy narodowej i że jak dotąd» tak 
i nadal pełnić będą obowiązki swoje z całą gorliwością i poświęceniem. 
Wszyscy oficerowie oświadczyli i zapewnili generała, iż pozostaną 
wierni Rządowi narodowemu i starać się będą odpowiedzieć godnie 
zaufaniu w nich położonemu. Wszelako wiadomość ta, przez nas nie- 
spodziewana nigdy, najstraszliwszą boleścią przepełniła serca nasze. 
O dzielności wojska naszego nikt nie powątpiewał, ale nieudolność, 
nieporadność , a po części i zła wola jego naczelnych dowódców, do- 
wiedziona niezbitymi faktami^ nastręczała mimowolnie najrozpaczHwszc 
przypuszczenia. Jakąż można było zresztą pokładać nadzieję w tych» 
którzy dowodząc wojskiem, równająceoi się co do liczby wojsku nie- 
przyjacielskiemu a co do dzielności ducha o wiele go przewyższającem, 
pozwolili jednak temuż nieprzyjacielowi przekroczyć Wisłę bezkarnie, 
i na przestrzeni kilkodziesięcłoniilowej nie odważywszy się nigdzie z nim 
zmierzyć, bez bitwy haniebnie wydali mu stolicę^ a tern samem ognisko 
powstania. Cóż można było wróżyć innego o dalszem działaniu tycłi 
niedołęgów czy zdrajców, jak tylko, że im się wojna sprzykrzyła i że 
dćjLŻyć będą chociażby do najhaniebniejszego, byle prędkiego jej za* 
kończenia. Smutek więc ponury ogarnął wszystkich przewidujących, iż 
straszna chwila niepowrotnego upadku zbliża się nieuchronnie, a tern 
boleśniejsza, iż nie brakiem sił, ale jedynie nieudolnością czy złą wolą 
przywódców powstania spowodowana. 

Zaraz po odjeździe Nieszokocia z obozu naszego przybył tamże 
oficer moskiewski z propozycyą zawieszenia broni, oświadczając zara- 
zem, iż generał Rudiger życzy sobie zapobiedz obopóhiym stratom wa- 
lecznych, zwłaszcza gdy rozpoczęte w Warszawie układy rokują 
zakończenie szczęśliwe tej wojny zgodnym sposobem. W skutku lej 
propozycyi wysłany został do obozu moskiewskiego Jan Ledóchowski, 
poseł a obecnie dowódzca pospolitego ruszenia w województwie kra- 
kowskiem , ktciry zawarł zawieszenie broni nieograniczone, o którego 
zerwaniu dwudziestoczterma godzinami naprzód strona jedna drugą 
zawiadumić miała. Na mocy tego układu generał Kóżycki porozsyłal 
oddziały wojska naszego na kwatery, zostawiwszy w Kunowie, swojej 
głównej kwaterze, półk 6-ty strzelców pieszycli i szczupły oddział 
pospolitego ruszenia. — PuchQ[>ność ta do proponowania i zawieszenia 



4 




337 



broni ze strony generała Rildigera, jak się później pokazało, pocho- 
dziła ztąd , iź posuwający się po prawym brzegu Wisły ku woje- 
wództwu sandomierskieoui korpus Ramoriny zagraża! mu wzięciem 
go we dwa ognie, a następnie iź oczekiwał nadciągnięcia zapowiedzia- 
nych mu posiłków od głównej armii, ał^y rozdzielone i na rozejmie 
polegające oddziały polskie mógł napaść znienacka i przewagą sił tem 
niezawodiiiej pokonać. Lecz i generał Różycki mógł czas zawieszenia 
broni spożytkować na naszą korzyść. Przez zbudowanie mostu na Wiśle 
umożliwiłby przejście korpusowi Ramoriny, liczącemu 23.000 wybo- 
rowego wojska polskiego, na lewy l>rzeg tej rzeki. Połączenie się tego 
korpusu z nami, byłoby nam naJato przewagę zapewniającą nie- 
wą^jliwe i zupełne zniesienie RCidigera, Powtóre mógł był generał 
zwiększyć swoje siły ściągnięciem oddziałów, pod dowództwem ge- 
nerałów Stryjeńskiego i Kamińskiego w wojew^ództwie krakowskiem 
rozłożonych i wzmocnieniem tem postawić się w możności korzy- 
stnego zaatakowania nieprzyjaciela i zadania mu klęski. Lecz generał 
Różycki nie tylko, że nie pomyślał o skoncentrowaniu sił, jakie miał 
pod swojem dowództwem, ale i te, któremi bezpośrednio dowodził, tak 
porozdzielał, iż ich następnie zgromadzić nie zdołał. 

Przebywszy do dnia 17 września w^ Kunowie, udał się póJk 6 
strzelców pieszych do Mnichowa, gdzie połączywszy się z pólkiem 22 
piechoty liniowej, oraz z strzelcami celnymi, wyruszył 19 września do Słupi 
Nowej, położonej u stóp lasów i góry Łysej, na której szczycie stoi 
klasztor Benedyktynów, przez Bolesława Chrobrego fundowany. Kościół 
przy tymże klasztorze, pod inwokacyą Świętego Krzyża postawiony, 
nadal nazwę całemu obszarowi ogromnych lasów w kolo świątyni 
i na górach przyległych* W czasie obozowania naszego pod Słupią Nową 
zwiedziliśmy ów starożytny klasztor i świątynię na szczycie Łysej góry 
zbudowaną, Z wieży kościoła roztacza się rozległe panorama, sięgające 
aż do Krakowa, zakończone szczytami bielejących się Tatrów, które ztam- 
tąd 037 mil są oddalone. Na tej wieży zapisywaliśmy swoje nazwiska, za- 
pisał je wraz z nami i książę Adam Czartoryski, były prezes rządu narodo- 
wego, chwilowo szukający przytułku w naszym obozie. Jakieś złowro- 
gie przeznaczenie nieszczęśliwej naszej ojczyzny, splotło jej ostatnie 
dzieje z rodziną Czartoryskich. August 1 Michał wykopali grób dla 
Polski, a wnuk ich wydobywającą się z tego grobu zasypał na nowo. 

49 



338 



czasie poliytu naszego w obozie pod Słupią przyszła wlado- 
^iriDsć o wkroczeniu korpusu Ranioriny do Galicy i, wiadomość niemal 
boleśniejsza jak o wzięciu Warszawy, bo niwecząca ostatnie nadzieje 
skutecznego oparcia się najazdowi. Było w^ mocy Różyckiego przez po- 
stawienie mostu na Wiśle w miejscu wskazanem zapobiedz temu nie- 
szczęściu, lecz zamiast w tak ważnej i krytycznej chw^iii użyć z całą 
energią władzy swojej i polecić komendzie wojskowej, i tak bezczyn- 
nie w tyle kor[)Usu pozostawionej, aby pod najsurowszą odpowie- 
dzialnością, most lak nieodbicie potrzebny, natychmiast postawiła, ge- 
nerał Ró/.ycki f»graniczyl się na zaleceniu tej czynności Kasprowi 
Wielogłowskicmu, prezesowi komisyi województwa kraliowskiego, który 
od początku powstania nie wierzył w możliwość oparcia się Moskwie 
i działał na korzyść powstania o tyle, o ile go do tego nieprzeparta 
konieczność zmuszała. To też otrzymawszy polecenie postawienia rze- 
czonego mostu, traktował tę rzecz według form, przyjętych w zwykłem 
działaniu cywilnej adnrinistracyi. Wysłał w^prawdzie na miejsce inżyniera 
cywilnego, więc dopełnił formy, ale o tem, aby ów inżynier miał po- 
trzebną do lego pomoc w ludziach i w materyale^ nie pomyślał nawet, 
przeto urzędnik ten nie mógł spełnić zlecenia swego- Przez niedołęstwo 
więc generała Różyckiego, a ślamazarność, czy złą wolę Wielogło- 
wskiego, korpus najdzielniejszy wojska polskiego, który złączywszy się 
z nami, mógłby był, pomimo wzięcia Warszaw^y, szalę powodzenia 
jeszcze na naszą przechylić stronę, zmuszonym został do ustąpienia 
z granic Królestwa. 

Wiadomość o przejściu korpusu Ramoriny do Galicyi i rozbrojeniu 
onego, nadesłaną nam została z obozu moskiewskiego wraz z zawiadomie- 
niem o wypowiedzeniu zawieszenia broni. Zawiadomiono nas także, iż jedna 
lvołumna nieprzyjacietska wyruszyła ku Kielcom, druga ku S/,kalbmierzow^i 
a trzecia ku Pińczowowi. Opuściliśmy więc 2 2 września Słupią Nową 
i udaliśmy się pod Kagów, gdzie stało kiłka szwadronów jazdy naszej. 
Przybywszy pod to miasteczko o godzinie wpół do drugiej z południa^ 
ledwie żoinierze mieli czas zgotować sobie jedzenie, gdy tylna nasza 
straż zaczęła się ucierać z nadciągającymi Moskalami. Wysłano więc 
naprzód jazdę i bagaże drogą ku Rakowu, a półk 6 strzelców pie- 
szych, 2 2 liniowej piechoty i strzelcy celni, cofali się zwolna przed 
nieprzyjacielem. Otrzymałem rozkaz z kampanią 2 karabinierską zaję- 
cia siano wiska pomiędzy wiatrakami za miastem będącymi i wstrzy* 




b 




339 

mywaaia nadciągającej nieprzyjacielskiej jazdy. W pocliodzie ku tymże 
wiatrakom dopędzony zostałem przez adjutanta półkowego, który mnie 
wraz z kompanią zawrócił, oświadczając, iz zaszła mylka, i że l kom- 
pania karabinierska nia nas zastąpić. Jakoż niebawem nadciągnęła ta 
kompania dla zluzowania mnie. Z pagórka, na którym stałem, widząc 
liczne zastępy kozactwa i dragonów, występującycli z lasu i formują- 
cych się na [jofu , powiedziałem do porucznika Wincentego Kulczy- 
ckiego, dowódcy tej kompanii : „Winszuję ci dobrej zabawy" — sam w du- 
chu kontent, że w niej udziału brać nie będę, bo rzucenie jednej 
kompanii w czystem polu, naprzeciw masom kawaleryi, zdawało mi się 
największym nonsensem, bez celu najmniejszego narażającym ją na 
niechybną zgubę. Wydobycie zaś mnie z tej biedy winien byłem 
temu , iż dowódcą de nofuine drugiej kompanii karabinierskiej , którą 
ja de facto dowodziłem, byl kapitan Aleksander Różycki, krewny 
generała, który wkrótce po przejściu naszego pólku pod rozkazy 
generała Różyckiego, pozostawszy tytularnym dowódcą drugiej kom- 
panii karabinierskiej, przeniósł się do sztabu generała, mnie pozosta- 
wiając cały ciężar i odpowiedzialność służby w kompanii, Pod Łago- 
wem więc widząc, na co się zanosi, dla ocalenia swej kompanii wraz 
ze mną, wyjednał u generała zluzowanie mnie przez kompanię Kul- 
czyckiego. 

Nieoględność w wydawaniu rozkazów, była do tego stopnia 
posuniętą, iż jak mnie, tak i Kulczyckiemu, nie powiedziano kie- 
runku, w którym ma się cofać, ani nawet pomyślano o zabezpie- 
czeniu mu odwrotu, przez polecenie wspierania go, Kompania ta więc, 
pozostawiona własnemu losowi , odcięta od reszty cofającego się kor- 
pusu, pomimo mężnej obrony, w końcu uledz przeważnej sile nieprzy- 
jaciół musiala> Porucznik Kulczyckie obywatel z obwodu miechowskiego, 
dowódca tej kompanii, acz wprzódy nie służył w wojsku i z gospo- 
darza wprost mianowany dowódcą kompanii , potrafił w krótkim cza- 
sie przyswoić sobie taktykę, a uczucie obowiązku uczyniło go dziel- 
nym olicerem. Sformowawszy więc swoją kompanię w czworobok, 
odparł cztery szarże jazdy nieprzyjacielskiej, torując sobie drogę. Mo- 
skale, po stracie podpułkownika dragonów i znacznej liczby żołnierzy, 
część dragonów, opatrzonych tak jak piechota w karabiny z bagne- 
tami, spieszy wszy — rozpoczęli ogień z ręcznej broni. Porucznik Kul- 
czycki straciwszy wielu ludzi od kul nieprzyjacielskich , widząc niepo- 



340 

dobienstwo przebicia się przez te masy^ które go zewsząd otaczały, 
dla ocaleni?! pozostałej reszty, kazał zaprzestać ognia i wywiesiwszy 
biatą chustkę, dal znak, iz chce się poddać. Nadjechał zaraz sztabs- 
olker moskiewski, któremu Kulczycki oświadczył, iż chce się poddać, 
byle im zapewniono życie i nie pędzono w głąb Moskwy do niewoli, 
ale zatrzymano w kraju i po skończeniu kampanii puszczono do domów. 
Moskal przystał na to, ale zaledwie nasi broń złożyli, gdy Moskale 
rzucili się na nich i w sposób najokropniejszy zaczęli bezbronnych 
mordować. Sam Kulczycki zrąbany najok rop niej , brat jego Feliks toi 
samo straci! rękę; byliby obydwa oddali ducha na placu, lecz na ich 
szczęście^ półko wnik kozacki Antonów, który stojąc przed rewolucyą 
na granicy, znał się z nimi, przybywszy na plac boju, wstrzymał to 
pastwienie się nad bezbronnymi, a poznawszy obydwóch braci Kul- 
czyckich , kazał ich wziąć z placu i sam ich odwiózłszy do pobliskiej 
wsi, polecił opiece właściciela, pozostawiwszy dla ich bezpieczeństwa 
załogę; — tym sposobem uszli nieochybnej śmierci i w parę lat po- 
tem miałem ukontentowanie obydwóch widzieć, z oczywistymi śladami 
na tw^arzy i rękach barbarzyńskiej dzikości Moskali. 

W czasie tym, gdy Kulczyckiego otoczyli Moskale, my odbywaliśmy 
odwrót spokojnie^ dopiero po ujściu prawie mili od Łagowa^ spostrze- 
gliśmy na prawo, pomykające polami dwie kolumny jazdy moskie- 
wskiej w celu^ jak się zdaje, przecięcia nam odwrotu, General, który 
nie wiadomo, dla jakiej przyczyny, sześć szwadronów jazdy wysiał na- 
przód, a pod ręką nie pozostawił sobie tylko 80 koni, rozkazał naszym 
dwom batalionom sformować się w czworobok , w odstępach pomię- 
dzy nimi postawił dwa działa, a tym 80 koniom kazał uderzyć na 
pierwszą kolumnę jazdy moskiewskiej, posuwającą się ku nam. Po pra- 
wej ręce naszej były zarośla, które generał rozkazał obsadzić czterma 
plutonami tyralierów. 

Piękny to był wndok, gdy nasza garstka z fantazyą poszła do 
ataku. Kolumna pierwsza moskiewska, do 400 koni licząca, rozwinęła się 
na jej przyjęcie i zaledwie jazda nasza starła się z Moskalami , skrzydła 
moskiewskie okoliły ją i zamknęły do kola. 'lyraliery nasze wówczas 
podsunąwszy się zaroślami, zaczęli prażyć po plecach Moskali — koło, 
które ściskało tę garstkę jazdy naszej, rozskoczyło się i zostawiło wolną 
drogę do wycofania się naszym zuchom. Gdybyśmy mieli byli w tej 
chwili naszych sześć szwadronów, nie ulega wątpliwością iż te dwie 



841 

kolumny jazdy nieprzyjacielskiej byłyby porządne cięgi wzięły, a tak 
przez bezmyślne dyspozycye straciliśmy kompanię dobrej piechoty 
i i 80 jeźdźców zaledwie połowa i to pokiereszowana, wróciła. 

Rozprawa z kompanią Kulczyckiego i szar/a tycli 80 naszycłi 
jeźdźców odjęły ochotę jeździe nieprzyjacielskiej zaczepiania nas. Nie- 
nagabywani w dalszym pochodzie przybyliśmy o godzinie 8 wieczorem 
do miasteczka Rakowa , po przejściu którego stanęliśmy obozem. Na 
drugi dzień o świcie, jazda nasza wraz z dwoma działami dostała 
rozkaz udania się oddzielnie inną drogą, a nasz pułk, 22 liniowy, 
strzelcy celni i dział 7 wraz z generałem Różyckim pociągnęliśmy 
przez Chmielnik do Pińczowa, gdzie 23 o godzinie 3 z południa 
przybywszy, przeszliśmy przez miasto i za rzeką Nidą, płynącą pod 
tern miastem, stanęliśmy na błoniach obozem. W mieście tern zasta- 
liśmy pólk 1 1 strzelców pieszych, zorganizowany jeszcze w końcu 
lipca, a obecnie dopiero rozdawano mu broń, co maluje najlepiej 
I z jaką opieszałością w sprawie obrony krajowej działały władze woj- 
skowe i administracyjne, 
K Nie da się tu usprawiedliwić i generał Różycki, który w trzech 

województwach władając nieograniczenie i mogąc usunąć, cierpiał 
jednak tę zbrodniczą tychże władz obojętność dla sprawy narodowej. 

Miasteczko Pińczów leży na lewym brzegu Nidy, znacznie wy- 
niesionym nad prawy brzeg tejże rzeki* Od Pińczowa zaczyna się 
okolica bezleśna i całkiem otwarta, niekorzystna do wojny odpornej, 
zwłaszcza przeciw nieprzyjacielowi, przewagę jazdy mającemu. Nale- 
żało więc po przybyciu do Pińczowa most na Nidzie zniszczyć, 
a dawszy wojsku kilka godzin wypocząć, ruszyć z wieczora do Szkalb- 
mierza , dla połączenia się z stojącym w tem miasteczku oddziałem 
generała Kamińskiego. Połączenie to albowiem nadawało nam przewagę 
nad ciągnącym ku Szkalbmierzowi oddziałem moskiewskim pod do- 
wództwem generab Krassowskiego, którego napadnięcie i pobicie 
mogło zgubnem uczynić dla Moskali to zbytnie rozdzielenie sił RCidi- 
gera. Lecz generał Różycki, straciwszy z oczu nieprzyjaciół, zdawał 
się zupełnie zapominać o nich i z zwykłą sobie niedołężną obojętno- 
ścią , jakby w najprzyjaźnicjszych okolicznościach, roztasowal się z swym 
sztabem w Pińczowie, 

Napróżno dowódca naszego półku, podpólkownik jutrzenka, na- 
legał na generała, aby kazawszy niezwłocznie most zniszczyć, naj- 



342 

później o godzinie 2 w nocy t obozu wyruszył, gdyż |)rżez 12 go- 
dzin żołnierz dostatecznie wypocznie; nie mf')gł go na żaden sposób do 
tego nakłonić, pod pozorem, iż oddział strzelców wysiany ku Kielcom 
jeszcze nie nadciągnął, a rzeczywiście odwiedziony radami swojego sztabu 
i adjutantuw, którym nie chciało się opuścić miasta. Postanowienie ge- 
nerała pozostania w Pińczowie obudziło nieukontentowanie w wojsku, 
|)rze\viduj^cem smutne następstwo tej bijącej w oczy nieprzezorności, 
któreśmy na drugi dzień srodze odpokutować mieli. Sztab wygodnie 
rozkwaterowany w mieście, nie spieszył się z wstawaniem, dopiero 
o godzinie 8 rano 24 września wypłoszyli go nadciągający Moskale, 
który cli przednia straż dotarła już do miasta. 

W chwili zamieszania, sprawionego nadejściem Moskali, nakazano 
odwrót ku Szkalbniierzowi , lecz nadbiegły właśnie ztamtąd posłaniec 
doniósł, że generał Krassowski, któregośmy mogli uprzedzić i pobić, 
zajął już to miasto, nie pozoslawało więc jak przez Działoszyce zdążać 
do Miechowa, aby się wymknąć okalającym nas kolumnom nieprzy- 
jacielskim. Przyszło wówczas dopiero sztabowi naszemu do głowy, 
że trzebaby, dla utrudnienia Moskalom pościgu , zniszczyć nader długi 
most na Nidzie, mogąc to uskutecznić jak najdogodniej wczoraj przed 
wieczorem. Wyznaczona do lej roboty jedna kompania 1 i półku 
strzelców pieszych i oddział strzelców celnych, nie mogli jej wykonać, 
najprzód, że nie mieli do tego narzędzi potrzebnych, powtóre, że od 
ognia spiesznie podkładanego most zająć się nie chciał, a potrzecie 
najgłówniej dlatego, że artylerya moskiewska, obsadziwszy lewy brzej 
rzeki, znacznie nad prawym górujący, rzęsistym ogniem rażąc naszycli 
robotników, zmusiła ich do ustąpienia. 

Dla braku jazdy, którą generał wyprawił innemi drogami, straż 
tylną powierzono półkowi 1 1 strzelców pieszych , strzelcom celnym i 
jednemu batalionowi pólkn 22 piechoty [iniowej* Pókiśmy byU w oko- 
licach lesistych, jazda była nieodłączną naszą towarzyszką, lecz gdyśmy 
od Pińczowa mieli odwrót nasz uskuteczniać przez całkiem ogołocone 
z lasów pola i błonia, generał uznał za najodpowiedniejsze rozłączyć 
się z jazdą. Mądrości tej taktyki nikt z nas pojąć nie mógł, zwłaszcza, 
że jazda nieprzyjacielska wraz z artylerya konną, siedząc nam na 
piętach, w otwartych polach najskuteczniej przeciw samej piechocie, 
częściowo tylko w broń palną opatrzonej, działać mogła. To też tylna 
straż nasza na otwartych błoniach, rażona przez artyleryę nieprzy- 




343 

jaciclską^ nie mogła jak tylko nkdz smutnemu losowi, jaki jej nie- 
udolność generała Różyckiego zgotowała, Pdłk 1 1 strzelców pieszych, 
pierwszy raz w ogniu będący, po kilku salwach karlaczowych 
pierzchnłjl, strzelcy celni i batalion 22 pólku piechoty liniowej, zdzie- 
siątkowani przez artyleryę nieprzyjacielską, a następnie obskoczeni 
przez jazdę» po długiej obronie, która resztę korpusu od zagłady oca- 
liła, częścią wycięci, a częścią zabrani w niewolę zostaU. 

Zrażone wojsko tym lak już oczywiście nicudolnem i nieoględnem 
postępowaniem generała Różyckiego, ogarnęło największe zniechęcenie, 
zwłaszcza gdy żołnierze dowiedzieli się, że już nic nie pozostaje, jak 
tylko do Galicyi się dostać; Przyszło im i to na pamięć, iż pomimo 
swej najlepszej chęci, zmuszeni byli ciągle tylko cofać się przed nie- 
przyjacielem, nigdzie się z nim tak, jak sobie tego życzyU, nie zmie- 
rzywszy na prawdę Cofanie to ustawiczne, zakończone z winy jedynie 
generała katastrofą pinczowską, do reszty rozprzęgło wszelką karność, — 
„iJlaczegoż mamy się narażać** — mówili żołnierze ~„gdy nic już lem kra- 
„jowi nie pomożemy; po co nam wlec się do Galicyi, wolimy na 
^własnej grzędzie pozostać; szkoda tylko, żeśmy się już w Kunowie nie 
„rozeszli, tobyśmy byli na próżno biedy się nie nacierpieli i w domach 
„spokojnie siedzieli, jak ci, co ich Moskale zabrawszy pod Chotczą, 
„do domów popuszczali". Na to głośne rezonowanie żołnierzy nie było 
co i odpowiadać, szliśmy więc w ponurem i rozpaczliwem milczeniu. 

W ciągłym a długim, bo dziewięciomilowym pochodzie z Piń- 
czowa do Miechowa , szeregi nasze widocznie to])niały, tak że gdyśmy 
się do tego miasta obwodowego wieczorem przywlekli, z całego od- 
działu zaledwie 300 łudzi pozostało, reszta rozeszła się do domów. 
W, Miechowie doszła nas wiadomość o rozbiciu i ujściu z granic 
Królestwa do wolnego okręgu miasta Krakowa oddziału generała Ka- 
mińskiegOj znikła więc wszelka nadzieja stawienia jakiegokolwiek bądź 
oporu i nie pozostawało nic, jak tylko myśleć o ocaleniu się od 
zemsty dzikiego wroga. Naradziwszy się z jednym z moich kolegów, 
porucznikiem Celińskim, którego ojciec, o parę mił od Miechowa ku 
granicy krakowskiej Rzeczypospolitej dzierżawiąc wieś rządową Glantjw, 
mógł nam ułatwić dostanie się do Krakowa, udałem się do mojego 
dowódcy podpólkownika jutrzenki i oświadczyłem, iż dotąd służyłem 
I uczciwie sprawie krajowej wedle sil i zdolności moich, ale ponieważ 



344 



się do obowiązku towarzyszenia mu w tej pielgrzymce, jednakowoi 
chciałbym pójść do generała, prosić go o uwolnienie od sJuiby i 
pozwolenie udania się do Krakowa, gdzie moja żona wraz z dziećmi 
drobneoii obecnie przebywa, 

„Ześ pełnił twoją powinność gorliwie, ja to mogę najlepiej la- 
„świadczyć" — odrzekł mi pólkownik ^ „do tego safanduły nie 
„potrzebujesz chodzić, ja cię sam uwalniam od dalszej służby^ bo jej 
^faktycznie pełnić nie możesz, nie z mojej ani z własnej winy, ate 
„właśnie z winy tego mazgaja, któremu nie generałem być, ale pierze 
„drzeć gdzie w kącie należało. Bywaj więc zdrów, czasu nie trać i 
^pospieszaj do żony i dzieci, bo to teraz twój najświętszy obowią- 
„zek**. — Po pożegnaniu się serdecznem z dzielnym i poczciwym moim 
dowódcą, nie tracąc czasu wedle jego rady, koj>nęliśmy się zaraz 
z Celińskim, pomimo dziewięciomilowego marszu, któryśmy o głodzie 
odbyli, do Glanowa, gdzie po północy stanęliśmy* Poczciwa rodzina 
mojego kolegi przywitała nas jak najserdeczniej i skoro świt wyprawiono 
nas do Krakowa, gdzieśmy się 25 wsześnia przed południem dostali* 

To nieszczęśliwe zakończenie tej krótkiej kampanii nie można 
przypisać ani brakowi sił, ani zasobów, ale jedynie nieudolności gene- 
rała Różyckiego, w którego rękach wszystko się zmarnowało. Wódz 
naczelny Skrzynecki, powierzając dowództwo tak ważne generałowi 
R<Vżyckiemu, zupełnie odpowiedniego sobie wybrał namiestnika. Jak 
Skrzynecki w olbrzymim rozmiarze poiralil całą potęgę narodu zni- 
weczyć przez swą nieudolność i do upadku przywieść, tak przez niego 
wybrany dowódca to samo w mniejszym rozmiarze na zgubę narodu 
wykonał. Inny wódz jak Różycki, z zasobami j które mógł czerpać 
z trzech województw i z Krakowa, niezawodnie w pierwszych dniach 
sierpnia byłby zbieraninę Rtidigera rozpędził, tyłom głównego najazdu 
zagroził i pobudził do działania powodzeniem sv-ojem główną armię, 
w demoralizującej bezczynności utrzymywaną przez Skrzyneckiego, Nie 
potrzeba było na to nawet zbyt wielkich zdolności, lecz po prostu 
zdrowego rozsądku i dzielnej woli. Na nieszczęście generałowi Różyckiemu 
zbywało zupełnie i na jednem i na drugiem i właśnie dlatego, jak się zdaje, 
powierzono mu odrębne i ważne dowództwo. Nie przewaga wTOgów, 
ale zaślepienie, zła wola i nieudolność tych, którzy się narodowi narzucili 
na przywódców, była istotną i główną przyczyną naszego upadku. 
Pisałem w Krakowie w grudniu 1831, 



^** ¥ 



PAMIĘTNIK 

MICHAŁA MODZELEWSKIEGO*) 



Gdy wybuchła rewoUicya lipcowa we Francy i, zaraz zaczęły 
obiegać wiadomości, że car chciałby wywołać w^ojnę z Francyą, wcale 
do wojny nieprzygotowaną (niiala wszystkiego 50.000 wojska); za- 
mierza! on użyć do tego wojska polskiego, osadzić armią moskiew- 
iską Kongresówkę i pod jej naciskiem zamienić Królestwo w prowin- 
cyę moskiewską. 

Dojrzewały też zamiary nasze — oiepodobnem było je przewłó- 
czyć i wybuchła rewolucya dnia 29 listopada 1830 r. niemały nam 
zaszczyt przynosząca. 

Koniec listopada i początek grudnia byt wtedy suchym, bezśnie- 
źnym; — byłem wówczas w moim majątku w Radomskiem, gdy 
nadbiegła wiadomość o powstaniu w Warszawie. Jakby na hasło dane 
wszyscy obywatele ziemscy zjechali się prawie w jednej godzinie do 
Radomia* W onym czasie rada wojewódzka, po skończeniu na kilka 
tygodni przedtem swoich czynności, rozjechała się — przeto, żeby natych- 
miast władzę czynną swoją zaprowadzić, zgromadzeni obywatele wybrali 
z obecnych komitet, mający załatwiać bieżące czynności. Wybrano 
12 osób i sekretarza z głosem doradczym. Komitet składał się z do- 
stojnych osób, jako to: generała Zgliczyńskiego, jako prezydującego, 
Szczepana PotkańskiegOj byłego kapitana w pierwszym półku strzelców 
konnych za Księstwa, Adolfa Bukowieckiego, b. oficera wojsk pruskich, 
Aleksandra Strzembosza, b, kapitana l półku strzelców konnych z Księ- 
stwa i nowej organizacyi. Karola Strzembosza, b. kapitana z wojska 



♦) życiorys Szan. Autora poda! .Tyd/ieii Polaki** w numerze 15, z dnia 10 kwietnia roku 
1881, — Pamiętnik ten dajemy w skróceniu. Prgffp, Btd, 

44 



346 

Księstwa Warszawskiego, Jędrzeja Deskura, b. pólkownika piechoty' 
z wojsk Księstwa i posła na sejm w r. 1829 i innych, których jui 
nie pamiętam. Wszyscy dziś jui nie żyją. — Sekretarzem wybrane 
młodego wówczas M, Modzelewskiego, 

Co chwila przybywały świeże wiadomości z Warszawy, ogniście 
nas wszystkich zajmujące. Szło głownie o to, aby jak najprędzej pod 
Warszawę wyprawić półk picchoty Zawadzkiego, będący na konsy- 
stencyi w Radomiu, wraz z bateryą artyleryi pieszej. Generał bry- 
gady Giełgud ociągał się z wyjściem , gdy wtem nadeszła wiadomość, 
że w. książę cofa się z Warszawy przez Puławy. 

Podczas jednego z posiedzeń naszego komitełu przyprowadzono 
żandarma j ktriry zwrócony na drodze przez obywateli ^ złożył tajną 
korespondencyę Giełguda; otworzono ją i odczytano. Dowiedzieliśmy 
się z niej, że Giełgud oświadczył się \\\ księciu, iż ze swoją brygadą 
gotów jest iść mu w pomoc. Wiedzieliśmy, że wojsko aniby się ruszyło 
w tym celu. Jednakże pismo to zakomunikowano oficerom, a miano- 
wicie Floryanowi Dąbrowskiemu i jednemu z oficerów od artyleryi, 
o ile pamiętam » Grabkowskiemu, Polki te aniby posłuchały Giełguda, 
oświadczyły nm też kategorycznie, że nie do w. księcia, ale do War- 
szawy natychmiast musi wyruszyć, dla połączenia się z resztą naszej 
armii. Nofeu.s roiens wieczorem , a raczej nocą, na czele piechoty i 
artyleryi, musiał on wyruszyć do Warszawy. 

Wkrótce zebrała się rada wojewódzka i jako władza ukonstytu- 
owana zajęła się czynnościami; komitet złożył swą władzę w jej ręce. 

Cokolwiek Chlupickieniu mają do zarzucenia, że od razu zwichnął 
popęd rewolucyjny, temu pod pewnym względem dziwić się nie 
można* Wiadomo, że wszystkie rządy europejskie były pod naciskiem 
caryzmuj prócz Anglii, a i ta dość ostrożną być musiała. Jeżeli mo- 
narchie ulegały z obawy, cóż dopiero prywatni ludzie, a osobliwie 
ci w Polsce, którzy widzieli i ]łodziela!i upadek Napoleona; kiedy 
największy wówczas olbrzym geniuszu i potęgi upadł przed Moska- 
lami — cóż my zrobić możemy z 40.000 wojska, nie wiedząc, czy się 
walecznie bić będzie?! 

Starzy wojskowi z czasów Księstwa Warszawskiego bynajmniej 
w skutek pomyślny nie wierzyli. Mogli to nawet być nieili Polacy, 
gdyż mieli do nieufności dosyć dosadny punkt wyjścia. To było w nich 
tylko złem, że pomnażali sobą szczupłą ilość konserwatystów, w du- 



347 



chu oddanych caryzmowi i dodawali swem rozumowaniein siły temu, 
co oni rozwagą^ przezornością nazywali , a nas o szaleństwo, o „po- 
trwanie się z motyką na słońce" obwiniali. Bardzo się jednak 
w tern mylili. Dawni w ojskowi , generałowie, wyżsi oficerowie, nawet 
sam Chlopickij oddali się kartom, gotowi o każdej godzinie do piątki 
i zielonego stolika ^ a gnuśniejąc nie chcieli rozpoznać stanu Europy, 
sił moskiewskich i tym podobnych żywotnych, a dla człowieka pu- 
blicznego koniecznych rzeczy. Z gazet dowiadywali się dopiero 
o najważniejszych wypadkach. Między innemi uderzył ich smutny 
^przebieg powstania neapolitańskiego, wyprawa powstańców pod do- 
wództwem generała Pepe przeciw nadchodzącym Auslryakom i ohy- 
dna ucieczka Neapohtańczyków, bez wystrzału zmykających przed nie- 
przyjacielem. Z powodu hańby wojska neapolitańskiego, każda twarz 
żołnierza w Europie zarumicnita się, a gotowość Chlopickiego do u- 
działu w pierwszych bitwach tylko ztąd pochodziła, iż chciał zapobiedz, 
żeby takiej ohydzie nie popadło wojsko polskie w obec Europy, jak 
neapolitańskie. Szło mu o ocalenie „honoru wojskowego^ armii pol- 
skiej ! — dalej jego wyobrażenia nie sięgały. Ani wydobycie ojczyzny 
z niewoli, ani wypchnięcie Moskwy do Azyi^ ani wyzwolenie Europy 
z pod przewagi caryzmu, ani nawet pozyskanie własną silą chociażby 
roku swobody — żaden zamiar szlachetniejszy, prócz ocalenia „honoru 
broni", nie powstał w jego głowie. Takie pustki pozostawiła tam 
namiętność gracza, tak mu wysuszyła mózg i serce. 

Ztąd pochodziło to upadlające chowanie się Chlopickiego po wybuchu, 
ta niechęć do powstania, |)olączona ze strachem przed rewolucją, a po 
odszukaniu go i wyprow^adzeniu na jaw, te jego rzucania się, ten 
bezustanny gniew, byle czem wywoływany, to jego i konserwatystów 
oburzenie na każdy okrzyk wolności, na każdy wybryk choćby naj- 
drobniejszy — nawet na tę biedną Honoratkę, dosyć przystojną, ale 
Bogu ducha winną. 

Chłopicki był ulubieńcem narodu; liczono na niego, na jego zdol- 
ności wojskowe, spodziewano się, że wziąwszy władzę w rękę, potrafi 
uniesiony naród do wolności i niepodległości doprowadzić i pokonać 
nieprzyjacieła. Cała myśl narodu i zachęta dla Chłopickiego objawiała 
się w mazurze pod jego imieniem: 

^Nasz Chłopicki wojak dzielny, śmiały, 

Powiedzie naszycłi zucligw w pole zwycigstw, cławaly" 



348 

Naródj w tym duchu uprzedzony, opór jego bral za silny cha-' 
rakter, dyktaturę, ten gruby podstęp Lubeckiego do zamydlenia oczu 
Polsce i pociągnięcia jej żywcem w łapy moskiewskie — za radykalną 
zmianę wszystkiego, co dotąd istniało, za ^czynnik istotnie rewolucyjny. 
W ten sposób łudzono się niestety! 

Pojmowano potrzebę wodza dzielnego i zdolnego, gdy* tylka 
taki mógł ocalić kraj i wydobyć go z niewoli i dlatego też nie uwa- 
żano na wszystkie wybryki jego szalonej gwałtowności. Nigdy osławiony 
w* książę Konstanty nie dopuszczał się podobnych grubijaństw, jak 
generał Chlopicki; dla mniejszych on sam podał się do dymisyi, a dziś 
nie baczył, że inni również i bardziej są od niego drażliwymi, 
a drażliwość tę tłumią w sobie nie z obawy przed nim, ale w nadziei^ 
że on będzie umiał poświęcić się dla sprawy publicznej. — Gdy razu 
pewnego książę Adam Czartoryski z innymi był u niego i porozu- 
miewano się co do dalszych kroków, stanęło na tern, że książę 
Czartoryski rzekł: „A więc trzeba nam toczyć wojnę z Rosyą". 
Wyrazami tymi do wściekłości przywiedziony Chłopicki, porwał się 
jak szalony z miejsca ^ rzucił się na Czartoryskiego i wypchnął go za 
drzwi. Książe rzekł wówczas: ^Je fiMt jamab vu un mUitaire aussi mai 
elev€^. Był to ostatni wybryk Chlopickiego jako dyktatora; musiał 
wreszcie ustąpić. Wiele mu przebaczała opinia, teraz jednak okazał swoją 
wartość istotną. Wojny nie chciał, o wyzwoleniu ojczyzny nie myślał, 
wszelki ruch żywszy odpychał — był reakcyonistą. Osobą swoją po- 
krywa! wszystkie szalbierstwa i intrygi kontrrewolucyjne Lubeckiego, 
Lubińskich i innych podobnego rodzaju ludzi, spodlonych i zgniłych 
moralnie. Akademicy, co mu utworzyli ze siebie zastęp jakby Seidów, 
nie dopuszczających przeciw bożyszczu żadnego zarzutu, cofnęli się 
i podniosły się głosy, że Chtoptcki z zawiązanemi oczyma wydać 
nas chce Moskalom, Przekonano się, że na niego liczyć nie można, 
że obok zdolności wojskowych dawniej okazanych, nie ma w nim 
duszy Polaka i jak poprzednio liczono na niego, jak go wysoko ceniono, 
tak teraz opinia ze wzgardą odwróciła się od niego. 

Nie można przebaczyć delegacyi* a mianowicie Ostrowskiemu 
marszałkowi sejmowemu, że od razu widząc, jak rzeczy stoją» nie 
uprzedził o wszystkieni narodu. 

Trzy przedmioty zajmowały Chlopickiego: układy z carem, sejm 
i pomnożenie ilości wojska, a to tylko dla tej jednej przyczyny. 



349 



I 



abyśmy się tak nie spisali, jak Neapolitańczycy — dla ocalenia „ 
noru" wojskowego. 

Sejm był w fałszy wem położeniu ; posłowie byli wybrani da- 
wniej do obrzędów koronacyjnych, do ladajakicłi narad; połowa 
2 nich bez zdolności, a przynajmniej czwarta część, nie umiejąca się 
wziąć do rzeczy, niechętną była i trwożliwą; — co począć z taką Izbą?*) 
Należało ją jak najprędzej zamknąć, odw^ołać się do narodu i rozpisać 
nowe wybory. Podał wprawdzie ten projekt Franciszek Sołtyk (równie 
mało wart z charakteru, jak ze zdolności), ale że z podobną Izbą in- 
trygantom, dyktatorowi i Targowiczanom było wybornie, przeto wnio- 
sek upadł. A szkoda, bo przy takim składzie sejmu, Towarzystwo 
patryotyczne było niełedwie koniecznością (chociaż i ono potem się 
zwichnęło), a z sejmem nowoobranym sama z siebie nikła potrzeba 
podobnego towarzystwa. 

Za dyktatury, zaraz na początku grudnia, ustanowiono regimen- 
tarzy; rozkazy odpowiednie wydała komisya wojny do komisyj woje- 
wódzkich, komisya spraw wewnętrznych odpowiednie kroki poczyniła 
natychmiast i zaraz tern się zajęto. Dziś trudno sobie wyobrazić, jak 
spiesznie wzięto się do formowania nowych pólków. 

Po dwa półki jazdy z każdego województwa i po dwa półki pie- 
choty stanąć miały w jak najkrótszym czasie. Grunt był doskonałe 
usposobiony. Naród nie myślał, jak tak zwani „przezorni**, o klęskach 
Napoleona, o potędze urojonej Moskali, ale czuł i miał przekonanie, 
że się ich raz na zawsze [lozbyć trzeba. Wszystko tedy spieszyło do 
zaciągów. Półki spiesznie się formowały. Szybko powstało szesnaście 
pólków piechoty, a siedemnasty „Dzieci warszawskich**, szesnaście półków 
jazdy, a 17 „Dzieci warszawskich", oprócz ochotników i strzelców celnych 
i ochotników w szwadronach osobno formowanych — tak iż do 1 lutego 
mieliśmy pólków piechoty regularnej 30^ jazdy półków regularnych 27, 
prócz innych później przybyłych — a nowe półki formowały się na 
sposób starych, z tymże regulaminem i odpowiedniem zupełnie sztyfto- 
waniem. 

Pokazały tak piechota nowa jak i jazda, podczas wojny, że sta- 
rym pułkom nie ustępują w karności i waleczności; my zaś ciągle 
pamiętaliśmy o w^yższości instrukcyi w starych półkach, o ich dziel- 



*) Riadkfej nieadolności byli n. p. Ubisacwski, J. Goslkowski, Walchnowski, Suchodol- 
ski, Jezierski Jao, Michał Gostkowski i t p. Frsyp, A. 



350 



ności i staraliśmy się ini w emulacyi wyrównać. To tez półki nowe 
jak i Krakusów, l lubelski, 1 augustowski, oba Mazurów i oba san- 
domierskie, pełniąc obok innych skrupulatnie swoję powinność^ wszę- 
dzie usiłowały się odznaczyć. 

Jak inni z iiiteligencyi, tak i ja (byłem dawniej akademikiem na 
czterech kursacłi prawa i administracyi — nie magistrowałem się je- 
dnak) otrzymałem w sztabie regimentarza Stan. Małachowskiego sto- 
pień podporucznika, z przeznaczeniem do organizacyi zaciągów w wo- 
jewództwie sandomierskiem. Ułatwił mi zaciąg przyjaciel naszego domu, 
b. szef sztabu 2 dywizyi piechoty, pólkownik Zieliński, który byl na 
końcu w Zakroczymiu wiceprezesem Rządu narodowego. 

Już na początku grudnia formowały się szwadrony poznańskie; — 
któż ich nie zna, któż nie wie o ich waleczności! Miałem tam kilku 
znajomych; pobiegłem zobaczyć się z nimi. Stah w szkole podcho- 
rążych jazdy na Królewskiej uUcy — uściskaliśmy się z Arsenem Kwi- 
leckim, poznałent tam Józefa Jędrzejewicza z Galicyi» brata cio- 
tecznego mojej narzeczonej i wiele innej młodzieży ; uczyli się regu- 
laminu, służby obozowej i co do tego należy. Cóż to za miłe wspo- 
mnienia! Dzielne chłopcy, a jak okazali się walecznymi! Nie pochle- 
biam im, bo mało kto z nich dotąd żyje; życzyć tylko trzeba, ażeby 
gdy już wybijać się będziem ostatecznie z lej ohydnej niewoli mo- 
skiewskiej, młodzież była z taką duszą, jak ci, o których wspominam* 

Później korzystając z chwili, udałem się na plac Marsowy, już 
tam stał nowy pólk Mazurów, rozwinięty szwadronami w linii, odbywała i 
się jego lustracya i poruszenia wojskowe; — w kilkanaście dni po 
wybuchu rewolucyi nowy pólk ubrany, umontowany, uzbrojony, umie- 
jący się rozwijać i spełniać najważniejsze ewolucye wojskowe, to w isto- 
cie cudowoem było. Patrząc na to, przypomniały mi się słowa Fry- 
deryka Augusta, księcia warszawskiego, że „tutaj wojsko wyrasta z ziemi, 
żeby tak pieniądze, pieniądze I" Dziś nie było o nie obawy; skarb był 
pełny, wprawdzie nie przeznaczony dla nas, ale przeciw Francyi, Belgii, 
Europie — teraz myśmy z niego korzystali w obronie swojej i Europy, 
przeciw najzjadliwszemu jej wrogowi, caryzmowi ! 

Nim wyjechałem z Warszawy, ciekawość zaprowadziła mię do zo* 
baczenia tej osławionej Honoralki — nie dla niej, bo jej nawet w tłoku 
nie widziałem. Było to w dawnym pałacu Chodkiewiczów, na dole. 
Sala była wielka, w niej pełno osób, na środku stół, na którym 



361 



mówcy stawali i mówili odpowiednio do okoliczności. Była to raczej 
prosta zabawa, aniżeli klub, a raczej klubu wcale nie było; mówca 
samorodny opowiadał swoje wrażenia, inny podnosił konieciność walki, 
inny, co mu się zdawało; kto nie do rzeczy mówił, tego usuwano 
ze stołu. 

Razu jednego przybył ktoś ze wsi; chciał wypalić oracyę, ale 
zobaczywszy tyle ócz wpatrzonych w siebie, zapomniał, co miał wy- 
rzec. Dopiero wołanie: „Gadaj Pan, lub ustąp innemu*^ — rozwiązało 
mu język. — „Zapomniałem, o czem mam mówić, ale niech żyje ojczy- 
zna! Honoratko, wszystkim tu obecnym po szklance pączu; częstuję 
i proszę obecnych, aby nie odmawiali!" Nic dziwnego, że krzyknięto: 
»,Niech żyje obywatel!" 

Kapitan Kaczanowski z kwatermistrzostwa wysłany został ze mną 
do Radomia. Trzeba było przyspieszyć zaciąg i organizacyą; pełniłem 
wtedy tymczasowo obowiązki podszefa sztabu, Kaczanowski szefa, 
a dowódcą wojewódzkim wojskowym był Gustaw Małachowski, syn 
regimentarza. Nigdy nie był w wojsku, nie miał pojęcia o organizacyi. 
W miejsce swoje naznaczył jako zastępcę S Potkańskiego, b, kapitana 
w 1 pólku strzelców konnych za Księstwa. Później przybył na do- 
wódcę wojewódzkiego Ludwik Małachowski , kapitan za Księstwa 
a teraz pólkownik, na szefa sztabu Osiński, dawny wojskowy z wojsk 
w Hiszpanii wojujący chj na organizatora zaś major z 4 ptjłku s. k. 
Wachowicz. Przybyli oni w drugiej polowie stycznia, a tymczasem szwa- 
drony i piechota już były gotowe. 

Moryan Karczewski, b, kapitan wojsk za Księstwa, uformował swym 
i familii kosztem szwadron; wszystko to było umontowane i odziane. 
Broni jednak brakło ; jazda miała lance z chorągiewkami i pałasze, ale 
brak było karabinków i pistoletów. 

Pierwszych dni lutego otrzymaliśmy rozkaz ruszenia na linię bo- 
jową, a ja otrzymałem przeznaczenie na adjutanta półku. Poszliśmy przez 
Białobrzegi i Warkę; Wisłę przebyliśmy po lodzie jeszcze, dalej przez 
Osiekj Siennicę, Cegłów do Kałuszyna. W Kałuszynie sztabsoficerowie 
półku Rogojski podpułkownik, Wałecki podpótkownik i Glaziński 
major, widząc najzupełniejszą niezdolność dowódcy pólku Libiszow- 
skiego, oświadczyli, że pod jego dowództwem służby czynić nie będą. 
Maszerujemy na linią bojową, a tymczasem w pólku nastąpiło prze- 
silenie, Rogojski odjechał, a pomimo, że słynął z waleczności 



352 

w 7 pólku ułanów Konopki w Hiszpanii, juź więcej nie wrócił, zacho- 
rowawszy obłożnie- Wałecki i Głaziński dali się ułagodzić myślą, 
że w obec nieprzyjaciela półk nie powinien pozostać bez dowódców. 
Zajęliśmy Siedlce, a tam zastaliśmy juz l półk ułanów lubelskich, który 
się lak dzielnie w całej kampanii odznaczył. Ubrany był skromnie : 
szaraczkowe miał surduty wojskowym krojem i wypustki amarantowe; 
czapki w ceracie, 8 lutego już był generał Suchorze wsk i pułkiem tym 
wypędził Anrepa z Siedlec. 

Pod Węgrowem nastąpiła nocna utarczka; 2 półk ułanów zapa- 
miętale rzucił się na Moskali, o milę ztamtąd staliśmy na wzgórzach 
pod Zimnemi Wodami. Utarczka ta wypadła na korzyść naszych. Gdy 
Moskale całą masą od Kowna do Uściługa ruszyli naprzód, cala nasza 
armia cofała się jak najwolniej. Chłopicki osądził bowiem, ze należy 
wydać bitwę w okolicach Warszawy, jedną a tęgą dla „honoru wojsko- 
wego", żeby nie wyśmiano nas, jak Neapolitańczyków. 

17 lutego mieliśmy dwie bitwy, jedną [>od Dobrem, drugą pod 
Kałuszynem. Naprzeciw nas posuwał się generał Saken. Siły nasze 
pod Zimnemi Wodami składały się z 1 pólku jazdy Sandomierskiej 
i silnych kilku kompanij strzelców celnych, złożonych ze samych my- 
śliwych; wiele pomiędzy nimi było ochotników rodowitych Niemców^ 
przybyłych ze Szląska i z miejsc rozmaitych — wszyscy doskonali żoł- 
nierze, zostający pod dowództwem dwóch nader walecznych starych ofi- 
cerów Podlasiaków, Kuszla i Gołenibiowskiego, Byli w tym balalionie 
znajomi mi wyborni strzelcy: Nowodworski, z Radomia urzędnik, Augu- 
styn Lewiński, brat kasztelana, Turowski i inni. Najstarszy stopniem był 
nasz dowódca półku Libiszowski; nie miał pojęcia, co należało robić, 
ani nie patrolował, ani strzelców nie porozstawiał na czatach; umiał 
tylko w las się cofnąć i ogromne ognie kazać rozpalić , tak, że wyda- 
wało się, jakoby tam stał silny korpus. To w istocie zwiodło Moskali; 
nie uderzyli na nas, a mogli i powinni byli. Skrzynecki i Zymirski 
trzymali się dzielnie, jednak trzeba im było nad wieczorem się cofać, 

Półkownik wysłał podporucznika Frań. Karczewskiego do gen. 
Skrzyneckiego po rozkazy, bo przywożący je ze sztabu głównego 
porucznik Wielhorski nie przybył. Generał rozkazał oddziałowi się cofać 
przez Stanisławów do Pustelnika. Miał był rozkaz półkownik Wolski 
z batalionem starej piechoty przybyć do nas, objąć dowództwo i od- 
powiednio działać jednak ; 1 7 lutego nie przybył. Gdyśmy odebrali rozkaz 



36S 



cofiinia się byJo to juz w nocy ; szerzej jeszcze zapalono ogniska w lesie 
i spokojnie wyruszyliśmy. Stanęliśmy w Pustelniku, gdzie generał Szem- 
bek był z dywizyą swoją. Po zameldowaniu się jemu, kazał nam sta- 
nąć w lyle, na drodze do Okuniewa. Mieliśmy honor tu być złączo- 
nymi w brygadę z 2 pólkiem ułanów i już do dnia zostaliśmy w Okuniewie. 

Pólkownik Wolski powinien był wczoraj 17 połączyć się z nami 
u Zimnych Wód. i8 zrobił krok naprzód fałszywy, w chwili dla armii 
bardzo ważnej, bo Prądzyński, pełniący obowiązki kwatermistrza ge- 
neralnego, podał Chlopickiemu plan obejścia z boku i z tylu korpusu 
Pahlena i uderzenia na niego z frontu, z boku i z tyłu zarazem; był 
to korpus, walcz.ący pod Dobrem. Gdyby plan ten należycie wyko- 
nano, prawdopodobnie zostałby Pahlen znacznie poturbow^anym, zwłaszcza 
że było to w okolicach leśnych, gdzie takiego ruchu najnmiej mógł się 
spodziewać — aż tu strzały od przodu armii niespodzianie wstrzymały 
cały rucli przygotowujący się. Chłopicki nie domyślał się^ co to jest, 
bo się i domyśleć nie mógł, a był tu Wolski, który wlazł na Sakena, 
posuwającego się bardzo wolno od zajętych Zimnych Wód (była to 
wioska tego nazwiska). Wolski z batalionem oczywńście nie zdołał wytrzy- 
mać uderzenia Sakena i musiał się wycofać, co dokonał na szczęście z ma- 
lemi stratami; dla armii jednak była to strata w^ażna, bo cel planu 
był chybiony. Chłopicki spiesznie pościągał oddziały, w zamierzonym 
ruchu będące i z zimną krwią czekał na Moskali. Nad wieczorem, pod 
Okuniewem, pierw^sze strzały działowe dosięgały naszej brygady, je- 
dnak bez żadnych strat. W nocy z 18 na 19 stanęliśmy na polach gro- 
chowskich. 

Brygada nasza stała naprzeciw^ Gosławka i Zastawu, na prawem 
skrzydle armii. Bitwa wrzała przez cały dzień i9go; my na pozycyi 
naszej nie mieliśmy naprzeciw siebie nieprzyjaciela, a stać na próżno 
szkoda, więc półk poduczał się służby flankierów; wzorem byli nam 
ułani 2 pótku. 20go trw^ala dalsza bitwa; koło południa otrzymaliśmy 
rozkaz zająć punkt środkowy pomiędzy prawem a lew^m skrzy- 
dłem, obok karabinierów. Gdyśmy maszerowali pomiędzy kolumnami 
piechoty, powstał okrzyk: „Niech żyją Sandomierzanie!" 

Postawiono nas na stanowisku, na którem kule działowe nieprzy- 
jaciela przelatywały ponad nami bez żadnej szkody — była to właśnie 
chwila, gdy Chłopicki z piechotą parł Moskali w tył ku Miłośnie. 



354 



19 czy 20 lutego delegowani posłowie, pojedync20» w asystencyi 
tylko kilku oficerów, przejeżdżali przed frontem pt*łłków, czytając 
uchwałę sejmu, przyrzekającą żołnierzom nagrody w gruntach^ mające 
się rozdawać po szczęśHw^ie skorkzone] wojnie. Żołnierze dosyć obo- 
jętnie przyjęli tę uchwałę, 

W batalii 25 lutego \y6\k nasz nie był; kilka pólków przepro- 
wadzono na lewy brzeg Wisły — my stanęliśmy w Łazienkach. 

Bitwa 25 byłaby bardziej stanowczą^ gdyby Krukowiecki był po- 
słusznym odebranym rozkazom ; dopiero samym wieczorem Prądzyń- 
ski zabrał mu brygadę Giełguda i wprowadzi! w ogień. 

Lubiński miał 80 szwadronów jazdy; na sam odgłos ruchu tej 
jazdy Moskale^ będący w^ rezerwach^ zmykać już zaczęli; Lubiński nie 
ruszył się jednak, Cliłopicki posłał mu rozkaz przez Augusta Potockie- 
go» swego adjutanta, aby wysłał lub przyprowadził swoją jazdę. On zaś, na 
nędznym dwniznaczniku opierając się, zapytał Potockiego, czy ma postać 
„lin dirmon ou ime diasmiY^ i, J. 2 szwadrony, czy 16 szwadronów. 
Potocki nie wiedział, co na to odpowiedzieć (był chwilowym amatorem 
w wojsku) i odjecliat po rozwiązanie kwestyi. Powiedziano mu, aby 
całej zażądał dywizyi; przybył więc do Lubińskiego z tymże rozkazem, 
w następujących słowach wypowiedzianym: ,,Par ford/e du Generał 
en chef Chlopicki Vom derez mener une dirisijm''. Na to odrzekł Lu- 
biński: „Je ne connais micun Generał en chef Chlopicki'*' i ani się ruszył 
z miejsca. Wtedy uwiadomiony o tem Chlopicki, ciągle powtarzał: 
„Lubiński weźmie w łeb**. Nie wziął jednak; nawet mu dowództwa 
jazdy nie odebrano. 

Pomiędzy 20 a 25 lutego rozbiegła się wieść po armii, że 
w. książę i Dybicz niezmiernie źle obchodzą się z naszymi rannymi 
i jeńcami* Oburzało to nas. Między innemi dowiedzieliśmy się, Jakoby 
pólkownikowi b. gwardyi grenadyerów, zabranemu do niew^oli z małym 
oddziałem żołnierzy, szlify na rozkaz Dybicza obdarto i dekoracye po- 
siadane z dawnych wojen, wrzeszcząc, że powstańcy i buntownicy 
nie są godni nosić ani szlif, ani dekoracyj. Później dowiedzieliśmy się, 
jak się rzeczy miały. W. ks. Konstanty sam lustrował każdego jeńca, 
będąc przy Dybiczu. Kiedy przyprowadzono Kiwerskiego z małym 
oddziałkiem b, gwardyi grenadyerów, lustrował ich w\ książę i zapy- 
tał Kiwerskiego, którego znał dobrze, jakim sposobem dostał się do 
niewoli. Myślał ten głupi człowiek, że się przypochlebi, gdy powie: 



365 

j, Wierny przysiędze, nie chcąc mieć dalej udziału w buncie, skorzystałem 
ze sposobności z tym oddziałkiem i zająłem takie stanowislco, że 
łatwo dałem się zabrać," Wtedy krzyknął w. książę: „A szelma, 
zdrajca! nie wart szlif nosić i krzyżów *"^ — i wtedy to kazał mu je ober- 
wać. I rzeczywiście Kiwerski nie wart je był nosić. Żołnierzom grena- 
dyerom wziętym kazał dać po czerwonemu złotemu i odprowadzić ich 
do swoich, puszczając ich wolno. Ten Kiwerski po wojnie był mo- 
skiewskim agentem prowokacyjnym, wywoływał tajne sprzysiężenia 
i wykrywał je. Dla obałamucenia i pozoru czasem go więziono, odda- 
wano niby pod dozór policyjny, wiedział jednak, że go zapłacą i że mu 
nic nie będzie,"*") Grenadyery, tak powróceni do armii , opowiadali, jak 
się rzeczy miały. W, książę na swój dziki sposób przywiązał się do 
nas. Gdy nas miał pod swoją władzą, dręczył, męczył, prześladował; 
gdy mu nas brakło, kochała przeceniał. W bitwie grochowskiej np. 
widząc ruch półków naszych — a znal je dokładnie — zobaczył, że 
1 póik strzelców pieszych robi ruch naprzód i zawołał na Dybicza: 
„Poszlij tam dywizyą. bo to idzie półk Szembeka." 

Póik nasz, konsystujący w Socharzewie, miał prawie czwartą część 
koni osedniowych ; trzeba je było wybrakować; nadto potrzebował 
jeszcze wielu przedmiotów do zupełnego uzbrojenia się. 

Otrzymałem dnia 26 lutego rozkaz od dowódcy udania się do 
Krakowa, dla sprawienia potrzebnych efektów; natychmiast wyjechałem 
konno; popas wypadł mi w miasteczku Białej. Wspominam o otrzy- 
manym rozkazie z powodu następującej okoliczności. Dzień był prze- 
śliczny, ciepły, słoneczny. Siadłem przed zajazdem na ławce, czekając, 
aż konie zjedzą obrok. Wtem idzie naprzeciw mnie chłop około 60-lctni; 
kiedy się z bliżyl, przywitaliśmy się. Zapytał z powagą: „Co tam 
od wojska słychać?" Z calem przekonaniem odpowiedziałem mu, co 
się dzieje i z pełną wiarą, że najzupełniejsze odniesiem zwycięstwo. 
Cierpliwie słuchał poczciwy gospodarz — gdym skończył, rzeki: 
„Mam dwóch synów, wyprawiłem ich do wojska, niech bronią ojczyzny! 
Wszystko będzie dobrze, jeżeli nas panowie nie zdradzą". Ten 
wyraz „panowie" zrazu wziąłem do nas oficerów, ale zastanowiwszy 
się głębiej, pojąłem myśl jego lepiej. 



*) w r. 1850 sam trgo do/^naJem, gdy uwiĘiiono nas za iwi^/ck ku pomocy Dcm- 
binskicmu i Bemowi, mającym wkrociyd do kraju; w samej cytadeli, prócz Sybiru, tnymano 
|ias po 4 lala. Kiwerski, tak tę świątkowy, świa4ciyl przeciw nam. Prryp* A^ 



366 

PcSłk nasz otrzymał nowego dowódcę, Libiszewski wrócił na lawy 
Izby poselskiej, gdzie był tak samo nieużytecznym, jak w dowódaetwie 
jiółku. W miejccc jego otrzymaliśmy pólkownika Niegolewskiego, bardzo 
walecznego oficera z gwardyi Napoleona, 17 razy rannego u Sommo- 
sierry; zwano go postrzelonym, bo był charakteru popędliwego. 
Wiedziano, iż półk doskonale w ogień poprowadzi, lecz nie będzie 
umiał z walki wyprowadzić, bo nic a nic nie umiał regulaminu, wpro- 
wadzonego do jazdy po jej nowej organizacyi, a to przecież dla iol* 
nicrza, obok zalet duszy, najpilniejszą potrzebą. Unosił się gniewem 
nie dla tego, iżby żołnierz nie umiał, co doń należało, ale że on 
sani nie wiedział, jak w danym razie począć. Najmniejszy drobiazg 
przywodził go do pasyi, a wtedy, jak w. książę, nie posiadał się 
z gniewu. Służba adjutanta przy nim była niemożliwa. Wprawdzie spro- 
wadzi! muzyczne instrumenta z funduszów składkowych, zebranycłi 
w Poznańskiem i zaprowadził wcale dobrą muzykę wojskową, ale to 
tłie polejiszylo harmonii między nim, a korpusem oficerów. 

26 kwietnia nadszedł rozkaz, ażeby dywizyon I udał się pod do- 
wództwo generała dywizyi rezerwowej jazdy, Umińskiego, stojącego 
w Zimnych Wodach; 27 wyruszył i otrzymałem przeznaczenie pełnić 
obowiązki adjutanta przy tej części pólku. Dywizyonem dowodził wy- 
trawny podpt^łlkownik Wałecki, dzielny oficer, przytomny w ogniu, 
poważany przez żołnierzy i oficerów. Nosił pod mundurem staroświecką 
blachę, tak szeroką i dhigą jak dłoń; na tej blasze złotej wymalowany był 
obraz N. l\ Maryi Częstochowskiej, którą przodkowie jego nosili 
w służbie Rzeczypospolitej. Gdyśmy wyruszaH na linię bojową — a prze- 
śliczny był dzień — o zachodzie słońca obejrzał się podpółkownik i 
rzekł do mnie: „Spojrzyj, jak pysznie zachodzi słońce — to zwiastun 
^naszego zwycięstwa, tak utrzymywali starzyk. 

W kilkanaście dni reszta pólku wyruszyła na linię, ale w innem 
miejscu została przeznaczoną pod dowództwo generała Jankowskiego. 
Tu lak dokuczał półkownik Niegolewski, tak poniewierał wszystkimi, 
*e korpus oficerów musiał oświadczyć, ii służby z nim pełnić nie 
będzie* W skutek tego odebrano dowództwo półkownikowi Niego* 
lewskicmu; został w sztabie naczelnego wodza d la mite, a oddano 
pólk pod dowództwo Łączkowskiemu, półkownikowi z 2 pólku s. k. 
Wojna zastała go kapitanem, dowódcą szwadronu; prędko awanso- 
wał. Łączkowski doskonały i wytrawny żołnierz musiał półk prowa- 



367 

dzić, dowodzić nim i zyskał od razu przywiązanie i ufność. Dowodził 
pólkiem do końca wojny. 

Skoro Skrzynecki został naczelnym wodzem, miał zapełnić straty 
poniesione w ludziach podczas ostatnich walk, zreorganizować nowe 
półki — czego najzupełniej dokonano i stanęło do boju 90.000 piechoty 
oprócz rezerw i oddzielnych korpusików — ułożyć plan zaczepnego dzia- 
łania , który ułożono i jak się pokazało bardzo skuteczny, a wreszcie 
wynagrodzić żołnierzy, co szlachetnie wykonano, podnosząc umysł i 
serce żołnierza, bo kompaniom przyznano prawo wskazania osób, za- 
sługujących na zaszczytną nagrodę. 

Mieliśmy 30 pułków piechoty po 3 bataliony, każdy po 1000 
ludzi, czyli 90.000 piechoty. Czwarte bataliony formowano i te 
w Icrótkim czasie dołączone być miały do poniienionych pólków, piąte 
zaś rezerwowe do nauki i dostarczania za ubytki w 4 batalionach pół- 
kowych. Fabryki broni dostarczały jej z Krakowa, Suchedniowa i 
Warszawy. Mieliśmy 150 dział polowych z doskonałą służbą, kano- 
nierami, bezustannie się kształcącymi w batalionie zakładowym zawsze 
pełnym, 3 półbataliony strzelców celnych Kuszla, Grotusa i Giedrojcia, 
t. j. razem około 1500; 29 półków regularnej jazdy, w przecięciu po 
900 ludzi w pólku, a zatem przeszło 26.000 koni i 6 szwadronów 
ochotniczych: Wielhorskiego, Karczewskiego Floryana, Koniński pod 
nazwą X. Józefa, Kościuszki i 2 szwadrony legii Litewsko-wołynskiej 
Józefa Kamińskiego, razem około 2000 koni. Były to siły bardzo do- 
stateczne, aby pokonać Moskali* 

Dybicz zajął w Rykach główną kwaterę, postawił naprzeciw Pragi 
o 2 godziny drogi pod Wawrem Gejsmara z korpusem i dalej za nim 
Rosena pod Dembem także z korpusem; Gejsmar miał w swoim 12 
do 13 tysięcy ludzi. 

Kilka razy z szańcu przedmostowego wyprawiano oddziały, nie 
dla zamiany kilku strzałów, ale dla |>rzekonania się, czy po roztopach 
zimowych grunt już do działania dobrze i należycie stężał 

Gdy się już o tem przeświadczono, postanowiono wykonać plan 
zamierzony. Do dnia, z 30 na 31 marca, po zasianym słomą moście część 
wojska naszego przeprawiła się i niebawem korpus Gejsmara napadnięty, 
z przodu i z boku, przepadłby, gdyby się ściśle trzymano planu. Lecz 
gdy Kirki na czele swojego oddziału winien był ruszyć naprzód w ozna- 
czonej chwili, naczelny wódz, pomimo że wiedział o wszystkich szczegó- 



358 

łach planu, kazał mu , przejeżdżając kolo Kickiego, zatrzymać się i nie 

ruszać dalej; niewczesne to polecenie ocaliło artyleryą Gejsmara, filu- 
jącego swe dziata jedno za drugiem ponad lasem. Ale nie na tern 
koniec Wieczorem dnia 31, gdy korpus Rozę na był już znacznie osła- 
biony, szło tylko o to, aby go do szczętu zniszczyć. Naczelnemu 
wodzowi przyszła jakaś czulostka do głowy, źe wojsko znużone, ze 
trzeba mu wypocząć, a przeto bój zakończyć* Właśnie wtedy dzielny 
Bogusławski posuwał się na prawem skrzydle przez Dębe Wielkie 
na[)rzdd; przypada doń adjutant naczelnego wodza z rozkazem, aby 
ognia zaprzestał i stanął w zajętej pozycyi. Nie mógł się tam za- 
trzymać, bo były to błota i trzęsawiska, odpowiedział więc Bogu- 
sławski, że ognia zaprzestać nie może. Naczelny wódz powtórnie mu 
rozkaz przysyła, na co pólkownik, nieco przez nos mówiący, rzecze: 
„Przestać nie mogę, nieprzyjaciela trzeba zniszczyć, bo jeśli to nie na- 
stąpi, to jutro czeka nas zaciętsza bitwa*'. Posunął się też Bogusławski 
dobrze naprzód, aż tu przypada trzeci adjutant z rozkazem zatrzy- 
mania się; wtedy już karabiniery, jazda poznańska i 2 pólk strzelców 
konnych przebiły się bitą drogą do nieprzyjaciela i rozbijały go 
w zwycięskiej walce. Właśnie wówczas piechota, 4 pólk Bogusławskiego, 
mógł i powinien był zadać Rozenowi cios ostatni. Jednak Bogusławski 
musiał się zatrzymać, a ztąd smutne wynikły następstwa, bo Moskale 
o 1 Ya wiorsty ze znużenia bez ładu padli pod lasem i w lesie i 
można ich było wszystkich zagarnąć ; korpus Rozena przestałby istnieć, 
chociaż i tak dobrze został nadwerężonym. Jeden śmiały krok naczelnego 
wodza, a najświetniejsze zwycięstwo uwieńczyłoby sprawę naszą. 

Szło o zupełne zniesienie arnni Dy bicza, a to było nie tylko 
możliwą, ale nawet łatwą rzeczą, W I^ukowie pozostawił Dybicz 
wszystkie zapasy wojskowe całej swojej armii. Od Ryk do Łukowa jest 
blisko 6 mil, a więc dwa dni było marszu'po rozbitych drogach, jeszcze 
dotąd przepaścistych. Mogąc wykonać marsz lian ko wy, w którym 
najłatwiej pokonać nieprzyjaciela, naczelny wódz wypuścił z rąk taką 
sposobność, nader rzadko w wojnach się zdarzającą. Szło także o to, 
aby Łuków, bez załogi będący, zająć i zabrać wszystko, co tam było. 
Ale naczelny wódz ani styszeć o tern nie chciał, tak się uprzedził do 
znamienitych zdolności Dybicza. 

Wspomniałem, że dywizyon naszego pólku przy końcu kwietnia 
wyruszył na nowo na linię bojową i znowu do Zimnych Wód, gdzie 



369 

była kwatera generała korpusu Umińskiego. Miał on sztab, zlo^.ony 
z 40 oficerów Wielkopolan. Było to może po gaskońsku okazale 
ale bezużytecznie; górą były tu karty. Nierównie zacniej zrobili ci 
z Wielkopolski, co się zaciągnęli do szwadronów poznańskich; bogaci 
obywatele byli w nich prostymi żołnierzami, nie bawili się w sztaby, 
a jak byli cenionymi w wojsku, jak walecznymi! Na nich zawsze 
polegać można było, 

3 maja mieliśmy na pamiątkę rocznicy dokonać rekonesansu do 
wsi Grębkowa, o milę od Suchej; odebrałem rozkaz, abym się na- 
tychmiast stawił w głównym sztabie. Zdawało mi się, iż w chwili 
ruchu na nieprzyjaciela nie wy[)ada się oddalać. Gdym więc ruszył 
dalej, przypada półkownik Wałecki i pyta, dlaczego jeszcze nie po- 
jechałem, poczem dodał : j^Jeżeli nie chcesz kulą w łeb dostać od tego 
„waryata Umińskiego, to jedź natychmiast, bo on nie żartuje,! Rozkaz 
.jkażdy wykonać musi!" A więc pojechałem. W sztabie zaprezento- 
wałem się generałowi Henrykowi Kamińskiemu, dla którego utwo- 
rzono 5 dywizyę piechoty; od niego udałem się znowu, gdzie się 
tworzył sztab dywizyi. Zastałem tam bateryę pieszą artyleryi pół- 
ko wnika Najmanowskiego, niebawem zaś przybyli szef sztabu, kapitan 
kwatermistrzostwa Komierowski, dalej adjutanci polowi jak ja, Jabł- 
kowski, kapitan od strzelców pieszych, Skarżyński, porucznik z 3 półku 
strzelców pieszych, Barzykowski, z 7 półku piechoty liniowej, odko- 
menderowany z oddziałem saperów porucznik Sulistrowski, z kwater- 
mistrzostwa kapitan Nieznański, [>orucznik Horain, adjutant sztabu, 
wreszcie mój imiennik, Adam Modzelewski, 

Byli tam także dwaj brygadyerowie: Zawadzki generał i Krasicki, 
półkownik z czasów Księstwa Warszawskiego, wyborny oficer — który 
poprzednio mieszkał w^ Poznańskiem —dalej 4 półki piechoty, 2 stare 
i 2 nowe, a mianowicie 3 póJk piechoty liniowej pod dowództwem 
pólkownika Dąbrowskiego i półki 6, 14 i 18 piechoty liniowej. 
Dowódców tych pótków nie pamiętam'*'). Zebrana dywizya stanęła 
obozem w Mlęcinie, główna kwatera armii w Jakubowie nad bitą 
drogą; w Dobrem, po prawej Mlęcina, stał z oddziałem jazdy pół- 
kownik Chłapowski, później generał, znany z wyprawy na Litwę. 

Siódmego maja wysłał mnie generał ze Stanisławowa, gdzieśmy 
wtedy stali, do głównej kwatery z depeszami i po instrukcye. W nocy 

^) Siaiu Autor spbak wspomntenU niniejsze w lipcu i sierpniu r. i88o, Priryp, Iitd» 



^^ 



360 



przybywszy do obozu, nie wiedziałem niestety hasła; na szczęście na 

grangardzie byty szwadrony poznańskie, po głosie poznał mię zacny 
mój przyjaciel, Arsen Kwilecki i podszepnąl hasło ; kiedy przyjechałem, 
wskazał mi główną kwaterę. Obok niej stały Krakusy ; miałem tam 
wtedy także wielu znajomych; konia dzielnym źohiierzom oddałem, 
a sam udawszy się do naczelnego wodza, doręczyłem depesze, prosząc 
o odpowiedź. Było tam więcej oficerów, w tym samym celu przysła- 
nych. Sztab był liczny, dominował w nim język francuski. Zajmował 
dw^ie izby duże i dwie komory; na lewo od wchodu w komorze 
była kwatera naczelnego wodza i korespondencyjna, na prawo ko- 
mora generała Prądzyńskiego, a w izbie śniadanie i obiad dla miej- 
scowych i przybywających z depeszami oficerów. Nadto naokoło były 
ławki, tak źe każdy, owinąwszy się w płaszcz, czapkę wziął pod głowę 
i w ten sposób ułożył się do snu. Koło godziny pierwszej w nocy po- 
wstał ruch jakiś; wszyscy się ocknęli, podnos/ą głowy, slucliając rozkazu, 
czy nie trzeba będzie wsiąść na koń. Cisza wszędzie; wtem otwierają 
się drzwi, wchodzi Lelewel, członek Rządu narodowego, a za nim dwie 
czy trzy osoby cywilne żywo przemknęły się do komory, gdzie było 
światło i wódz naczelny czuwał widocznie. Ktoś z zbudzonych zapytał, 
z kim to Lelewel przybył? Odpowiedziano po cichu: „Z deputacyą 
litewską" — i każdy napowTót owinąwszy się w płaszcz, głowę do spo- 
czynku nachylił. Nikt nie słyszał, jak i z czem deputacyą odjechała, 
ciekawość byłaby to zbyteczna* Zrywamy się do dnia, w jednej chwili 
usta , ręce i oczy przemyte i każdy gotów. Ponieważ nie otrzymałem 
dotąd odpowiedzi, poszedłem do Krakusów, których półkownikiem był 
Ignacy Mieroszewski, wuj przyszłej mojej żony. Upominałem się u niego 
o odpowiedź; zapytał o nią naczelny wódz Prądzyńskiego, który od- 
powiedział mu opryskliwie; znać dość lekko go cenił. 

Zaproszono mnie na obiad. Jedliśmy a la fmrchette, wino Graoes^ 
adłibilum. Obiad był dobry, ale obozowy; było nas ze 40. Nad wieczo- 
rem otrzymałem ekspedycyą i hasło po czem natychmiast wróciłem 
do mojego generała. 

Jedenastego maja zaczął się dalszy ruch. Dwunastego przeszliśmy 
przez Zegrze, a nad wieczorem stanęliśmy w Serocku. Spotykamy na- 
czelnego wrodzą, stojącego przy drodze na czemś w rodzaju rynku ; 
pomówili coś z generałem i ruszamy na prawo ponad Bugiem. Prze- 
konaliśmy się niebawem^ że stanowimy osobny korpus pod dow^ództwem 



B61 



generała Łubieńskiego, składający się z naszej dywizyi, dywizyi jazdy, t. j, 
trzech pólków ułanów i jednego strzelców konnych i trzech bateryj 
dziat. Nie wiedzieliśmy jednak, dokąd mieliśmy się udać; była to taje- 
mnica, w istocie dobrze dochowywana. 

Przy trakcie leżała śliczna wieś nad Bugiem Popowo, będąca 
własnością kolegi naszego Skarżyńskiego, adjutanta generała Kamińskiego. 
Skarżyński, otrzymawszy na to zezwolenie, wyprzedził nasz korpus i 
przygotował się ze śniadaniem obozowem* 

Nazajutrz, kolo godziny dziesiątej, stanęliśmy w Popowie, Dwór 
był murowany, bardzo przyzwoity; wszystko z niego uprzątnięto, 
pozostawiono tylko nakryte stoły. Zeszli się niebawem oficerowie szta- 
bowi, pótkownicy, generałowie i przewy borny zjedliśmy obiad, razem 
ze śniadaniem. 

Tymczasem 12 maja, w najzupełniejszej tajemnicy, wyruszył na- 
czelny wódz z pod Kałuszyna i Jędrzejowa i pozos^^awil tam Umiń- 
skiego z rozkazem, aby naciskał nieustannie Moskali i utrzymy- 
wał ich w mniemaniu, że ciągle jeszcze główne siły polskie mają 
przed sobą. W istocie nazajutrz 12 maja, o godzinie 2 przededniem, 
zaalarmowano korpus Pahlena; przednia straż nasza jak najpowolniej 
zaczęła się cofać ku Jędrzejowu, gdzie na nieprzyjaciela w silnej po- 
zycyi oczekiwał generał Milberg, z pólkiem grenadyerów i bateryą 
dział pozycyjnych i dobrze go przyjął. Wtedy Pahlen rozwinął znaczne 
siły i zatoczył 24 dział. Kanonada trwała pięć godzin, razem z patbą 
karabinową; a gdy zdawało się Umińskiemu, ze dosyć ju^ długo 
trzymał w szachu Moskali i dostatecznie ubezpieczył pochód głównej 
armii — kazał się swoim cofać powoli na Mińsk. Moskale stanęli 
w miejscu, a nazajutrz, nie domyślając się flankowego marszu na- 
czelnego wodza, zadowoleni wrócili na dawne swg stanowiska. 

Gdy się to dzieje pod Jędrzejowem, główna armia nasza posuwa 
się wieloma kolumnami do mostów, poprzednio przygotowanych na 
Bugu i Narwi, koło Sierocka i Zgierza, 

17 maja, podczas pochodu drogą ku Łomży, pod wsią Laski 
spotkano generała Bistroma, który nad rzeczką Orszą mógł łatwo 
bronić tego punktu, mając w niej bardzo wygodną zasłonę. Natychmiast 
nasi gotowymi byli do uderzenia, ale nieprzyjaciel wcale na to nie 
czekał i po krótkiej kanonadzie ustąpił dalej, niszcząc mosty za sobą. 

46 



362 



I^^rawyni brzegu lej rzeczki, u Śniadowa, stanął cały korpus 
gwardyj — tylną straż jeyo wparli nasi w sław pod Jakacią, a Mo- 
skale mostów tam będących, pomimo wszelkich usiłowań, zniszczyć 
już nie zdołali. Gdy jednak naczelny wódz nie otrzyma! raportu o za- 
jęciu Nuru, nic uważał przeto za stosowne stoczyć bitwę pod Śnia- 
dowem, bo mógłby był D) bicz posunąć się i na naszych z boku 
uderzyć.. Z tego to powodu centrum polskie stanęło w obserwacyi, 
pomiędzy rzeczkami Rusią i Orszą» a wódz naczelny z dywiz)/ą Giełguda 
skierował się ku Ostrołęce, osadzonej przez korpus Sackena, Dembiń- 
ski zaś traktem po prawym brzegu Narwi żwawo szedł naprzód , od 
świtu dzielnie nacierając na nieprzyjaciela i nie dopuścił do zniszczenia 
mostu na Narwi, na czem naszym bardzo wiele zależało. 

Wieczorem, skoro pierwszych żołnierzy z dywizyi Giełguda zo- 
baczyli Moskale, jak najprędzej wycofali się drogą ku Łomży. Na- 
tychmiast Dembiński osadził piechotę swą w^ mieście, a (jiełgud nie 
zatrzymując się, pomaszerował do Miastkowa, Nadzwyczajnie szybkie 
cofanie się gwardyj, szczególnie od Gać, nader podobnem było do 
ucieczki; żadnym sposobem nic udało nam się skłonić ich do bitwy. 

18 maja przednie straże naszego wojska napotkały forpoczty gwardyj 
w Porębach i Siennicy. W Porębach uderzył szwadron 4 pólku strzel- 
ców konnych na szwadron strzelców konnej gwardyi, rozbił go i 
wziął trochę jeńców. Na drugim trakcie pod Siennicą generał Jankowski, 
dowodzący naszą przednią strażą, wyparł ztamtąd nieprzyjaciela, a na- 
stępnie zmusił go do ustąpienia z Przetyczy, gdzie się już zawzięcie 
bronił. Ztąd, nieustannie walcząc, posunęli się nasi do wsi Długo- 
siodła, gdzie generał l^aleszko, dowodzący aryergardą, złożoną z 4 ba- 
talionów, kilku szwadronów i 4 dział, dzielny stawił opór, przy- 
czem batalion celnych strzelców finlandikich szczególnie się odznaczył. 
Wszystko to jednak było napróżno; — nie powstrzymał on marsza 
naszego wojska. W utarczce tej z naszej strony najbardziej odznaczył! 
się krakusy, tak iż wszyscy bez wyjątku otrzymali krzyż „Virtuti 
militari"*. Strzelców finlandzkich ocaliło tylko schronienie się za płoty, 

Z Długosiodła wojska nasze wyparły nieprzyjaciela do wsi 
Plewki; tutaj otrzymawszy posiłki, znowu spróbował się oprzeć, jednak 
tak dzielnie major Dunin z batalionem swym nań uderzył, że rozbił 
w puch cały batalion strzelców moskiewskich. 



Wieczorem stanęli nasi we wsi Bródkach, gdzie po raz ostatni 

usiłowały gwardye stawić opór, W utarczkach tych doznał nieprzyja- 
ciel bardzo bolesnych strat. Mędzy poległymi wielu było oHceruw, 
do niewoli dostało się 2 oficerciw i 60 sołdatów. 

19 maja otrzymał naczehiy wódz wiadomość, źe Lubiński stanął 
w Nurze. Nastąpiło przeto dalsze ściganie gwardyj , którym zabierano 
jeńców, obłogi i amunicyc, Jankowski jeszcze i8 zajął Sniadów, zkąd 
nie[>rzyjaciel szybko się cofnął, a 20 maja wszedł Giełgud do Łomży. 
Była tu od początku kampanii główna kwatera w, ks. Michała; cho- 
ciaż wcale dobrze ufortyfikowaną, zajęli ją nasi, z looo jeńców, po 
większej części rekonwalescentów; prócz tego wzięto tam skład broni 
i magazyny. 

W chwili zajęcia Łomży wcisnął się naczelny wódz w sam śro* 
dek gwardyj w punkcie Gać, podczas gdy nieprzyjacielskie kolumny 
od Łomży pchały się ku Tykocinowi, To mogła nastąpić w^alka, bo 
gwardye gotowe były ją przyjąć, ale gdy nadeszła stanowcza chwila 
uderzenia na wroga , Skrzynecki nie dopuścił do tego. Spiesznie cofnął 
się więc nieprzyjaciel, poznawszy niebezpieczeństwo: uderzono tylko 
na tylną straż moskiewską, pod wsią Kołomyją i zmuszono ją do 
ucieczki, 

VVszystko to było jednak drobnostką^ wobec prawdopodobnego 
zniweczenia całych gwardyj i następstw, jakie wypadek ten musiałby 
sprowadzić! 

Tymczasem korpus nasz zwolna posuwał się ku Nurowi. 

ligo wieczorem, maszerując przez wieś Udrzyń, porządną i dobrze 
^zasiedloną, spostrzegliśmy pzzed każdą chałupą stojącą rodzinę chłop- 
ków; kobiety trzymały misy z mlekiem zsiadłem, bo dni były bardzo 
gorące, chłopi chleb w rękach. Niejednemu z żołnierzy śłinka poszła, 
ale napróżno — nie wolno było stanąć i skorzystać z gościnności 
poczciwego luilu. Otrzymałem polecenie dopilnować, aby dywizya szła 
w porządku. Kolumna nasza, wynosząca około piętnastu tysięcy łudzi, 
szóstkami posuwała się naprzód. Przełeciałem od początku jej do końca, 
wszyscy byli na swoich miejscach, żadnego nieładu, nikt nie pozostał 
w tyle, ani żadnej nie było niaroderki ; porządek [>anował aż miło, 
a kolumna nasza przy blasku słońca zachodzącego, który pięknie od- 
bijała się na czyściutkich karabinach i kosach, przedstawiała się jakby 



3f?4 



olbrzymi wąz o świetnych łuskach, w najregularniejszych ruchach po- 
suwający się naprzód, 

17 maja, dosyć rano, około godziny dziesiątej, przybyliśmy nad 
Nur Stały tam trzy kompanie pionierów gwardyi i szwadron Konno- 
polców, Moskale zapalił magazyn i spalili most na Bugu; z naszej 
strony wysłano szwadron 5 pólku strzelców konnych na Konnopolców, 
którzy niezw^łocznie cofnęli się do miasteczka. Załogę tamtejszą wcze- 
śnie już uwiadomiono o naszem przybyciu, zastaliśmy ją więc w go- 
towości, pluton piechoty w tyralierce, a resztę kompanii w dosyć 
silnie ściśniętej kolumnie. Ale skoro tylko zbliżyły się pierwsze dwa 
działa nasze i dały ognia, kompanie zaczęły się cofać. Przypadłem do 
uciekającego podporucznika moskiewskiego, wziąłem go do niewoli i 
zaprowadziłem do generała, wraz z drugim jeszcze żołnierzem, który 
mi na rozkaz oddał swój karabin. Piechur mógł się dobrze bagnetem 
kih strzałem obronić kawalerzyście; widać stracił ducha, gdy zoba- 
czył blisko posuwające się kolunmy nasze, Oficerzyna były na pól 
pijany, szyjka od butelki szampana wyglądała mu z kieszeni, Płakał 
z gniewu, że dostał się do niewoli. 

Dowódca kompanii pionierów, cofając się, bronił się wcale dobrze; 
rzucono na niego szwadron Skarszewskiego, z 5 pólku strzelców kon- 
nych; nie dała się jednak kompania rozbić. Skarszewski, jadąc sam na 
czele szwadronu, został zabity, lekkie rany ponieśli Krasiński i L, Rze- 
wuski, Szarża się nie udała, bo też był to półk, najmniej reputowany 
w armii , a pionierzy się cofnęli do lasku pobliskiego i już im nic 
zrobić się nie było można. Wprawdzie kilkunastu żołnierzy z piechoty 
naszej, na ochotnika, co tchu z całym pakunkiem pobiegło za nimi, 
ale było to już tak daleko fz pół ćwierci mili), że nim nasi przybyli 
na miejsce, saperom udało się umknąć. Zabrano tylko powózkę ka- 
pitana , w której było pełno książek francuskich i niemieckich , doty- 
czących dziejów lub strategii, Z dziel tych przekonano się, że jako 
„oko carskie'' był on delegowany do wojska francuskiego, które pod 
Bourmontem zdobywało Algier. 

Nur od Suchy w prostej lini oddalony tylko o ośm mil; przez 
czas naszego pobytu w tem miasteczku ani patrol kozacki od Suchy 
się nie ukazał, w takiej pewności siebie był Dybicz. 

Nocą z 18 na 19 rozpoczął się ruch na zajęcie Ciechanowca; 
wziąwszy parę batalionów piechoty, kierował nim główmie szef sztabu 



365 

pólkownik Lewiński, W Ciechanowcu było ze 400 Moskali różnej 
broni; miasteczko to ze wszystkich stron otwarte, leży o 1 Va rt^^li ^^' 
dalone od Nura, a o dobre 3 mile od Brańska. 

Do dnia 19 Lewiński ze wszystkich stron otoczył miasteczko; 
* w danej chwili przeznaczone do ataku oddziały, biegiem miały się do- 
stać do środka i pokonać wszystko, cokolwiek usiłowałoby stawić 
opór. Major Jastrzębski, wyborny oficer, zapytał mię, czy nie chciał- 
bym wziąć oddział z jego batalionu i wpaść z nim do miasteczka. 
Byłem tam posłany przez generała, żeby przypatrzeć się wyprawie i 
złożyć mu o niej raport. Chętnie wziąłem więc ofiarowany mi od- 
dział, wynoszący mniej więcej pól kompanii. Musieliśmy przebyć 
rzeczkę Nurzek, ponieważ zaś most był zdjęty, oficer pieszy wraz 
z oddziałem przeszedł po belkach, a ja musiałem przepłynąć. Pochód 
nasz odbywał się nader szybko, żołnierze byli jakby nieznużeni, po 
piaskach maszerowali noc całą — a z rana byli tak żwawi ^ jakby do- 
piero ze spoczynku wstali. 

Miasteczko zajęliśmy z największą łatwością, bo po kilku strza- 
łach poddali się rezerwiści , tylko jeden sołdat bronił się sam do 
ostatka. Zaraz fury z komisarzem wojennym Boskim, czy z jego 
adjunktem Benoe, poszły do Brańska; my zaś zostaliśmy w Ciecha- 
nowcu. Gorszyliśmy się zachowaniem oficerów moskiewskich, wziętych 
do niewoli w Ciechanowcu. Cieszyli się lem, ponieważ w ten sposób 
mieli nadzieję zobaczyć Warszawę. 

Jadąc traktem do lirańska, spotkałem chłopa z tamtych stron 
i zapytałem go: j,Czyście Icontenci, żeśmy tu przyszli"? — Odpo- 
wiedział mi na to: „A dyć te szelmy Moskale zakazywali nam 



I" 



„w Pana Boga wierzyć 

Staliśmy tani przez 19 i 2u maja, 21, kiedy już się miało ku 
zachodowi, spostrzegliśmy kilkudziesięciu chłopów, co tchu ku nam 
pędzących* Przybywszy do miasteczka, donieśli nam, że Moskale prze- 
prawiwszy się przez Bug pod Grannem , żwawo posuwają się na nas. 
Dy bicz 19 nic jeszcze nie wiedział o ruchu naczelnego wodza na 
gwardye, bo tego samego dnia znowu aż pod Kałuszynem rekogno- 
skowął, nie wiedząc, że naprzeciw niego słoi tylko Umiński, mo- 
gący mieć posiłki jedynie od prawego skrzydła. Dopiero 20 dowie- 
dziedzial się, w jakiem niebezpieczeństwie były gwardye. Cały ten 
dzień zajęła mu budowa mostu, tak iż dopiero 21 mógł się prze- 



366 



Obowiązkiem było Ur 



krok za kroki 



napastować 

cofającego się Dy bicza, nie uczynił tego jednak, gdyż v\olal zapewne 
w karty grać, niż ścigać Moskali! Generał Miller z częścią jazdy nie- 
pokoi! wprawdzie cofających się, ale nie mugl w ten sposób zastąpić 
całego korpusu, słusznie też usunięto go z wojska; dowództwo kor- 
pusu po nim otrzymał Jankowski, nieudolność uosobiona. 

Ależ i naczelny wódz nie zrobił tego, co doń należało* Nie chciał 
uderzyć na Moskali, najprzód z tego powodu , że most pod Ostrołęką 
nie był jeszcze zajęty przez naszych, a gdy i8go Dembiński wyparował 
ztamtąd Sackena, nie uczynił tego pod pozorem, że nie odebrał jeszcze 
raportu od Łubieńskiego, o zajęciu Nuru. Gdy zaś 19 zrana i ten raport 
nadszedł i żadnego nie było pow^odu do dalszego zwlekania, Skrzy- 
necki i wówczas jeszcze nie skorzystał z tern szczęśliwszej dla nas sy- 
tuacyi, że Bystrom, dowódca gwardyj i w. ks. Michał ani się domy- 
ślali grożącego im niebezpieczeństwa. Przeciwnie golowi byli do walki 
pod Jakacią, a następnie pod Gacią również okazali gotowość do 
boju i tu dopiero, zapewne od wziętego do niewoli oficera, dowiedział 
się Bystrom o grożąceni mu niebezpieczeństwie. Oczywiście natychmiast 
wycofał się z tego położenia i jak najspieszniej uwiadomił o tern 
Dybicza, 

W ten sposóbj cała ta wyprawa, tak w^ybornie pomyślana, skończyła 
się prawie na niczem, bo wzięcie tu i owdzie nieco jeńców i zabra- 
nie magazynów, nie zasługuje prawie na uwagę, wobec zamierzonego 
celu, który z największą łatw^ością można było osiągnąć. 

W owym roku powietrze w maju było czyste, pogodne. Nur i 
jego okolice od linii bojowej naczelnego wrodzą oddalone były o mil 
ośm, lub najwięcej dziesięć; gdyby zatem jakiekolwiek niebezpieczeństwo 
groziło z boku, to huk dział byłby je doskonale zwiastował. Ale od 
korpusu Łubieńskiego było najzupełniej cicho, naczelny wódz mógł więc 
zmiarkować, że nie napotyka on na żadne trudności ; słyszeć mógł 
2 lub 3 strzały działowe^ gdyśmy rano zajmowali Nur, poczem wszy- 
stko ucichło, a więc nie musiało zajść nic ważnego. Wprawne ucho 
żołnierza, a cóż dopiero wrodzą, może po strzałach ocenić punkt ruchu 
korpusu, czy gorąca toczy się walka, i t, p, okoliczności; my młodzi 
oficerowie nie myliliśmy się w^ tem, a cóż dopiero starzy i dośw^iadczeni?! 
Nie słysząc od nas huku dział, należało śmiało ruszyć na nieprzyja- 
ciela, ale widocznie wódz naczelny nie chciał dokonać zwycięstwa.,.. 



4 



367 



Podczas gdy Moskali cofali się w nory z 20 na 21, nasi zajęli 
Rudkę; tejże nocy wyszedł Dybicz z Suchy, 21 zrana przeszedł Bug 
pod Grannem, wieczoiTOi zaś stanął w Ciechanowcu. Nasi bez wy- 
strzału wycofali się z* tego miasteczka; w nocy wiedział już Lubieński 
o naszym odwrocie. 

W niedzielę 2 2, w południe, nadeszła wiadomość o zbliżaniu się 
Dybicza; natychmiast rozsypano część piechoty w tyraliery* 

Ale dopiero nad wieczorem pokazała się przednia straż moskiew* 
ska. General Henryk Kamiński rozkazał w szachownicę ustawić bata- 
liony, w ścjsnionych kolumnach, gotowych do ataku; pomiędzy niemi 
stanęły działa na prolążach. Była w linii artylerya konna bateryi Ko- 
sińskiego; Najmanowskiego piesza baterya stała na lewem skrzydle. 
Nim się rozwinęły kolumny nieprzyjacielskie i zanim ustawiliśmy się, noc 
zapadła. Generał rozesłał swoich adjutantów, a mnie posłał do bryga- 
dyera Krasickiego, z rozkazem wskazania mu kierunku ruchu, jakiego 
ma się trzymać. Tymczasem zaczęła się palba działowa; obok kolumn 
brygady Krasickiego stał Łubieński, dowódca korpusu. Wykonano parę 
szarż na Moskali, przyczom dywizyon 6 pólku strzelców konnych. 
przepędzih Moskale tak dalece, iż w ucieczce wpadł na działa nasze, 
gdzie go spędzajcie kanonierzy tęgo wypłazowali , osobliwie z sekcyi 
Kajetana Wolskiego. Lepiej spisał się 7 półk ułanów (nowy), pod do- 
w^ództwem Koski szarżując na Moskali; odparło go wprawdzie raz, 
drugi i trzeci, ale za każdym razem cofnął się ledwie o 100 kroków, 
stanął, odliczył się i szarżował dalej, aż do chwili, gdy korpus rozpo- 
czął ruch wsteczny, 

Moskale, mianowicie kirysyery, uderzali śmiało na nasze bataliony, 
postępujące, jak rozkazano, w ściśniętych w szachownicę kolumnach. 
Osobliwie dzielnie wytrzymał te szarże pułk 18 piechoty liniowej 
(nowy); na niego zapamiątale uderzali kirysyery, wpakowali się nawet 
w środek kolumny jednego batalionu, ale jej nie rozbili, a wszystkich, 
co się tam dostali, wycięto kosami co do nogi. Batalion nienaruszony 
śmiało posuwał się dalej. 

Na lewem skrzydle generał Zawadzki prowadził ogień z ręcznej 
broni ; piękny to był fajerwerk w nocy. Wszystko to działo się w jednym 
czasie. Moskale myśleli, że nas zupełnie otoczyli, od wsi Żużla, gdzie 
potykał się Zawadzki, do Nura, zkąd wyruszyliśmy. W skutek tego 
wysłał Dy bicz generała Berga (był on później namiestnikiem w War- 



:) tlo dowódcy kor 



szawic} (10 dowoacy Korpusu, z propozycyą poddania się, bo korpus 
ze wszech stron miał być otoczony. Mylił się jednak, bo trakt od 
Broku był zupełnie otwarty. Lubieński zacnie odrzekł na to, iź dopóki 
ma choćby jednego żołnierza, bronić się potrafi. Berg odjechał więc z ni- 
czem, a Łubieński rozkazał wszystkim oficerom sztabu slawać do frontu. 
Miehśmy szarżować; właśnie wówczas, gdym stał bokiem do nieprzyja- 
ciela i oddawał rozkaz brygady erowi Krasickiemu - — nagle uczułem, 
że pałnęła mię w lopatlic kula karabinowa. Mieliśmy stawać do sze- 
regu i dobyć pałaszy, ale że nie czułem niemocy w prawym ręku, 
przeto strzał za nic się brało. Jednak do ogólnej naszej szarży oficer- 
skiej nie przyszło, bo dowódca korpusu widział, źe ruchy naszego 
wojska są swobodne, uderzenia Moskali ustały, a ogień działowy* od 
czasu do czasu podtrzymywany, trzymał w ryzach nieprzyjaciela, 
przeto wziąwszy się na lewo, za batalionem majora jastrzębskiego, 
bardzo przytomnego oficera, ruszamy osłonięci brygadą Zawadzkiego, 
w kierunku na Czyżew do Zambrowa, zkąd ku Ostrołęce powoli cofa 
się korpus nasz przed następtijącym nieprzyjacielem, jedenaście mil 
przebyliśmy głównie lasami, od nocy z 22 na 23 do 25 maja, powoli 
ustępując. W ten sposób korpus nasz trzymał całą 40.000 armią 
Dy bicza. Palbę dział, która ustawała chwilowo, wznawiano w ten spo- 
sób przez całą tę drogę, że naczelny wódz, cofający się od Tyko- 
cina, mógł o każdej godzinie wiedzieć, gdzie się korpus Łubieńskiego 
znajduje*). 

*) o odwrocie korpo&ii jenerała Łubeiiskiego z pod Nuru » podajemy tu opowiadanie 
innego z świadków naocznych, Wgo Aleksandra Kociatkiewic^ia, który w słowach nastę- 
pujących kremli ciekawy len epi/od ^ dz-ejów ówczesnych : 

„Wierny raz przyjętej zasadzie, by opowiadać tylko to, co naocznie widiialem, umykam 
^HK w iszcruplej priestrłetii promienia oka mego i nie siUc się na wyjaśnienie, jakim sposobem 
^Dybicz korpus naaz otociyl (por, wyiej sir. 367—368. Pmjp, Ued.)^ opowiem tylko, jak nam 
„udało się wydobyć z tej trudnej sytuncyi". 

„Po nieudałej bitwie pod Ig.iniami, skoncentrował Dybicz główne swe siły w okolicy Siedlec 
„nad Liwem, w oddakniu t&ś, kilkunastu mil, w Łomży i Tykocinie^ stal w. ks Michał z korpu- 
jjscm gwardyi. Korzystając x tego rozd /.jelenia sil n.eprzyjacielskicJi , ulozyl jenerał Prądiyivskl 
„genialny plan wyprawy, zwanej „tykociiiBkii na gwardye", w skutek której musianohy je labrać, 
„gdyby 11 e przeszkodziła temu najwit^ksza nieudolność naczelnego wodia Skrzyneckiego. W wy- 
„prawie tej, z nad/wyczajna irccz-noi^cia pr/.y gotowanej, prawe skrzydło trtymał dwunasto-tysścczny 
„korpus Jenerała Tomasia Łubienskiej^o^ s!<ladajq.cy siij z dywiayi piechoty (z 3go, 6go, 14^0 i 
„20 pólko w piechoty liniowej), z Aymryy kawaleryi, wraz z dwoma, czy trzema bateryami dział 
„i innych oddziałów, do składu osobnego korpasa nicodbicie wchodzących (por» wyżej str» 361, Przf^p. 
^Red>) Przeznaczeniem onego było nie pozwołić gwardyom cofać się ku stanowisku Dy bicza 
„i pierwszy mu atawić opór, w ra/Je gdyby tenie sposlr.eglsiy i zrozumiawszy operacye wojsk 
f^naszycb, na pomoc gwardyom z pod Siedlec wyruszyć. 



369 

25 przed wieczorem stanęliśmy we wsi Ławy, gdzie Lubieński 
obrał główną kwaterę. Wieś ta leży o dobre pól mili od Ostrołęki. 
ja miałem inne przeznaczenie; przybywszy do Law% zgłosiłem się do 
generała j który kazał mi się zameldować generałowi korpusu. Speł- 
niwszy to, czekałem na dalsze rozkazy, które niebawem otrzymałem* 

Wieczorem 25 spotkałem naczelnego wodza i główną armią, 
idącą do Ostrołęki od Lomźy, a między wieloma oficerami R. Badeniego 



w okolicy Sierocka stcbral jenerał Łubieński swój korpus i Utnie po mościt tratwowym prie- 
szedł Bug. Dalejie po nad tą rzeką, pnei Wyszków i Brok, ciągnąc prawym brzegiem, pod Nu- 
rem, miasteczkiem nad samym Bugiem leiacem , obojowe lajsil stanowisko^ przesacdls/.y po 
grobli błota i rieciulkę, środkiem stę s.'iciącą| które to błota i rzeczułka gdiieś od Zambrowa do 
Bugu si^ ciągaą I a tak są griąskie, ii nawet dla piechoty nie są do przebycia, W kierunku 
tycb biot idąc w górę, prowadii gościniec £ Nura do Zimbrowa , watdlui którego rozłożyliśmy 
stQ obozem. Prawe jego skrzydło stajał pólk 3ci« Widać t tego rożlotenia się obom , ie jenerał 
Lubieński, w raiie natarcia pricz Dybicia miał się cofać nie na Brok, ale na Zambrów. Mic- 
liimy przeto prawy buk r/.eką Bugiem , a plecy nicprzebytemi blnUmi lasłonione, front auis i 
bok lewy całkiem otwarte* Skrzynecki lak iręcinie koncenlracyą korpusów iia tę wyprawę prxc- 
tnac-fonycb wykonał, ii kilka dni ubiegło, zanim Dybicz^ zrozumiat , ii przeciw niemu stoi 
tylko ma<ikujący korpus Irzynastotysięoiny jenerała Umiiiskiego, Domyśliwszy się nJcbeipic* 
Cjteiistwa gwardyj , /.ostawil pneciw jcnenilowi Uminskiemu kilkotysi<:czny korpuBik, ciem 
zmylił Umiitskiego, sam za?i ca Ki nawalą rzucił się w górę, na odsiecz, gwardyom. 22 maja pod 
Granną, o trzy mik powyżej Nura, Bug przebył i nasz Troot i lewy bok obsaczył ; a ie z pra- 
wego boku rzeka , z tylu zaś ł>lota stawiały nam nieprzebyte przeszkody, więc w dniu 22 maja 
wieczorem znale/bśmy się jak w matni. Kilka dni tak spokojnie i swobodnie pod Nurem prze* 
pędzit^śmy^ obchodza<i pr^y obozowych oltar/ach, majową zielenili ozdobnych j nabożeństwo Zie- 
lonych śwJ4t ♦ tudzież uiywając kąpieli w rzece, taśmy się ani spodziewali, ie tak prędko 
z Moskalami się zobaczymy; naraz około godziny 4 pu południu, dały się słyszeć od frontu strzały 
placówek nasrych. Z.dawa{o się, ie to kozacy obóz niepokoją, wysiano nawet parę si^wadronów 
ka walery i , lecz gdy placówki mieszać się zaczęły, strzelanie nie ustawało, owszem nieprzyjaciel 
zaczął na nas z dział trzyfuntowych rzucać kule, a nasza artylerya konna jęła odpowiadać — sta- 
nął cały korpus pod bronią i tak; nie alakiijąc i nie będąc atakowani, staliśmy w działowym 
ogniu do wieczora. Gdy się zmier/chać zaczęło, ruszył nasz korpus w kierunku błot i gościńca 
do Zambrowa, to jest na lewo. Ze zaś 3 półk sial aa skrzydle prawem, tern samem trzymał 
arycrgardę. Gdyśmy się rus/.yli , a pochód odbywał się w kolumnach i w bardiso małych od- 
stępach, nie dojrzałem jui ani kawaleryi, ani pociągów ; widać, ie naprzód wyprawione zostały. 

Względnie więc do frontu nieprzyjacielskiego, korpus nasz wykonywał marsz flankowy, 
mając po lewym swym boku błota, jak wyłej powiedziano, nawet dla piechoty nie do przebycia, 
a cół dopiero dla artylcryi, pociągów lub jazdy i postępował więc, jakby ulicą między biotami 
z jednej, a frontem nieprzyjacielskim i drugiej strony. Ale /aledwic usdiśmy paręset sąini — 
a miało się jui ku zupełnemu ściemnieniu , tak ii tylko ks ęiyc jasno w pełni przyhwiecal -^ 
ujrzeliśmy na naszym przod/ie gęste błyskania, jakby kto z rzadka na iar/ące węgle ziarnka 
prochu posypywał, A gdy do tego z tamtej strony cwałem nadbiegły trzy przodki bateryi kon- 
nej, ktAre w skutek gwałtownego napadu kawaleryi moskiewskiej, nie zdołały dział zaprzodko- 
wać, nie było jui wątpliwości , ie Moskale tyl nam zabrali i ie przednie kolumny się mieszają. 
Rzeczywiście lei tak było. 

Naleiąc do batalionu ^ który aryergardę zamykał, nie mogłem widzieć, co się na przedzie 
działo J opiszę to jednak, jok mi to opowiedzieli nazajutrz będący w aiĄ ai>|^ardzie, Kawalcrya nasza, 

47 



370 



w mundurze oficera od intendcntury, z trwof^^ pytajćjrego, gdzi 
Dybicz, „Tam** — odpowiedziałem — „zkćjid nas docliodzą slrzaly dzia-; 
łowe; Łubieński trzyma go na wodzy". 



wiparU kilkoma kolutTiTiaiin p>choty, ukośną linią od prawego osłoniła dtlaU i pociągi; by 
to masa, (jrsEffhtawi.ijąca iijp-iirt; polowy równoramiennego injjkąla, ciyli ieby ,^i<; plastyczniej wyr* 
xićj masa In przybrała ksztiiU lemiesza /.wyklcgu pługa. W chwili, ^dy bly^iki strialów diiy Sh 
w.dłłcć, korpus naai ostrym ko icem nalarł na paa otaczający i takowy s/xząśliwie i be/, szkocl 
pneeLimat. Zostpla jcsicde dalej postępująca piechota. Wlcdy to Dybic^ przysyłał parUmenla 
do jenerała Kaminskiego, czyniąc mu propojycyą poddania się i dodając, ii /ewstąd otoczei 
jesteśmy. Jenerał Kamiriśki przedłożenia nie pr?.yjąlj oświadczając, „iż cliocby sam i jednym tylk< 
£olnier/em się został, to i w takim raiie sit^ nie podda"— i naj-iizał kulumnom dalsze przebijania 
sji:* Dybicz za^ zarządził szarię kawnleryi. halwiejsfą spraw- tiiiały bataliony, idące priode 
(po drodze zabrały trzy d-iała nasze, od klórycti przodki odbii-gly i dopóty je ciągnęły, dopó 
przodków dział swoicti nic odszukały); przebijały się one s/c/ęsliwie jedne za drogimi — w kou" 
został tylko obok naszego batalionu, jeden batalion z 14 pólku, 2 działa, po bokach naszego bsi< 
talionu ustawione i dywi/yon (2 s/wadrouy) ógo pólltu szaserów, z.tpewne /.abląknny, ktAr 
sformował się za nas/emi plecyma. Wówczas pochód nasz lalr/ymanym został s/arią kawaleryuj 
Dybicz cł\ciał przynajmniej aryrr^^^rdę zabrać; szaria więc była wyciekła, kilkanai^c^e razy pr/ei 
coraz świeie szwadrony powtarzana , a dojezdfali tak blisko^ ic arlyłerzy^^ci pod bwety dtini 
chronić się musieli; niejeden koii moskewski dostał bagnetem w nos^ albo w łeb kosą trze- 
ciego szeregu 14 pólku Ale bataliony nasze slaly jakby n>ur strzelłijący, kolący i siekący — 
nie Moskałom lo je rozbM; po jakich więc 15 — 20 szariach , odstąpili nas, otoczonych walem 
pobitych koni i iolnier/y. Kor/yslając % przerwy, batalion 14 pólku wraz z działami odszedł za 
swoimi i jui soslał »ię sam jeden tylko, ostateczną aryergardę trzymający, nasz 3ci batalion 3g 
pólku piechoty liniowej i niemało nam zawadtający wtak Irudnem położeniu dywizyon sraserów 
A było lo położenie zaiste bardzo kłopotliwe! W którąkolwiek stronę kilkad 'iesi.it kro 
ków posunęliśmy s ę, trafiało się nt kolumny piechoty nieprzyjacielskiej lub docieraliśmy do bło 
tymczasem za.< artylerya moskiewska nicustiinnie rzucała na nas granaty. Na szczęście bylrj ia| 
w nocy, w skutek czego strzały nie mogły być celnej a nadto pla^, na którym porusrcma ro- 
biliśmy^ był nieco niiszy» więc wszystkie kule przenosiły i w tyle za nami padały w błotA, nie 
czyniąc nam żadnej szkody. 

W sytuacyt tej zostawaliśmy dłużej nii do północy ; korpus nasz zapewne jut o półtorej mili 
się oddalił , zostawiws/y nas jako straconych sołutncniu lo,cowi niewoli i rzeczywiście nic /o 
atawsiłał)y nam nic, jak tylkn układać się o poddanie, 8tiyl)y mc wytrwałość naszego dowódcy^ 
pud[łółkownika Jastrzębskiego, który manewrując to w prawo to w lewo, a pr/ylem osobiście 
rckognoskując br/egi błota, natraci w końcu na jakąś grohełkę przez błota wiodącą i przeko- 
nawszy się, ic mostek na niej nie był zdjęty, wprowadził naprzód szaserów, a za nimi nasz ba* 
tahon. Tym sposobem Pan Bóg dłs wv ratował. Ne do opisania była radość^ cicha ale serdeczna, 
isdyśmy się po przetłyciu biot na drugiej stronic znale/.li, Moskale zaś nie prędko spostriegli 
nasze wyzwolenie , bośmy się sporo oddahli, a oni ciągle jeszc/e ostrzeliwali z dział miejsce^ 
przedtem przez nas zajęte Było trochę kłopotu, zanim trafil.śmy na drogę, której trzymać 5: 
wypadało, bo było ich kilka , a mieszkania, jakie spotykaliśmy, były opustoszone. Adjulant Mo' 
dzelewski (por, wylej, str. 359) szukając korpusu, dotarł aż pod Brok, wreszcie znaleziono leśnegi 
który nam wskazał drogę do Zambrowa , gdzie około godziny 9 zrana z korpusem zląezytiśm 
się. Przywitano nas lem serdeczniej, ii uważani już tjyłismy za straconych. 

Z takiej matni, 7* pod tak przemagającego liczebnie otoczenia, wydobył się nasz korpus 
stTdlą 20 — 3u ludzi, nie postradawszy ani jednego działa i ani jednej nawet powózki!'* 



i 



371 

Nad Nurem straty były małe, lecz omal co nie straciliśmy bateryi 
artyleryi konnej. Dowcklca jej Kosiński zamierzył uprowadzić ją do 
Moskali. Był on oficerem jeszcze w wojsku Księstwa Warszawskiego, 
ozdobionym krzyżem polskim i legii honorowej , ale uroił sobie, że 
jest krewnym Sahajdacznego, atamana Zaporożców i dlatego powinien 
zdradzić Polskę, a przejść do Moskali, 

Zamiar Kosińskiego i przejście jego do nieprzyjaciela tajono 
w armii, a chociaż ze stanowiska mego prawie w^szystko wiedzieć 
mogłem, przecież pod tym w^zględem wówczas doszły mnie tylko niedo- 
kładne wieści. Dopiero będąc w Syberyi w n 1857, szczegółów w tej 
sprawie się dowiedziałem od Gawrońskiego, rodem z Sieradza, arty- 
lerzysty jeszcze z r, l8i2» który później byl w lekkiej konnej bate- 
ryi Kosińskiego. Według jego opowiadania rzecz miała się w sposób 
następujący^ 

Kosiński, gdy działa zaprzodkowano, umyślnie tak prow^adzil 
bateryą na naszem lewem skrzydle, żeby się dostała w ręce mo- 
skiewskie. Widząc to ów Gawroński, domyślił się o co idzie, a wy* 
skoczywszy przed bateryą, zakomenderował ;,stój" i zawołał na jej 
Ldow^ódcę; „Pan chcesz bateryą wydać Moskalom — jednak nic z tego 
'^nie będzie!" Mówiąc to, chciał go zrzucić z konia, ale Kosiński spiął 
konia ostrogami i uciekł do Moskali. W ten sposób baterya ta ocalała 
tylko przytomnością Gawrońskiego i porucznika Lewandowskiego. 

Naczelny wódz niezmiernie gniewał się, gdy mu doniesiono o tej 
niegodziwości Kosińskiego i za karę za to w bitwie pod Ostrołęką posta- 
wił bateryą naprzeciw mostu. Było to niedorzecznością^ bo czyż można 
było karać kanonierów za dowódcę? Gawrońskiego awansowano na 
podoficera, porucznik Lewandowski otrzymał później bateryą, wówczas 
zaś, o ile mi się zdaje, objął nad nią dowództwo kapitan Łapiński. 
To jednak pewna, że dwa działa odprzężone pozostawiono na polu; 
Moskale nie wiedzieli jednak o nich, bo byliby je zabrali. W nocy 
wysłano saperów i nieco żołnierzy, którzy te dwa działa znalazłszy, 
przyprowadzili do swoich* 

Około godziny 5 z wieczora ucichły strzały działowe pomiędzy 
naszym korpusem, a postępującem zwolna za nami wojskiem mo- 
skiewskiem. Mieliśmy więc dość czasu wieczorem i nocą przeprawić 
się najspokojniej przez Narew, znieść most i ruszyć do Warszawy lub 



372 



* 



gdziekolwiek j nie mając zamiaru stoczenia bitwy w tern miejscu. 
Jednak wódz naczelny rozporządzi! inaczej* 

Ponieważ dni były bardzo gorące, wojsko otrzymało rozkaz 
kąpania si^ w Narwi w dniu 26 maja; oczywiście nie myślano wie- 
czorem dnia 25 o biiuic, którą miano stoczyć nazajutrz. Gdyby Skrzy- 
necki przypuszczał coś podobnego, byłby zapewne wezwał na pomoc 
Giełguda, który w nocy mógłby otrzyntać rozkaz. Tegoż dnia był 
bowiem w Łomży, odległej o 5 mil od Ostrołęki > a nazajutrz dnia 
26 mógłby się z nami połączyć. Na Litwę nie miano zamiaru 
wysłać Giełguda^ bo pod zasłoną ruchu na Tykocin już pociągnął ge- 
nerał Chłapow^ski z oddziałem swoim, złożonym głównie z oficerów- 
instruktorów^, dla uorganizowania powstania litewskiego. Tern mniej 
zaś myślał kto u nas o bitwie, że w^szelakie zapaśne parki arlyleryi 
i prócz trzech wszystkie baterye wyprawiono na Różan do Pułtuska^ 
i dalej. ^M 

Ivorpus Lubieńskiego przepędził noc w pomienionej wsi Ławacli , 
Moskale zaś po za lasem w Susku , Janochach, Grundzielach. Jeszcze 
dnia 26 przed wschodem słońca mogliśmy się spokojnie wycofać; 
tymczasem w nocy, jak później dowiedzieliśmy się, Prądzyński wy- 
mtigł na Skrzyneckim, aby wyprawa na gw^ardye nie zakończyła się 
zupełnie bezskutecznie, lecz żebyśmy tu zamienili z Moskalami nieco 
strzałcjw działowych , dobrze odbijać mogących w raporcie naczelnego 
wodza. Miało się więc zakończyć na huku działowym i nikt nie po- 
myślał, że nazajutrz mieliśmy stoczyć formalną bitwę. ^J 

Pod Ostrołęką były 3 baterye artyleryi, a mianowicie dwie pie-^^ 
sze Najmanowskiego i Łapińskiego i trzecia pozycyjna Bieleckiego. 
Pierwsze dwie w cofaniu się z pod Nura , tak dalece wystrzełały swą 
amunicyą, że ledwie na działo pozostało 8 do 1 2 nabojów^ Baterya 
Bieleckiego podobnież mało miała nabojów w jaszczykach, parki za- 
paśne iszo- i 2go- rzędówce jeszcze dnia 25 maja również odesłano na 
trakt pułtuski. Ważna była to okoliczność, bo decydująca o wyniku 
bitwy pod Ostrołęką — do czego jednak wódz naczelny w raporcie 
swym nie chciał się przyznać. Widocznie więc z naszej strony nie 
miano zamiaru staczać walnej bitwy, bo przygotowanoby się lepiej, 
a przynajmniej obliczonoby ilość strzałów działowych. 

Przed wschodem słońca , dnia 26 majaj nadszedł rozkaz zajęcia 
wsi kościelnej Rzekunia, o */^ mili w bok na prawdo od Law% na 



373 

jednej z niemi linii położonej Generał Henryk Kamiński wysiał tam 
2 bataliony piechoty i 2 działa lekkiej pieszej artyleryi, pod do- 
wództwem szefa sztabu dywizyi, kapitana kwatermistrzostwa Komie- 
rowskiego. 

Wadą było kwatermistrzowstwa , że zamiast patrolowania każdy 
przesmyk obsadzało drobnymi oddziałkami. Trzymał się tego Komie- 
rowski i pomimo, że nasze prawe skrzydło i czoło ubezpieczały las 
i błota, a nadto zajmowaliśmy trakt od Ostrowa, on jednak najnie- 
potrzebniej rozsunął daleko w las na prawo drobne piesze posterunki^ 
których ściąganie w potrzebie wiele czasu zabierało. Generał przezna- 
czył mi służbę przy Koniierowskim, właśnie w tym punkcie Rzekunia 
i dla tego też dobrze wiem, co się działo. 

Łubieński postawił na forpocztach po nad lasem od czoła parę 
szwadronów 4 i 5 pdłku strzelców konnych. Zaraz po wschodzie słońca 
około godziny 4*^^ zaczęły debuszować z lasu kolumny moskiewskie 
pod dowództw^em Witta. Jazda nasza zwijała się i cofała powoli. Za- 
częły grać działa i cały korpus stanął pod bronią. Cofanie się na- 
szych i nacieranie Moskali odbywało się bardzo powoU, tak ie przez 
tę małą milkę ze 3 godziny się cofano. Z Rzekunia doskonałe to wi- 
dzieliśmy, ale zamiast zwolna cofać się także w równej linii z korpu- 
sem, Komierowski stał jak zaklęty, tłómacząc się, że nie otrzymał 
odpowiedniego rozkazu. Moskale nawet nie rozwinęli się na trakcie od 
Ostrowa i nie widzieli . że stoimy w Rzekuniu. Niebawem spostrze- 
gliśmy już tylną straż korpusu, mijającą nasze linią; czas był i nam 
się cofnąć. Ale Komierowskiemu zachciało się bez potrzeby trzymać 
się tego punktu do upadłego i myślał zapewne, że dwa bataliony i 
dwa działa całą armią Dybicza rozbiją! 

Dowiedzieliśmy się później, że generał Łubieński wysłał swego 
adjutanta Olszewskiego z 4 połku strzelców konnych z rozkazem, 
ażebyśmy się cofali wolno, na w^ysokości linii czoła korpusu, Ale 
Olszewski do nas nie dojechał i rozkazu nie oddał, a później tłóma- 
czył się tem, że kozacy mieli mu drogę przeciąć. Było to wierutnem 
kłamstwem, bo tam ani kawałka kozaka nigdzie nie było. 

Już korpus nasz dochodził do Ostrołęki, a Komierowski stał 
ciągle, oczekując rozkazu. Zachciało mu się widocznie stoczyć tu bitwę; 
wystał mnie, abym przyprowadził owe dwa działa, stojące w tyle i 
postawił je na pozycyi; pędzę, aby dopełnić polecenia, gdy wtem 



374 



zatrzymuje mnie major z 3 pólku piechoty Podczaski, tęgi olker i 
pyta, dokcjd pędzę. Gdy mu odpowiedziałem, schwycił się za głowę 
i zawołał: „Czy ten Komierowski oszalał?" j^Czy oszalał, czy nie, 
trzeba wykonać, co kazał**. Stawiam na pozycyi przyprowadzone 
2 działa, a Komierowski kazał dać ognia do Mosl^tali. Dopiero wów- 
czas dowiedzieli się» że pozostał tam nasz oddziałek, a ponieważ wi- 
docznie nie mieli pod ręką jazdy, kazano im zrzucić płaszcze i tor- 
nistry, poczem piechota ich biegiem rzuciła się na nas, chcąc nas odciąć 
i zabrać do niewoli. Spostrzegł się wreszcie Komierowski, że bąka strzeM, 
wysyła mię zatem do generała Paca, aby mu przysłał parę batalionów 
w pomoc. Generał Pac i kilku innych stało konno na wzgórzach 
piaszczystych po tej stronie Ostrołęki przy drodze do Ław. Raportuję 
i powiadam, o co idzie. Generał odpowiednie wydał rozkazy. Przypa- 
dam do Kumierowskiego z raportem, ale juź nasz oddział spiesznie 
cofnął się ku Ostrołęce tak, źe go Moskale nie zabrali. Szczęśłiwie 
dotarł do miasteczka, ale tu na trakcie wystawiono barykadę, a straż 
postawiona przy niej nie chciała nas puścić, żądając, abyśmy obeszli 
Ostrołękę i w ten sposób dostali się na most. Chyba razem z Moska- 
lami — pomyślałem, a ponieważ jechałem na czele kompanii grenadye- 
rów 3 pólku piechoty liniowej i nie było czasu do stracenia — zawoła- 
łem więc: „Grenadyery! znieście barykadę i marsz naprzód!" W jednej 
chwili rozkaz wykonano, a oddział przesunąwszy się przez miasteczko, 
dotarł do mostu. Tymczasem zaś już dwa bataliony, jeden z 4, a drugi 
8 pólku piechoty liniowej, zasłaniające nasz odwrót, biły się z Mo- 
skalami i parte przez nich , razem z nimi dostały się do miasteczka, 
a potem na dwa mosty — z których jeden był na palach, a drugi 
pontonowy — który to ostatni załamał się, przy czem wyjadło do 
wody nieco naszych i Moskali. Oddział Komierowskiego przedtem jeszcze 
przebył most gtuw^ny i połączył się z brygadą. 

Kapitan Sulistrowski od saperów, przykomenderowany do naszej 
dywizyi, miał rozkaz zniszczenia mostu i spalenia go po przebyciu 
przezeń całej naszej armiL Ale śmieszne zachcianki Komierowskiego 
sprawiły, że na czas nie mógł tego dokonać, a gdyśmy przeprawili 
się na drugą stronę , nie było już na to czasu. Pomimo to przy po- 
mocy robotników wziętych z miasteczka , zdołał pomost zrzucić i pod- 
palić nawet niektóre słupy, lecz celu w zupełności nie osiągnięto, 
strzały bowiem karabi' ow- otlstraszyły Żydów i ir^nych robotników. 



375 



leszła naszych po belkach dosyć zręcznie dostała się na drugą 
stronę rzeki, przyczcm szczcgcłlne zaszło lu zdarzenie, (jenerał Bogu- 
sławski pełen męstwa i zdolności, a osobliwie wiary w riaszę sprawę, 
wjechał na swym białym koniu nic na most , ale na belkę mostu , 
slanow^iącą wiązanie i posuwał się po niej pod strzałami nicj^rzyjaciela. 
Czwartaki w^idząc to i niebezpieczeństw^o, grożące swemu dawnemu 
dowódcy (przedtem był bowiem dowódcą 4go pólku piechoty linio- 
wej) usilnie go prosili, aby zsiadł z konia i pod ich osłoną jirzeszedł 
na drugą stronę. Ale generał zawołał (a mów*ił trochę przez nos): 
„Pilnujcie sw^ego obowiązku, a mnie dajcie pokój**. — Nic to wszakże 
nie i>omoglo. Żołnierze kochający wodza ^ podnieśli go z konia i po- 
stawili niezadowolonego^ łającego generała na nogi, gdy wtem koń 
jego, jakby mu się we łbie zawróciło, spadł z belki ze znacznie wy- 
niesionego i długiego mostu między pale w wodę. Nic mu się jednak 
na szczęście nie stało; poczciwe konisko, j>rzepłynąwszy, stanęło na 
brzegu , czekając na swego je/dzca. Wnet nadszedł Bogusławski oto- 
czony dzielnymi czwartakami, wsiadł na swego wiernego rumaka i 
z najzimniejszą krwią zajął swoje miejsce. 

Tymczasem rozwinęła się moskiewska artylerya na wysokim 
brzegu Narwi od strony Ostrołęki, po obu bokach miasteczka; mogło 
być mniej więcej z 60 dział , miotających bezustanny ogień* Odwrót 
i przeprawa na drugi brzeg rzeki zajęły nam czas mniej więcej do 
lotej godziny z rana. 

Wojsko nasze stało w kolumnach, jazdę umieszczono w tyle. Plac 
boju wynosił mało co więcej nad 1 7^ ćwierci mili kwadratowej i był 
nieco dłuższy niź szerszy, Z trzech stron otaczały nas lasy i krzaki, 
a mianowicie lasy po prawej i lewej stronie, krzaki zaś z tyłu od wsi 
Pisarki i Olszewka. Po prawej stronie placu boju była rzeczka Omu- 
lew^, a nad nią wieś Kruki, na wyniosłości dosyć znacznej, dalej zaś 
nad Omulewcm wieś Dymusy,. Po lewej stronie placu boju ciągnął 
się gęsty las, do wsi Myszyńca i przyległej Olszówki należący. Lasy 
te, krzaki i miejsce wolne, zajęły kolumny naszej piechoty; jazda sta- 
nęła w tyle ku Pisarkom, przy starym trakcie, wiodącym do My- 
szyńca. Miejsce bitwy przecinał drugi trakt, bity w ten sposób, że od 
mostu szedł w prostej Imii na strzał karabinowy, a następnie nagle 
łamał się w lew^o, równolegle z rzeką Narwią, w kąt prawie prosty 
ku Różanowi i dalej. Bitą tę drogę przecinała rzeczka Omulew, a blisko 



376 



jej ujścia nat] gościńcem, stały murowane domki, należące do robotników 
jakiejś fabryki. Na lewo od placu boju, nad samym brzegiem lasu jest 
pagórek piaszczysty, o strzał kartaczowy oddalony od mostu; zajęła go 
nieco przed godziną lo z rana baterya pozycyjna Bieleckiego. Pomiędzy 
brzegiem Narwi , a Jamiącą się bitą drogą warszawską, idącą ku Ró- 
żanowi, jest plac wilgotny w skutek zalewów, szosa zaś, wyniesiona 
na parę łokci ponad poziom, sianowi szeroki, wysoki i doskonały 
parapet- 

Skoro przejechałem przez most wraz z oddziałem Komierowskiego, 
bataliony udały się do sw^oich pólków, ja zaś chcąc obejrzeć plac 
boju i zobaczyć, gdzie się znajdował generał dywizyi i jak bataliony 
moskiewskie przeprawiały się przez most, napowrót ułożony — wje- 
chałem na ów pagórek piaszczysty, ponad lasem od łew^ego skrzydła 
będący* gdzie poprzednio stała baterya Bieleckiego. Dla zorycnlowa- 
nia się przyglądałem się ruchom w-ojsk naszych i nieprzyjacielskich; 
w tem nadje/dza naczelny wódz z generałem Prądzyńskim, który pro* 
wadząc za sobą baterya Bieleckiego, zaw^otał: ^(Vesł d%ci, qu'il faut 
mitraiUer cette canaiUe/!'' — wskazując na Moskali, szykujących się 
w zbite kolumny, od mostu po obu stronach traktu, ale tak zgnie- 
cone, że nie przechodziły załamu tej/e drogi. Muszę tu zauważyć, że 
generałowie zwykle dawali rozkazy oficerom sztabowym po francusku 
i że tymże językiem ustnie się komunikowali » do czego przykład da- 
wał sztab naczelnego wodza, ^ 

Gdy baterya zatoczyła działa i zaczęła sypać kartaczami, zjecha- 
łem z tego miejsca, stanąłem przy generale Kaminskim i już nie 
odstępowałem go przez cały dzień, służbę przy nim pełniąc. Lecz 
strzały Bieleckiego niedługo trwały; wkrótce brakło amunicyi, co 
także nastąpiło i w bateryi Najmą nowskiego, który był zajął pozycyą 
przy owych murowanych domkach nad szosą i koło Omulewa, Na- 
czelny wódz nie pochwalił odległości, z której najskuteczniej mo- 
żna było strzelać do nieprzyjaciela, a tak jedne jak i drugą ba- 
terya z właściwego punktu posunął naprzód ku Moskalom, Cał- 
kiem słusznie zganił to Prądzyński, przywodząc napowrót Biele- 
ckiego tam, gdzie stal poprzednio. Co do Najmanowskiego, to ten 
także posunięty niepotrzebnie bliżej Moskali, nie wrócił na swą po- 
przednią pozycyą, ale wystrzelawszy całą swoje amunicyą — co krótko 
trwało, bo jej miał mało bardzo — siadł na dziale i czekał dalszych 



377 



rozkazów. Tymczasem gdy artylerya nasza zamilkła, Moskale zaczęli 
się rozwijać, a ubiwszy konie, zabrali jedno działo; nie uprowadzili go 
jednak. Wtedy Najmanowski chociaż nic otrzymał rozkazu, cofnął się, 
nie miał bowiem nic do roboty, a musiał ocalić działa bateryi, bez- 
użytecznie tam stojącej^ Miano mu to za złe, że bez rozkazu ustąpił 
na drogę ku Różanowi j lecz cóź mógł innego uczynić ten zdolny i 
waleczny oficer? 

Arlyleryi konnej o ile mi wiadomo do wieczora również nie 
użyto; zapewne dlatego, że i jej także brakło amunicyi. Widocznie 
nawet w cli wili, gdy już dobrze rozpoznać było można, że się na 
stanowTzy bój zaniosło, nikomu w sztabie nie przyszło na mysi, ani 
naczelnemu wodzowi, ani Prądzyńskicmii, że należy posiać po zapa- 
sową amunicyą lub świeże baterye; dopiero później, gdy już zupełnie 
zamilkły nasze działa, pomyślano o ściągnięciu konnej bateryi Bema, 
już o parę mil oddalonej od placu boju. 

Jak tylko z naszej strony przestano sypać kartaczami, zaczęli się 
Moskale posuwać wszerz i naprzód; nie mogli jednak dotrzeć daleko. 
Kolumny naszej piechoty stały od nich prawie tylko o strzał kara- 
binowy, a tak więc rozwijanie się ich było niepodobnem. Co powinny 
były zrobić kartacze, to w ich zastępstwie musiała teraz spełnić pie- 
chota i konnica, bo naczelny wódz, chcąc przeprzeć Moskali na drugą 
stronę Narwi, użył do tego piechoty, a następnie jazdy. 

Na ścieśnione kolumny moskiewskie uderzyły nasze brygady raz 
po raz, najprzód ogniem karabinowym, a później bagnetem. Droga 
bita, jak parapet, dobrze osłaniała front moskiewski, palba obustrpnna 
nużyła bez skutku, a więc hurra!! Żołnierze nasi powskakiwali na ów 
jakby parapet drogowy i z góry kolbami , bagnetami i kosami walić 
poczęli Moskali. Przykład naszym dał dzielny żołnierz z 7 pólku pie- 
choty liniowej Tomasz Nowak; on to, obróciwszy karabin kolbą do 
góry, wdarł się na bitą drogę i krzyknął: -Hurra! za mną chłopcy!" 
Natarcia były tak gwałtowne, iż wpychano Moskali w rzekę, albo na 
most, którędy jednak również cofnąć się nie mogli, gdyż za mostem 
ustawił był Dybicz kilka dział i do uciekających walił kartaczami, 
a tak we dwa ognie wzięci, musieli wracać przeciw naszym tem wię- 
cej, że Dybicz w miejsce zniesionych, coraz nowe wysyłał bataliony. 

Ale największą odwagę żołnierza można zdemoralizować, jeżeli nie 
słyszy on swoich dział, które podnoszą jego męstwo, pod Ostrołęką zaś 

48 



378 

mo?,na było wykarlaczować, choćby całą armią moskiewską. To też, po- 
mimo dzielnych ataków naszej piechoty, poczęła ona w końcu ustępować. 
Generałowie Pac i Bogusławski sami kilka razy prowadzili balaliony, 
odnosiło to jednak tylko skutek chwilowy. Pac był wtedy cztery razy 
ranny, dwa razy od strzałów, a dwa od bagnetu. Bogusławski i Za- 
łuski również odnieśli rany — a pomimo to widziałem ich ciągle na 
placu boju, f , 

Warto tu wspomnieć także o następującym szczególe. W lesie 
♦po lewej stronie placu boju stał 8 pólk piechoty Ifniowej^ pod do- 
wództwem pólkownika Kierwinskiego i trzymał' w^rj;^J^ CikłAkalii, al)^ 
się w tę stronę nie rozsypyw^ali, ąni^w tytaliejrkę, ani w kolumnach. 
Póik ten już 2 razy szedł do szturmu na wroga, prąc go niemiło- 
siernie; przeprzcć jednak nie zdołał, bo ubytek swoich zastępowali 
Moskale coraz świeżymi batalionami. Wtem, około godziny 4 czy 5 
po południu, w te słowa odezwał się Kierwiński do pólku: ,Xhłopcy, 
tzy wy kochacie Pana Boga?" „Kochamy*' — odkrzyknęli. „A ojczyznę 
czy kochacie?" -Kochamy panie półkowniku!* „A mnie czy także 
kochacie?" „Kochamy panie pólkowniku!" „W takim wjpadku uderzmy 
^raz jeszcze na nieprzyjaciela?'' Jak huragan rzucili się też na Moskali 
za swym dzielnym pólkowmikiem, który poległ niestety w tej walce. 
O ile wiem, nikt dotąd o nim nie wspomniał, a przecież należy mu 
się nagroda w pamięci ojczyzny! 

W miejscu tern, gdzie stal 8 półk piechoty liniowej, nie byłem 
wprawdzie osobiście* obecny, ale rzecz całą po bitwie opowiadali mi 
żołnierze z tego pólku, którym zupełnie mogłem zawierzyć. Szturmy 
piechoty naszej tern bardziej musiały ustać, że podczas tej bitwy 
żołnierze we dwóch odprowadzali rannych z placu boju i nie wracali 
już do frontu, co tak siły nasze osłabiało, że bataliony nie były już 
w możności wykluć bagnetami, lub wyrąbać kosami Moskali , a ci jak- 
kolwiek parci , przecież nie czując natarć takich , jak poprzednie, 
naprzód posuwać się poczęli. 

Między godziną 3 a 4 po południu dywizya nasza (V^) poszła 
do szturmu; wszystko zmiatała przed sobą, ale i Moskale w rozpa- 
czliwej walce bronili się dobrze. Tu dostał się do niewoli, gdy klacz 
pod nim iibitOj półko wnik Krasicki z Poznańskiego, dowódca lej bry- 
gady Vej dywizyi. Ale bój ten trwał już krótko Naczelny wódz 
bowiem widząc, że artylerya nasza milczy, że piechota zdziesiątkowana 



379 




[łotrzebuje się zreorganizować, a na to czasu ani miejsca nie było, 
postanowił użyć jazdy, clicąc koniecznie zniszczyć lub wyprzeć Moskali 
na drugi brzeg Narwi, co było fizyczneni niepodobieństwem. Naczelny 
wódz wysłał najprzód do ataku 2 pułk ulantiw, bardzo dobrze repu- 
lowany w armii, którym dowodził M M)cielski; przy pólku od pra- 
wego skrzydła jecłiał generał brygady Kicki. Widz4C, co się dzieje 
miał Kicki zauważyć: „Le Gćnćrał en chef leut nom faire passer tom 
par łes ałmeó*", — Miały to być ostatnie jego słowa, gdy bowiem 
naczelny wódz rozwijał pólk szwadronami , Kicki dostał w bok kon- 
tuzyą od kuli działowej, w skutek czego wkrótce umarł. 

Szarże jazdy były prawie niemożliwe. Moskale zaraz z pocz4tkg 
bitwy wprowadzili na tę stronę parę półków konnicy, lecz widz4C» że 
się one tu na nic nie przydadzą, wycofali je z boju. My łatwiej 
moglibyśmy użyć jazdy, bo mieliśmy obszerniejsze pute, ale w niektórych 
miejscach jeszcze nie wysechł grunt po zalewach wiosennych, przeto dla 
jazdy był prawie niedostępnym. A jednak pomimo tych trudności szarży 
dokonano; półk ułanów stracił atoh kiłkadziesiąt ludzi! Mimo to utrzy- 
mał się zapał w naszej armii Czarnomskij dowódca 2 pólku strzelców 
konnych , równie stawnego jak 4ty piechoty lub 2gi ułanów — widząc, 
co się dzieje, przypada do Skrzyneckiego i rzecze: „Naczelny wodzu! nic 
„bywałem u Honoratki, ale pozwól mi uderzyć z pólkiem na tych 
„szelmów Moskali, a zobaczysz, co dokażemy!''. Naczelny wódz pozwo- 
łił; szturm jazdy był dla Moskali tak okropnym, jak półków piechoty, 
ale mimo to nie dało się wszystkich w Narwi potopić, lub przerzucić 
na drugi brzeg rzeki. 

Odtąd zac/ęła się z naszej strony tyralierka; mnóstwo ochotni- 
czych oddziałów tyralierskich rozsypało się po połach i w krzakach, 
nie dopuszczając Moskalom rozwinąć się i naprzód posunąć. Wałka 
w ten sposób prowadzona, trwała aż do zmierzchu* 

Skrzynecki, po ostatniej szarży pod swojem dowództwem wyko- 
nanej, zsiadł z konia i stanął nad brzegiem lasu, po prawej stronie 
placu boju; koło niego nie było nikogo z licznego jego sztabu. Tuż 
obok stał na koniu generał dywizyi ł4enryk Kamiński i Horain z kwa- 
termistrzowstwa, dalej nieco kapitan Jablkowski adjutant polowy, Ja- 
roszyński podporucznik z jazdy, przykomenderowany do naszego 
sztabu i ja, wreszcie ze 2 kolegów, których nazwisk już nie pamiętani. 
Staliśmy tu przez czas dłuższy, przypatrując się biegowi bitwy, powoli 



380 



jechali s\ę koledzy tak, ze przy Skrzyneckim pozostało tylko nas 
trzech: Horain ^ Jaroszyński i ja. Tymczasem wieczór się zbliżał be2 
roztrzygniccia walki, gdy wtem przed zachodem słońca, może około 
godziny 7, galopem przypada prześliczny oficer na anglezowanym ka* 
sztanowatym koniu i salutując, melduje naczelnemu wodzowi, że przy- 
był ze swoją bateryą. Był to pólkownik Bem. — Na to odpowiada 
naczelny wódz: ^Ce^i bku^ en Vous esł notre demiere espoire!^ Bem 
odsalutował i odjechał galopem do swej baleryi. Si)ojrzalem po za sie- 
bie; niedaleko rozwinięta stanęła na wyniosłości ta prześliczna konna 
baterya, dobrze oświecona zachodzącem słońcem. 

Wtedy odjechałem z mego stanowiska, aby nakłonić oficerów^ 
rozsypanych po placu boju , do zbierania swoich żołnierzy. Nie było 
to na miejscu , trzeba mi było bowiem pozostać kolo generała ; on 
jednaka widząc, co czynię, nie zganił mi tego, ani nie powstrzymał. 

Przejeżdżając po placu boju, dojechałem do brzegu rzeczki Omule wa 
w kierunku wsi Kruki, gdzie widziałem silne oddziały piechoty na- 
szej, a mianowicie grenadyerów; tu również nakłaniałem oficerów do 
wystąpienia w odpowiednich kolumnach , nic mi jednak nie odpow ie- 
dzieli; widocznem zatem było, że brak artyleryi zniechęcił ich do 
dalszej walki. Tutaj widziałem ostatni raz Arsena Kwileckiego, do- 
brego mego znajomego z jazdy Poznańskiej; powiedział mi, że z Dem- 
bińskim idzie na Litwę, Widać z tego, że zamiar ten był już w ciągu 
dnia pow^zietym, a nie jak dow^iedzieliśmy się z raportu do Rady na- 
rodowej, na radzie wojennej po ukończeniu walki. Trzeba też wyznać, 
że cały raport naczelnego wodza o bitwie ostrołęckiej jest fałszywym^ 
podobnie jak fałszywem było także sprawozdanie Dybtcza, 

Kiedy rozmawiałem z Kwileckim, w^zmógł się znacznie huk dział ; 
nie dziwiło nas to zrazu, ale niebawem przybywa podpółkownik Ja- 
strzębski z kimś drugim i powiada, że generał Henryk Kamiński ran- 
ny, że Bemowi rozkazano podsunąć się ze swą bateryą ku mostowi, 
zająć tamże pozycyą i obsypać Moskali kartaczami. Przypadam na- 
tychmiast do generała, przy którym był jeszcze tylko Jaroszyński 
i wypytuję go, jakim sposobem kula działowa rekoszetując mogła gene- 
rałowi, siedzącemu na koniu, strzaskać oba piszczele w nogach ? Odpowie- 
dział mi na to, podczas gdy Kamińskiego na karabinach z placu tx>ju 
odnosili żobiene, że tenże, strudzony całodzienną walką, na chwilę od- 
jecłiat od naczelnego wodza, a gdy dopiero po pewnym przeciągu czasu 



■ 



381 



I 



powrócił, zaczął mu Skrzynecki robić wyrzuty, ze odjeżdża od niego 
z pola bitwy. General, dotknięty tern do żywego, zsiadł z konia i pie- 
szo stanął obok naczelnego wodza. Wtem spostrzegł ruch na moście 
i zobaczył, że tłum olicerów moskiewskicli przejeżdża na nasz brzeg; 
kazał zatem galopem podsunąć się Bemowi, zająć pozycyą i dać ognia 
kartaczami. Bem w jednej chwili spełnił rozkaz i tak wziął soldatów 
kartarzami w obroty, że w^szyscy zmykali, gdzie tylko mogli, Dybicz, 
uważając bitwę za wygraną, chciał nam ostatni cios wymierzyć i w tym 
celu jechał przez most ze sztabem i rezerwą. łVzyjęty jednak od na- 
szych nałeżycie, zemknął z innymi. 

Wówczas to wszystkie baterye moskiewskie poczęły od[)Owiadać 
Bemowi, Jemu wprawdzie żadnej szkody nie wyrządzały, gdyż był 
l>rzy nich za blisko, raziły jednak dalej stojących, a jedna z tych kul 
działowych, odbijając się od ziemi, trafiła generała Henryka Kamin* 
skiego i strzaskała mu obie nogi. Było tu już po zachodzie słońca. 
Tymczasem Bem powtórnie obsypał Moskali kartaczami; wszystko, co 
żyło, uciekało przez most, lub rzucało się w wodę, Raz jeszcze odpo- 
wiedzieli Moskale ze swych dział na chybił trafił i na teni się bitwa 
skończyła*). Był już wtedy dobry zmierzch, nie północ jednak, jak 
utrzymywano. 



*) Podajemy tu szczegółowy opis lego epizodu bitwy oilrołcokiej, udzielony rt*m bska* 
wie przei jednego z świadków naocznych^ Wgo Aleksandra Kociąt kie wt cza : 

uZnaneiti jest, i^ elo^^niejsza sława zdolności wojskowych jenerała Bema jJatujc się ot\ 
, bitwy pod Ostrołęką* Wykonał oti tam szarię zostającą pod jego dowodMwejiJ hateryą artylcryi 
^konnej, Byl to oryginalny i ihiwnic do okoliczności zastosowany pomysł, nigdy przedtem nie 
„praktykowany, a tern cenniejszy^ ie szarłą tą uratował on nasz*; armią. N'ech mi bidzie wolno, 
„jako naocznemu świadkowi, opowicdzie<J epizod ten bitwy ostrołęckiej". 

„Jak wiadomo, w kaidej bitwie* przy naj pomysł niejfzym nawet obrocie rzeczy, dowo- 
^ydsący akcyą winien na wszelki wypadek — pod grozą kieski — mieć obmyślaną i silnie w ręku 
„trzymaną drogc odwrotową \ to tt?i zwykłe bitwy lak aic toctą, li linia bojowa, po obu sl ro- 
żnach lej drogi odwrotowej jeat ustawioną. Pod Ostrolękii całkiem było inaczej; naszą drogą 
„ od w roto w^ą był gościniec do Warszawy, równolegle do Narwi i wzdbtJ lej rzeki śdący, a nadto 
„plac boju zamknitty był rzeczką Omule wera, prostopadle do Narwi wpadającym* Linia zas bo- 
^jowa, frontem do rzeki rozwinięta, ciągnęła się nic po obu bokacb drogi odwrotowe!, ale widłui 
„tej drogi, tak ii droga ta dzieliła stanowiska dwóch walc/ąeycb arniij. Potoienie nas/c było 
„wi<:c bardzo niebezpieczne, bo gdyby Dy bicz byl przełamał naste prawe skrzydło, byłby opano- 
„wal naszQ drogę odwrotową, a w takim wypadku cala armia nasza od Warszawy byłaby od- 
ijciętą, a w skutek tego prawdopodobnie i inisiczoną", 

„Dybicz zam»er7yl nam ten cios zadać. Po rozbiciu poiornem nasiej p-cchoty — powła- 
„dara pozornem, bo rozsypane bataliony za pierwszą zasłoną lasową zatr/;ymaly się, najporzą- 
„dniej się sformowały i pr2ed wieczorem jeszcze moina je było w ogieu prowadzi*: — około go- 
„dziny 4 po południu, ujrzcliimy kolumny moskiewskie, przygotowujące się do uderzenia na 



382 

General 1 Kaminskiego odniesiono do pobliskiej wsi Kruki. Przy- 
był do niego powtórnie Wołoski lekiirz generalnego sztabu ; domaga- 
liśmy się od niego, żeby amputował obie nogi, byle tylko źył gene- 
rał Obejrzawszy ciało oświa Iczył Wołoski lakonicznie, ie nie ma ratun* 
ku; i rzeczywiście wkrótce potem skonał Kamiński. Jaroszy tSskiemu 
darował na pamiątkę swe szlify generalskie, otrzymane w darze od 
ks. M. Radziwiłła, byłego naczelnego wodza, a do mnie rzekł tyłko: 
I, Myślałem, że naczelny wódz tęgi człowiek, ale niestety ciężko się 



„nas/e prtiwe skrzydło, a s lity ia.^cuch tyralierów atak tt^n popr^eduK Przeciw tej nawale n e- 
^prjtyjncielakiej, o ile wiruk mój sięgnął ^ — znajdowałem się Wwicm na prawem skrzy dlf ^ — sl^lo 
i^nkolu 300 iulmcriy 3go póiku piechoty lin o .vcj, ktur/y w og-dncj ru/sypce do lasu n^ed^^di, 
„ale na placu boju się latriy ma wszy, srurimi wali reprczeiitacyc trtech batalionów, a dalej na prawo 
,p6lk 6ly p, L w wjęksaym nii pólk 3ci komplecie. PAIki 3ci 1 6ly laslonione były .słabym lnii- 
uCuuhein tyrał, eniw. ByU to chwila, w której pólkownik Bi-m priygitowywal stawni sw4 star- 
„iłi, KaZiino picctmcic (3 i ó pólkom paniom) celem osłabienia ktiluTiii wiiiiocnić łańcuch tyrm- 
glierski, tyralierom zaś ro katano, podsunąć sit; pod nieprzyjaciebki laucuch i nic wiele slrxe- 
i^lając, udencnicm na bagnety plac oezyścid — dodając oslr^ełenie^ it artylcrya mają asekurować. 
„Z -In erz ni< wiele ostiictcoie to irozumial, ho jeszcze w rozsypce tyralierskiej dzal nindy nic 
^asekurował, ale atak na bagnety wykonał z niesłychanem męstwem i plac został oCitysa'iony, 
^Wówc/.as laJTiiujiic pozycy;i pomiędzy 3im a /jtym pólkieio, wysunęła się baterya konna w rozwini<:- 
i,tym fioncie ; szła ona plutonami, w odsti^pach plutonowych, a kaidy iolnier^ zaopatrzony był wtazką 
„fa^zyny, któri przed sob% trzymał na koniu, mlafa bowiem baterya do przebycia sniug^ grz^ką. Fa- 
„siyna na teni błocie pod kola armat rzucona, ułatwiła przeprawę. P*i przebyciu grzczawicy baterya 
„z miejsca kopni^ła sit; marsz-niarsz. Na odległość strziłu zatrzymał się Nr Iszy, to jest ls»y i 4ty 
„pluton i dal ognia, a wystrzał był sygnałem^ na który w micjsT^u osadiil konia i dal ognia Nr 2gi, 
„to jest 2gi i 5ty pluton. Strzał Nr. 2go zatrzymał w p<;dzie Nr, 301, to jest 3ci i 6ty pluton, 
„A Nr. Iszy i 2gi cwałowały juA naprzód; inów strzil Nr. 3ego zatrzymał Nr Iszy, slrial Nr. Iszego 
„▼atrzyniał w pędzie Nr. igi i tak ciągle połlsuwajiic się i strzelajcie najprzóti kulami* 3 pó/niej 
„kartac?ami» tak się i^ółkownik Bem do n*t przyjaciela zbliiył, ii nie będ^c od kolumn icb jak 
„^» 15<^^ kroków oddalonym, raził je kulami, a właściwie na wylot świdrował ich kolumny rdien* 
„nymi strzałami; M'>skale zgłupieli i zamiast atakowania nis, nad sara brzeg r/cki iic cofnęli, 
„a tyralierowie 3gn i ógo pólku p. 1. przeszli gościniec, otrzymali wite plac boju, stali się patiami 
„naszej drogi odwrotowej i przeprawy przez Omułew. Tym sposobem armia uratfiwana została, 
.a sława tego c/y nu słusznie Bemowi prayzaano. Cała szaria nie trwała dłutej n.id m'nut 20, 
„w którym to czas e baterya dała parę set strziłów. Szybkości tego diiałanm nie opis*JJę, albo* 
„wśem takową dokładnie priedsta wiłem w broszurze mojej pod napisem ^Historya 3go pÓlku 
„pie':ho"ty Imiowej podczas kampanii w r, 1831**, niedawno drukiem ogłoszonej (we Lwowie 1879). 
u Jak skuteczną tnś była ta szaria, dotJc łiędzie pow:edziei5, it zak onczyła bitwc» tak zaiarcic zaczętą 
,jO godzinie p<5l do pi^itej, poc^rn^ obie armie w zupełnym spoczynku 4 i pól godiiny czekały 
„zmroku, o godzinie 9tej bowiem ści:ignięto tyralierów naszych do kolumn, poczem wojsko nasze 
„•'ajęcie gościńca i przeprawę przez Omułew rozpoczęło. To jcsicie dodać muszę, iż pólkownik 
„Bem wielkie miał w tem ułatwienie, ie Moskale na prawym brzegu rzeki ani jednego szwadronu 
^ka walery i nie mieli. Na wypadek !&> pojawienia sję ka walery! stal w pogotowiu 2gi p6lk 
„ułanów. Przez cały ci;ig szariy, Moskale stras ny ogie\ działowy z za rzeki utrzymywali — 
„piechota la^ ciągle sypała rotowym ogniem i od tego to ognia baterya wiele lurlzi i koni utraciła, 
„co jednak szybko^i strzałów wcale nie przeszkadzało. Z ostatnim slrzak-oi bateryi półkownika 
„Bema^ ogieu na całej linii obustronnie ustal;" Przyp, Mtd. 



383 

zawiodłem!" Powiedział mi to do ucha, a gdy potem inni pytali mię, 
co mi takiego szeptał, opowiedziałem im wszystko. Zapewne donie- 
siono o tem niebawem naczelnemu wodzowi, bo będąc za rzeczywiste 
zasługi przedstawionym do krzyża wojskowego, nie otrzymałem go 
wcałe. 

Naczelny wódz zupełnie stracił ducha po bitwie ostrołęckiej ; jadąc 
z Prądzyńskim w nocy do Warszawy, powtarzał ciągle: „Przegraliśmy 
najhaniebniejszą z bitew!** Wcale jednak bitwa ta przegraną nie była; 
wszakże najlepiej uznał to car, skazując po niej Dy bicza na śmierć 
przez otrucie; —* rozumie się, że nie byłby tego uczynił za zwycięstwo, 
I^lr^ty,-^jpi:zez Moskali poniesione, były niezmierne; kto temu nie wie* 
izy, nfech zobacz- 'c«'kie w, pod Ostrołęką, przerobioną z kościoła ber- 
nadynskiego, a przekona się, ile tam przy niej nagrobków poległych 
w tej bitwie generałów, oficerów sztabu i t. p. 

Wojska nasze, po bitwie w najwyższym stopniu znużone, padły 
na drodze lub gdziekolwiek we wsi Krukach, o p('>ł ćwierci mili 
od placu boju, dla wypoczynku. Gdyby jakie oddziały kozackie były 
się pokazały, z łatwością mogłyby nas zabrać do niewoli, ale im wi* 
docznie ani się śniło o czeniś podobnem. W nocy ordynans mój Or- 
łowski z kilkoma ludźmi pochowali generała Kaminskiego, przy dro- 
dze kolo parkanu: dla walecznego wszędzie miejsce zaszczytne. Pla- 
cówki nasze zajmowały pole bitwy do 27 maja, O wschodzie słońca 
ściągnięto ostatni szwadron Mazurów pod kapitanem Łuszczewskim, 
w skutek polecenia, wydanego przez majora Miecznikowskiego dowódcę 
tylnej straży. 

Tak się skończyła owa słynna bitwa, stanowczo potępiająca na- 
czelnego woSza. Armia z nienaruszoną artyleryą i jazdą cofnęła się 
pod Modlin i Pragę, Żołnierze pościągałi się do batalionów; po obli- 
czeniu okazało się nierównie mniej strat, aniżeli mniemano, bo rannych, 
zabitych i zaginionych było do 2.000 ludzi i 21Ó oficerów, hini po- 
dawali 300 oficerów i 13.000 ludzi; wiadomość tę należy jednak po- 
łożyć na karb chwilowego przygnębienia umysłów, 

W pierwszej chwih po bitwie niepodobna strat dokładnie obli- 
czyć; Moskale nie mogli naszycli kartaczować» bo większą połowę 
swoich musieliby przy tem zabić. Zresztą ponieważ strzelali z wysokiego 
brzegu Narwi na niski, próżnymi były ich pociski, a rzucane przez 
nich kule działowe po największej części przenosiły plac boju, się- 



384 



gając czasem tylko do jazdy, zdała spokojnie stojącej. Nasi byli ranni 
lub zginęli tylko od kul karabinowych lub od bagnetu, co nigdy o tak 
wielkie straty przyprawić nie mogło, jakie niektórzy przypisywali. 
Żołnierze 8 pólku w nocy zebrali część naszych rannych, a Moskale 
ani próbowali im przeszkodzić; plac boju był naszym w zupełności, 

lo czerwca umarł Dybicz, a niedługo po nim w, ks. Konstanty. 
r)yl)iczowi przywiózł wyrok śmierci Orłów i sposobem tureckim, za- 
miast jedwabnego sznurka, wręczył mu truciznę. Niemczysko musiał 
być posłusznym gdy kazano; zarządzi! zebranie się całej armii do lu- 
stracyi pod Kluszcwcm w okolicy Pułtuska, a objeźd^^-ając półki żegnał 
je serdecznie z szczerym żalem i smutkiem, Kolo godziny 4 po 
połurlniu wypił filiżankę z trucizną przyprawionej herbaty i umarł jako 
ostatnia ofiara bitwy ostrołęckiej. 

Skoro tylko skończył, otoczono Pułtusk najściślejszą strażą. Sta- 
liśmy właśnie w głównej kwaterze sztabu dy wizyi , we dworze obok 
rogatek modlińskich. 1 1 czerwca do dnia udałem się do dywizyi 
z jakimś rozkazem generała, gdy wtem spostrzegłem człowieka chył- 
kiem koło parkanów się przemykającego. W jednej chwili byłem tuż 
przy nim i pytam , dlaczego się kryje i czego chce. Odpowiada mi 
drżąc, że jest mieszczaninem pułtuskim, szewcem z profesyi i że mie- 
szkańcy miasta wyprawili go z ważną wiadomością do naszego woj- 
ska. Dalej opowiedział mi, że mieszczanie tamtejsi spuścili go w nocy 
przez wychodek do Narwi, skąd łódką przeprawił się na drugą stronę 
rzeki. „Jakże mogłeś** — zapytałem na to — „przedostać się przez 
nasze przednie czaty^ dochodzące aż poza Sierock ?" — „Szlakami i ma- 
nowcami, zuanymi mi dokładnie, przybyłem tu donieść według polece- 
nia starszych, że Dy bicz umarł wczoraj po południu." 

Natychmiast udałem się z posłańcem do generała Sierawskiego 
i opowiedziałem mu rzecz całą jako prawdziwą niespodziankę. Gene- 
rał, wziąwszy ze sobą poczciwego mieszczanina, zawiózł do naczelnego 
wodza na Pragę, gdzie była główna kwatera naszej armii. Na wiadomość 
tę powinien był Skrzyneckiemu spaść z serca największy ciężar, bo 
Dybicz był w jego mniemaniu głową Meduzy. Bał się jego urojonych 
zdolności i jego szczęścia w ostatniej wojnie tureckiej. Na dalsze jednak 
postępowanie naczelnego wodza, wypadek ten niestety żadnego wypływu 
nie wywarł. 



885 



P 



Orłów, mając zapewne urząd nadwornego kata carskiego, po wy- 
prawieniu na tamten świat Dybicza^ w dniu 15 czerwca pojechał do 
Witebska, do w, ks. Konstantego, który umarł 27 t. m. również otruty. 

Okoliczności śmierci jego tak podają naoczni świadkowie. W dniu 
27 czerwca wyjechał w. książę Konstanty w godzinach popołudnio- 
wych z Witebska konno na spacer, jeździł dosyć długo, a wróciwszy 
z upału, rozebrał się i żądał czegoś do ochłodzenia. Generał Fencz, 
Anglik zmoskwicony obecny temu poleceniu, wybiegł i kazał podać 
księciu poziomek ze śmietanką, które Jadał z wielkiem upodobaniem. 
W. książę zjadł je z apetytem, lecz zaledwie ostatnią łyżeczkę do ust 
włożył, porwały go bole w żołądku i zakrzyczał przejmująco: ^Otruto 
mię!'* Rzucił się na łóżko i zaczął wołać: „Zawalajcie dzieci moje!** — 
tak zwykł by I nazywać swoich służących i domownikóWj dla których był 
niesłychanie dobrym, łagodnym i łaskawym — a gdy się zeszli, zaczął 
wyrzekać przed nimi: „A no patrzcie, te szelmy otruły mię!** Kazał 
zawołać Fcncza, a skoro tenże przybył, począł mu Konstanty w spo- 
sób bardzo dosadny wyrzucać jego nikczemność. Ciągle mówił po 
polsku. Fencz .odpowiedział mu coś po francusku, z niezręcznie udaną 
boleścią, co aż nadto było widocznem. Na to rzekł w. książę ; „O dalże 
ml, dał; a to mi się odwdzięczył! otruły mię szelmy, otruły** — a gdy 
tak dalej wyrzekał, Fencz, chcąc uniknąć skandalu, rozkazał, aby odda- 
lili się słudzy i domownicy (byli tam także niektórzy oficerowie pol- 
scy, wzięci do niewoli, których w. książę zatrzymał przy sobie) któ- 
rzy go ratowali jak mogli, ,,Nie" - — zawołał wówczas w. książę — 
„niech zostaną; to są moi przyjaciele, to moje dzieci I*' Zostali więc 
i byli świadkami wyrzekań w. księcia na niewdzięczność cara Mikołaja, 
wśród których też wkrótce życia dokonał. Wszelkie przeciwtrucizny 
nie zrobiły skutku. W. ks. Konstanty przez cały czas mówił po pol- 
sku, widocznie dla tego, aby Polacy tam obecni, roznieśli wszędzie, 
jakim sposobem